Początkowo zachwyt Japonią zawsze przebija szok kulturowy. Wywiad z Piotrem Milewskim

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Początkowo zachwyt Japonią zawsze przebija szok kulturowy. Wywiad z Piotrem Milewskim z kategorii Brak kategorii

– W pierwszych dniach w Japonii zachwyt i zaciekawienie są na tyle silne, że przebijają szok kulturowy. Kolejna podróż czy dłuższy pobyt w tym kraju oznacza już jednak konieczność zmierzenia się z odmienną kulturą – i z samym sobą w ramach tej kultury – na nieco innym poziomie – mówi reporter Piotr Milewski, który wydał właśnie książkę Planeta K. Opisuje w niej pięć lat pracy w japońskiej korporacji. 

To nie jest Pańska pierwsza literacka podróż do Japonii.

Nie, to już druga samodzielna literacka podróż do Japonii. Pierwszą były Dzienniki japońskie z 2015 roku. A wcześniej jeszcze ukazała się antologia Hokkaido – Japonia bez gejsz i samurajów, w której znalazły się moje teksty.

Mam jednak wrażenie, że pierwsza podróż, opisana w Dziennikach japońskich, była o wiele bardziej romantyczna niż ta, którą obserwować możemy w Planecie K...

Rzeczywiście była to romantyczna, młodzieńcza podróż. Ta pierwsza, która chyba zawsze wiąże się z fascynacją.

Japonia w pierwszej chwili każdego oszałamia i myślę, że ten pierwszy wyjazd ma prawie zawsze romantyczny charakter.

Rzadko zdarza się, by ktoś wracał z Japonii bez planu na kolejną podróż.

A potem przychodzi szok kulturowy?

Ten zdarza się także podczas pierwszej wizyty – wszystko zależy od tego, ile ona trwa. W pierwszych dniach w Japonii zachwyt i zaciekawienie są po prostu na tyle silne, że przebijają ten szok. Kolejna podróż czy dłuższy pobyt w Japonii oznacza już jednak konieczność zmierzenia się z inną kulturą – i z samym sobą w ramach tej kultury – na nieco innym poziomie. Na pewno odkrywanie Japonii wymaga otwartej głowy i gotowości do akceptacji odmienności. By dotrzeć na Wyspy, musimy przekroczyć morze. Ten brak ciągłości kontynentalnej sprawia, że Japonia jest krajem ciekawym, ale też stawiającym gościom wyzwania w kwestii kultury, zachowania czy sposobu życia.

Pana spotkanie z Japonią zaczęło się od niezrozumienia. Od odkrycia, że w Japonii nie każde słowo oznacza to, co wydaje się oznaczać.

Tak, bo jeśli chodzi o język, który przecież odzwierciedla sposób myślenia i kanony zachowania, Japonia również jest krajem niezwykle fascynującym. Weźmy chociaż zwroty grzecznościowe, które są dość sformalizowane. Z jednej strony ułatwia to kontakty międzyludzkie, bo na określone sytuacje zawsze są określone wyrażenia, których powinniśmy użyć i nie ma tu za dużo pola do wątpliwości. Z drugiej strony – przez sztywność obyczajów, która się z tym wiąże, dość łatwo o wpadkę lub niestosowność. Szczególnie ludziom, którzy jeszcze nie znają Japonii tak dobrze.

Na przykład?

Na przykład kolega, który na pożegnanie powiedział: „koniecznie musisz mnie odwiedzić w Japonii", tak naprawdę miał na myśli, że przyjemnie spędził ze mną czas i cieszy się z powodu zacieśnienia naszej znajomości. Ja jego słowa odebrałem wtedy dosłownie – myślałem, że zaprasza mnie do siebie. Japoński nie jest językiem, który kładzie nacisk na dosłowność i bezpośredniość. To język, w którym oczekujemy, że rozmówca pojmie właściwy sens i intencje, bez wyrażania ich wprost.

A jeśli nie zrozumiemy i popełnimy faux pas?

Japończycy najczęściej przyjmą to z dużą wyrozumiałością i zrozumieniem.

Jest w Japonii zasada gościnności, którą określa się słowem omotenashi.

Oznacza ono, że gospodarz powinien sprawić, by jego gość czuł się dobrze i możliwie komfortowo. Chyba nigdy się nie zdarzyło – czy to w firmie K, czy gdzie indziej, żeby dano mi do zrozumienia, że jestem niemile widziany czy że zachowałem się zupełnie niewłaściwie. Dużo częściej, w odpowiednim momencie sugerowano mi, że pewnych rzeczy nie należy robić, albo mają one znaczenie, którego nie znam. Na przykład, że podawanie jedzenia pałeczkami albo głośne opróżnianie nosa, to coś, czego w Japonii po prostu się nie robi.

Rekrutacja w firmie K przebiegała tak nietypowo, bo był Pan obcokrajowcem? Nikt przecież nie sprawdzał Pańskich kompetencji, nie było typowych rozmów kwalifikacyjnych?

Myślę, że wynikało to z zupełnie innych pobudek pracodawcy. Podczas rekrutacji starano się raczej sprawdzić mój charakter, intencje i przydatność dla firmy. Moje kwalifikacje i doświadczenie zapisane były w CV. W długim okresie czasu ważniejsze niż konkretne umiejętności było bowiem to, czy będę w stanie zaaklimatyzować się, czy dostosuję się do filozofii K, czy odnajdę tam swoje miejsce. W Japonii jeśli zaczyna się pracę w jakiejś firmie, najczęściej pozostaje się w niej już do emerytury. To długi czas.

I odnalazł się Pan w K? W końcu spędził Pan w tej firmie 5 lat.

Tak, był nawet moment, że myślałem, że będę pracował tam o wiele dłużej.

Mimo, że firma K dla Pana, Polaka, była zupełnie inną planetą?

Była, ale do większości „inności” można przywyknąć, niektóre spośród nich nawet po pewnym czasie zaczynają się wydawać zupełnie naturalne. Na przykład sprzątanie biura. W tokijskim oddziale firmy K pracownicy byli współodpowiedzialni za porządek nie tylko na swoich biurkach, ale także w całym biurze. W każdy poniedziałek przed zebraniem i rozpoczęciem właściwej pracy każdy z kolegów chwytał za ścierkę i wycierał kurze na swoim stanowisku pracy, a potem na zmianę zabieraliśmy się za odkurzanie podłogi, czyszczenie lamp czy sprzątanie toalet. Dawaliśmy w ten sposób wyraz tego, że dbamy o dobro wspólne, że dla każdego jest ono ważne. W Japonii jest to praktykowane od najmłodszych lat, bo uczniowie w szkołach sprzątają swoje klasy. Dla moich kolegów również nie było to nic dziwnego, a ja przejąłem ich obyczaje.

Ale to nie jedyne wyzwanie, przed jakim Pan stanął.

To na pewno. W Japonii dużym wyzwaniem jest hierarchiczność.

Poznanie wszystkich imion i nazwisk, ale też miejsca w hierarchii moich współpracowników zajęło mi kilka miesięcy.

Ale było to bardzo ważne, bo od tego zależały nasze relacje, a także język, jakim zwracaliśmy się do siebie nawzajem. Ale ta sytuacja była wyzwaniem nie tylko dla mnie, bo mój przypadek w końcu nie był w firmie K typowy. Nie trafiłem tam zaraz po studiach, bez doświadczenia, tylko od razu na stanowisko doradcze. Oznaczało to, że znajduję się wyżej w hierarchii niż koledzy młodsi ode mnie wiekiem, ale dłużej pracujący w firmie. Wszystko działo się bardzo szybko i dynamicznie i po mniej więcej trzech miesiącach wiedziałem już, gdzie w firmowej hierarchii się znajduję.

Chyba, że w biurze pojawiał się Prezes.

Tak, wizyty prezesa zawsze były wydarzeniem wyjątkowym. Jeśli można użyć takiego porównania, Prezes był w firmie niemal jak bóg. To jedyna osoba, która nie pracowała w stroju służbowym, tylko w ubraniu cywilnym. Prezes nie miał zwyczaju odbywania bezpośrednich rozmów czy nawiązywania kontaktu z pracownikami, poza sytuacjami szczególnymi, jak na przykład przejście kogoś na emeryturę. Ja na początku tego nie wiedziałem. Doskonale pamiętam ten dzień, kiedy nagle w pokoju działu handlowego, w którym pracowałem, pojawił się Prezes. Cały zgiełk – rozmowy, stukot klawiatury – natychmiast ucichł i zapadła cisza. Nikt z kolegów nie wiedział, co właściwie się dzieje. Wielu było przekonanych, że musiałem zrobić coś okropnego, skoro sam Prezes zstąpił z wysokości swego biura i przyszedł do nas. Kiedy okazało się, że przyszedł, by po prostu zaprosić mnie na wycieczkę, bo chciał pokazać mi okolicę, koledzy nie mogli uwierzyć w to, co widzą i słyszą.

Pisze Pan o rodzinnym charakterze firmy K. Ale nie była to rodzina rozumiana tak, jak w Polsce.

Raczej rozumiana jako pewna struktiura, w której zachowana jest hierarchia starszeństwa oraz wynikające z niej konkretne prawa i obowiązki poszczególnych jej członków, na przykład odpowiedzialność za młodszych i słabszych, w zamian za ich podporządkowanie wobec tych starszych i bardziej doświadczonych. Z jednej strony przełożeni w firmie K. mogli krzyknąć na podwładnego, ale z drugiej – mieli obowiązek dbania o niego i udzielenia mu pomocy w trudnej sytuacji zawodowej, ale także prywatnej. Widać to było bardzo dobrze, gdy szliśmy na kolację firmową. Wówczas najstarsi rangą płacili najwięcej, najmłodsi najmniej albo wcale.

Ale rodzinność oznaczała także, że gdy zostało się zatrudnionym w firmie, otrzymywało się niejako gwarancję i obietnicę, że będziemy pracować do emerytury. Dziś japoński system zatrudniania jest dużo bardziej elastyczny, ale nadal w wielu firmach funkcjonuje to zobowiązanie. Daje ono pracownikowi poczucie bezpieczeństwa, ale trzeba też pamiętać, że przez to dużo trudniej zmienić miejsce zatrudnienia, że człowiek wiąże się z firmą na dobre i złe w młodym wieku, nie wiedząc, co go czeka i czego się spodziewać.

W Japonii nie ma ochrony pracownika? W K Pańscy koledzy chodzili do pracy mimo przeziębienia, a nawet poważniejszej choroby.

Rzeczywiście.

W Japonii nie ma popularnych u nas zwolnień L4. Jeśli ktoś choruje, firma oczekuje, że pracownik wykorzysta do tego celu swój urlop.

Jeśli schorzenie jest poważniejsze, wówczas wkracza rozwinięty w Japonii system ubezpieczeń społecznych, ale typowych zwolnień lekarskich nie ma. Obecność w pracy mimo w czasie drobniejszej choroby to jedna z form pokazania własnego zaangażowania, lojalności, poczucia odpowiedzialności i zespołowości.

Czy to wszystko, o czym Pan pisze, to zjawiska typowe dla firm w Japonii czy po prostu dla firmy K?

Trudno generalizować, bo każda firma jest nieco inna. Ale na pewno wiele charakterystyk, które anegdotycznie pokazałem w Planecie K można odnaleźć w całym japońskim systemie. Inaczej funkcjonują korporacje z kapitałem zagranicznym, gdzie stosowane są praktyki i standardy zachodnie, gdzie inny jest system zatrudniania i rozliczania pracowników, większa jest też rotacja personelu. W dużych firmach japońskich wciąż obowiązuje zasada dożywotniego zatrudnienia i rosnącej z wiekiem pensji.

I braku głębszych przyjaźni ze współpracownikami?

To bardzo trudne pytanie. Z jednej strony w Japonii bardzo ważna jest przynależność – każdy definiuje się właśnie przez nią – jako uczeń danej szkoły, pracownik określonej firmy. Z drugiej strony każdy chce zachować choć odrobinę prywatności, co nie jest takie łatwe, bo w pracy spędza się wiele godzin i siłą rzeczy pracownicy wiedzą o sobie nawzajem bardzo dużo. Natomiast w tym systemie nie ma zbyt wiele czasu na przyjaźnie, takie jakie my znamy. Spędzamy praktycznie całe dnie razem w biurach, ale brakuje czasu na spotkania typowo prywatne – po zakończeniu pracy często są wspólne wyjścia z kolegami, zwykle jednak aranżowane przez firmę, na których poruszane są przede wszystkim tematy związane z pracą. To chyba nie najlepsza okazja, by zadzierzgnąć prawdziwe, głębokie przyjaźnie.

Rozumiem, że nie tęskni Pan?

Przez dwa pierwsze lata o powrocie do kraju, tęsknota za Japonią pojawiała się u mnie bardzo rzadko, ale teraz czuję ją częściej. Na pewno nie chciałbym wrócić do japońskiej korporacji i pracować tam na pełny etat. Po latach w Europie ponowne przystosowanie się do tego systemu wydaje mi się mało realne.

Wysłał Pan swoją książkę Prezesowi?

Jeszcze nie, choć myślę, że chętnie by ją przeczytał. Może kiedyś Planeta K. zostanie przetłumaczona? Nie jest to książka, w której krytykuję firmę K. Mierzę się w niej raczej z moim doświadczeniem pięciu lat pracy, próbuję je zrozumieć, przełożyć na nasz język i przedstawić czytelnikom.
Dziś ciepło myślę o tych ponad pięciu latach i chociaż nie wszystkie doświadczenia były pozytywne, to czuję sentyment do ludzi, których tam poznałem. Czuję też dług wdzięczności za zaufanie, którym mnie obdarzono, za możliwość poszerzenia horyzontów, wiedzy i lepszego poznania Japonii.

I za to, że bez tych pięciu lat nie powstałaby ta książka?

Bez dwóch zdań. Bez tych pięciu lat pracy, czytelnicy nigdy nie mogliby się wybrać na Planetę K. Zapraszam – to naprawdę ciekawa podróż!

Książkę Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2020-03-13 22:24:28
0 +-

Podoba mi się wspólne sprzątanie biura.

Avatar użytkownika - Justyna641
Justyna641
Dodany: 2020-03-12 21:05:27
0 +-

Ciekawy wywiad. Chętnie przeczytam książkę.

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Dzieci, których nie ma
Renata Piątkowska;
Dzieci, których nie ma
Zamieć
Gabriel Dylan
Zamieć
Raptus
Magdalena Kulus
Raptus
Złodziejka truskawek
Joanne Harris
Złodziejka truskawek
Piętno dzieciństwa
Katarzyna Kielecka;
Piętno dzieciństwa
Indigo
Patrice Lawrence
Indigo
Baba Blaga
Joanna Wachowiak
Baba Blaga
Nasz azyl
Marta Józefczyk
Nasz azyl
Pokaż wszystkie recenzje