reklama

Forum

Wątek - Twórczość Tolkiena - dyskusja i konkurs
← powrót

Kto Post
slk
Avatar użytkownika - slk
2012-10-22 08:50:03

Od której książki – Waszym zdaniem – warto zacząć swą przygodę z Tolkienem? Co sądzicie o ekranizacji "Władcy Pierścieni"? Czy czekacie na filmowego "Hobbita"? Czy w ogóle Tolkiena da się jeszcze czytać? 

marp
Avatar użytkownika - marp
2012-10-22 09:59:28

Ja zacząłem przygodę z Tolkienem od "Władcy pierścienia", a więc od "wysokiego c". To banał, ale to dla mnie niezwykła powieść. Przy całym szacunku dla Tolkiena i jego drobiazgowo zbudowanego świata to "Władca" jest czymś co wymknęło się poza wszelkie granice i już od lat jest samodzielnym bytem. To książka o nadziei w obliczu wszechogarniającego zła. Mroczne "Dwie wieże" to po prostu arcydzieło! Jest jednak w tej książce coś jeszcze. Nie wszystko jest odkryte, nie wszystko wyjaśnione i ta nieokreśloność jest u Tolkiena czymś fascynującym, nie pozwalającym odłożyć tej książki. "Hobbit" jest bardzo dobry, inne opowieści też niezłe, ale to dobre rzemiosło, a "Władca' sztuka - czysta jakość
lokesh
Avatar użytkownika - lokesh
2012-10-22 10:09:42

Od jakiej ksiazki zaczac swoja przygode z Mistrzem? To wszystko zalezy od wieku czytelnika. Ja pierwszy raz zetknalem sie z Jego tworczoscia wlasnie za sprawa "Hobbita" i zaluje,ze bylo to tak pozno! ;) Dlatego tez polecam wszystkim tym,ktorzy maja juz swe pociechy aby podsuwali im jak najwczesniej ksiazki Tolkiena! Przeciez pisal On rowniez bajki! A dziecieca percepcja jest zdecydowanie inna-bardziej bogata,niz w przypadku siegniecia po "Pana Blyska" czy "Listy Swietego Mikolaja" w pozniejszym wieku!
Reklama
Avatar usuniętego użytkownika
azetka79
Avatar użytkownika - azetka79
2012-10-22 12:46:04

Twórczość Tolkiena jest powalająca. Odkryłam ją stosunkowo niedawno, ale wciągnęła mnie magia języka i łatwość konstruowania fabuły. Poleciłam ją synowi i mimo młodego wieku- bo ma jedenaście lat- połknął bakcyla.
Faledor
Avatar użytkownika - Faledor
2012-10-22 12:46:47

Na Tolkiena natknęłam się w Liceum. To był dla mnie bardzo trudny czas. Nie mogąc odnaleźć się w realnej rzeczywistości odkryłam powieści fantastyczne, które pozwalały mi zapomnieć o problemach dnia codziennego. Z cichej, szarej myszki jaką byłam na codzień przeistaczałam się w odważną wojowniczkę, nieustraszoną księżniczkę lub czarodziejkę o nieograniczonych możliwościach magicznych. Jak w bajce! Sięgałam po kolejne książki z bibliotecznej półki z działu "fantasy" i w końcu przyszła kolej na "Władcę pierścieni". Kompletnie nie wiedziałam czego mogę spodziewać się po tej powieści, ale w tym czasie "łykałam" wszysko to było związane z fantastyką, więc i ta książka wylądowała u mnie w domu. Początki nie były łatwe. Hobbici nie imponowali mi w zupełności, a tym bardziej opisy całej rzeszy krewnych i ich koligacji, ale ... pojawił się tajemniczy pierścień i postanowiłam sprawdzić, co będzie dalej. Powoli Frodo zaczął budzić moją sympatię, Gandalf nie od razu, bo co to za czarodziej, kóry nie wie wszystkiego, ma jakieś słabości i nie pojawia sie na ważnym spotkaniu - czyli zostawia Froda samego na pastwę losu w prawdziwych opałach. Im dalej czytałam, tym bardziej odkrywałam, że ta książka mimo iż nie powiela stereotypów fantasy (tak mocno przeze mnie wtedy poszukiwanych)zaczyna byc dla mnie wciągająca, ważna i jedyna w swoim rodzaju. Mimo, że mroczna to jednak książka o nadziei i pokonywaniu własnych słabości. Z powieści Tolkiena zaczęłam czerpać siłę, bo to on mi pokazał, że można być małym stworzeniem, ale mieć wielkie serce. Po wielu latach postanowiono zekranizować tę powieść i zrobił sie ogromny szum medialny wokół powieści i autora. Nie lubię całej tej komercyjnej otoczki, ale z sentymentu do książki oczywiście obejrzałam film i przyznaję, że bardzo mi sie spodobał. Włączam go, żeby poprawić sobie humor :) Zachęcam też do przeczytania "Listów" Tolkiena. Można dowiedzieć się z nich, że niekoniecznie był takim człowiekiem, jakim go sobie wyobraża większośc czytelników. Chorowity i niemajętny (pisał, że trudno mu związać koniec końcem), ale niesamowicie oddany swojej pasji, jaką było studiowanie języków starożytnych i tworzenie języka "duszków" (elfów), do czego niechętnie sie przyznawał w obawie przed śmiesznością. To osobowość bardzo ciekawa, nietuzinkowa, wartościowa i czasem wręcz rozczulająca i dlatego ciesze się, że powstał specjalny wątek dotyczący jego twórczości.
mcleo
Avatar użytkownika - mcleo
2012-10-22 14:31:23

Od czego zacząć… Pytanie, w jakim wieku jest czytelnik i jaki charakter ma czytelnik. Ba, nawet jaki tryb życia prowadzi czytelnik i w jakim „świecie” się wychowuje. Owszem, jeżeli czy to „Hobbita”, czy „Władcę pierścieni” potraktujemy jako typową literaturę fantasy, to część fanów gatunku przeczyta Tolkiena niejako z obowiązku i będzie zachwalać no bo mistrzowi trzeba oddać hołd, część przeczyta ale stwierdzi, że słaby, archaiczny, część się autentycznie zafascynuje i znajdzie w jego książkach więcej, niż krasnoludów, hobbitów czy elfów. Cześć nawet zauważy, że przynależność do danej rasy, czary itp. nie ma w sumie większego znaczenia (wiadomo, fabularne ma…) bo nie o tym są te książki. Wydaje mi się, że dorosły czytelnik, choć może lepszym określeniem będzie „dojrzałyy” czytelnik, taki, który nie stwierdzi, że książkę jest kiepska bo nie da się czytać przydługich „opisów przyrody” albo wędrówki bohaterów zamiast przyzwoitego mordobicia, powinien zacząć od „Władcy pierścieni”. Oczywiście, napotkawszy zdanie autora o tym, że jest to kontynuacja przygód opisanych wcześniej w „Hobbicie” powinien przerwać lekturę i sięgnąć po „Hobbita”, ale… Cóż, taki ruch może się skończyć odrzuceniem lektury. „Hobbit” jest zasadniczo bardzo „lekki”, nie powiem, że infantylny czy dla dzieci (choć z taką myślą był przecież pisany), ale dla kogoś, kto słysząc legendy o Tolkienie „który wielkim pisarzem był” i oglądając wcześniej film może być cokolwiek zawiedziony. „Władca pierścieni” dla odmiany po w miarę „hobbitpodobnym”, leciutkim wstępie dosyć szybko przechodzi jednak w poważniejszą literaturę (podobnie jak ostatnie rozdziały „Hobbita”). Myślę więc, że „Władca…” jest najlepszym wyborem na start, czy ogólnie – na zaprzyjaźnienie się z twórczością Mistrza. Dużo ciekawiej jest, gdy mówimy o dzieciach a wprowadzającym jest dorosły. Czy „Listy do św. Mikołaja” to dobry pomysł? Tak, może być, z jednym zastrzeżeniem. Świat w którym żył Tolkien ciągnie się od epoki wiktoriańskiej po czasy niemal nam współczesne, tryb życia, sposób wychowania dzieci jednak mocno się różnił od „stylu marketowego” znanego nam dziś. Jeżeli ktoś więc na co dzień nie dba o szeroko rozumianą tradycję i jego dziecko wychowuje się w świecie, gdzie prezenty przychodzą z Allegro czy Tesco a nie przynosi ich św. Mikołaj, będzie to lektura wyjątkowo abstrakcyjna, kto wie, czy nie wyśmiana. Kiedy jednak dziecko złapie bakcyla i nawet gdy rośnie i czuje, że z tym Mikołajem to jednak coś nie tak, dalej będzie grać w tę uroczą grę. Moje dzieci są już niemal pełnoletnie. Dawno już nie wierzą w św. Mikołaja, ale piszą listy i emaile do niego. Dalej udajemy, że nie widzimy prezentów schowanych pod choinką, ba, do dziś czasem domownicy nie wiedzą jak niektóre z nich i kiedy się tam znalazły. „Listy do św. Mikołaja” – tak, o ile wychowujemy dzieci na baśniach i bajkach a nie na Pockemonach. Polecałbym jednak ciut inny początek – kto wie, może i nie tylko dla dziecka. Proponuję zacząć od wierszy-pieśni. Cudowny język, wysoki i bliskim dzieciom poziom abstrakcji, tworzenie nowych słów, niezapomniane przeżycia i emocje, gdy wyobrażają sobie Żujpaszcze czające się w wilgotnej piwnicy, krowę, która skoczyła na księżyc czy trolla obgryzającego gnat. Oczywiście trzeba się trochę postarać i najpierw im to przeczytać, pobawić się w aktora. Potem podchwycą to same. Przy okazji można im równolegle czytać wykręcającą mózg (szczególnie przegenialny Dżabbersmok) na lewą stronę „Alicję w Krainie Czarów” i „Po drugiej stronie lustra”, wszak Lewis to przyjaciel Tolkiena. Tak wprowadzone w niezwykły świat języka i wyobraźni zafascynowane sięgną po Hobbita. A potem po „Władcę”. Warto też, wzorem autora bawić się z dziećmi w odkrywanie znaczenia słów, taka mała domowa etymologia i jest to o tyle cudowne, że jeżeli zrobimy w interesujący sposób, to jak dziecko pierwszy raz radośnie ku zgrozie rodziców powie „dupa” to można go zapytać, „a wiesz skąd się wzięło to słowo i co oznacza tak naprawdę”? I duża szansa, że dziecko nie będzie tak mówić bez potrzeby. Być może zacznie żyć słowami, rozbierać je na czynniki, doceniać ich wagę? Może napisze samo wiersz? Ogólnie można powiedzieć, że czytanie Tolkiena to nie lektura, tylko styl życia, o ile wręcz nie światopogląd :)
Pilar
Avatar użytkownika - Pilar
2012-10-22 15:36:31

„Tutaj jestem – tu się chowam, Na nic wasza wstrętna zmowa! Nie wystarczy bowiem chcieć, Nie złapiecie mnie w swą sieć!” Nie należę do miłośników takiej właśnie literatury. Można powiedzieć, że czytając podobne książki męczę się niesamowicie. A jednak! „Hobbit” Tolkiena był moją lekturą szkolną w drugiej klasie gimnazjum. W wakacje poprzedzające rozpoczęcie roku szkolnego postanowiłam sobie przeczytać wszystkie lektury, co u mnie, jak pisałam już wcześniej czytanie lektur było ciężką sprawą. Tak więc pewnego lipcowego ranka zasiadłam na swojej werandzie i zaczęłam czytać. Kartka po kartce zaznaczałam przeróżne cytaty, opisy postaci, ale też cytaty, które wydały mi się „coś” przekazujące. „Orły na ogół nie mają dobrego charakteru. Wiele pośród nich jest okrutników i tchórzów.” Z początkowej niechęci do tej właśnie lektury, zmieniłam swoje zdanie diametralnie. Razem z małym hobbitem wędrowałam przez różne dzikie kraje. Towarzyszyłam mu we wszystkich przygodach. Czułam, kiedy chciał już wrócić do swojej chatki i spokojnego życia. Czułam magię, kiedy przebywał w wiosce elfów. Wyśmienicie przetłumaczone dialogi, przez właśnie wspomnianą Marię Skibniewską, idealnie oddały klimat i charakter książki. W dodatku wydanie z zamieszczonymi ilustracjami i mapami podróży stała się niejako nie tylko książką, a pamiętnikiem z podróży przez magiczny świat. W późniejszym czasie sięgnęłam po „Władcę pierścieni”, a następnie po ekranizację tejże powieści. Niestety moim zdaniem ekranizacja odbiega od oryginały książkowego, przy czym traci. Choć trzeba przyznać, że powstała z kunsztem i nie szczędzono niczego, by osiągnąć dość wymowny efekt. Książka będzie zawsze książka. Ona pozwala rozwinąć wyobraźnię na przeróżne sposoby, film wytycza już określone rysy. Od czego zacząć? Ja polecam na tak zwane dzień dobry „Hobbita”. To podwalina dalszej akcji. Czytając już „Władcę Pierścieni” możemy odnaleźć dużo scen, zdarzeń ze wspomnianej przeze mnie pozycji. „Hobbit” to mała zapowiedź tego, co będzie dalej działo się w świecie stworzonym przez Tolkiena. „Jestem jak włamywacz, który nie może się wydostać i jest zmuszony okradać dzień po dniu ten sam dom […] Oto najobrzydliwsze, najnudniejsze zdarzenie z całej tej nieszczęsnej, męczącej, dokuczliwej przygody!” Szczerze bardzo boję się ekranizacji „Hobbita”. Mam dużo wątpliwości, czy twórcy sprostają wyzwaniu. Sam artysta, pisząc to dzieło postawił już dość wysoko poprzeczkę. Książka zawiera szczegółowe opisy postaci, miejsc, zachować, wyglądu otoczenia, a także ma swój swoisty, zabawny język. Mam nadzieję, że film nie zawiedzie.
mcleo
Avatar użytkownika - mcleo
2012-10-22 22:35:23

Myślę, że nie ma co się obawiać o ekranizację Hobbita. Filmowa adaptacja LOTR Jacksona jest równie perfekcyjna jako film, jak książka Tolkiena jako dzieło literackie. Tak, jak Tolkien pieścił opisy, wiersze, charaktery postaci, tak filmowcy dopieścili film. Począwszy od doboru krajobrazów, przez dokładność wykonania rekwizytów i kostiumów, po rzeczy, których w filmie nie widać, ale są - jak choćby ręcznie kaligrafowane księgi, czy cały Hobbiton obsadzony roślinami - krzewami, warzywami rok wcześniej, by wyglądał bardziej autentycznie. Aktorzy byli emocjonalnie zaangażowani w swoje postaci, raz, jako fani Tolkiena, dwa ze względu na zżycie przez długi czas pracy na planie i charyzmatycznego Petera. Błędem jest tylko czepianie się filmu, że "nie było jak w książce". To dwa różne dzieła. Film rządzi się swoimi prawami, a właściwie rządzi producent. Osobiście jestem zdziwiony, że film nie wyszedł jak produkcje Hallmarku w stylu Dangeons & Dragons, co znając mega komercyjne podejście amerykańskich filmowców było całkiem możliwe. Karły jako hobbici, Robert Pattinson jako Aragorn... :) Film znacząco różni się od książki, wiele wątków brakuje, wiele jest zmienionych czy wręcz dodanych (wyeksponowanie Arweny które w książce niemal nie istnieje). W ekranizacji "Hobbita" też zapewne tak będzie, śledząc trailery i "making of"y już widać, że będzie wiele nawiązań do "Władcy pierścieni" i ogólnie film będzie bardziej mroczny od książki. Wielu powie, że to źle, że powinien być zgodny. Ale jeśli spojrzeć na to z innej strony - sam J.R.R.T uważał się za "odkrywcę" świata Śródziemia a to co piszę, to tylko jego adaptacja tego, co znalazł "w starych księgach". Myślę, że zarówno film "Władca pierścieni" jak i "Hobbit" należy traktować dokładnie tak samo. Inny odkrywca opisał to samo w inny sposób, może dysponował innymi manuskryptami? Kto wie :) Nie czepiałbym się też, jak to robią niektórzy, że to komercja - w końcu "Władca pierścieni" to chyba jedyna książka Tolkiena, którą napisał by mieć co do garnka włożyć, właśnie dla kasy, wręcz na zamówienie!
lokesh
Avatar użytkownika - lokesh
2012-10-23 09:20:28

Ciesze sie,ze Peter Jackson zdecydowal sie na nakrecenie"Hobbita"-pojawialy sie przeciez wiadomosci o checi rezygnacji z tego projektu! Juz nie moge sie doczekac tych wspanialych krajobrazow Srodziemia,ktore wspaniale zastapila natura Nowej Zelandii! ;)
marp
Avatar użytkownika - marp
2012-10-23 09:23:55

Nie wiedziałem, że Tolkien napisał "Władcę" głównie dla kasy. To jednak pokazuje jak zagmatwane są różnice pomiędzy wysoką i masową kulturą, jak płynne to pojęcia. Niekoniecznie wybitne dzieło musi być "czyste", pozbawione wszelkich komercyjnych naleciałości. Zgadzam się, że film i książkę trzeba traktować odrębnie. "Władca" jako film jest świetny, jednak jeżeli ktoś oczekuje, że odtworzy te wszystkie emocje, obrazy, jakie były obecne przy naszej, osobistej lekturze książki to zawiedzie się. Zresztą nie dotyczy to tylko tego filmu i tej książki. To jest coś powszechnego i normalnego. Nie było dla mnie istotne, że w filmie pominięto pewne wątki, inne potraktowano skrótowo, bo takie są wymogi tego gatunku. Jednak reżyser poradził sobie z całością lepiej niż można było oczekiwać. W filmie jest ta mroczna atmosfera, jest nadzieja tłamszona przez rzeczywistość i jest "ten" klimat. A zadanie było potwornie ciężkie. To powieść kultowa!
Faledor
Avatar użytkownika - Faledor
2012-10-23 10:12:42

Tolkien zaczął pisać "Władcę pierścieni" z powodów czysto materialnych, ale sam stwierdził po kilku rozdziałach, że powieść zaczęła wymykać mu się spod kontroli i życ własnym życiem. Jakby tylko czekała w jego umyśle, aż ją uwolni :) Początkowo miała to być książka dla dzieci (pierwszym recenzentem Hobbita i Władcy pierścieni był syn wydawcy ) Ponadto Tolkien był nie tylko autorem powieści, ale i rysunków do niej, kóre zostały wydrukowane mimo, iż autor większość z nich określił jako złe. Wracając do ekranizacji "Hobbita" podejrzewam, że nie obejdzie się też bez krytyki. Już słyszałam głosy, że np. krasnoludy są za mało krasnoludzkie :) Ci wszyscy, którzy po "Władcy pierścieni" będą oczekiwać kogoś na miarę Gimliego mogą się trochę rozczarować. Ale nie ma co narzekać na zapas, bo podejrzewam, że całokształt i tak będzie zachwycający!
mcleo
Avatar użytkownika - mcleo
2012-10-23 11:01:50

Tak jak pisze Faledor - to nie do końca tak, że to czysta komercja, sam pomysł pojawiał się gdzieś "od zawsze", "Władca" jak sądzę powstałby prędzej czy później i tak. Tutaj jednak tym "kopem" który niejako zmusił autora do pracy było, jak to się mówi, "życie". Oczywiście, to nie do końca tak, że profesor głodem przymierał a dzieci zapałki sprzedawały, ale jakoś rodzinę trzeba było utrzymać. To były jednak trochę inne czasy i nie możemy tego mierzyć naszą miarą. Dziś jesteśmy przyzwyczajeni, że na hasło "Tolkien" większość mówi "łoł, to ten sławny od hobbitów" i mniej więcej kojarzy o kogo chodzi. Niemalże celebryta, wydawcy płacą ciężka kasę za każdą pierdołę związaną z nim, a od czasu jak prawa wypłynęły w obce ręce, płacą poczwórnie. O różnicach między tamtymi czasami a naszymi świadczy choćby to, że "Władca" stał się trylogią, którą w sumie nigdy nie był. Po prostu wydawca bał się wtopić tyle pieniędzy w przypadku ewentualnej klapy...
marp
Avatar użytkownika - marp
2012-10-23 12:36:33

To właśnie cecha arcydzieł, że zaczynają żyć jakby własnym życiem. Można to dobrze zaobserwować na przykładzie sagi George'a Martina. Nie oceniam czy to arcydzieło, jestem dopiero w trakcie czytania, ale oczekiwania autora i czytelników trochę się rozmijają. Widać, że Martin nie za bardzo ma ochotę zajmować się tym potężnym projektem... Co ciekawe miałem podobne wrażenie podczas czytania "Władcy". Wydaje się, że Tolkiena już to wszystko trochę zmęczyło, albo - idąc tropem komercyjnym - chciał przyśpieszyć wydanie książki. Jedyny mój zarzut do "Władcy" to właśnie przyśpieszone zakończenie. Wszystkie wątki były pięknie rozwinięte i narracje można było pociągnąć spokojnie przez kolejne kilkaset stron, nawet bez szczególnych zwrotów akcji i dodawania nowych wątków. Szkoda... Ale nic się nie poradzi
Faledor
Avatar użytkownika - Faledor
2012-10-23 14:45:36

Nie zdziwiłabym się jeśli "Pieśni Lodu i Ognia" Martina pozostałyby niedokończone, choć sama niecierpliwie czekam na kontynuację. To byłaby nie pierwsza niedokończona saga tego autora, a i on sam daje do zrozumienia, że pospieszanie go przez zniecierpliwionych czytelników może wywołać odwrotny efekt. Jednak u Tolkiena nie odczułam tego zmęczenia. "Władca pierścieni" wydaje mi się być dopracowany perfekcyjnie od początku do końca. Tym bardziej, że miała to być o wiele krótsza historia - o czym pisze sam autor w swoich listach. Sam jakby był lekko zdumiony faktem, jak bardzo historia się gmatwa i nabiera mrocznego klimatu. Ja odniosłam wrażenie, jakby Tolkien wywołał lawinę zaczynając pisać tę powieść i dał się ponieśc na jej grzbiecie, nie wiedząc dokąd go poprowadzi. Nie zauważyłam tu żadnego znużenia, ale może to tylko moje zdanie.
ballberith
Avatar użytkownika - ballberith
2012-10-23 15:48:37

Już niebawem Hobbit w kinach, ale przez kinem polecałbym oczywiście lekturę książki. A dla osób, które jeszcze nie znają Tolkiena to proponuję zacząć oczywiście od Silmarillionu. Barwa z jaką opisano powstanie Śródziemia z mitologią i historią z tym związaną jest nieoceniona. Dla kogoś kto zaczyna dopiero przygodę z MISTRZEM proponuję zakup ATLASU ŚRÓDZIEMIA, który jest niezbędnym elementem całej i wieloletniej podróży:)
ballberith
Avatar użytkownika - ballberith
2012-10-23 15:54:38

Od razu odpowiadam na pytanie, które się za chwilę pojawi. NIE!!!!!!!! Nigdy nie będzie ekranizacji Silmarilllionu. A dlaczego? O tym trzeba już porozmawiać z Christopherem, ale nie wiem czy pamiętacie, nie chciał również filmowego Hobbita, a WP podobno po dzień dzisiejszy nie widział:):):):)
TadeuszMazur
Avatar użytkownika - TadeuszMazur
2012-10-23 17:05:27

Tolkien jest ciekawy, ale wydaje mi się, że mimo wszystko bardziej "pociągający" jest jego przyjaciel - Lewis. Ale myślę, że ekranizacja filmowa Hobbita będzie niesamowita. Na pewno na niego pójdę.
KatarzynaMarek
Avatar użytkownika - KatarzynaMarek
2012-10-23 17:08:32

Zgadzam się, warto przejść się będzie na filmową wersję Hobbita. Sama na początku nie mogłam się przekonać do Tolkiena. Teraz nie jestem do końca do niego przekonana, też - tak jak TadeuszMazur - wolę Lewisa.
swojtko
Avatar użytkownika - swojtko
2012-10-23 17:11:34

Tak, można trochę się bać Tolkiena. Moim zdaniem za dużo w nim magii, moim zdaniem nawet zbyt dużo. Ale być może to nie mój typ literatury. Ale kto wie, jestem kinomaniakiem, lubię chodzić na nowości, więc może skuszę się na filmowego Hobbita. Nie czytałem nigdy twórczości Tolkiena, ale może to będzie pierwszy zachwyt....?
DorotaMazur
Avatar użytkownika - DorotaMazur
2012-10-23 17:16:11

Fantastyka nigdy nie była moją ulubioną częścią literatury. Kiedy wszyscy czytali namiętnie Tolkiena, nie czułam wewnętrznej potrzeby przeczytania jego dzieł. Potem wszedł na rynek ksiegarski Lewsi z Opowieściami. Wówczas też nie dałam się skusić. Ale kiedy postanowiłam iść na doktorat, mój promotor stwierdził, że może warto byłoby "rozpracować" teologicznie Tolkiena lub Lewisa. Moje zdziwienie było wówczas ogromne. I teraz się śmieję z siebie, że gdyby nie cheć naukowego rozwoju i zdobycia tytułu, to nie sięgnęłabym po pozycje tego typu. I muszę przyznać, że teraz zakochałam się w Lewisie. A mało kto wie, że nawrócenie Lewisa było możliwe właśnie dzięki Tolkienowi, który był jego przyjacielem. Niesamowite, prawda?
Odpowiedz