Tariq Ali o kulisach powstania "Kwintetu Muzułmańskiego"

Autor: slk
News - Tariq Ali o kulisach powstania

Jak każdego lata, kiedy upał w Stambule staje się nie do zniesienia, rodzina Iskendera Paszy, osmańskiego seniora rodu, wyjeżdża do pałacu nad morzem Marmara. Jest rok 1899 i ostatnie mocarstwo islamskie chwieje się w posadach. Wobec nieuniknionych przemian i nowego porządku świata tylko ona wydaje się niezmienna – kobieta z kamienia, kamienny posąg, od wieków stojący w pałacowym ogrodzie. Czy niema powiernica tajemnic, skarg i radości całych pokoleń osmańskiego rodu zdoła pojednać zwaśnioną rodzinę?

 

Burzliwe dzieje rodu, którego losy od pięciuset lat splatają się z losami Imperium Osmańskiego, stanowią odzwierciedlenie historii tego wielkiego kraju, z jego okresami świetności i upadku. Spotkanie wszystkich członków rodziny w rodowej posiadłości staje się okazją nie tylko do bolesnej analizy rodzinnych konfliktów, ujawnianiu głęboko skrywanych sekretów i poznawania na nowo bliskich sobie osób, lecz także do żarliwych dyskusji o przyszłości osmańskiego państwa i kultury.

 

Nakładem Wydawnictwa Lambook ukazała się właśnieKobieta z kamieniapełna pasji opowieść o wielkich namiętnościach, zdradach, straconych marzeniach i zemście, które stają się udziałem ludzi wszystkich stanów i kolejnych pokoleń. Kobieta z kamienia to trzeci tom bestsellerowego Kwintetu Muzułmańskiego Tariqa Ali - wielokrotnie nagradzanego i przetłumaczonego na kilkanaście języków cyklu powieści historycznych. Siłą tej książki, podobnie jak poprzednich – W cieniu drzewa granatu i Księgi Saladyna – jest jednocześnie liryczny stosunek do historii i twarda konfrontacja ze stereotypami, dotyczącymi mentalności i obyczajowości krajów islamskich, tak dziś, jak i w przeszłości. Zapraszamy do lektury powieści wchodzących w skład Kwintetu Muzułmańskiego. A oto, jak Tariq Ali opisuje kulisy jego powstawania:

 

 

Kwintet Muzułmański – z notatek autora

 

Lahaur: lata pięćdziesiąte

 

W dzieciństwie i młodości w ogóle nie interesowała mnie historia islamu. Ani trochę. To było coś dla tępaków, dla fanatycznych patriotów, dla chłopców z religijnych rodzin, posłusznych we wszystkim mułłom. 

 

Jeden z moich młodych wujków zapuszcza brodę. Potrzebuje religii, bo chce odpokutować swoją winę, którą – być może – sobie wymyślił. Kiedy nas odwiedza, moi rodzice od razu nabierają ochoty na grę w tenisa. Całymi godzinami, a dłużą mi się niemiłosiernie, spaceruję koło wuja po ogrodzie, a on z błyskiem w oku opowiada mi o początkach islamu i o szlachetności pierwszych kalifów. Ani słowa o licznych morderstwach czy krnąbrnej najmłodszej żonie Mahometa. Według tradycji tylko Aisza pokpiwała sobie czasami z Proroka, nikt inny się nie odważył. Tego wszystkiego miałem się dowiedzieć później, historia w ustach mego wuja jest równie nudna jak chrześcijańskie żywoty świętych. Wyłączam się zupełnie i rozmyślam o przyjemniejszych sprawach.

 

Myślę, że skutecznie mnie do tych tematów zniechęcił. Nie było zresztą trudno. Rodzice byli komunistami, w domu pełno było poetów, artystów, krytyków literackich, przywódców ruchów ludowych i związkowców. Kogo obchodziła religia? 

 

 

Oxford/Londyn: lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte

 

Rewolucja wisi w powietrzu. Będziemy walczyć i wygramy – w Paryżu, Londynie, Rzymie, Berlinie. Tymczasem zwycięstwa mają miejsce w Azji: w Wietnamie i Pakistanie. Amerykanie ponoszą klęskę, wszyscy obserwujemy ich haniebny odwrót. Pamiętam radość na widok amerykańskich helikopterów ewakuujących żołnierzy. Jakże cudownie jest żyć. 

 

W Pakistanie studenci walczą z dyktaturą wojskową. Skandują socjalistyczne i antyreligijne slogany i zdobywają poparcie robotników, prawników, urzędników, sklepikarzy, lekarzy, a nawet prostytutek. Rozruchy trwają trzy miesiące, walczący za nic mają śmierć, nie boją się jej. W końcu dają sobie radę z juntą. 

 

Nadal nie myślę o historii religii, czy to islamu, czy chrześcijaństwa. Kto w ogóle się tym interesuje?

 

 

1990–1992: Pierwsza wojna w Zatoce

 

W telewizji pewien profesor, niegdyś lewicowiec, okazuje poparcie walczącym i domaga się obalenia Saddama Husajna. Kiedy pytają go o politykę w tym rejonie świata, odpowiada: „Islam i kultura polityczna się wykluczają”. 

 

Ciskam książką w ekran telewizora, przeklinając cholernego renegata. Muszę mu odpowiedzieć. Zaczynają się rodzić pytania o powstanie i upadek cywilizacji islamskiej. Czytam Alberta Houraniego i ponownie Maxime’a Rodinsona, powoli zatracam się w historii islamu w Europie. Tej pisanej przez naukowców, i tej popularnej, z porywających fabuł. Postanawiam, że pojadę do Hiszpanii. Porozmawiać z ludźmi, obejrzeć zabytki i napisać długi artykuł o tym, co jest teraz i z czego to wynika. 

 

Jadę, i to nie tylko do Andaluzji. Wdycham zapach ziemi, oglądam zachody słońca, zwiedzam resztki Wielkiego Meczetu w Kordobie, rozpoznaję arabskie słowa w wypowiedziach moich rozmówców i w nazwach miejscowości. Szukam wszystkiego naraz. Jak to wtedy było? Co się zdarzyło u schyłku tej cywilizacji? Wciąż wracam do przeszłości i wreszcie nie mogę się uwolnić od myśli o powieści. Musiałem ją napisać. 

 

Wiele lat później w Lahaur przeglądam listy, które wysyłałem do rodziny z Oxfordu. W jednym z nich, adresowanym do matki, jest taka wzmianka: „Napiszę powieść, ale teraz mam tyle do zrobienia. Może później, niemniej napiszę…”. Był rok 1967. Całkiem zapomniałem o tamtych deklaracjach.

 

W cieniu drzewa granatu zostaje dobrze przyjęte, szczególnie w Hiszpanii (co bardzo mnie cieszy). Największy sukces handlowy odnosi w Niemczech (co niezwykle cieszy mojego doradcę finansowego). Ale to właśnie tam omal nie doszło do skandalu. Doprawdy. 

 

Wówczas wydawcy wysyłali jeszcze egzemplarze recenzenckie kierownikom księgarni, a ci często naprawdę je czytali, nim podjęli decyzję o zamówieniu. Jeden z nich, ze Stuttgartu, zadzwonił do niemieckiego wydawcy. Podobała mu się książka, ale znalazł w niej błąd historyczny, który koniecznie należało poprawić. Otóż w jednym z przepisów kulinarnych pojawiły się ziemniaki, a przecież wtedy ich jeszcze w Europie nie było! Poruszenie. Zadzwonili do mnie, nie wiedzieli, co robić. Zaproponowałem, żeby się tym za bardzo nie przejmować, a w następnym wydaniu zmienić ziemniaki na jakieś inne bulwy. Problem został rozwiązany.

 

 

1993: Nowy Jork

 

Jem lunch z Edwardem Saidem we włoskiej restauracji, niedaleko Central Parku. Jest nienagannie ubrany, jak zawsze. Mam wrażenie, że jego religią jest dandyzm.

 

– Nigdy nie nosisz garniturów? – dziwi się. 

– Bardzo rzadko. Ale już krawata wcale nie zakładam.

– Dlaczego? Nie pojmuję tego.

Wzruszam ramionami.

– A tak przy okazji, bardzo mi się podobała twoja książka.

– Cieszę się. Ale skończyłem już z powieściami. Wracam do swoich stałych zajęć.

– Tak?

– A co jeszcze można w tej sprawie dodać?

– Nie możesz na tym poprzestać. Opowiedz całą krwawą historię.

 

Ma na myśli historię starć zachodniego chrześcijaństwa z cywilizacją islamską. Jęczę, wymiguję się, a on nalega. Uważa, że trzeba to zrobić. Myślę i myślę i powoli klaruje mi się pomysł Kwintetu. Właściwie czemu nie?

 

 

2000: Targi książki w Stambule

 

Przyjeżdżam do Stambułu, będę prezentował Księgi Saladyna. Kocham to miasto ze względu na jego historię i położenie, i różnorodną architekturę, i ludzi, i cudowne restauracje rybne nad Bosforem, i gorące kurdyjskie kebaby, i piękne kobiety (piękniejsze niż w Izmirze… Mam tu wielu przyjaciół. 

 

Wydawca jest zdenerwowany.

– Przyjdzie wielu muzułmańskich intelektualistów. Mogą zadawać bardzo trudne pytania, musi się pan liczyć z wrogim przyjęciem. Proszę, niech pan będzie taktowny.

 

Ależ oczywiście! Takt i uprzejmość leżą w mojej naturze, ludzie zwykle dostają ode mnie to, czego chcą. 

 

Od początku spotkania wydawca zerka nerwowo w moją stronę. Czytam fragment książki, a potem przechodzimy do pytań. Wstaje jakiś młody człowiek. Jest średniego wzrostu, ma delikatne rysy twarzy i elegancką brodę.

 

– W pana książce kobiety nawiązują romanse z innymi kobietami. Islam absolutnie tego zabrania, to historyczne przekłamanie. Dlaczego pan tak napisał?

 

– O ile mi wiadomo, islam, podobnie jak Stary Testament, potępia i żąda karania tylko mężczyzn homoseksualistów. Nie wspomina się nigdy o aktach seksualnych między kobietami. Poza tym to powieść, mogę pisać, co mi się podoba.

 

– Ale to jest powieść historyczna – nie ustępuje – a pan twierdzi, że dwie żony Saladyna miały romans. To jest niemoralne!

 

Chcę go przekonać. 

– Niech pan sobie wyobrazi taką sytuację – proszę uprzejmie. – Ma pan cztery żony i pięćdziesiąt konkubin. Dzieci są dziesiątki. Proszę mi powiedzieć, tylko szczerze, czy jest pan w stanie zaspokoić fizyczne i emocjonalne potrzeby wszystkich kobiet w swoim haremie?

 

Żeńska część audytorium wybucha śmiechem i dyskusja schodzi na inne wątki pojawiające się w książce, mniej kontrowersyjne. Zważywszy na to, co jeszcze w niej napisałem, można powiedzieć, że mi się upiekło.

 

Miesiąc później wracam do Stambułu. Spaceruję samotnie po ulicach, napawam się atmosferą, odwiedzam pałace i stare wille nad Bosforem. Wynajmuję nawet łódź, żeby sprawdzić, czy wygodnie się w niej kochać. Wygodnie, pod warunkiem, że są poduszki.

 

Wieczorem zaczynam robić notatki do Kobiety z kamienia, powieści, której akcja rozgrywać się ma w okolicach miasta. 

 

Krytyk z „The Economist” nie zostawia na niej suchej nitki. Muzułmanie nie czczą wizerunków, jak zatem bohaterowie mojej książki mogą rozmawiać z posągiem kobiety? Uznaje to za czysty nonsens. 

 

Kilka tygodni później dostaję list od Senady Kreso, mojej cudownej bośniackiej tłumaczki. „Wielka szkoda, że nie umieścił Pan akcji w Bośni – pisze. – Mamy długą tradycję rozmów z kamieniami. W niektórych regionach nadal się to praktykuje”. 

 

Kobieta z kamienia, zawsze milcząca, w roli terapeuty. Taka była moja koncepcja.

 

 

2001–2003

 

Nadchodzi 11 września. Bush idzie na wojnę. Najpierw Afganistan, potem Irak. To jego należy winić za moją długą przerwę w pisaniu. Biedny Kwintet – niczym żona polityka – zostaje poważnie zaniedbany, ponieważ poświęcam czas analizom politycznym i walczę ze stereotypami, przez które Europa i Ameryka widzą niewyraźnie świat arabski i nie rozumieją zachowania tamtejszych społeczności. 

 

 

2004

 

List od przyjaciółki z Włoch. „Czytam twoje powieści. To prawdziwa niespodzianka. Ale dlaczego pominąłeś Sycylię? Zakładam, że następna powieść będzie się rozgrywać właśnie tam”. Źle zakładała, ale pomysł jest dobry. Od razu jednak pojawia się poważny problem. Nie ma żadnych publikacji na temat panowania Arabów na Sycylii. 

 

Jadę na wyspę. Inaczej niż w Hiszpanii, tu nie ma za bardzo czego oglądać, zostały jakieś resztki. Trzęsienia ziemi zniszczyły arabskie Noto – odbudowano je jako miasto barokowe. W Palermo jest trochę pamiątek, ale niewiele, wszędzie jednak widzę arabskie twarze. W księgarni w tym mieście trafiam na sześciotomową historię arabskiego panowania nad wyspą autorstwa Michele’a Amariego. Czytam fragmenty z pomocą słownika, aż kilka miesięcy później Bóg zsyła mi na pomoc pewną egipską badaczkę. Spotykamy się na konferencji. Zna świetnie włoski i – jak się okazuje – pomaga właśnie egipskiemu ministerstwu kultury przetłumaczyć Amariego na arabski.

 

– Czego panu potrzeba? – pyta.

– Potraw, strojów, ulic, muzyki – odpowiadam.

 

Ofiarowuję jej w prezencie moje sześć tomów, a ona przesyła mi przetłumaczone fragmenty. 

 

Kiedy wydanie Sułtana z Palermo ukazuje się we Włoszech, wracam na wyspę. Bardzo mnie wzrusza ciepłe przyjęcie. Wielu ludzi mi dziękuje. Kiedy podpisuję książkę w księgarni w Palermo, w pewnej chwili podchodzi do mnie dwoje młodych ludzi. Są piękni. Ona mogłaby być damascenką, on wygląda jak normański wojownik: wysoki blondyn, niebieskie oczy. Nie mogę się powstrzymać i pytam o to. Ona się uśmiecha.

 

– Pochodzę z arabskiej rodziny. Moi przodkowie przybyli tu setki lat temu.

A on? Śmieje się.

– Pochodzę od normańskich barbarzyńców.

 

 

2008: Biedna ojczyzna

 

Jak zakończyć Kwintet? Musi być współcześnie, musi być o ojczyźnie. Przez ostatnie dwadzieścia lat dostałem tyle listów i poczty elektronicznej w tej sprawie. Czemu nigdy nie piszesz o swoim mieście? – pytano mnie oskarżycielsko. Ależ piszę, tylko nie w powieściach. Napisałem trzy książki o moim cholernym kraju! Historia mojej ojczyzny jest bardziej niezwykła niż najlepsza fikcja. Co robić?

 

Powoli zaczyna wyłaniać się kształt finalnej opowieści, ale uwagi wciąż domagają się inne historie. Jak choćby islamski bunt w Chinach, w prowincji Junnan. Mógłbym napisać osobną książkę o tym niezwykłym wydarzeniu, ale z poczucia obowiązku zdecydowałem, że Noc Złotego Motyla odniesie się także do mojej ojczyzny. Leży blisko Chin, w powieści wiele z tego wyniknie. 

 

Kiedy piszę, wywołuję dawno zapomniane duchy. „Dlaczego zabił pan Niegrzeczną Latif? – pyta czytelniczka. – Była najlepsza z całej książki”. Czy to ja ją zabiłem, czy ojczyzna?

 

Tariq Ali

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy