dwa razy w tygodniu

Autor: roberta
większe dawki osobnego, silniejszego narkotyku bez najmniejszego uszczerbku na ciele, czy psychice. Zadziwiała ich i wiernych, potęgując z każdym kolejnym, udanym rytuałem mit oraz własną legendę.

Podczas rytuałów zdarzało się, że ludzie umierali. Organizm zwyczajnie nie wytrzymywał dawki narkotyku, czy intensywności wrażeń. Ci wszyscy, których śmierć zastała właśnie na „krześle Boga”, byli zapamiętywani i organizowano im specjalne pochówki. Kolejnej z takich uroczystości, odbywającej się na brudnych ulicach jednej z tych licznych osad, przyglądali się bez większego zainteresowania, stojąc na tej samej scenie, gdzie jeszcze kilka godzin temu odbywał się ich pokaz - rytuał.

- Amen – powiedział nagle Hemingway, znudzony dobrze znanym obrazkiem, wolno obrócił się na pięcie i podszedł do niewielkiego stoliczka stojącego po lewej stronie sceny, by rozsiąść się na eleganckim, czarnym i błyszczącym krześle. A każdy jego ruch rozchodził się zgrzytaniem i trzaskaniem desek niczym echo więzione pod sceną.

- Sto lat – zaśpiewał pod nosem Roisin, by w końcu dołączyć do towarzysza.

- Masz wódkę?

- Nieboszczyk podarował – pośpieszył z wyjaśnieniami młodszy z mężczyzn, po czym sięgnął pod krzesło, by wyciągnąć pełną butelkę. Myśl dokończył, rozlewając przezroczysty płyn do dwóch kieliszków wyciągniętych z kieszeni przez Hemingway’a – na poczet łaski.

- Szkoda.

- Szkoda?

- Najgorzej pije się za zdrowie zmarłych.

- Chyba za śmierć.

- Za raj – powiedzieli zgodnie, po czym wychylili kieliszki po raz pierwszy.

- To już drugi trup w tym tygodniu.

- Znowu zniszczyliśmy ich życie.

- Oni sami sobie to zrobili – zauważył Roisin, po czym wprawnym ruchem kapłana rozlał drugą kolejkę.

- I dlatego nie jest nam ich żal – Hemingway powiedział stanowczym głosem, zupełnie jakby przypominał uczniakowi oczywiste prawo fizyczne.

Przez chwilę wstrząsnął nim dreszcz przechodzącego po całym ciele zimna; szybkim, łapczywym ruchem sięgnął po swój kieliszek, a Roisin, popatrzywszy z litością w stronę wioski niknącej w mroku pustynnej nocy, delikatnym ruchem sięgnął po butelkę, a potem znów i znów, a gdy niema towarzyszka w końcu mrugnęła do nich dnem, młodszy z mężczyzn powiedział podniesionym głosem, zadowolony i podniecony odkrytą prawdą, którą zapragnął się podzielić:

- To zupełnie jak z tym cholernym potopem i wojną. Po wszystkim i tak reszta wraca do stanu pierwotnego – na chwilę przystanął, przyzwalając, by w głowach zaszumiał im suchy, piaszczysty wiatr, a gdy ten uciekł znudzony, kontynuował – ludzie stawiają domy, pieprzą się, jedzą, srają, umierają i tak w kółko do przekroczenia kolejnej granicy, punktu krytycznego. – Hemingway lekko uśmiechnął się, ale Roisin pomimo wszechogarniającej ciemności dostrzegł to. – Bawi cię to? To tragiczne. Burzą świat i budują go znów od nowa, a i tak nigdy nie wychodzi im lepszy. Jak szczury i karaluchy.

- My burzymy i budujemy świat dwa razy w tygodniu. Lepiej przestań już chrzanić… – Hemingway mówił spokojnie jak ojciec karcący syna. – Jesteśmy w tym najlepsi. Podobno każdy człowiek ma jakiś talent. Widocznie my mamy talent do religii. - Roisin tylko gniewnie popatrzył na przyjaciela. Wiedział, że ma rację. Nerwowo przeszukawszy kieszenie, wyciągnął wreszcie paczkę papierosów. Wyłowiwszy jednego z nich, rzucił prawie pełne opakowanie na stół, które to – zdawać by się mogło – Hemingway zatrzymał na śliskim blacie spokojnym, chłodnym wzrokiem.

- Do sutenerstwa chciałeś powiedzieć – zaśmiał się Roisin, wprawnym, teatralnym ruchem odpalając papierosa.

Znów pomyślał o Charlotte&rsq

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy