Morderczyni, karlica, kobieta, człowiek. Fragment książki "Niskorosła"

Data: 2021-03-29 09:17:02 Autor: Piotr Piekarski

Joanna Bartoń znów zaskakuje. Potwierdza, że wybrała styl uprawiania literatury oparty na paradoksach, ale mówi o sprawach podstawowych: miłości, śmierci, przyjaźni, wierności i zdradzie. Bohaterką swojej opowieści czyni morderczynię, karlicę, kobietę, człowieka – w jednej osobie, ale „dokładnie w takiej kolejności”.

Obrazek w treści

Czytelnika próbuje skłonić do uruchomienia i wyobraźni, i empatii, dając mu tylko preteksty do ich ożywienia. Nie psychologizuje, nie dramatyzuje i nie moralizuje. Opowiada powściągliwie, naraz z dwóch perspektyw – zbrodniarki i ofiary –  i zmusza do zderzenia z wielością stereotypów i klisz, z obrazami ludzi, którzy są jak figurki w komiksie albo w teatrze cieni. Mniej japońskim czy chińskim, a bardziej polskim jednak.

Do lektury najnowszej powieści Joanny Bartoń Niskorosła zaprasza Wydawnictwo JanKa. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy fragment powieści, tymczasem już teraz zachęcamy Was do sięgnięcia po kolejną jego część: 

Więźniarka 
 
Jesteśmy na autostradzie A-4, więc jedziemy dość szybko. Przed nami jeszcze około półtorej godziny jazdy na wschód. 

Zastanawiam się nad najważniejszym dniem w moim życiu. Moje narodziny? Poznanie Mateusza? Zajście w pierwszą ciążę? Chyba to ostatnie. Macierzyństwo przewartościowało moje życie. I jeżeli czegoś tak naprawdę żałuję, to tego, że przez trzy lata będę nieosiągalna i niedostępna dla swoich dzieci. 
 
Ja mama
 
Mama Mateusza, Mateusz, Calineczka, rodzice moi, ojciec Mateusza, koleżanki z szajki – właśnie w takiej, a nie innej kolejności informowałam otoczenie o zajściu w ciążę. Irena dowiedziała się o niej tylko kilka minut później niż ja. Uświadomiłam ją błyskawicznym esemesem „Witaj babciu :)” zaraz po wyjściu od ginekologa. Odpowiedziała natychmiast: „Ryczę ze szczęścia”.

Teraz musiała pożyć przynajmniej do rozwiązania, to jest dziewięć miesięcy. Prawie dwa razy dłużej, niż dawali jej lekarze. 

Zastanawiałam się czasami, z kim mam to dziecko – z Mateuszem czy z jego mamą. W sensie fizycznym z nim, ale gdy chodzi o samą ideę, zdecydowanie z nią. Najpierw mama Mateusza zapłodniła mój umysł, a dopiero potem Mateusz moje ciało. To dlatego ją zawiadomiłam pierwszą. Uznałam, że to jej  wiedza o ciąży należy się najbardziej.  
 
Wysoka ona i niska ja
 
– Mogę dotknąć twojego brzucha? – zapytała mnie pewnego dnia Irena. 

– Spokojnie, to dopiero piąty tydzień. Nic nie poczujesz. Czytałam, że płód ma teraz około pół centymetra.

– Jak się czujesz?

– Nie jest źle, choć świadomość, że rośnie we mnie człowiek, chwilami przeraża.

– Wiem. Miałam to samo, jak byłam w ciąży z Mateuszem. Wrażenie, że coś mnie zjada od środka. I rośnie moim kosztem. Jak tasiemiec albo glista ludzka. 

– Dokładnie! Chwilami wydaje mi się, że jak już urodzę, będę jak balon, z którego spuszczono powietrze. 

– Pamiętam to uczucie!

– Wiesz, że byłaś pierwszą osobą, którą powiadomiłam o ciąży?

– Naprawdę? To miłe z twojej strony.

– Ciekawe, jakby ten fakt zniósł Mateusz?

– Bywasz okrutna. Tak, wiem, mieszam ci trochę w życiu, ale obiecuję, że już niedługo przestanę.

Na razie w reakcji wszystkich na moją ciążę dominował entuzjazm – może dlatego, że nie przytoczyłam zainteresowanym tego, co miał do powiedzenia na jej temat ginekolog. Otóż jego zdaniem moja ciąża była ciążą tak zwanego wysokiego ryzyka, którą trzeba kontrolować większą liczbą badań prenatalnych, także w kierunku achondroplazji. Poza tym dowiedziałam się, że mój krzywy kręgosłup (zaawansowana lordoza) i szpotawe kolana mogą ciężko znosić rosnący z miesiąca na miesiąc ciężar, więc prawdopodobnie pod koniec drugiego trymestru będę musiała położyć się do łóżka i zostać w nim aż do porodu. Ginekolog poradził mi, bym dobrze się zastanowiła, czy tego chcę, bo czeka mnie wiele trudności, z czego donoszenie ciąży to tylko pierwsza z nich. Potem może się przecież okazać, że dziecko ma achondroplazję i nie będzie zmiłuj. 
 
Niska ja i Małe To
 
Małe To rosło, czułam, jak rozpycha się w podbrzuszu, za nic mając moje narządy wewnętrzne. Gniotło mi jelita i uciskało pęcherz, przez co miałam nieustanne uczucie parcia na kał i mocz. Poza tym miewałam mdłości i wszystko mi śmierdziało. Wymiotowałam co najmniej raz dziennie. Najczęściej zaraz po śniadaniu.

Modliłam się o to, żeby Małe To urosło jak największe, więc kiedy uciskało moje wnętrzności, czułam jednocześnie i dyskomfort, i radość. Dyskomfort, bo to jednak nic przyjemnego, i radość, bo gniecenie oznaczało prawidłowy rozwój. 

Niech Małe ma zatem jak najdłuższe kończyny dolne i niech mnie nimi kopie do woli, myślałam. Każde takie kopnięcie to sygnał, że ma coraz mniej miejsca, by je zmieścić w moim łonie. Znaczy się – będzie zdrowe.

Postanowiłam nie robić badań prenatalnych w kierunku achondroplazji. Wszystko okaże się po porodzie. Dam szansę Małemu na życie, choćby to było życie karła. Byłam dobrej myśli. Brzuch rósł mi niemal zauważalnie z dnia na dzień. Może Małe wcale nie jest takie małe, powtarzałam sobie.

A jeśli jednak? Co zrobimy? Jaka będzie nasza pierwsza reakcja? Na razie staraliśmy się o tym nie myśleć. Postanowiliśmy przyjąć cokolwiek będzie nam dane.

Patrząc na entuzjazm Mateusza, sama się nim zarażałam. 

Codziennie przy śniadaniu pytał mnie o samopoczucie.

 „Będę wymiotować, ale poza tym okej” – odpowiadałam niemal w biegu do łazienki. Po powrocie sięgałam po banana. 

Banan to owoc, który przed zajściem w ciążę mógłby dla mnie nie istnieć. Nigdy mi specjalnie nie smakował, moim zdaniem był mdły i nijaki jednocześnie. Wszystko zmieniła ciąża. Teraz banan był podstawą mojej diety i najlepszym lekiem na nudności.  
 
Niska ja i wysoka ona
 
Odkąd zaszłam w ciążę, Irena przychodziła do mnie – już bez krycia się przed mężem i synem – w poniedziałki na siedemnastą. To był nasz czas, który starałyśmy się wykorzystać jak najlepiej. Najczęściej leżałyśmy obok siebie na rozkładanej sofie i opowiadałyśmy sobie, co słychać. Po jakimś czasie obie zamykałyśmy oczy – tak łatwiej było sięgać po prawdę do własnego wnętrza. 

Obie byłyśmy w stanie wyjątkowym – ja w ciąży, ona w zaawansowanym stadium choroby nowotworowej. Podstawowa różnica: mnie było coraz więcej, jej coraz mniej. Ale razem przeżywałyśmy swoje słabości i ograniczenia. Zdarzyło nam się nawet jednocześnie wymiotować – jedna do muszli klozetowej, druga do zlewu. 

Łapałam się na myśli, że Mateusz mógłby jak dla mnie grać w tenisa pięć godzin. Może wtedy zdążyłybyśmy opowiedzieć sobie siebie od a do zet? Bo po dwóch godzinach żegnałyśmy się zawsze nienagadane i nienasycone. Prawie jak para kochanków – tylko tematy rozmów jakby nie te:

 – Przynieść ci miskę?

 – Nie. Jak coś, zdążę sama do toalety.

 – Nie cierpię wymiotować.

 – Ja już się przyzwyczaiłam. Traktuję to jak puszczenie bąka: fuj, śmierdzi, ale za to jaka ulga. 
 
Niska ja i Małe To
 
Ginekolog miał rację: pod koniec szóstego miesiąca musiałam położyć się do łóżka. Powód? Ciężaru nie wytrzymały kolana i kręgosłup. Całymi dniami wylegiwałam się więc na sofie, nadrabiając zaległości lekturowe jeszcze z czasów liceum. 

Tymczasem Irena trzymała się dzielnie. Mimo prognoz lekarzy, według których powinna już nie żyć. Gołym okiem było widać jej determinację, by doczekać wnuka. Nie skarżyła się i nie marudziła. Chwilami tylko przez jej twarz przebiegał grymas bólu. Nauczyłam się go rozpoznawać bez pudła. I w miarę szybko reagować. 

Zastanawiałam się czasami, jak to możliwe, że jej mąż i Mateusz niczego nie zauważyli. Czyżby była aż tak dobrą aktorką? Albo to oni byli ślepi?

Kto wie? Może ja też bym się nie połapała, gdyby mi nie powiedziała? Owszem, była trochę wychudzona, ale na pewno nie wyglądała na kogoś, kto powinien już nie żyć. 
 
Małe To z dnia na dzień coraz bardziej się rozzuchwalało. Potrafiło przebierać nogami długimi godzinami, czym – na przemian – doprowadzało mnie do zniecierpliwienia i euforii. Zniecierpliwienia, bo miałam niekiedy wrażenie, że połknęłam sto żab w okresie wylęgu, a euforii, bo każdy tego typu sygnał napełniał mnie nadzieją, że z Małym wszystko w porządku.

Mateusz pilnował, żeby mi niczego nie brakowało. Dostarczał regularnie lektur i dbał o moją dietę, która wydawała się nie mieć niczego wspólnego z prawdziwą dietą ciężarnej, skoro jadłam co popadnie i na łapu-capu.

Leżałam więc sobie całymi dniami, rosnąc wszerz (w pasie dobiłam do magicznych dziewięćdziesięciu centymetrów). Z łóżka wstawałam tylko wtedy, kiedy było to konieczne. Oszczędzałam siły, których z dnia na dzień miałam coraz mniej.

Mała różnica między wzrostem a obwodem sprawiała, że wydawałam się jeszcze niższa. Przypominałam kwadrat, który ledwo sunie z punktu A do punktu B.

Przede wszystkim czułam ogromny ciężar w brzuchu. Razem z łożyskiem do noszenia miałam około dziesięciu kilogramów. Pierwsze takiemu obciążeniu powiedziały „nie” moje szpotawe kolana. Zaraz potem do strajku dołączył krzywy kręgosłup.

Irena odwiedzała mnie teraz co najmniej dwa razy w tygodniu. Zgodnie z naszym zwyczajem leżałyśmy obok siebie na sofie, zwierzając się sobie z największych sekretów. Któregoś dnia wypaliła:

 – Mateusz nie był chcianym dzieckiem. 

 – Jak to?

 – Zdarzył się nam po trzech miesiącach związku. Byliśmy młodzi i totalnie zaskoczeni.

 – Ile miałaś lat?

 – Dwadzieścia dwa. A mój mąż dwadzieścia sześć.

 – To rzeczywiście niewiele, ale…

 – Braliśmy pod uwagę aborcję.

 – Rozumiem.

 – Nic nie rozumiesz, Gosiu. Ty jesteś inna. Nawet gdyby twoje dziecko okazało się chore, nie usunęłabyś ciąży. Bo jesteś, jaka jesteś.

 – Mimo to jestem w stanie was zrozumieć. 

 – Czyżby? A rozumiesz to, że z perspektywą posiadania dziecka było nam po prostu niewygodnie? Tylko z jednego powodu: sami chcieliśmy jeszcze trochę pobyć dzieciakami.

 – Jasne. 

 – Jesteś aniołem.

 – Nie jestem. Po prostu słucham ludzi.                                                                                                                       

 – Więc posłuchaj tego. W połowie trzeciego miesiąca przyszłam na umówiony zabieg. Siedziałam w wiadomej pozie w fotelu, kiedy do lekarza zadzwonił telefon. Docierały do mnie tylko strzępki tej rozmowy: „tak kochanie, przyjedź, tęsknimy, całuję”. Po jej zakończeniu ginekolog powiedział tylko jedno słowo: „córka”, a mnie jakby raził grom. Zerwałam się z fotela i zaczęłam pospiesznie ubierać.  Już nie chciałam zabiegu. Zwyczajnie stamtąd uciekłam. 

 – To przez tę „córkę”? 

 – Tak. Sposób, w jaki z nią rozmawiał…

 – W takim razie zadzwoniła w samą porę. 

 – Lepszej być nie mogło. Uratowała Mateusza.  
 
Wysocy wy
 
Reakcja na mnie w ciąży? Zdumienie nad zdumieniami. Bycie karłem to jedno, natomiast bycie karłem w ciąży to zupełnie inna historia. Większość ludzi gapiła się na mnie z szeroko rozdziawioną buzią.

Kiedy Mateusz był ze mną, robiło się jeszcze dziwniej. Ludzie automatycznie identyfikowali go jako sprawcę mojej ciąży i to rodziło w nich dysonans. Rozbiegane oczy gapiów patrzyły to na mój brzuch, to na twarz Mateusza i próbowały odnaleźć w tym jakiś sens. 

W każdym razie ja w ciąży udowadniałam, że – skoro znalazłam się w tym stanie – jestem dla kogoś obiektem seksualnym. Mimo wzrostu, zniekształconej twarzy i szpotawych kolan okazałam się godna czyjegoś pożądania. Nie mogła się z tym pogodzić zdecydowana większość ludzi, dla których byłam co najmniej aseksualna. Żeby nie powiedzieć: odstręczająca. A skoro taka byłam dla nich, to powinnam być też dla innych, drugiej możliwości nie ma. 

To błąd tendencji centralnej, który polega na skłonności do przeceniania podobieństw między ludźmi i ignorowania różnic indywidualnych. Pamiętam to jeszcze z wykładów na psychologii.

Książkę Niskorosła kupić można w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Niskorosła
Joanna Bartoń 1
Okładka książki - Niskorosła

Joanna Bartoń znów zaskakuje. Potwierdza, że wybrała styl uprawiania literatury oparty na paradoksach, ale mówi o sprawach podstawowych:...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo