Magia powraca, chociaż nikt już w nią nie wierzy. „Pamięć lasu" Agnieszki Osikowicz-Chwai

Data: 2021-01-18 15:03:02 Autor: Piotr Piekarski

Las pamięta moc, która kilka pokoleń wcześniej sprowadziła na świat zamęt i zniszczenie. Teraz postanawia przypomnieć o niej ludziom.

Obrazek w treści

Krwawa wojna domowa pogrąża Sahinrę w chaosie. Ukryty w Smutnym Lesie oddział rebeliantów przemienia się w nękającą okolicę bandę krwawych rzezimieszków. Kapitan Asger Sidort i jego trzecia kompania lekkiej jazdy dostają rozkaz spacyfikowania niedawnych sprzymierzeńców. Gdy docierają na miejsce, okazuje się, że burmistrz Soli, miasteczka położonego niedaleko starej puszczy, nie żyje. Wydaje się, że został rozszarpany przez dzikie zwierzęta, lecz porucznik Kerk Tor, wojskowy lekarz, ma wątpliwości co do prawdziwej przyczyny jego śmierci. Asger pozostaje jednak głuchy na plotki o odradzającej się magii i zamieszkujących wśród drzew bestiach.

Do czasu. Demony przeszłości zostały już uwolnione.

– Mało co mnie tak irytuje, jak książki czy filmy, w których wojnę przedstawia się w lekki sposób, a na bohaterów bardziej wpływają przelotne romanse niż ludobójstwo  

- wywiad z Agnieszką Osikowicz-Chwają.

Do lektury powieści Agnieszki Osikowicz-Chwai, zatytułowanej Pamięć lasu, zaprasza Wydawnictwo Alegoria. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki: 

Jednak zaczynało cuchnąć.

Zastępca burmistrza Baldar Ruben miał głupią nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale teraz nie pozostało mu już nic innego, jak tylko przeklinać własne bezmyślność i ustępliwość oraz bezczelną stanowczość gości. Zerknął na leżącego na stole nieboszczyka i w bezsilnej złości zacisnął zęby.

Trup był trupem i naprawdę nie potrzebowano wiele światła, by to stwierdzić. Przyczyny śmierci też raczej wyglądały na oczywiste. Sine ciało poznaczone ciemnymi liniami szarpanych ran mówiło samo za siebie. Lewa ręka ledwo trzymała się barku smętną resztką pozbawionych skóry mięśni i kości, brakowało też potężnego fragmentu lewego uda. Baldar Ruben pokręcił głową. To był naprawdę idiotyczny zwyczaj – trzymać zwłoki co najmniej trzy dni, niezależnie od pogody, zanim wreszcie będzie można je złożyć do grobu. Zwyczaj równie głupi co archaiczny, jednak ostatnio panował popyt na archaiczne tradycje.

Trup, szykownie ubrany, od rana oczekiwał w kaplicy na swą ostatnią drogę. I byłby w nią wyruszył, gdyby nie ci... goście. Zastępca burmistrza jeszcze raz niechętnie spojrzał na ciało – zastanowił się, czy nieboszczyk okazałby zadowolenie, czy wolałby, żeby jego zwłoki już spokojnie spoczywały w ziemi. Cóż, nie miał nic do gadania, leżał więc na stole, siny, gnijący, puchnący. I, kurwa, cuchnący. Ostatnio tradycje, nawet te zapomniane i od dawna ignorowane, okazywały się silniejsze niż rozsądek. Może i trudno było się temu dziwić.

Goście jednak postanowili się zdziwić. A gdy już wyrazili zdziwienie – wystarczająco głośno i protekcjonalnie – uznali, że mimo wszystko cieszą się z ekscentrycznych zachowań tubylców. Teraz, dnia już czwartego, ciało czekało gotowe do oględzin, wystarczyło je wydobyć z mroków kaplicy i rozebrać. Niezbyt przyjemna praca, ale na pewno łatwiejsza niż wykopywanie trumny spod ziemi.

– Coś go mocno poszarpało. – Porucznik Kerk Tor, dotąd pochylony nad zwłokami i badający je z niezdrową – według Rubena – fascynacją, postanowił się wreszcie wyprostować. – To spowodowało śmierć.

Baldar Ruben nie zdołał powstrzymać pełnego irytacji i zniesmaczenia prychnięcia.

– Naprawdę, poruczniku, czy dlatego musieliśmy przenosić go z kaplicy tutaj? Aby to stwierdzić, niepotrzebne były okna, światło i więcej miejsca. Mój salon śmierdzi, nie wywietrzę go do jutra, moja żona będzie zła. A zdaje się, że dokładnie taką przyczynę zgonu podałem panu dziś w południe.

– Mówił pan, że zabili go ludzie. Ludzie nie gryzą. Przynajmniej nie zagryzają na śmierć. Zazwyczaj.

Ruben skierował zniechęcone spojrzenie w stronę okna. W milczeniu, z wyrazem wyższości w przymrużonych oczach, otaksował sylwetkę stojącego tyłem mężczyzny.

– Mówiłem, kapitanie, co ludzie gadają. Nie ja. Mamy problemy z leśnymi bandytami, którzy rzeczywiście ostatnio stali się jeszcze bardziej niebezpieczni. Jakiś czas temu przeszedł tędy front, ale przeszedł, mamy nadzieję, że nie wróci. Ludzie chcą zacząć normalnie żyć, a leśni im na to nie pozwalają. Czy to – wskazał ręką sine ciało – wygląda na sprawkę ludzi? Mam poważne wątpliwości.

– Czyli co?

– Bo ja wiem? Zwierzęta, oczywiście. Wilki?

– Wilki nie mają w zwyczaju atakować ludzi, a już na pewno nie latem. – Porucznik Kerk Tor postąpił krok w stronę zastępcy burmistrza. Ruben wzdrygnął się bezwiednie. Ruda grzywka opadła na bladoniebieskie oczy oficera, odgarnął ją pokrytą tatuażami dłonią. Ciemne zapiski i delikatne rysunki pokrywały też zamyśloną twarz mężczyzny.

– Może wściekłe? – rozległo się spod okna, a stojący przy nim mężczyzna jeszcze bardziej wychylił się przez parapet. Do nosa Rubena dotarł dochodzący z ogrodu słodki aromat dzikich róż. Zderzył się z trupim smrodem, tworząc mieszankę niemal nie do wytrzymania.

Porucznik nie odpowiedział, ponownie schylając się nad ciałem. Z wyraźnym trudem próbował unieść denata, by zerknąć na jego plecy.

– Pomóż mi, Kalawa.

Ostatni z gości, Evar Kalawa, ogromny żołnierz z blizną biegnącą przez cały lewy policzek i opaską zasłaniającą lewy oczodół, pośpieszył z pomocą. Z ciekawością przyglądał się wysiłkom porucznika, jego chudym, szybkim, niecierpliwym dłoniom biegnącym wzdłuż brzegów poszarpanych ran. Oficer wreszcie na chwilę znieruchomiał, po czym wyciągnął palec i wskazał Kalawie kilka miejsc na bladej skórze trupa. Żołnierz patrzył na poranione ciało w milczeniu, z nieco bezmyślnym wyrazem twarzy, aż w końcu powieka jedynego oka otwarła się szerzej. Powoli, z przejęciem, pokiwał głową.

– Nie wściekłe. I nie wilki.

Spod okna dało się słyszeć głośne, pełne rezygnacji westchnienie, a potem nie do końca stłumione przekleństwo.

– Więc co, poruczniku?

Rudy oficer przekrzywił głowę i uśmiechnął się złośliwie.

– Może wreszcie podejdzie pan, kapitanie, i sam się przekona? Stojący tyłem mężczyzna odwrócił się gwałtownie i Ruben poczuł, jak kurczy się w nim serce weterana, rozczarowane i pełne zniechęcenia. Ponownie musiał przyznać, że kapitan nie wygląda na wzbudzającego respekt dowódcę, z tą swoją młodą, nadąsaną, trochę zbyt ładną twarzą. Cholerny paniczyk, oficerek z łaski nazwiska i fortuny, innego wytłumaczenia być nie mogło. Baldar Ruben ledwo zauważalnie pokręcił głową. Sam rzadko przyznawał się do wojskowej przeszłości, bo po pierwsze – nie trwała ona imponująco długo, a po drugie – strona, po której służył, nie miała ostatnio przesadnie dobrej opinii. Widział jednak wyraźnie, że powstańcy powoli odchodzili od szlachetnych ideałów, za pomocą których udało im się postawić Sahinrę, jego kraj, kraj ich wszystkich, w ogniu. Równość możnych i maluczkich, śmiechu warte. Ten tutaj kapitan był tego najlepszym przykładem. Nadąsane paniątko z nazwiskiem, które znali wszyscy. Rebelia schodziła na psy.

Trzeba było kapitanowi przyznać przynajmniej to, że jasne włosy miał porządnie, krótko przycięte, a cienki, letni mundur w ascetycznej czerni doskonale dopasowany, mimo upału zapięty tuż pod szyją, czysty i niepomięty. Wręcz trudno było uwierzyć, że młody mężczyzna trafił tu prosto z drogi, po dwudniowej podróży. Oficerskie dystynkcje srebrzyły się na sztywnej stójce; trzy porucznikowskie pionowe belki nieco już zmatowiały, zwłaszcza w porównaniu z dość świeżą wciąż, wieńczącą je kapitańską falą. Awans musiał więc nastąpić stosunkowo niedawno, czyjeś zwinne palce dohaftowały nową ozdóbkę.

Ruben przeniósł ponury wzrok na rudego porucznika. Nie mógł się zdecydować, który z niedorzecznych oficerów wzbudza w nim większą niechęć. Porucznik na pewno nie był tak wymuskany jak dowódca, ale pokrywające jego skórę tatuaże wywoływały u zastępcy burmistrza skręt kiszek. W porządnym wojsku, jego wojsku, byłoby to nie do pomyślenia. Podobnie jak ironiczny uśmieszek, z którym porucznik patrzył teraz na własnego dowódcę. Kapitan spoglądał na zastępcę, krzesząc z oczu błyskawice, nie zrobiły one jednak na rudzielcu większego wrażenia. Zrezygnował więc i posłusznie zbliżył się do stołu z leżącym ciałem, zasłaniając przy okazji nos mankietem czarnej kurtki.

– Co? – spytał, a porucznik wskazał mu coś palcem, tak jak wcześniej olbrzymiemu żołnierzowi.

Kapitan pochylił się nieco, a gdy się prostował, ręka, którą zasłaniał sobie nos, bezwiednie opadła wzdłuż ciała. Jego twarz pobladła, w oczach zabłysły iskierki zrozumienia.

– O, kurwa – szepnął.

Najwyraźniej pojął, jednooki żołnierz postanowił jednak rozwiać wszelkie wątpliwości:

– Wilki nie używają noży.

Ruben drgnął zaintrygowany, mimo to do stołu podszedł z pełną godności powolnością. Zerknął na pojedyncze, krótkie rany o gładkich brzegach i wydął policzki. Milczał.

– Może ktoś poszczuł go psami, a potem jeszcze pastwił się nożem? – zaproponował Kalawa.

– Może – zgodził się porucznik, chociaż nie bez wahania. – Ale to nie zmienia faktu, że był tam i człowiek.

***

Sola była niewielkim miastem, zaniedbanym tak, jak małe miasta zaniedbanymi bywają, pozbawiona jednak charakterystycznego dla wielu z nich uroku. Trzech wojskowych przejeżdżało nierówną, brukowaną drogą przecinającą rynek. Musiał trwać dzień targowy, bo kilka chybotliwych kramów stało w cieniu niskich, pokrytych liszajami wilgoci kamienic. Większość kupców rozłożyła jednak swój lichy towar wprost na ziemi, a teraz znudzonym, apatycznym wzrokiem odprowadzała konnych.

Kapitan Asger Sidort zacisnął wargi. Wielu mieszkańców patrzyło na nich z obojętnością, najwyżej niechęcią, ale wychwycił również kilka jawnie wrogich spojrzeń. Nie dziwił się temu. Wszyscy normalni ludzie mieli wojny dość, pragnąc wreszcie wrócić do spokojnego, nawet nudnego życia. A tu, przed chwilą, przez sam środek ich rozpadającego się miasteczka przejechała sześćdziesięcioosobowa kompania wojska; teraz podążała za nią jeszcze trójka maruderów.

W cieniu jednego z rosnących przy drodze rachitycznych drzewek stała para brzdąców, może pięcioletnich. Chłopiec podniósł patyk, fachowo przymknął oko i wycelował w Asgera, wydając z siebie piskliwy dźwięk, który zapewne miał imitować wystrzał. Kapitan zerknął na dzieciaka obojętnie, z ukosa i przewrócił oczami. Dziewczynka gapowato otworzyła usta, nerwowo przenosząc spojrzenie z porucznika na jednookiego żołnierza i z powrotem. Asger podążył za jej wzrokiem i westchnął. Porucznik jechał pogrążony we własnych myślach. W takim stanie był niemal zupełnie niegroźny, kapitan wiedział o tym doskonale; na szczęście pokryta tatuażami twarz rudego oficera sprawiała wystarczająco odstraszające wrażenie. Drugi z żołnierzy tkwił w siodle wyprostowany, strzelając ocalałym okiem na prawo i lewo, w poszukiwaniu podejrzanych cieni, nieprzyjaznych spojrzeń, morderczych ostrzy, zabłąkanych kul. Asger musiał przyznać, że w tym towarzystwie dowódca wygląda najmniej imponująco, nic więc dziwnego, że dziewczynka nie poświęciła mu nawet pół spojrzenia.

Droga poprowadziła ich z rynku w wąską uliczkę. Domy stały się jeszcze niższe, częściej drewniane niż murowane, jeszcze bardziej pochylone ku chodnikom. Fetor dobywający się z biegnącego środkiem drogi rynsztoka tkwił w gorącym powietrzu lepki, niemal namacalny. Asger schylił się w siodle, próbując powstrzymać nagły zawrót głowy, zasłonił nos i usta dłonią, opanowując mdłości. Nawet porucznik wyrwał się z zamyślenia i niespokojnie, marszcząc nos, rozejrzał wokół.

– Szybciej – syknął dowódca przez zaciśnięte zęby i podwładni z wdzięcznością, posłusznie spięli konie.

Ludzie na widok jadących kłusem żołnierzy przystawali pod ścianami budynków, pośpiesznie robiąc miejsce. Asger stłumił w sobie poczucie winy; chciał wydostać się stąd jak najszybciej, wykonując jak najmniejszą liczbę oddechów. Uliczka zdawała się nie mieć końca, gdy więc wypadli wreszcie na prawie pustą przestrzeń, byli niemal zdziwieni.

Koszary stały w odległości nie większej niż pięćdziesiąt prętów i były jednym z najbrzydszych budynków, jakie kapitan Asger Sidort miał okazję dotąd oglądać.

***

– Skąd na tym zadupiu tak ogromne koszary? – Asger zręcznie zsunął się z konia, krytycznym wzrokiem otaksował rozległy gmach. Zwieńczony dwuspadowym dachem, niechlujnie oblepiony brudnym już tynkiem, z dziurami świecącymi w wielu maleńkich oknach – bardziej przypominał stodołę niż budynek przeznaczony dla ludzi.

– Więzienie. Do niedawna było tu więzienie, do tego nie potrzeba metropolii.

Asger ze zdziwieniem spojrzał na mówiącego te słowa Evara Kalawę, ale zanim zdołał zapytać, skąd żołnierz ma takie wiadomości, z budynku koszar wyszło kilka osób. Prowadził mężczyzna w średnim wieku, wyraźnie utykający na lewą nogę. Musiał ubierać się w pośpiechu, bo teraz nerwowo zapinał guziki żołnierskiej kurtki. Asger zmrużył oczy, próbując dostrzec wyszyte na niej dystynkcje.

Mężczyźni podeszli na odległość kilku kroków, zasalutowali, spoglądając na przybyłych wojskowych z kiepsko maskowaną ciekawością.

– Kapitanie – odezwał się kulawy. – To zaszczyt przyjmować gościa o tym nazwisku. Pana ojciec był...

– Wiem, kim był mój ojciec, poruczniku, jestem chyba ostatnią osobą, którą należałoby o tym informować. Jak przebiega zakwaterowanie żołnierzy?

Mężczyzna milczał chwilę zaskoczony, ale potem na usta wypłynął mu pogardliwy uśmieszek. Wykrzywił jego twarz jeszcze bardziej, mimo że nie było to łatwe, bo od nasady nosa przez cały policzek biegła poszarpana blizna. Jak u Kalawy, chociaż porucznik miał więcej szczęścia – nie stracił oka. Asger poczuł znużenie. Wiedział, co tamten myśli – gówniarz, awansowany na oficerski stopień ze względu na pozycję i osiągnięcia ojca.

– Kapitanie, niestety mamy kłopot. Nie przypuszczałem, że w pana oddziale będą również kobiety. Obejrzały koszary i uznały, że jest w nich wystarczająco dużo miejsca, by przydzielić im osobną kwaterę. Rzecz w tym, że budynek to ruina. Szkoda, że nie zostałem ostrzeżony, spróbowałbym...

– Ja sobie z nimi radzę od dwóch lat, pan musi wytrzymać tylko kilka dni. Chodźmy.

– Nie przedstawiłem się jeszcze. Jestem...

– Wiem, kim pan jest, poruczniku Holtan. Chodźmy.

Wnętrze koszar okazało się jeszcze bardziej obskurne od elewacji. Na szerokim korytarzu walał się gruz, pył fruwał w powietrzu, utrudniając oddychanie. Kilkanaście osób toczyło nierówną walkę z bałaganem. Na widok Holtana i przybyłych oficerów prostowali się i salutowali. Asger odpowiadał na pozdrowienia, z ciekawością patrząc na ich szczere, zaaferowane twarze i silne, duże dłonie. Niewątpliwie byli ludźmi, którzy znali trudy życia, żaden z nich jednak nie wyglądał na doświadczonego żołnierza.

Schodami w dół zbiegła młoda dziewczyna, niska, szczupła, w nieco za dużej kurtce. Stanęła przed Asgerem, zasalutowała, uderzając drobną pięścią w pierś. Niebieskie oczy patrzyły gniewnie spod zmarszczonych brwi.

– Kapitanie! – powiedziała nieco zbyt głośno. – Chcą nas zamknąć w jednej kwaterze z mężczyznami.

– I?

– Ale tu jest mnóstwo miejsca! Znalazłyśmy pokój, idealny... – Z wybitymi szybami – mruknął porucznik Holtan.

– Zasłonimy czymś okno, i tak jest gorąco. Lepsze to, niż słuchanie chrapania Hadara czy Kalawy.

Jednooki żołnierz odchrząknął zawstydzony, a kapitan wzruszył ramionami.

– Jak wam się tam podoba, to się wprowadzajcie.

– Dziękuję, kapitanie! Dziewczyna pokraśniała, zasalutowała ponownie i pędem ruszyła w powrotną drogę. Porucznik Holtan odprowadził ją ponurym spojrzeniem.

– Poruczniku, jeszcze nasze kwatery. Moja i porucznika Tora. Holtan raptownie odwrócił głowę w stronę młodego oficera. – Ach, tak, oczywiście. Widzi pan, kapitanie, jakie tu mamy warunki. Wygospodarowaliśmy wam wygodny pokój, na parterze. Niestety, jeden, ale spory...

Zamilkł, bo przez twarz Asgera przemknął grymas niezadowolenia. Kapitan ze zniecierpliwieniem machnął ręką, nie czekając na dalsze wyjaśnienia.

– To duży budynek. Na pewno znajdą się dwie kwatery. – Chciał odejść, jednak nagle jakby poczuł potrzebę wytłumaczenia się: – Porucznik Tor jest lekarzem, potrzebuje miejsca. A ja... Ja po prostu... Dwie kwatery, poruczniku. Jeśli to możliwe. A tu jest możliwe.

Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Rudy zastępca podążył za nim, a Holtan został z niedomkniętymi ustami. Patrzył na oddalające się sylwetki, jedną szczupłą, idącą energicznym, lekkim krokiem, drugą nieco przygarbioną, chorobliwie niemal chudą.

Przygryzł wargę. Nie takich posiłków się spodziewał.

Pakiet książek Pamięć LasuSzepty na wzgórzach kupicie w księgarni internetowej Wydawnictwa Alegoria!

Książkę Pamięć Lasu z cyklu Opowieści starych drzew kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Opowieści starych drzew. Pamięć lasu
Agnieszka Osikowicz-Chwaja3
Okładka książki - Opowieści starych drzew. Pamięć lasu

Magia powraca, chociaż nikt już w nią nie wierzy. Las pamięta moc, która kilka pokoleń wcześniej sprowadziła na świat zamęt i zniszczenie. Teraz...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Na wieki wieków Pani Amen
Bianka Kunicka - Chudzikowska
Na wieki wieków Pani Amen
Spowiedź Goebbelsa
Christopher Macht
Spowiedź Goebbelsa
A miał być happy end
Katarzyna Kalicińska
A miał być happy end
Niskorosła
Joanna Bartoń
Niskorosła
Wędrówka
Anna Onichimowska
Wędrówka
Sam i Watson patrzą sercem
Ghislaine Dulier
Sam i Watson patrzą sercem
Największy sekret
Rhonda Byrne
Największy sekret
Pokaż wszystkie recenzje