Pierwsze rozdziały "Wyborów" Ruty Sepetys

Autor: slk
News - Pierwsze rozdziały

Jest rok 1950. Siedemnastoletnia Josie Moraine, córka prostytutki, pragnie więcej, niż Nowy Orlean może jej zaoferować. Obmyśla więc plan, jak się wyrwać z miasta, lecz tajemnicza śmierć w Dzielnicy Francuskiej wplątuje ją w sieć policyjnego dochodzenia. Los wystawi na próbę lojalność dziewczyny wobec matki oraz Willie Woodley, szorstkiej burdelmamy, na której pomoc w najtrudniejszych chwilach mogła liczyć. 

 

Zawieszona pomiędzy marzeniem o elitarnej uczelni a rzeczywistością mrocznego półświatka, Josie musi podjąć kilka trudnych decyzji. Czy jednak uda jej się zagłuszyć głos sumienia? 

 

 

Ruta Sepetys, autorka Szarych śniegów Syberii, w swej nowej powieści Wybory zręcznie konstruuje historię pełną tajemnic i kłamstw, przypominając, że nasz los kształtują wybory, których dokonujemy. Warto się o tym przekonać. Warto sięgnąć po Wybory. Warto wziąć udział w naszym specjalnym konkursie, który poświęcony jest tej właśnie książce i przeczytać jej premierowy fragment: 

 

 

Nie masz doskonałego piękna bez pewnej niezwykłości w umiarach.

– Sir Francis Bacon

 

 

1

 

Moja matka to prostytutka. Ale nie taka ordynarna flądra, co szlifuje bruki. Właściwie jest całkiem ładna, umie się wysławiać i dobrze się ubiera. Ale sypia z mężczyznami za pieniądze i prezenty, tak więc według słownikowej definicji jest prostytutką.

 

Zaczęła pracować w 1940 roku, kiedy miałam siedem lat; wtedy to przeprowadziłyśmy się z Detroit do Nowego Orleanu. Pojechałyśmy taksówką z dworca prosto do eleganckiego hotelu przy Saint Charles Avenue. Popijając drinka w foyer, matka poznała mężczyznę z Tuscaloosy. Powiedziała, że jestem jej siostrzenicą i że przywiozła mnie do matki. Ciągle puszczała do mnie oko i obiecywała szeptem, że kupi mi lalkę, jeśli się pobawię i zaczekam na nią. Tamtą noc przespałam w holu, śniąc o nowej lalce. Rankiem następnego dnia matka wynajęła nam ogromny pokój z wysokimi oknami i okrągłymi mydełkami, które pachniały cytryną.

 

Mężczyzna z Tuscaloosy podarował jej zielone aksamitne pudełko ze sznurem pereł.

 

– Josie, to miejsce dobrze nas potraktuje – obiecała mama, stojąc topless przed lustrem i podziwiając swoje nowe perły.

 

Następnego dnia do hotelu przyszedł ciemnoskóry kierowca o imieniu Cokie. Mama dostała wcześniej zaproszenie na spotkanie z kimś ważnym w Dzielnicy Francuskiej. Kazała mi się wykąpać i włożyć ładną sukienkę. Zawiązała mi nawet wstążkę we włosach. Głupio wyglądałam, ale nic nie powiedziałam. Uśmiechnęłam się tylko i kiwnęłam głową.

 

– Posłuchaj, Josie, masz siedzieć cicho. Liczyłam na to, że Willie zaprosi mnie do siebie, i nie chcę, żebyś coś popsuła swoim uporem. Nie odzywaj się, chyba że ktoś cię zagadnie. I, do cholery, przestań nucić pod nosem. Robi się upiornie, kiedy tak buczysz. Jak będziesz grzeczna, kupię ci coś wyjątkowego. 

– Coś takiego jak lalkę? – podsunęłam, usiłując odświeżyć jej pamięć.

– Jasne, kochanie. Chciałabyś lalkę? – zapytała, po czym po raz ostatni musnęła usta szminką i cmoknęła powietrze przed lustrem.

 

Cokie i ja od razu się polubiliśmy. Jeździł starą taksówką w mglistoszarym kolorze. Jeśli się dobrze przyjrzeć, można było dostrzec numery na drzwiach. Cokie dał mi kilka cukierków Mary Jane i puścił do mnie oko, jakby chciał powiedzieć: „Trzymaj się, dziecinko”. Prowadził taksówkę, pogwizdując przez szczeliny między zębami. A ja nuciłam razem z nim, licząc na to, że mordoklejka wyrwie mi ząb. To był nasz drugi wieczór w Nowym Orleanie. Zatrzymaliśmy się na Conti Street.

 

– Co to za miejsce? – zapytałam, wyciągając szyję, by lepiej się przyjrzeć bladożółtemu budynkowi z czarnymi ażurowymi balkonami.

– To jej dom – odpowiedział Cokie. – Willie Woodley.

– J e j? Przecież Willie to męskie imię – zdziwiłam się.

– Daj spokój, Josie. Willie to imię kobiety. A teraz siedź cicho! – warknęła mama i trzepnęła mnie po udzie. Wygładziła sukienkę i poprawiła włosy. – Nie sądziłam, że będę się aż tak denerwować – mruknęła pod nosem.

– Dlaczego się denerwujesz? – zapytałam.

 

Chwyciła mnie za rękę i wyciągnęła na chodnik. Cokie uchylił przede mną kapelusza, a ja pomachałam mu z uśmiechem. Cienkie zasłony we frontowym oknie zasunęły się i skryły niewyraźną postać widoczną na tle bursztynowego światła. Drzwi otworzyły się, zanim do nich doszłyśmy.

 

– Ty musisz być Louise – odezwała się do matki brunetka w aksamitnej wieczorowej sukni. Stała oparta o futrynę. Miała ładne włosy, ale poobgryzane i popękane paznokcie. Tanie kobiety miały zniszczone paznokcie. Tego nauczyłam się w Detroit. 

– Czeka na ciebie w salonie, Louise.

 

Długi czerwony dywan prowadził od frontowych drzwi i pełzł do góry po stopniach wysokich schodów. Dom był krzykliwie bogaty, pełen ciemnozielonych brokatów i lamp z czarnymi kryształkami, które migotały blado w półmroku. Na ścianach w foyer wisiały obrazy nagich kobiet z różowymi sutkami. Zapach papierosowego dymu mieszał się ze zwietrzałą wonią wody różanej. Przeszłyśmy przez grupę dziewcząt, które nazwały mnie kochaniem i laleczką. Pamiętam, że ich usta wyglądały jak pomalowane krwią. Weszłyśmy do salonu.

 

Najpierw zobaczyłam jej dłoń, pokrytą siateczką żyłek i bladą, spoczywającą na poręczy stylowego skórzanego fotela. Jej paznokcie, lśniąco czerwone niczym pestki granatu, mogłyby przekłuć balon jednym szybkim dźgnięciem. Niemal na każdym palcu połyskiwały złoto i brylanty. Usłyszałam, jak oddech mamy trzepocze nerwowo.

 

Zbliżyłam się do ręki, nie odrywając od niej wzroku, po czym obeszłam fotel, kierując się do okna. Spod sztywnej, dopasowanej sukni wystawały czarne obcasy. Poczułam, że kokarda w moich włosach zsuwa się na bok.

– Witaj, Louise.

Głos był gardłowy, zużyty. Platynowe blond włosy mocno ściągnięte klamrą z wygrawerowanymi inicjałami „W.W.”. Z kącików oczu podkreślonych czarną kredką rozchodziły się zmarszczki. Usta kobiety były szkarłatne, ale nie krwiste. Kiedyś musiała być ładna.

 

Kobieta utkwiła we mnie spojrzenie i po chwili znowu się odezwała:

– Powiedziałam: „Witaj, Louise”.

– Witaj, Willie – odparła matka. Przyciągnęła mnie przed fotel. – Willie, to jest Josie.

Uśmiechnęłam się i zgięłam pokryte strupami kolana; zgrabniej nie potrafiłam dygnąć. Dłoń zakończona czerwonymi paznokciami odesłała mnie na kanapę z boku. Bransoletka zadźwięczała nieprzyjemnie.

– A więc… wróciłaś. – Willie sięgnęła po papierośnicę z masy perłowej, wyjęła papierosa i stuknęła nim delikatnie o wieczko.

– No cóż, upłynęło trochę czasu, Willie. Z pewnością rozumiesz. Kobieta nie odpowiedziała. Zegar na ścianie tykał rytmicznie.

– Dobrze wyglądasz – odezwała się wreszcie, wciąż pukając papierosem o wieczko papierośnicy. 

– Trzymam się – odparła mama i oparła się o kanapę.

– Trzymasz się… tak. Słyszałam, że wczoraj złapałaś żółtodzioba z Tuscaloosy.

Mama się wyprostowała.

– Słyszałaś o gościu z Tuscaloosy?

Willie wpatrywała się w nią w milczeniu.

– Och, to nie był żaden klient, Willie – rzuciła mama i spuściła wzrok. – Po prostu miły facet.

– Miły facet, który kupił ci ten naszyjnik, jak się domyślam. – Willie coraz mocniej uderzała papierosem w papierośnicę. Mama odruchowo przyłożyła dłoń do szyi i przesunęła palcami po perłach naszyjnika.

– Prowadzę dobry interes – wyjaśniła Willie. – Mężczyźni uważają, że zmierzamy ku wojnie. Jeśli tak jest, to każdy będzie się chciał jeszcze zabawić. Dobrze by się nam współpracowało, Louise, tylko… – Skinęła głową w moim kierunku.

– Och, to dobra dziewczyna, Willie, i piekielnie bystra. Sama nauczyła się czytać.

– Nie lubię dzieciaków – wycedziła kobieta, przewiercając mnie spojrzeniem.

– Ja też za nimi nie przepadam – rzuciłam, wzruszając ramionami.

Mama uszczypnęła mnie w ramię. Tak mocno, że aż słychać było pstryknięcie. Zacisnęłam zęby i powstrzymałam grymas bólu. Mama się wściekała, kiedy zaczynałam narzekać.

– Naprawdę? – Willie odwróciła się do mnie. – W takim razie co robisz… skoro nie lubisz dzieciaków?

– No, chodzę do szkoły. Czytam. Gotuję, sprzątam i przyrządzam martini dla mamy. – Posłałam mamie uśmiech i roztarłam ramię.

– Sprzątasz i przyrządzasz martini? – Willie uniosła brew. Pogardliwy uśmiech zniknął z jej ust. – Dziewczynko, przekrzywiła ci się kokardka. Zawsze byłaś taka chuda?

– Przez kilka lat nie czułam się najlepiej – wtrąciła szybko mama. – Josie jest bardzo zaradna i…

– Widzę – przerwała jej Willie beznamiętnym tonem, wciąż stukając papierosem o papierośnicę. Przysunęłam się do mamy.

– Opuściłam pierwszą klasę i zaczęłam szkołę w drugiej. Mama się pogubiła, do której klasy powinnam pójść…

– Czubek buta mamy wbił się w moją kostkę. – Ale to nie miało większego znaczenia. Powiedziała w szkole, że przeprowadziłyśmy się tu z innego miasta, i zaczęłam szkołę od drugiej klasy.

– Opuściłaś pierwszą? – zapytała Willie.

– Tak, pszepani, ale chyba nic nie straciłam.

– Nie pszepaniuj mi. Mów do mnie Willie. Rozumiesz? – Wyprostowała się w fotelu. Wydało mi się, że dostrzegłam rękojeść pistoletu wciśniętego za siedzenie.

– Tak, pani Willie.

– Nie pani Willie. Po prostu Willie. 

Spojrzałam na nią.

– Właściwie, Willie, to wolę, żeby mówiono do mnie „Jo”, i mam w nosie kokardki. – Wyciągnęłam wstążkę z gęstych brązowych włosów i sięgnęłam po zapalniczkę leżącą na stole.

– Nie prosiłam o ogień – zaprotestowała Willie.

– Nie, ale stuknęłaś papierosem pięćdziesiąt trzy razy… teraz już pięćdziesiąt cztery, więc pomyślałam, że chciałabyś zapalić.

Willie westchnęła.

– W porządku, Jo. Podaj mi ogień i nalej szkockiej.

– Czystej czy z lodem? – zapytałam. 

Otworzyła usta, wyraźnie zdziwiona, i zaraz je zamknęła.

– Czystej. – Przyglądała mi się, kiedy zapalałam jej papierosa.

– No cóż, Louise – zauważyła, a nad jej głową popłynęła długa smużka dymu – nieźle namieszałaś, co?

Mama westchnęła.

– Nie możesz tu zostać. Nie z dzieciakiem. Będziesz musiała znaleźć sobie jakieś mieszkanie – rzekła Willie.

– Nie mam pieniędzy.

– Zastaw te perły w moim lombardzie, a będziesz miała na drobne wydatki. Na Dauphine jest nieduże mieszkanie, które wynajmował jeden z moich bukmacherów. Idiota dał się zabić w zeszłym tygodniu. Wącha kwiatki od spodu, więc to miejsce nie będzie mu już potrzebne. Czynsz jest opłacony do trzynastego. Zastanowię się i zobaczymy, co dalej.

– Dobrze, Willie – odpowiedziała mama.

 

Podałam Willie drinka i usiadłam na kanapie. Stopą wsunęłam pod nią kokardę. Willie napiła się i kiwnęła głową z uznaniem.

– Louise, daj spokój, siedmioletnia barmanka? Mama wzruszyła ramionami. Od tamtego dnia minęło dziesięć lat. Nie kupiła mi lalki.

 

 

2

 

Myśleli, że nie słyszę ich szeptów, chichotów. Słyszałam je przez dziesięć lat. Przeszłam na drugą stronę Conti, w kierunku Chartres, z książką pod pachą. Moje ciche nucenie zagłuszało inne odgłosy. Kurtyzana, ladacznica, dziwka, kurwa. Wszystko słyszałam. Właściwie to potrafiłam spojrzeć na kogoś i przewidzieć, którego określenia użyje. 

 

„Cześć, Josie” – witali mnie z półuśmieszkiem na ustach, któremu towarzyszyły westchnienie albo ruch głowy. Zachowywali się, jakby mi współczuli, lecz gdy odeszli na dziesięć kroków, słyszałam imię mamy połączone z jednym z tych słów. Zamożne kobiety udawały, że słowo „dziwka” parzy je w język. Wypowiadały je szeptem i unosiły brwi. Potem ich twarze przybierały wyraz zdumienia, jakby to słowo wpełzło im w majtki niczym tryper. Niepotrzebnie mi współczuły. Ja nie byłam taka jak mama. W końcu mama to tylko połowa równania.

 

– Josie! Zaczekaj, Jankesko!

Podszedł do mnie Frankie, jeden z informatorów Willie. Szczupły i zmysłowy, pochylił się nade mną.

– Gdzie się tak spieszysz? – zapytał, po czym poślinił palce i przeczesał nimi przetłuszczone włosy.

– Muszę iść do księgarni – odpowiedziałam. – Spóźnię się do pracy.

– Do licha, jak stary Marlowe by sobie bez ciebie poradził? Dalej wciskasz mu różne bzdury? Słyszałem, że jest jedną nogą w grobie.

– Och, jest całkiem żywy, Frankie. On tylko… odszedł na emeryturę. – Zgromiłam go spojrzeniem.

– Uch, przyjęłaś postawę obronną. Coś tam kręcisz z Marlowe’em?

– Frankie! – Co za okropny pomysł. Charlie Marlowe był starcem.

– A może zadurzyłaś się w jego synu, co? Chcesz się spiknąć z juniorem, żeby przejąć to zakurzone książkowe gniazdko? – Trącił mnie łokciem i się roześmiał. Zatrzymałam się.

– Przyszedłeś z czymś konkretnym, Frankie?

Pociągnął mnie do przodu.

– Właściwie to tak – odpowiedział ściszonym głosem. – Przekaż ode mnie Willie, że Cincinnati wraca. 

Poczułam zimny dreszcz, ale starałam się zachować równy krok.

– Cincinnati?

– Przekażesz jej, Josie?

– Zobaczę się z nią dopiero jutro rano, wiesz przecież.

– Wciąż się tam nie zbliżasz po zmroku? Bystra z ciebie dziewczyna. Szepnij jej tylko, że pojawi się tu Cincinnati. Chciałaby o tym wiedzieć.

– Mam nadzieję, że nie zapomnę – odparłam i wyciągnęłam rękę.

– Uch. Żebraczka!

– Kobieta interesu – poprawiłam go. – Pamiętaj, że Willie nie lubi niespodzianek.

– Rzeczywiście, nie lubi – zgodził się i wsunął dłoń do kieszeni. – Co ty robisz z całą tą forsą? Byłoby ci łatwiej, gdybyś zadarła spódnicę.

– Zadarłabym ją tylko po to, żeby sięgnąć po pistolet i strzelić ci w łeb.

 

Frankiemu nic do moich pieniędzy. Zamierzałam się wynieść z Nowego Orleanu. Chciałam zebrać dość pieniędzy, by mieć na bilet autobusowy i na życie przez rok, dość, żeby stanąć na nogi. W księgarni przeczytałam w książce o biznesie, że zawsze dobrze jest mieć odłożoną dwunastomiesięczną pensję. Kiedy uzbieram tyle pieniędzy, zdecyduję, dokąd wyjechać.

– Dobra, już dobra – odpowiedział. – Wiesz, że żartuję.

– Dlaczego nie kupisz u mnie jakiejś książki, Frankie?

– Wiesz, że nie przepadam za czytaniem, Jankesko. Nie myśl sobie, że wszyscy lubią czytać tyle co ty. Co tam tachasz pod pachą?

– E.M. Forstera.

– Nie słyszałem. – Ujął moją dłoń i wsypał do niej kilka monet. – Masz, tylko nie zapomnij jej powiedzieć, bo mi nie zapłaci.

– Wiesz, kiedy przyjedzie albo gdzie się zaszyje? – zapytałam.

– Nie. Jeszcze nie. Wiem tylko, że już tu jest. – Frankie drgnął i obejrzał się przez ramię. – Trzymaj się, dziecinko. 

 

Zebrałam w garść spódnicę i przyspieszyłam kroku. Od tamtego zdarzenia minęły dwa lata. Cincinnati nie wrócił do Dzielnicy Francuskiej i nikt za nim nie tęsknił. Twierdził, że pracuje na przedmieściach dla Carlosa Marcella, ojca chrzestnego mafii nowoorleańskiej. Nikt mu nie wierzył, ale też nikt nie powiedział mu tego w oczy. Cincinnati z dumą nosił drogie garnitury – garnitury, które niezbyt na niego pasowały. Szeptano, że to ubrania zdjęte z trupów, z ludzi, których zabił dla Carlosa Marcella. Cokie mówił, że to zły urok, gdy ktoś wkłada garnitur po nieboszczyku. 

 

Carlos Marcello prowadził syndykat i był właścicielem ziemi poza granicami hrabstwa Orlean. Miejscowi utrzymywali, że wpuścił na swoje bagna aligatory i wrzuca tam ciała zabitych ludzi. Listonosz opowiadał kiedyś Cokiemu, że widział but unoszący się na powierzchni bagnistej brei. Willie znała Marcella. Wysyłała swoje dziewczęta do jego motelu Town and Country, kiedy na Conti robiło się gorąco. Tam mama poznała Cincinnatiego.

 

Cincinnati poczuł do mamy miętę. Przynosił jej kosztowne prezenty i powtarzał, że wygląda jak Jane Russell z hollywoodzkich magazynów. Wywnioskowałam, że odnosi się to też do mnie i że ja także wyglądam jak Jane Russell, tylko bez makijażu, bez ładnego ubrania i fryzury. Nasze brązowe oczy były trochę zbyt szeroko rozstawione, miałyśmy też wysokie czoła i usta, które zawsze wydawały się wydęte. Mama zwariowała na punkcie Cincinnatiego, a raz nawet powiedziała, że się kochają. Czasem bywała żenująco głupia. Paskudnie wyglądało już to, że sypia z takim bandziorem, ale żeby jeszcze się w nim zakochać? Żałosne. Willie nienawidziła Cincinnatiego. Ja nim gardziłam.

 

Przeszłam przez wąską ulicę w pobliżu jubilera, by obejść mężczyznę, który sikał pod ścianą. Powachlowałam się powieścią E.M. Forstera, by rozwiać zapach pleśniejącego dębu, i przecięłam szybko mokry chodnik. Skoro Dzielnica Francuska tak cuchnęła przy chłodnej pogodzie, to wiosną smród stanie się jeszcze dotkliwszy, a latem będzie nie do zniesienia. Poszłam w górę Toulouse, w kierunku Royal, i usłyszałam Ślepego Otisa, który śpiewał bluesa, przytupując nogą i przesuwając po stalowych strunach tępym nożem do rozsmarowywania masła.

 

Właściciele barów i restauracji stali na drabinach zajęci ozdabianiem drzwi i okien przed wieczornym szaleństwem. O północy miał wreszcie nadejść rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty. Na ulicach czuło się kipiące podniecenie. Ludzie pragnęli zostawić za sobą całą dekadę i wojnę. Para kochanków wyprzedziła mnie, by złapać taksówkę, a drobny mężczyzna w podartym ubraniu stał pod ścianą budynku i powtarzał w kółko „Alleluja”.

 

Kiedy Cincinnati zjawił się w mieście ostatnim razem, upił się i pobił mamę. Willie wyważyła kopniakiem drzwi i strzeliła do niego z pistoletu; pocisk musnął jego nogę. Zawiozłam mamę do szpitala taksówką Cokiego. Cincinnati, gdy już wytrzeźwiał, miał czelność zjawić się w szpitalu. Cisnęłam w niego kubkiem z gorącą kawą i zagroziłam, że wezwę gliny. Opuścił miasto, kulejąc, ale obiecał, że wróci. „Poczekaj no – wycedził wtedy. – Jeszcze cię dopadnę, Josie Moraine”. Zadrżałam.

– Hej, Motor City!

Odwróciłam się w kierunku głosu. Jesse Thierry siedział na motocyklu po drugiej stronie ulicy, wpatrzony we mnie. Jesse był spokojnym chłopakiem i często w rozmowie zastępował słowa ruchem głowy albo uśmiechem. Czasem wydawało mi się, że mnie obserwuje, co było absurdalne, ponieważ Jesse Thierry nie zainteresowałby się kimś takim jak ja. Z charakteru może i wydawał się spokojny, ale nie z wyglądu. Był uderzająco przystojny i miał dziwnie kanciaste rysy, aż czułam się nieswojo, gdy na niego patrzyłam. Inni nie znajdowali w nim nic niepokojącego. Nieustannie podążał za nim sznur dziewcząt.

 

– Może cię podwieźć? – zapytał, a ja pokręciłam głową.

– Mnie podwieź, Jesse! – odezwała się stojąca obok niego blondynka. Zupełnie ją zignorował i zapytał mnie:

– Na pewno nie, Jo?

– Na pewno. Dzięki, Jesse.

Skinął głową, odpalił motocykl i odjechał szybko, zostawiając dziewczynę na chodniku.

Kiedy skręciłam w Royal, ryk silnika ucichł. Widziałam już ciemnoniebieski napis zawieszony na żelaznym wsporniku: „Księgarnia Marlowe’a”. Zobaczyłam przez okno Patricka siedzącego za ladą. Kiedy wchodziłam, zabrzęczał dzwonek nad moją głową. Otoczył mnie kojący zapach papieru i kurzu.

– Jak się ma dzisiaj? – zapytałam.

– Dzisiaj jest dobry dzień. Zwraca się do mnie po imieniu. Myślę, że przez chwilę pamiętał nawet, że jestem jego synem – odpowiedział Patrick i odchylił się na krześle.

– Cudownie!

Naprawdę tak myślałam. W niektóre dni pan Marlowe nie rozpoznawał Patricka. Czasem przeklinał syna albo rzucał w niego różnymi rzeczami. To były złe dni.

– Zajrzał tu twój kumpel Cokie – rzekł Patrick. – Kazał ci to przekazać. – Położył na ladzie kawałek złożonego papieru. Rozwinęłam go. CINCYNATTY. Słowo było napisane chybotliwym charakterem pisma Cokiego.

– Nie czytałem, ale chyba miał na myśli Cincinnatiego – powiedział Patrick.

– Nie czytałeś, hę?

Patrick skończył dwadzieścia jeden lat, lecz wciąż lubił się droczyć niczym chłopak, który na przerwie ciągnie dziewczyny za warkoczyki. Uśmiechnął się.

– Nie potrafił przeliterować. Czy on się wybiera do Cincinnati?

– Hm… pewnie tak. Zachowałeś dla mnie gazetę?

Wskazał egzemplarz „Times-Picayune”, złożony starannie na moim krześle.

– Dzięki, zaraz cię zmienię – obiecałam.

– Jo, daj spokój, „Picayune” to taka nudna gazeta. Specjalnie nie zamieszczają wiadomości z Dzielnicy Francuskiej i… Głos Patricka cichł za mną, gdy szłam między regałami ku krętym schodom w głębi księgarni. Miałam własne mieszkanie od jedenastego roku życia. Właściwie nie było to mieszkanie, przynajmniej na początku. Zaledwie malutkie pomieszczenie biurowe z łazienką. Od dziesiątego roku życia nocowałam w księgarni, kiedy matka zaczynała się wściekać i okładać mnie parasolką bez żadnego powodu. 

 

Szybko się nauczyłam, że jest najszczęśliwsza, gdy nie ma mnie w pobliżu. Dlatego zaczęłam się chować w księgarni tuż przed zamknięciem i spałam pod dużym biurkiem w biurze. 

 

W dzień moich jedenastych urodzin zakradłam się na górę, gdy już nikogo nie było w sklepie. Biuro przeszło przemianę. Umyto okna i ściany. Biurko zostało, ale usunięto wszystkie pudła i wstawiono łóżko oraz małą toaletkę, a nawet biblioteczkę w kącie. Na drążku nad otwartym oknem zawieszono kwieciste zasłonki, a z Bourbon Street płynęła muzyka. Na gwoździu wisiał klucz. W drzwiach zainstalowano zamek, a przy łóżku stał kij baseballowy. Nigdy nie rozmawiałam z panem Marlowe’em na ten temat. Po prostu zaczęłam pracować u niego w zamian za dach nad głową. Otworzyłam kluczem drzwi i szybko wśliznęłam się do środka, po czym zaraz zamknęłam drzwi na zamek. Potem uklękłam i wyjęłam deskę z podłogi pod łóżkiem. Chwilę macałam palcami, aż trafiłam na pudełko po cygarach. Włożyłam do niego monety, które dostałam od Frankiego, i umieściłam deskę na swoim miejscu. Wypełzłam spod łóżka i zaciągnęłam zasłony. Dopiero wtedy rozłożyłam kartkę od Cokiego.

 

CINCYNATTY.

 

 

3

 

– Zaraz wrócę – poinformowałam Patricka, gdy zeszłam na dół.

– Och, daj spokój. Jest sylwester! – jęknął.

– Dopiero pierwsza.

– Ale mam kilka rzeczy do zrobienia – zaprotestował.

– To tylko chwilka – zapewniłam i wypadłam na zewnątrz. Pobiegłam na drugą stronę ulicy do restauracji Sala. Willie była jego dobrą klientką, dlatego Sal pozwalał mi korzystać z telefonu, kiedy potrzebowałam. Willie cieszyła się opinią dobrej klientki w wielu miejscach, a płynące z tego przywileje na szczęście obejmowały i mnie. 

– Cześć, Maria – przywitałam się z kelnerką i kiwnęłam głową w stronę telefonu umieszczonego w głębi lokalu. Odpowiedziała skinieniem głowy. Podniosłam słuchawkę i wykręciłam hemlock 4673. Już po pierwszym sygnale usłyszałam sztucznie matowy głos Dory.

– Mówi Jo. Muszę rozmawiać z Willie.

– Hej, złotko, ona odpoczywa.

Odpoczywa? Willie nigdy nie ucinała sobie drzemki.

– Obudź ją.

Dora położyła słuchawkę. Stukot jej butów cichł, w miarę jak się oddalała. Słyszałam kląskanie pantofli o pięty i domyśliłam się, że włożyła te ozdobione czerwonymi piórami, bez napiętków, sprowadzone od Fredericka z Piątej Alei. Zacisnęłam palce na przewodzie słuchawki, ale mi się wyślizgnął. Miałam spocone dłonie. Wytarłam je o spódnicę.

– Guziki i kokardy – powiedziała Willie, nie zadając sobie trudu, żeby się przywitać.

– Co?

– Melodia, którą nuciłaś. Guziki i kokardy. Posłuchaj, potrzebuję trochę spokoju, zanim zatrzęsą się ściany. Co masz takiego cholernie ważnego do powiedzenia?

– Cincinnati.

Zapadła cisza. Usłyszałam trzask otwieranej srebrnej papierośnicy, a potem długi oddech, kiedy wypuszczała dym. 

– Kto ci powiedział?

– Frankie. Znalazł mnie, kiedy wyszłam od ciebie. Szłam do księgarni.

– Kiedy ma się pojawić? – zapytała Willie.

– Powiedział, że nie wie, ale że Cincinnati się tu wybiera i może już jest. Gdzie mama?

– Na górze. Od rana chichoce jak skończona idiotka.

– Myślisz, że wie?

– Oczywiście, że wie. Podejrzewałam, że się coś święci. Dora twierdzi, że dostała telefon dwa dni temu. Od tego czasu zachowuje się jak ostatnia kretynka. – Usłyszałam długi wdech, potem zatrzymanie i wreszcie szum długiego wydechu przez nos.

– Cokie wie. Zostawił mi wiadomość – powiedziałam.

– To dobrze. Cokie ma zamówionych kilka kursów na wieczór. Będzie mnie informował na bieżąco. Jesteś u Sala?

– Tak. Cokie mówił, że dzisiaj w Paddocku grają Dukes of Dixieland, więc pomyślałam, że…

– Nie ma mowy. Nie chcę, żeby cię widziano w Dzielnicy Francuskiej.

– Willie, jest sylwester – próbowałam się bronić.

– Nic mnie to nie obchodzi. Zostaniesz u siebie i dobrze zamkniesz drzwi. Zrozumiałaś?

Wahałam się przez chwilę, niepewna, jak daleko mogę się posunąć.

– Słyszałam, że Cincinnati spiknął się z Carlosem Marcellem.

– Pilnuj swoich spraw – warknęła Willie. – Przyjdź rano.

– Ja tylko… martwię się o mamę.

– Martw się o siebie. Twoja matka to głupia dziwka. – Usłyszałam trzask odkładanej słuchawki i nastąpiła cisza.

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy