Koniak za matematykę. Lwowska szkoła matematyczna

Autor: Adrianna Michalewska
Okładka publicystyki dla Koniak za matematykę. Lwowska szkoła matematyczna z kategorii Brak kategorii

Między duchem a materią pośredniczy matematyka – z nagrobka profesora Hugona Steinhausa na wrocławskim cmentarzu

 
Zima, 1972. Puste korytarze szpitala lśnią. Jeszcze mokra podłoga, przed chwilą umyta przez salową, odbija słabe, styczniowe słońce.

A co to za hałas? - siostra przełożona w pośpiechu poprawia czepek. Zsuwa jej się nieustannie z włosów, niedawno ondulowanych. Przecież ledwo co minęły Święta i potem zabawa sylwestrowa. Upina starannie spinki i zerka w lusterko. Wszystko dobrze. Ordynator szpitala nie toleruje nowoczesnej mody, która każe pielęgniarkom chodzić bez czepków.

Tymczasem z sali na piętrze dobiega jakiś gwar.

- Co się dzieje? - oddziałowa rzuca pytanie i szybkim krokiem rusza w kierunku sali. Tuż za nią drepcze pielęgniarka, młoda dziewczyna, po szkole, i salowa. Obie zaniepokojone. Czyżby coś się stało? Ale nikt nie wołał pomocy...

W białym pokoju stoją dwa łóżka. Na jednym leży starszy mężczyzna, przygotowuje się do badań, ma jeszcze kilka dni. Drugie jest puste. Pacjent wstał i chodzi po sali, założywszy ręce za plecy. Mówi powoli i spokojnie, jakby cierpliwie coś tłumaczył. Od czasu do czasu uśmiecha się i rozgląda wokół.

Panie profesorze, co pan wyprawia – oddziałowa szybko daje znak salowej i podchodzi do pacjenta. - Teraz nie pora na wykład, jeszcze się pan profesor przeziębi i będą problemy.

Profesor zatrzymuje się i spogląda na przybyłą z dezaprobatą.

Problematy, moja pani, problematy. - rzuca głośno. A po chwili twarz rozjaśnia mu się w uśmiechu. - Ale tym zawsze możemy się zająć. Trzeba tylko wezwać Banacha. Jak się nazywasz? - zwraca się do pielęgniarki.

Młoda kobieta niepewnie patrzy na profesora. Jest onieśmielona. Taka sława, taki wielki człowiek.

Nowak Zofia... - mówi cicho.

Jesteś Węgierką? – uczony przygląda jej się podejrzliwie.

- Skądże. Z Wrocławia...

To zapamiętaj sobie, moja droga, że Polka przedstawia się najpierw imieniem. Żona, czy córka Nowaka?

Córka.

Wobec tego nazywasz się Zofia Nowakówna. 

Surowy profesor Hugo Steinhaus znany jest w całym szpitalu. To mistrz, geniusz matematyczny, ale i człowiek wielkiej kultury osobistej. Wymagający wobec siebie i innych. Żywa legenda świata nauki.

Słynie z aforyzmów, które jego uczniowie nazywają hugonotkami. Ukazują się w „Wiadomościach Matematycznych”, „Problemach” i „Szpilkach”. Wydane drukiem w 1980 roku nakładem Ossolineum robią furorę. Niektóre tępiła cenzura:

Nasi przywódcy – nasi przy wódce. Mniemanie, jakoby każdy oficer był głupi – generalizacja.

 
Tylko w Warszawie „posiadają”, w reszcie Polski po prostu „mają”. (Genialni. Lwowska szkoła matematyczna)

Sam będąc pochodzenia żydowskiego, nie stronił od dowcipów o Żydach. Redaktor naczelny „Problemów” (pisze Mariusz Urbanek w książce Genialni...), Józef Hurwic wspominał taki żart profesora: Co pięciu Żydów dało ludzkości. Pierwszy, Mojżesz – dał prawo. Drugi, Chrystus – miłosierdzie. Trzeci, Marks – świadomość. Czwarty, Freud – podświadomość. A piąty, Einstein powiedział, że to wszystko jest względne.

Podobno listy adresowane „Steinhaus Hugo” odsyłał bez czytania. Nie brał udziału w uroczystościach, jeżeli w nadesłanym mu zaproszeniu dopatrzył się błędu. A język urzędowy drażnił profesora szczególnie. Nie bywał na przyjęciu, jeżeli zaplanowano je przy ulicy Podwale, zamiast przy Podwalu. Jak pisze Mariusz Urbanek, podobno przez wiele lat spierał się ze swoim sąsiadem, profesorem Bronisławem Knasterem o odmianę jego nazwiska. Bronisław Knaster obstawał przy dopełniaczowej formie Knastra, ale profesor Steinhaus nie przyjmował tego do wiadomości. Szydzono nawet, że u Steinhausów w ogródku rosną astry a u Knasterów astery...

A nade wszystko wspominał Stefana Banacha.

Panowie poznali się w 1916 w Krakowie. Hugo Steinhaus miał wówczas 29 lat a Stefan Banach o pięć mniej. Ten pierwszy za sobą studia w Krakowie i Getyndze, życie uczonego, gry w tenisa, kajaki, drugi maturę w humanistycznym gimnazjum, do której z trudem go dopuszczono, dzięki nauczycielowi, doktorowi Kamilowi Kraftowi z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przypuszczalnie to on, jako pierwszy, dostrzegł geniusz młodego matematyka.

Po maturze wyjechał do Lwowa i rozpoczął studia na politechnice. Jako nieślubny syn niepiśmiennej praczki, wychowywany przez niespokrewnioną z nim kobietę, nie mógł sobie na wiele pozwolić. Dorabiał zatem pracując jako statysta w operze. Jak pisze Urbanek, ojciec nie wspierał młodego studenta, bo we wsi, z której pochodził by obyczaj pomagać finansowo jedynie przyszłym medykom. Stefan Banach udzielał więc korepetycji. 

W 1914 z nieznanego powodu wrócił do Krakowa. Tam, dwa lata później, podczas jednego ze spacerów poznał Hugona Steinhausa. Uczonego zainteresowała rozmowa, którą toczyło dwóch młodych ludzi. Dotyczyła mało znanego wówczas zagadnienia matematycznego jakim była całka Lebesque'a. 

Do grona miłośników matematyki szybko zaczęli dołączać też inni. Uczeni i studiujący. Władysław Ślebodziński, Włodzimierz Stożek, Leon Chwistek. Kiedy we Lwowie zabrakło wykładowców, znalazło się tam miejsce dla Steinhausa i dla Banacha. Z tym drugim był spory kłopot, bowiem matematyk wyrażał wielką niechęć do żmudnej pracy naukowej. Potrafił dyskutować, bez trudu analizował skomplikowane zagadnienia, rzucał pojęcia, wyciągał wnioski. Słynął z błyskotliwego umysłu i otwartego rozumu. Po latach studenci wspominali, że egzamin z profesorem Banachem był rozmową, wspólną pasją, poszukiwaniem nowych dróg. Skarżyli się także, że często, ku ich zaskoczeniu, otrzymywali oceny niedostateczne. 

Tymczasem Banach nie kwapił się do zapisania swoich rozważań i przystąpienia do egzaminu doktorskiego. Profesor Stanisław Ruziewicz nakazał swojemu asystentowi spacery z Banachem i spisywanie wszystkich myśli uczonego. Banach zajrzał potem do notatek i potwierdził ich zgodność ze swoimi rozważaniami. Praca została opublikowana w języku francuskim w „Fundamenta Mathematicae” i miała kluczowe znaczenie w historii najnowszej matematyki. Podobno do obrony doktoratu, napisanego pod przewodnictwem profesora Hugona Steinhausa, przygotował się wyśmienicie. Niestety, nie miał ani czasu, ani woli aby do obrony pracy naukowej przystąpić. Musiano użyć fortelu. Nieświadomy podstępu Banach tłumaczył zainteresowanym uczonym, przybyłym celowo z Warszawy, swoje tezy. Nie wiedział, że stoi przed komisją egzaminacyjną.

 

Wiem, gdzie nie będę – powiedział kiedyś (Banach) Ulamowi, otrzymawszy kolejne zaproszenie, oczywiście z apelem o „niezawodne przybycie”. (Genialni. Lwowska szkoła matematyczna)

W 1922 habilitował się. Był już żonaty i ukończył trzydzieści lat. Po latach profesorowa Łucja Banachowa ujawniła synowi prawdę. Profesor Stanisław Banach nie skończył studiów. Oczywiście, ukrywano to przed Stefanem juniorem, aby przypadkiem nie poszedł w ślady ojca. Zarówno młody Steinhaus, jak i jego przyjaciel, pomimo błyskotliwej kariery, nie mieli dobrej sytuacji finansowej. Asystentury były niepłatne, dopiero nominacja na profesora zwyczajnego wiązała się z uzyskaniem pensji, pozwalającej na utrzymanie rodziny. 

W 1923 roku Hugo Steinhaus został mianowany profesorem zwyczajnym. Polskie uczelnie zdominowane przez narodowców, nie ułatwiały kariery naukowcom o żydowskich korzeniach. Ale Steinhaus był wyjątkowy i przyciągał podobnych sobie: Stanisława Mazura, genialnego matematyka, późniejszego ojca baletnicy i tancerki Krystyny Mazurówny, Władysława Orlicza, autora teorii przestrzeni funkcyjnych, Juliusza Schaudera, badacza całek, Marka Kaca, badacza teorii prawdopodobieństwa, późniejszego profesora uczelni amerykańskich, Hermana Auerbacha, Stanisława Saksa, Kazimierza Kuratowskiego, badacza topologii, czy Stanisława Ulama, późniejszego współtwórcę bomby wodorowej w Los Alamos, tajnej bazie USA, a także innych, nie mniej genialnych i utalentowanych uczonych.

Spotykali się w kawiarni Szkockiej we Lwowie, gdzie zgłębiali matematyczne zagadnienia, grali w szachy i wypijali olbrzymie ilości koniaku. Przodował w tym Banach, który kochał kawiarniane życie, alkohol i gwar. Podobno w lokalu zawsze siadał blisko orkiestry. Wydawało się, że hałas zupełnie mu nie przeszkadzał. Studenci zauważali, że ich mistrz często przychodził na poranne wykłady w odświętnym ubraniu.
 

Czyżby szykował się na jakąś uroczystość po wykładzie? - myśleli. Nie, profesor Stefan Banach biegł do pracy prosto ze Szkockiej, gdzie po raz kolejny spędził noc. A wraz z nim jego przyjaciele, uczeni.

Żona Stanisława Mazura, pragmatyczna do szpiku kości, nieraz pędziła za mężem z miotłą. Nie przypadły jej do gustu upodobania genialnego męża. Od nieprzynoszących wymiernych zysków debat naukowych wolała solidną pensję, a tej na razie młody matematyk nie potrafił jej zapewnić. Ostrzeżony na czas Mazur ukrywał się przed krewką kobietą za kontuarem.


- Niech pan spojrzy – złościła się sprzątająca w Szkockiej, pokazując porysowany ołówkiem blat stolika.
- Proszę przykryć papierem i odstawić pod ścianę – zarządzał właściciel lokalu. 

Było jasne, że skoro na blacie zapisano matematyczne zagadnienia, to należy spokojnie zaczekać, aż kolejnego dnia ktoś się pokusi o ich rozwiązanie. Czyli matematycy wrócą, a wraz z nimi przyjdą filozofowie, chemicy i grupa studentów, która w nabożnym skupieniu będzie przysłuchiwała się dysputom toczonym przy kolejnych butelkach koniaku. A takich klientów nie wolno lekceważyć.

Aby jednak nie drażnić sprzątającej w Szkockiej, a przede wszystkim, aby zachować zapiski czynione naprędce na blacie stolika, w 1935 roku Stefania Banachowa ufundowała mężowi i jego przyjaciołom zeszyt w kratkę, który przeszedł do historii pod nazwą Księga Szkocka. Kosztował 2 złote i pięćdziesiąt groszy. Do końca maja 1941 roku zapisano w nim 193 problemy. 

Koniak za matematykę. Jeśli ktoś udziela na pytanie odpowiedzi bardzo precyzyjnej, ale kompletnie nieużytecznej, musi być matematykiem. (Genialni. Lwowska szkoła matematyczna)

Nie na wszystkie pytania udało się odpowiedzieć. Po pewnym czasie tradycją stało się fundowanie nagród dla uczonych, którzy potrafili wyjaśnić opisane zagadnienia. Najczęściej proponowano alkohol, ale Stanisław Mazur zaproponował podobno gęś za postawiony przez siebie problem. Nagroda została wypłacona trzydzieści sześć lat później. Naturalnie, nie była to już ta sama gęś.

Wpisywano tam poważne zagadnienia matematyczne, ale i żartobliwe anegdoty, dotyczące życia bywalców Szkockiej. Jak pisze Urbanek, Steinhaus poruszył w Księdze zagadnienie ilości zapałek w pudełkach ukrytych po kieszeniach Banacha. Po wybuchu wojny planowali zakopać zeszyt na boisku piłkarskim, ukryty w metalowej skrzynce. Na szczęście nie było to konieczne. Księga Szkocka przetrwała wojnę. Dzięki zapobiegliwości fundatorki, Łucji Banachowej, w 1946 roku trafiła w ręce Hugona Steinhausa. Pod koniec lat pięćdziesiątych profesor wysłał jej kopię do Los Alamos, gdzie Stanisław Ulam pracował nad bronią nuklearną. Genialny uczony księgę przetłumaczył i powielił, aby w ilości trzystu egzemplarzy rozesłać do znanym matematyków na całym świecie. Tymczasem w Polsce nigdy nie ukazała się drukiem.

Od 1946 roku kontynuowano ją we Wrocławiu, choć teraz nazywała się już Nowa Księga Szkocka. Wpisano do niej 968 zagadnień, które nagradzano, jak wcześniej, we Lwowie, alkoholem, ale i kartkami na mięso. Cóż, jakie czasy, takie nagrody.

Ucieczka. Wojna

Tymczasem była połowa lat trzydziestych XX wieku i kariera matematyków kwitła. W 1936 roku na Międzynarodowym Kongresie Matematycznym w Oslo ojciec cybernetyki Norbert Wiener, za pośrednictwem Johna von Neumanna oferował Banachowi posadę w swoim zespole badawczym w USA. Polski uczony był znany na całym świecie dzięki swojej pracy Teoria operacji liniowych. W Moskwie na przykład funkcjonowały jedynie dwa egzemplarze tej książki. Nie trzeba dodawać, że wiecznie była do nich kolejka oczekujących.

Tymczasem w Polsce klimat na uczelniach był coraz bardziej nieprzychylny Żydom. Obowiązywały getta ławkowe, a narodowcy szukali pretekstu do bijatyk. Podczas jednego z wykładów Steinhausa doszło do regularnej bitwy, wywołanej przez niezadowolonego z obecności żydowskich studentów słuchacza. Sam profesor cudem opuścił salę bez uszczerbku, podobnie jak inni polscy studenci, bezradni wobec agresji, której byli świadkami. Ta atmosfera, a także znacznie lepsze perspektywy na Zachodzie sprawiły, że Stanisław Ulam wybrał stypendium w Princeton i na kilka lat przed 1939 rokiem był poza granicami kraju. 

W 1937 von Neumann ponownie zaproponował Banachowi karierę w Ameryce. Jak pisze Urbanek, wręczył uczonemu czek z jedynką, do której ten miał dopisać odpowiednią ilość zer, aby powstała kwota, za którą byłby skłonny pracować w USA. Polski uczony myślał o stypendium, chciał pojechać za granicę, jednak o opuszczeniu ojczyzny na stałe nie myślał.

Podobnie Steinhaus, który okazał się nie tylko uczonym matematykiem, ale też wynalazcą. Wymyślił szyfr listowy i urządzenie, pozwalające potwierdzić zawartość listu poleconego. Przedstawiwszy swoją ofertę Poczcie Polskiej otrzymał odpowiedź, że instytucja ta nie jest zainteresowana propozycjami ulepszeń, nadsyłanymi jej przez publiczność. Największym jednak wynalazkiem profesora była stereoskopowa fotografia rentgenowska, nad której projektem pracował kilkanaście lat. Dzięki stworzonemu przez siebie introwizorowi pozwolił medykom na precyzyjne ustalenie miejsca uszkodzenia ciała nie tylko w płaszczyźnie, ale i na określonej przez urządzenie głębokości. 

Zaproszony w 1938 roku do Warszawy na kongres rentgenologów, zniesmaczony (jak pisze Mariusz Urbanek), pisał o chamstwie i prostactwie, na jakie natykał się na każdym kroku w stolicy. Zniechęcony tymi doznaniami z radością powrócił do Lwowa.

Tymczasem w Harvardzie Stanisław Ulam uczył matematyki i rachunku podobieństwa. Był już znanym i cenionym uczonym, o którego słusznie mogli być zazdrośni amerykańscy naukowcy. Jak pisze Urbanek, zagadnięty o przyszłość Ulam miał powiedzieć: Matematycy mają skłonność do martwienia się z powodu malejącej zdolności koncentracji, podobnie jak niektórzy mężczyźni martwią się o swoją potencję seksualną.

Gdy do Lwowa wkroczyli Rosjanie, sytuacja genialnych matematyków nie wydawała się groźna. Jako wykładowcy nauk ścisłych nie tylko nie stanowili zagrożenia dla reżimu komunistycznego, ale mogli liczyć na szacunek, jakim w Kraju Rad otaczano profesorów. Aż do ostatnich dni czerwca 1941 roku pracowali i spędzali czas w Szkockiej. Wydawało się, że wojnę przetrwają bez uszczerbku.

Wszystko zmieniło się wraz z agresją Hitlera na ZSRR. Już w lipcu 1941 hitlerowcy aresztowali kadrę profesorską lwowskich uczelni z rodzinami i rozstrzelali na Wzgórzach Wuleckich. Zginęli między innymi Tadeusz Boy-Żeleński i rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza Roman Longchamps de Bérier z trzema synami. Na ukraińskich listach uczonych nie znalazło się nazwisko Stefana Banacha, ani Stanisława Mazura, którego żona, zaprawiona w publicznych scenach, krzyczała, że mąż porzucił ją zapewne dla jakiejś ladacznicy. Niestety, takiego szczęścia nie mieli inni bywalcy Szkockiej; Antoni Łomnicki, Włodzimierz Stożek, i wielu innych zostało rozstrzelanych  przez Einsatzkommando Galizien. Łącznie hitlerowcy zamordowali 38 mężczyzn i 3 kobiety, pod pretekstem eliminacji jednostek szczególnie niebezpiecznych. 

4 lipca do drzwi profesora Steinhausa zapukali esesmani. Po ich wyjściu rodzina podjęła decyzję o ucieczce ze Lwowa. Nie zamierzali czekać na przesiedlenie do getta. Kupiwszy metrykę chrztu, w listopadzie profesor wraz z bliskimi opuścił potajemnie miasto jako Grzegorz Krochmalny. Osiedli w majątku przyjaciół, a potem jeszcze raz zmieniali miejsce pobytu.

Kończymy dyskusję, bo wszy pękną z przeżarcia

Stanisław Banach wraz z synem podczas wojny radzili sobie inaczej. Niemcy zamknęli uczelnie i szkoły średnie, dla profesora matematyki nie było już we Lwowie zajęcia. Na szczęście w mieście istniał Instytut Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami, założony przez Austriaka polskiego pochodzenia, Rudolfa Weigla. Jego właściciel zatrudniał uczonych jako karmicieli wszy. Jako osoby niezwykle ważne dla rozwoju niemieckiej nauki, otrzymywali dodatkowe racje żywnościowe i nie musieli obawiać się wywózki na roboty na terenie Rzeszy. I tak (jak pisze Mariusz Urbanek) za 200 złotych miesięcznie, 400 gramów kiełbasy, 8 kilogramów chleba, 400 gramów tłuszczu i 400 gramów cukru najgłośniejsze nazwiska świata nauki, a także późniejszy rektor Uniwersytetu Wrocławskiego Alfred Jahn, poeta Zbigniew Herbert, czy aktor Andrzej Szczepkowski poddawali się bolesnej operacji, podczas której przez 45 minut do ich ciała przystawiano pojemnik z wszami. Najedzone zakażano tyfusem i badano.

„U Weigla” pracowali humaniści i matematycy. 

Panowie, trzeba kończyć rozmowę – delikatnie upominał uczonych Wacław Szybalski, późniejszy profesor onkologii w University of Wisconsin–Madison. Gdyby nie przerywał naukowych dyskusji, przekarmione wszy po prostu by popękały.

Taka praca nie pozostawała bez konsekwencji dla zdrowia karmicieli. W 1943 roku Banach ciężko zachorował. Ale i tak w porównaniu do innych matematyków ze Lwowa miał sporo szczęścia. Przeżył przecież wojnę. 

Nowa Polska i projekt Manhattan

Kiedy Rosjanie ponownie wkroczyli do Lwowa, pod dom Banachów podjechał czołg. Przerażonej profesorowej ukazał się brudny żołnierz, były student jej męża. Chciał się upewnić, że jego mistrz przeżył niemiecką okupację. Uniwersytet od 1939 był już Lwowskim Państwowym Uniwersytetem Iwana Franki, a miejsce w nim znaleźli profesorowie Banach, Mazur i Orlicz. Ten pierwszy, coraz słabszy czuł, że jego dni dobiegają końca. 

W styczniu 1945 roku u Stefana Banacha zdiagnozowano raka płuc. Przed śmiercią pojechał jeszcze do Moskwy, zaproszony przez Akademię Nauk ZSRR. Podobno Stalin proponował mu prezydenturę Polskiej Republiki Sowieckiej. Ten i inne reżymowe zaszczyty mogły stać się pułapką dla pragnącego powrotu do kraju uczonego. Na szczęście w czerwcu Uniwersytet Jagielloński złożył mu propozycję objęcia Katedry Matematyki. Musiał w takiej sytuacji odmówić Stalinowi i wrócić do Lwowa. Nie mógł zrozumieć, dlaczego to miasto miało zostać odłączone od Polski. O umysł Steinhausa walczył Wrocław. Uczony otrzymał propozycję współuczestniczenia w stworzeniu w tym mieście kolejnego polskiego uniwersytetu. Pokusa była olbrzymia. Choć miasto zniszczone w czasie oblężenia nie oferowało zbyt wiele, to propozycja zostania dziekanem wydziału przyrodniczo-matematycznego kusiła.

Od początku lat czterdziestych w Ameryce Stanisław Ulam pracował przy projekcie, który na zawsze miał odmienić świat. Opracowana przez nich bomba, która zniszczyła Hiroszimę, i druga, zrzucona nad Nagasaki przyspieszyły zakończenie II wojny światowej. W ściśle tajnej bazie naukowej amerykańskiego rządu najwięksi naukowcy świata tworzyli broń, jakiej jeszcze nie było. Ulam wydawał się nie mieć wyrzutów sumienia związanych z pracą, której się poświęcił. Podobno mówił, że nie można obwiniać wynalazcy samolotu za to, że mogą w nich ginąć ludzie (jak pisze Urbanek). Wierzył w to, że uczeni całego świata potrafią kontrolować broń, do której powstania się przyczynili.

W rok po zakończeniu wojny ciężko zachorował. Lekarze podejrzewali raka, przypuszczając, że do rozwoju choroby przyczyniły się warunki, w jakich uczony pracował. Jego kłopoty z mową i zaburzenia umysłu były niebezpieczne. Człowiek posiadający tak wielkie tajemnice państwowe, który nie jest w pełni władz umysłowych, stanowił poważne zagrożenie. Po otwarciu czaszki Stanisława Ulama okazało się, że cierpi on na ostre zapalenie mózgu. Rehabilitacja trwała wiele miesięcy.

Nie ma Lwowa, nie ma Banacha, jest „Nałogowe chodzenie na pogrzeby – zabawa w chowanego” (Genialni. Lwowska szkoła matematyczna)


31 sierpnia 1945 roku odszedł profesor Banach. Jego syn, przebywający od połowy wojny na Podhalu, nie zdążył pożegnać się z ojcem. Nie było łatwo wyjechać z Polski i udać się za wschodnią granicę. W tamtych czasach ludzie podróżowali w odwrotnym kierunku. Repatrianci, czyli wysiedleni z terenów przedwojennej Polski Polacy jechali na Zachód z biletem w jedną stronę. O śmierci ojca młody Stefan Banach dowiedział się z gazet. 

Profesorowa Banachowa opowiadała, że nowi właściciele miasta dbali o jej męża. Dzięki ich trosce ostatnie dni genialnego matematyka były dla niego i żony całkiem znośne, o ile było to w takiej sytuacji w ogóle możliwe. 

Dla naukowców dawnego Uniwersytetu Jana Kazimierza nie było już tam jednak miejsca. Teraz ważne było, aby odtworzyć uczelnię w zrujnowanym uniwersytecie we Wrocławiu. 19 listopada Hugo Steinhaus wygłosił tam pierwszy wykład. Co prawda przez kilka miesięcy na wydziale matematycznym był tylko jeden student, ale miasto rozwijało się, a uniwersytet powstawał z gruzów. 

Profesor objął stanowisko i pół willi przy Aleksandra Orłowskiego. Znowu wykładał, związany z Uniwersytetem Wrocławskim, i zaczął nawet publikować. Także aforyzmy. Taki, co się obywa bez wszystkiego – obywatel

Ze świata do Lwowa, ze Lwowa w świat

Lwowscy matematycy, którzy rozpoczęli swoją karierę przed 1918 rokiem, studiowali zwykle na obcych uczelniach. Pozyskaną tam wiedzę przynieśli do wolnej Polski. Dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności, a także dzięki wyjątkowemu duchowi nauki i przedsiębiorczości uczeni z Politechniki Lwowskiej i Uniwersytetu Jana Kazimierza uczynili z matematyki płaszczyznę porozumienia, dzięki której w sposób niemal towarzyski zbudowali we Lwowie nową Akademię Platońską. Uczeni wspierali się na niebywałą skałę, zupełnie nieproporcjonalnie do obowiązującego w świecie modelu rywalizacji i zwyczaju zazdrosnego strzeżenia własnych osiągnięć. 

Katastrofa II wojny światowej, śmierć wielu bywalców Szkockiej i fatalny klimat dla rozwoju wolnej nauki po 1946 roku sprawiły, że niewielu mogło prowadzić dalsze badania na powojennych uniwersytetach. Gdy profesor Hugo Steinhaus osiągnął wiek emerytalny, pracodawca przypomniał mu o tym w mało wyszukany sposób, przypominając o zakończeniu pracy na Uniwersytecie. Rozgoryczony uczony nigdy o tym nie zapomniał.

W 1972 roku zakończyła się opowieść o współtwórcy Lwowskiej Szkoły Matematyków. We Wrocławiu zmarł profesor Hugo Steinhaus. Dziewięć lat później odszedł profesor Stanisław Mazur, a w 1984 w Santa Fe profesor Stanisław Ulam. Historia zgromadzenia geniuszy ze Lwowa dobiegła końca.

 

Korzystałam z książki Mariusza Urbanka Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, z której zaczerpnęłam wszystkie zaznaczone cytaty, a także z:

Hugo Steinhaus „Wspomnienia i zapiski”, Wrocław 2002

http://www.atomicarchive.com/Bios/Ulam.shtml,

https://www.maa.org/external_archive/devlin/devlin_04_09.html,

http://www.hpm-americas.org/wp-content/uploads/2010/04/PSMatHPMcorrected_2.pdf,

https://www.princeton.edu/~achaney/tmve/wiki100k/docs/Stanislaw_Ulam.html

http://www.lwow.home.pl/tyfus.html

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy