"Gryfa" odnaleziono. Historia Krystyny Wańkowiczówny

Autor: Aleksandra Ziółkowska-Boehm
Okładka publicystyki dla

Zielu na kraterze Melchior Wańkowicz napisał, że proces dojrzewania u Krystyny był nad wyraz powolny. W szkole i na uniwersytecie była aspołeczna Dalej wspominał, na podstawie opowiadania matki, jak w czasie okupacji Krystyna się zmieniała. Pewnego dnia powiedziała: Jak ja mogłam tak żyć! Z tą nauką. Z tym gospodarowaniem! Jaka głupia byłam... Matka słuchała pokornie. Ognie doszły... Płomień już teraz szedł – niewstrzymany… 

Po latach Wańkowicz napisał: Nie lubię ludzi, którzy nienawidzą jakiegoś narodu. Kiedy w dniach wrześniowych szedłem polem z córką i lotnik niemiecki naleciał i ostrzeliwał bezbronnych pastuszków, córka mi powiedziała: «Niepokoi mnie, że nie umiem nienawidzić Niemców». Wtedy poczułem się wynagrodzony za lata jej wychowania

W Powstaniu Warszawskim Krystyna ps. „Anna”, córka Zofii i Melchiora Wańkowiczów, była łączniczką porucznika Stanisława Leopolda ps. „Ra fał”, dowódcy 1 kompanii w batalionie „Parasol”. „Rafał” był bratem ciotecznym kapitana Andrzeja Romockiego ps. „Morro”. Na własną prośbę przyłączyła się do ponadczterdziestoosobowej grupy szturmowej dowodzonej przez „Gryfa”, Janusza Brochwicz-Lewińskiego, która osłaniała wycofujące się z Woli oddziały. Walczyli przy zbiegu Żytniej i Młynarskiej. 6 sierpnia 1944 roku zaczęli się wycofywać Żytnią na cmentarz kalwiński. Po odprawie, około godziny 5–6 rano, w siedmioosobowej grupie przeszli przez dziurę w cmentarnym murze i ruszyli ścieżką wzdłuż płotu. Tam zostali ostrzelani z moździerzy. 

Fragmenty książki pokazujące poszukiwania przez matkę grobu poległej Krystyny wiosną i latem 1945 roku należą do niezwykle przejmujących i poruszają każdego czytającego. Przywołuję fragment: W jednej z okolicznych piwnic znalazła na murze napis: «Żołnierze Parasola». Przechodzący robotnik powiedział, że pochowano tu siedem ciał. Zula mówiła, że słyszała, iż na tej ścieżce pod cmentarzem, którą wycofywał się ubezpieczający oddziałek Krysi, poległo wówczas siedmiu. Odnaleźli grób zbiorowy i to miejsce w nim, gdzie złożono tych siedmiu.  Skleciła siedem trumien. Zdobyła dwa prześcieradła do owinięcia ciała Krysi. Poznałaby je. W lutym, kiedy zaczynała kopać, był mróz, jeszcze by widziała resztki rysów. Potem już może tylko plisowaną spódniczkę. Ale wiosną ziemia była podmokła, więc pewnie już tylko warkocze... panterkę... krzyżyk od załogi «Śmiałego». W grobie było sześciu chłopców i dziewczyna. Krysia była jedyną kobietą w oddziale. Więc – już kres… I pewność. Nachyliła się nad zetlałymi resztkami. Wie nieomylnie – to nie Krysia. To nie jej układ rąk, to nie Krysia (zwłoki zidentyfikowano następnie jako sanitariuszkę Irenę z grupy «Józka», też z «Parasola»)

Ciśnie mi się na myśl pytanie: A może matka nie poznała ciała córki, która w chwili śmierci nie miała już warkoczy, była w mundurze, a nie w plisowanej spódniczce?... Wańkowicz pod koniec książki pisze, że na Boże Narodzenie 1945 roku przyjechała z Polski jego żona Zofia. Nie widzieli się od września 1939 roku. Miała ze sobą zawiniątko, w którym była zapasowa koszula i pończochy, futrzana czapka moja, znaleziona w ruinach spalonego domu, i zeznania sanitariuszki i łączniczki Zofii.

Oto fragment relacji łączniczki „Zofii”: Leżeli sznurkiem, jeden za drugim, siedmiu zabitych, od strony Żytniej. Wszyscy mieli rany szyi lub głowy. Pierwszy to był młody piękny chłopak z jasną czupryną, drugi starszy człowiek o grubo ciosanej twarzy (...). Dalej ła «Anna». Wsunęłam rękę pod panterkę: serce nie biło. Oczy miała pół zamknięte. Usta rozchylone. Płynęła z nich krew. Już małym strumykiem”. Relacja łączniczki „Leny”: „Szóstego [sierpnia – A.Z.-B.] byłam na cmentarzu kalwińskim z moim punktem sanitarnym pierwszej kompanii «Rafała». Widziałam, jak grupa «Gryfa» przebiegała Żytnią. Wyjrzałam przez furtkę: była cisza, formowali się w dwójki. Widziałam, jak przechodzili dziurę w płocie, śpiewali piosenkę «Parasola»: Pałacyk Michla. Łączniczka «Rafała», «Anna», szła z nimi. Widziałam, że z czegoś się śmieje. I w tym momencie uderzył pocisk. Padło wielu. «Anna» była najbliżej. Podbiegłam, chwyciłam ją za rękę, zawołałam jej prawdziwym imieniem. – Krystyno! Krystyno!... Nie odezwała się. Nie było pulsu, nie było oddechu. Już nie żyła. Przez dwa dni z powodu obstrzału nie można się było zbliżyć do nich. Wreszcie podpełzł «Rafał», «Gryf» i kilku innych, aby ich pochować. Potem «Rafał» przyniósł mi zegarek «Anny» z wyrytą na nim dedykacją od matki, do nia rodzinie. Kiedy zostałam ciężkoran na na Czerniakowie, od dałam zegarek Bożenie, siostrze «Szarego». Bożena zginęła na Powiślu. «Rafał» zginął przed Pałacem Krasińskich, w obronie Starego Miasta. «Gryfa» nie odnaleziono dotąd. Więcej nie wiem.

Ta relacja i zdanie: «Gryfa» nie odnaleziono dotąd kończą książkę Ziele na kraterze. Potem jest epilog, m.in. “List Ojca do Krysi”.  Pisarz próbował nawiązać kontakt z „Gryfem”, Januszem Brochwicz Lewińskim. Z końcem 1948 roku Wańkowicz mieszkający z żoną w Anglii (wyjechali do Stanów Zjednoczonych w 1949 roku) napisał list:
 

15 listopada 1948 Do Biura Ewidencji Oficerskiej w Witley
 

Załączając zaadresowaną ofrankowaną pocztówkę, proszę uprzejmie o podanie miejsca pobytu:Por. Brochwicz Lewiński Janusz Oficer ten, zdemobilizowany z PKPR w dniu 16 IX 48 jest jedynym świadkiem śmierci mojej córki w powstaniu i informacje jego są niezbędne dla odszukania zwłok. M. Wańkowicz.

Jak się później okazało, „Gryf” był przez wiele lat nieosiągalny. 

 

list


* * *

gryfPóźną jesienią 2010 roku w czasie sześciotygodniowego pobytu w Polsce dowiedziałam się, że „Gryf” jest w Warszawie. Dzięki Annie Komorowskiej-Sławiec i Agnieszce Boguckiej (łączyła nas wspólna przyjaźń ze śp. Zofią Korbońską) – spotkałam się z nim. Generał Janusz Brochwicz Lewiński wiedział, że będziemy rozmawiać o łączniczce „Annie” i był przygotowany. Rozmowa trwała kilka godzin, odbyła się w jego warszawskim mieszkaniu w obecności także Anny Komorowskiej-Sławiec i Agnieszki Boguckiej. Następnie spotkaliśmy się na warszawskim Zamku Królewskim 13 listopada na koncercie w ramach obchodów 200. rocznicy urodzin Chopina. Siedzieliśmy obok siebie. W przerwie zadawałam generałowi dodatkowe pytania, które nasunęły mi się po naszym wcześniejszym spotkaniu. Patrzył jakby filuternie i zwrócił się do mojego męża po angielsku: 

– Twoja żona wciąż coś notuje... 

– Często to robi – odpowiedział Norman. 

To pierwsze spotkanie 9 listopada 2010 roku było poruszające. „Gryf” wspominał Krysię ze wzruszeniem. Mówił, że wywarła na nim duże wrażenie jako dzielny, prawy człowiek. Był jej dowódcą. Towarzyszył jej w ostatnich dniach życia. Widział ją poległą i on ją pochował. Jej śmierć ciężko przeżył. 

Oboje z generałem zdajemy sobie sprawę, że jego relacja stanowi ostatnie ogniwo dotyczące wspomnień o poległej Krysi Wańkowiczównie. Oto autoryzowana opowieść„Gryfa” zapisana przeze mnie 9 listopada 2010 roku:

 

"Wcześniej, przed wybuchem Powstania, 10 lipca, przeprowadziłem akcję na aptekę Wendego na Krakowskim Przedmieściu 55, gdzie zdobyliśmy narzędzia chirurgiczne i lekarstwa. Powstanie zaczęliśmy z odczuciem, że idziemy do walki z okupantem, że «oswobodzimy Ojczyznę». W pierwszych dwóch dniach walki były niewielkie, budowano barykady.Nasz batalion «Parasol», w którym byłem od lutego 1944 roku, składał się z młodzieży akademickiej i licealno-gimnazjalnej, mieli 16–25lat. Koncentracja batalionu wyznaczona była w domu starców na Karolkowej.

tablica

Będąc na patrolu, 3 sierpnia znalazłem dom na Wolskiej 40. To była solidna willa, którą szumnie nazwaliśmy pałacykiem, zbudowana pod koniec tamtego wieku. Miała mocną żelazną bramę, była dobrym miejscem na zasadzkę. Walka w pałacyku Michla to była największa walka na Woli. Odparliśmy pięć szturmów, w czasie których oddziały dywizji pancernej SS, czołgi niemieckie próbowały zdobyć drogę na barykady na ulicy Wolskiej, aby je rozbić. Niemcy nie wiedzieli, że siedzę w tym domu. Najpierw wydałem  rozkazy, by sprawdzić strychy i piwnice, czy ktoś się nie ukrywa, czy nie było tak zwanych gołębiarzy. Byli oni dobrze wyszkoleni, potrafili siedzieć w ukryciu dwa, trzy dni. Siedzieli i czekali na ofiary. Ten dom był czysty, nie było biarzy ani materiałów chowych, które często Niemcy wstawiali pod schody albo przy wejściu. 

4 sierpnia wieczorem było spokojnie i urządziliśmy małą wieczorynkę. Zaprosiliśmy z sąsiednich oddziałów kilka osób, mieliśmy trochę wina, jedzenia, dziewczęta przygotowały nek. Było nas około czterdziestu osób, panowała niezwykła atmosfera. Śpiewaliśmy. Wtedy, tam, powstała piosenka: “Pałacyk Michla, Żytnia, Wola, Bronią jej chłopcy od «Parasola»…”  Ziutek Szczepański, utalentowany muzyk i kompozytor, skomponował tę piosenkę. Wtedy o 9–9.30 wieczorem pierwszy raz wszyscy ją zaśpiewaliśmy. Krystynę Wańkowiczównę poznałem 3 sierpnia po południu. Przyszła z meldunkiem od «Rafała», potem wróciła do niego. Wcześniej «Rafał» po akcji, którą prowadził w Krakowie, był ranny w plecy i szereg dni się ukrywał w Domeczku na Dziennikarskiej, naŻoliborzu, w domu Wańkowiczów. Miał kłopot z niegojącą się raną. Wańkowicz pisze w Zielu na kraterze, że kiedy pokojówka zobaczyła pokrwawione prześcieradła, pytała, co się stało. 

Krystyna była też na wieczorynce w pałacyku Michla. Była dobrze zbudowaną dziewczyną z pięknymi, puszystymi, półdługimi ciemnoblond włosami. Miała na sobie bluzkę i plisowaną spódniczkę, i szeroki skórzany pas. Robiła wrażenie pewnego dystansu, była jakby trochę nieśmiała, skupiona i poważna. Widziałem, że ma notes, w którym coś zapisuje.  Po wieczorynce cztery dziewczęta poszły do łazienki i się przebrały w mundury. Były to mundury zdobyte na Stawkach przez «Zośkę», umundurowały się w ten sposób dwa bataliony, i do nas trafiły. Na prawej ręce nasi mieli opaskę powstańczą. Także Krysia nie miała już na sobie spódniczki plisowanej, tylko mundur. W czasie wieczorynki Krystyna poprosiła «Rafała», żeby ją przeniósł do mojego oddziału. Dostała przydział do oświaty, miała prowadzić gospodarstwo kantynowe, w jadalni opiekować się rannymi. Ale ona sobie wybrała zadanie frontowe.Jako łączniczka «Rafała» miała dosyć trudne zadania, musiała przenosić meldunki, ale było to bezpieczniejsze od pracy, którą teraz miała wykonywać, będąc w mojej grupie szturmowej. Krystyna nie musiała być na pierwszej linii. Miała przydział na zaplecze i zapewne nic by się jej nie stało. Była zdeterminowana, by z nami zostać – i została. Niechętnie się zgodziłem, bo wiedziałem, że nie będzie bezpieczna. Co ją zachęciło?... Może chciała być z nami na pierwszej linii walk, aby mieć materiał do swoich notatek? Jako córka pisarza chciała i postanowiła być świadkiem i wszystko opisać? Była to bardzo odważna dziewczyna, bardzo bohaterska. Ona odtąd była zawsze ze mną, we wszystkich pięciu szturmach, które odbyłem, we wszystkich akcjach była ze mną. Mam dziennik bojowy, gdzie jest wymieniona.

To była potworna walka, pięć szturmów.  Było wielu zabitych po obu stronach, wielu rannych. Około pięćdziesięciu zabitych Niemców. Wtedy przez radio ściągnęli czołgi, te podjechały trzysta metrów od naszego domu, otworzyły ogień z armat. Był to kaliber 88 mm, każdy czołg oprócz tego miał trzy karabiny maszynowe. Załoga niemiecka to byli żołnierze z bardzo dobrej formacji Hermann Goering, pancerno-spadochronowej dywizji dobrze zaprawionej w walce we Włoszech i w Afryce. Hitler ją przeniósł do Warszawy, by walczyła z nami. To były dobre załogi, mieli radiową łączność z czołgami. 

Po piątym szturmie czołgi rozbiły bramę, następnie systematycznie niszczono wszystkie piętra i poddasze. Była potworna strzelanina. Zniszczyliśmy jeden czołg, drugi był uszkodzony, odjechał. Niemcy użyli zasłony ze świec dymnych, by móc z terenu przez nas ostrzelanego ewakuować swoich rannych żołnierzy, którzy leżeli na ulicy. Następnie zaczęli używać większych jednostek pancernych. Nie mieliśmy wiele amunicji. Każdy pocisk był na wagę złota. Koniec amunicji to koniec walki, a ja już prawie nic nie miałem. Dostałem rozkaz od dowódcy batalionu, aby opuścić pałacyk Michla i przenieść się do sąsiednich domów. Posuwałem się z moimi żołnierzami z grupą szturmową, którą dowodziłem. Znaleźliśmy się na Żytniej. Niemcy byli po jednej stronie, my po drugiej. Krystyna była ze mną, w obu domach, i na Żytniej.

kamienPrzez kolejne domy szliśmy w kierunku barykady na Wolskiej, która była uszkodzona, ale wciąż trwała. Była solidna i mocna, zbudowana z tramwajów i starych samochodów, wokół leżały płyty chodnikowe ,worki z piaskiem i mnóstwo beczek. Ale Niemcy mieli działa – kaliber 150mm, jeden pocisk wystarczył, by cały tramwaj rozerwać. Była to bardzo trudna walka. 6 sierpnia około siódmej, ósmej rano zniszczyliśmy jeden czołg i zabiliśmy około dwudziestu żołnierzy niemieckiej piechoty. Wcześniej, w nocy, był spokój. Dom, gdzie kryłem się z około dwudziestoma moimi żołnierzami, to był budynek na rogu Żytniej i Młynarskiej. Miał okna wychodzące na cmentarz. Budynek był częściowo zburzony, można było do niego wchodzić po drabinie. Klatka schodowa powoli się tliła. (Teraz tego domu nie ma).

Pamiętam dobrze tę noc z 5 na 6 sierpnia. Wiał zimny powiew z cmentarza. W moim niewielkim pokoju były krzesła i foteliki. Krysia była bardzo zmęczona, powiedziałem, żeby usiadła na foteliku i odpoczęła. Przykryła nogi narzutą i zaczęła rozmowę. Wcześniej nie było okazji do dłuższych rozmów. Mówiła o«Rafale», o tym, jak go ukrywała w Domeczku, o swoim domu, o rodzicach. Powiedziała mi na przykład, że tuż przed Powstaniem obcięła warkocze. Mówiła też, że się trochę bała...Rozmawialiśmy chyba dwie, trzy godziny. Byłem naszą rozmową zaniepokojony, poczułem się odpowiedzialny za jej życie. Widziałem, że wciąż coś zapisuje w swoim notatniku. Około 2–3 w nocy przyszła łączniczka od «Jeremiego» (Jerzego Eugeniusza Zborowskiego), który był zastępcą dowódcy batalionu. Dała mi rozkaz na piśmie, bym się wycofał. Niebawem przyszedł drugi rozkaz. Wtedy posłałem ludzi – aby szli na pobliski cmentarz ewangelicki. Nie chciałem, ale był rozkaz. Poszło sześciu chłopców i Krystyna z nimi. Sama się zgłosiła. Życzyłem, by spokojnie dostali się na cmentarz i czekali na nas gdzieś w zaroślach. Wychodzili tylnym wyjściem.

brochwiczByła 4–5 rano. Podała mi rękę na pożegnanie, śmiała się. Śpiewali “Pałacyk Michla, Żytnia, Wola”... Pół godziny później zginęli. Co się stało?... Obserwator niemieckiej artylerii siedział w kryjówce z lornetką, zobaczył moich siedmiu ludzi. Był około pięciuset metrów od baterii, drogą radiową podał informację do obsługi granatników. W wyniku tego odpowiedziała bateria granatników z ciężką bronią 81mm. To była seria z rzy – pociski pada ły: 1–2–3–4–5–6...  Wszyscy razem, cała siódemka, zginęli od tych pocisków. To się działo pięćdziesiąt metrów ode mnie.  Podczołgaliśmy się z «Rafałem». Zobaczyłem porozrywane w kawałki ciała. Wiedziałem, że tam musi być też Krystyna, rozglądałem się.

Miała poszarpaną lewą rękę, na drugiej był zegarek. «Rafał» go zdjął, był wygrawerowany. Miała ranę koło gardła i na piersi. Zdjąłem swoją panterkę i nakryłem ją. Śmierć Krysi odczułem bardzo głęboko. Widziałem umierających moich żołnierzy, łączniczki, sanitariuszki, ale śmierć Krystyny szczególnie mnie dotknę ła.  Było siedmiu poległych, razem z Krysią, należało ich pochować. Teren był trudny, wkoło płyty. Na godzinę czy półtorej ustała strzelanina. Wtedy ich pochowałem, był ze mną «Rafał». Wykopaliśmy płytki grób, może czterdzieści centymetrów, taki długi jak rynna. Pochowaliśmy ich razem, Krysię i jej sześciu kolegów. Przykryliśmy ten prowizoryczny grób deskami, cegłami, czym się dało. Dwa kawałki drewna związaliśmy sznurkiem i taki krzyż umieściliśmy na wierzchu.  

Walki trwały. Dwa dni później, 8 sierpnia, strzelali na cmentarzu i mnie postrzelili w szczękę. Tylko poruszenie ciała sprawiło, że kula wyszła bokiem, a nie z tyłu głowy. Zabrano mnie do szpitala Jana Bożego, miałem strzaskaną połowę twarzy, traciłem przytomność. «Rafał» przychodził, płakał, patrząc na mnie. Mówił też: – Co ja powiem pani Wańkowiczowej?... Jak ja jej powiem, że jej córka nie żyje?…”. 

 

Nic nie zdążył powiedzieć Zofii Wańkowiczowej. „Rafał”, czyli Stanisław Leopold, poległ dwudziestego piątego dnia Powstania w obronie Starego Miasta – w rejonie Reduty Banku Polskiego, przy Bielańskiej.  

powazkiDowódca Krystyny Wańkowicz, sierżant podchorąży „Gryf”, Janusz Brochwicz Lewiński rozkazem z 13 sierpnia odznaczony Virtuti Militari i awan sowa ny do stopnia podporucznika, jakiś czas przebywał w szpitalu Jana Bożego. Miał ropiejącą szczękę i spalony język. Potem znalazł się w prowizorycznym szpitalu na Freta, skąd został przeprowadzony kanałami.Trwało to dwadzieścia godzin. Pamięta krzyki, biegające szczury, w niektórych miejscach musieli się czołgać, w innych trzeba było odciągać na boki zalegające trupy. Mówi, że życie zawdzięcza żołnierzom i sanitariuszce, którzy go prowadzili. Nie zna ich pseudonimów ani nazwisk.  We wrześniu umieszczono go w szpitalu na Marszałkowskiej 111, gdzie przebywał do końca Powstania. 

Kolejno był w obozie przejściowym Lamsdorf (Łambinowice) i potem w jenieckim w Murnau. Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów okres od kwietnia 1945 roku do lutego 1946 spędził w szpitalu w Szkocji, niedaleko Edynburga. Przeszedł szereg skomplikowanych operacji przeszczepiania kości. Po wyleczeniu kontynuował służbę w Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej u generała Stanisława Franciszka Sosabowskiego. W październiku 1947 roku został przyjęty do 3 Pułku Królewskiego Huzarów. Pracował jako agent wywiadu brytyjskiego, działając między innymi w Palestynie i Sudanie. 

Po zakończeniu służby w regularnej armii był przez piętnaście lat kwatermistrzem i oficerem administracyjnym w jednej z angielskich szkół wojskowo-cywilnych na terenie Niemiec. 

Od 2004 roku „Gryf” mieszka w Polsce. W lipcu 2007 roku został honorowym obywatelem Warszawy. 24 kwietnia 2008 roku prezydent Lech Kaczyński awansował Janusza Brochwicz Lewińskiego do stopnia generała brygady. 17 czerwca 2009 roku został włączony do Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari. 

 

Tekst i fotografie pochodzą z książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm Druga bitwa o Monte Cassino, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Iskry. 

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy