Korea i Japonia, czyli świat na opak ("Święty ład. Rytuał i mit mundialu", WAiP 2007)

Autor: Andrzej Jawłowski
Okładka publicystyki dla Korea i Japonia, czyli świat na opak (

Był 23 maja 2002 roku. Ekipa polskich piłkarzy dotarła do miasta Tedzon w Korei. Czytając już pierwszy, zmieszczony w gazecie „Super Express” opis tego, co spotkało ich na miejscu, oczekujący na rozpoczęcie turnieju polscy fani piłki nożnej odkryli, że nasi znaleźli się w obcej, wręcz absurdalnej sytuacji. Pierwszą postacią, która przywitała ich w tej dziwacznej krainie było karykaturalne indywiduum – wodzirej kierujący ceremonią powitania naszych chłopców. Polscy dziennikarze donosili: „Wodzirej jak malowany klown ćwiczył pokłony”, zaś atmosfera kierowanego przezeń ni to widowiska, ni to powitania była taka „jak kiedyś w Polsce na pochodzie pierwszomajowym” [„Super Express” 24 V 2002]. Sytuacja wydawała się nienaturalna, budziła przykre skojarzenia, a jednocześnie była śmieszna. Tymczasem „klown wodzirej przeszedł samego siebie wygłupiając się przed Polakami” [ibidem]. Jakby tego było mało, jego zachowaniu towarzyszyły dźwięki, chaotycznie wydobywane z bliżej nieokreślonych instrumentów używanych przez zespół muzyczny uświetniający przybycie polskiej ekipy. „Naszych witano kocią muzyką” – szydzili korespondenci [ibidem]. Wokół stali Koreańczycy wymachujący biało czerwonymi chorągiewkami oraz szalikami. Przy okazji tego opisu czytelnicy dowiedzieli się, że: „Organizatorzy mistrzostw zatrudnili 7000 ludzi, którzy podczas mundialu będą udawali kibiców poszczególnych drużyn” [ibidem]. Czy ktoś w Europie wyobrażał sobie wcześniej podobną sytuację? Dla kibica z Europy to zupełnie niepojęte, żeby udawać, iż dopinguje się obcą drużynę, przeciw której niedługo będzie trzeba grać.

 

     Ku satysfakcji dziennikarzy, Polacy w tej kuriozalnej sytuacji postępowali tak, jak należy, godnie i z fasonem. Z zadowoleniem odnotowali różnicę między zachowaniem członków naszej ekipy a mera Tedzon, który w kulminacyjnym momencie powitania wygłosił przemówienie. Ich zdaniem mer „przemawiał sztywno”, „z grubej rury”. W odpowiedzi na groteskowy patos Koreańczyka prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Michał Listkiewicz „swobodnie improwizował”, zaś odpowiedzialny za sprawy marketingu Zbigniew Boniek „na luzie rozmawiał w tym czasie przez komórkę” [ibidem].

 

     Już następnego dnia czytelnicy dowiedzieli się, że opisana sytuacja nie była jednorazową anomalią. Powitanie urządzone przez klowna wodzireja nie było okazjonalnym wygłupem. Korea rzeczywiście jest miejscem dziwnym, a nawet budzącym pewne obawy. Zbigniew Boniek tak opowiadał o swoim pierwszym przebudzeniu w tym kraju: „Wstaję rano, a tu nagle wypełzają Koreańczycy. Wszędzie ich pełno, przechodzą między nogami, czają się za każdym krzaczkiem, mówią coś, kłaniają się. Zastanawiam się, znam gościa czy nie?” [„Super Express” 25–26 V 2002].

 

      Dziennikarze oraz bohaterowie ich relacji znaleźli się w sytuacji niecodziennej. Reakcją na zagubienie stało się szyderstwo, które pozwoliło oswoić niecodzienną, różną od znanej i uznanej za naturalną sytuację. W świecie obcych dziennikarze i bohaterowie ich sprawozdań kpiąc, ustalili relacje z obcymi. Dla dziennikarzy kpina wydała się strategią najskuteczniejszą, dzięki niej mogli bezproblemowo wykonać swoje zadanie wymagające szybkiego zdefiniowania i opisania sytuacji, w której się znaleźli. Ochoczo cytowali więc żartobliwe wypowiedzi członków polskiej ekipy. Jako kolejny przykład zacytujmy Listkiewicza, który relacjonował swoje kontakty z miejscowymi prominentami: „Najbardziej zaskoczył mnie na lotnisku jakiś miejscowy oficjel. Złapał mnie za dłoń i cały czas trzymał. Nie wiedziałem za bardzo jak się zachować. Okazało się, że to w Korei zwyczaj podobny do naszego niedźwiedzia i jest to oznaka wylewnej przyjaźni. Tylko, że od razu koledzy zaczęli ze mnie żartować. Mówili, że życie seksualne w Korei mam już załatwione. No Michał, dziewczyny już nie musisz szukać – żartował ze mnie Boniek” [„Super Express” 25–26 V 2002].

 

    Koreańczycy są zatem zupełnie inni od nas. Nie dość, że żyją w wywróconym do góry nogami świecie klaunady, udają kogoś kim nie są, słuchają bezsensownych dźwięków, które uznają za muzykę, to jeszcze zachowują się tak, jakby ich preferencje seksualne były zupełnie odmienne od naszych. Uwagi na temat skłonności homoseksualnych koreańskich oficjeli należy oczywiście potraktować jako przejaw przaśnego poczucia humoru Zbigniewa Bońka oraz przyklaskujących mu dziennikarzy. Jednakże tego typu skojarzenia, nawet wyartykułowane w żartobliwym tonie, wpisują się w ogólny wytworzony przez media, wizerunek Azjatów – ludzi na opak.

 

    Już pierwszego dnia po przybyciu Polaków do Korei okazało się, że w Azji kibicuje się inaczej niż u nas, w Europie. Temat ten powracał w relacjach prasowych do końca turnieju. Komentator TVP, Dariusz Szpakowski, donosił na łamach „Super Expressu”, że w Polsce podczas meczu reprezentacji ulice pustoszeją, ponieważ wszyscy spieszą do domów, by obejrzeć mecz. W Korei jest odwrotnie. Tam ludzie wychodzą na place i śledzą przebieg gry na wielkich ekranach. Ponadto, na co zwrócił uwagę, na trybunach stadionów koreańskich panuje „niesamowity pisk”. Dla niego, bywalca europejskich stadionów, których trybuny rozbrzmiewają równym śpiewem, przerywanym gwizdami lub euforycznym krzykiem po zdobyciu bramki piski trwające przez cały mecz stanowiły zjawisko nieznane. Również dla czytelników, do których się zwracał [„Super Express” 27 V 2002]. W podobny sposób na temat azjatyckich kibiców wypowiedział się w wywiadzie zamieszczonym na łamach „Super Expressu” były piłkarz, aktualnie piłkarski menedżer, Włodzimierz Lubański: „Specyficzny koreański doping może być szokujący. Pisk i krzyki widowni mogą oddziaływać na grę zespołów” [„Super Express” 3 VI 2002].

 

   Dziwaczna wydawała się forma okazywania przez Koreańczyków uwielbienia dla własnej drużyny. Uwielbienie dla piłkarzy, wręcz fanatyczne oddanie narodowej czy klubowej drużynie dla Europejczyka nie jest, rzecz jasna, czymś szczególnie osobliwym. Ale sposób w jaki dawali temu wyraz Koreańczycy wzbudzał duże zainteresowanie polskich dziennikarzy. Oto jeden z przykładów: „Koreańczycy oszaleli. Oczywiście na punkcie swojej drużyny piłkarskiej. Przed dzisiejszym meczem z Włochami w Tedzon histeria sięgnęła zenitu” [„Super Express” 18 VI 2002]. Z przekąsem donoszono także, iż trener reprezentacji Korei, Holender Guus Hiddink, to człowiek, „któremu przypisuje się tu już cechy boskie” [ibidem]. Pewnego wieczora, „opętani histerią” Koreańczycy zakwaterowali się w samym centrum dzielnicy Yousong w Tedzon, słynącej z wielkiej liczby znajdujących się tam domów publicznych, gdzie czekali na mecz. Co najdziwniejsze, jak relacjonowali dziennikarze „od godziny 22.00 na polecenie miejscowej policji siedzą cicho. I nikt się nie wyłamuje, bo rozkaz to rozkaz” [ibidem]. Kibice siedzą cicho? Czy to jest w Europie do pomyślenia? Tymczasem, jak doniosła gazeta, tego samego dnia pod stadionem, na którym koreańscy piłkarze mieli rozegrać swój kolejny mecz, powstało pole namiotowe. Kibice obozowali tam jak plemię nomadów licząc na to, że rano w kasach pojawi się dodatkowa pula biletów. Zaprezentowani na łamach „Super Expressu” azjatyccy fani piłki nożnej byli przedstawiani jako dość groteskowa masa, która na raz histerycznie piszczy, oddając boską cześć swemu trenerowi – Europejczykowi, a na dwa siedzi cicho jak trusie w samym środku dzielnicy czerwonych latarni, która przecież nadaje się, jak żadne inne miejsce, do alkoholowych, i nie tylko, ekscesów. Co kraj to obyczaj, powtórzmy ironiczną uwagę dziennikarzy.

 

    W Azji mieszkają dziwaczni ludzie i panują dziwaczne obyczaje. Wszystko wygląda tam inaczej niż u nas. „Pół biedy jeśli znajdziesz się w Sapporo metropolii na wskroś europejskiej, gdzie większość oznaczeń jest dwujęzyczna (mają tam międzynarodowy uniwersytet). Ale już każdy Belg, Szwed lub Anglik, który wysiadł na stacji Omyia w Saitamie, musiał poczuć zawrót głowy. Nawet jeśli pół życia doskonalił się w biegach na orientację. Jego hotel prawie na pewno ukrywa się w jednej z zagraconych, wąziutkich uliczek zawalonych ozdobami i świecidełkami pozbawionymi jakiejkolwiek estetycznej wartości. Uliczki nie mają nazw, więc musisz ustalić azymut i wycelować w odpowiedni punkt na mapie. A później w następny – stację Urawa-Misono. Po kilku godzinach jesteś na miejscu. Jeszcze tylko półtora kilometra spaloną słońcem aleją i stoisz przed stadionem – jak zwykle położonym na peryferiach miasta” [„Gazeta Wyborcza” 19 VI 2002].

 

    Czasami jednak można było znaleźć pewne punkty odniesienia, dzięki którym obraz miejsca, jakim jest Azja stawał się nieco bardziej zrozumiały. Opisując wygląd japońskich miast korespondent „Gazety Wyborczej” zapytał czytelników: „Pamiętacie ruchome chodniki z kreskówek o Jetsonach? W Jokohamie możesz tak przejechać i dwa kilometry. Prawie bez przesiadek” [„Gazeta Wyborcza” 1 VII 2002]. Odwołanie do kreskówki pomogło przybliżyć azjatycką Japonię polskiemu czytelnikowi. Zatem świat obcych najbardziej przypomina świat naszych kreskówek. Azja staje się tym bardziej nierealna. W najlepszym razie jest bajkowym przekonstruowaniem naszego świata. Jawi się jako świat animowany, na niby, w którym rozpoznawalna i zrozumiała jest jedynie bajkowa nierzeczywistość kreskówki dla dzieci.

 

    Korea to miejsce, w którym wydaje się, że nic nie jest prawdziwe. Zdaniem dziennikarzy „Super Expressu” Koreańczycy to „mistrzowie podróbek” [„Super Express” 3 VI 2002]. To świat urządzony na niby. Udaje się tam kibiców innych, biorących udział w turnieju, drużyn. Na trybunach koreańskich stadionów zasiadali „podrabiani Duńczycy”, „podrabiani Polacy”, „podrabiani Portugalczycy”, „podrabiani Amerykanie” i wiele innych podrabianych nacji. „Nikt tak doskonale nie kopiuje zegarków Rolexa czy butów Adidasa” [ibidem]. Zatem także wiele przedmiotów, na które można tam natrafić, udaje coś czym naprawdę nie jest.

 

   Obyczaje, przestrzeń, wygląd ludzi, jednym słowem – wszystko, zdało się nie przystawać do ładu organizującego naszą rzeczywistość. Nic dziwnego, że strażnicy porządku w tym świecie również zachowywali się na opak. Ochraniający polskich piłkarzy policjanci skakali na skakankach jak małe dziewczynki. „W Korei to nic niesłychanego. W ten sposób relaksują się nawet dyrektorzy banków”[„Super Express” 9 VI 2002]

 

Fragment książki Alberta Jawłowskiego „Święty ład. Rytuał i mit mundialu”, WAiP 2007.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy