Napra​wia​jąc rela​cję z matką, zbli​ży​łem się rów​nież do ojca. Od roz​wodu rodzi​ców, kiedy mia​łem trzy​na​ście lat, ojciec miesz​kał samot​nie w małym, zruj​no​wa​nym miesz​ka​niu, któ​rego ni​gdy nie chciało mu się wyre​mon​to​wać, cho​ciaż był eme​ry​to​wa​nym sier​żan​tem mary​narki i pra​cow​ni​kiem budow​la​nym. Stare narzę​dzia, śruby, gwoź​dzie, zwoje taśm elek​trycz​nych i kle​ją​cych  walały się   jak zawsze   po poko​jach  i   kory​ta​rzach.      Kiedy sta​li​śmy obok  sie​bie pośrodku oce​anu zardze​wia​łego metalu,  powie​dzia​łem mu, jak bar​dzo za nim tęsk​ni​łem. Słowa roz​pły​nęły się w prze​strzeni. Ojciec nie miał poję​cia, co z nimi zro​bić. Zawsze pra​gną​łem bli​skiej rela​cji z ojcem, ale żaden z nas nie potra​fił jej stwo​rzyć. Jed​nak tym razem kon​ty​nu​- owa​li​śmy roz​mowę. Powie​dzia​łem mu, że go kocham i że jest dobrym ojcem. Opo​wie​dzia​łem mu o rze​czach, które dla mnie robił, kiedy byłem mały. Czu​łem, że mnie słu​cha, cho​ciaż mogłoby się wyda​wać, że jest ina​czej, ponie​waż wzru​szał ramio​nami i pró​bo​wał zmie​nić temat. Przez kilka tygo​dni mówi​łem do niego i dzie​li​łem się wspo​mnie​- niami. Aż wresz​cie któ​re​goś dnia pod​czas lun​chu spoj​rzał mi pro​sto w oczy i powie​dział: „Ni​gdy nie sądzi​łem, że mnie kochasz”. Z tru​dem       złapałem ​ oddech. Jasne było, że w nas obu poja​wił się wielki ból. I nagle otwo​rzyły się nam serca. Cza​sami serce musi pęk​nąć, żeby mogło się otwo​rzyć. W końcu zaczę​li​śmy oka​zy​wać sobie miłość. 
Reklamy