Windsorowie. Wymyślona dynastia

Autor: Iwona Kienzler
Okładka publicystyki dla Windsorowie. Wymyślona dynastia z kategorii Brak kategorii

Dynastia Windsorów jest niewątpliwie ewenementem w skali światowej, została bowiem ni mniej ni więcej, tylko najzwyczajniej w świecie… wymyślona, powołana do życia ze względów, które dziś określilibyśmy mianem PR-u. Pojawiła się na świecie niczym przysłowiowy królik z kapelusza 17 lipca 1917 roku. Właśnie tego dnia wszystkie brytyjskie gazety wydrukowały dekret obwieszczający, iż odtąd królewski ród zwać się będzie Domem i Rodem Windsorów, a w królestwie będą panować monarchowie z tej właśnie dynastii. Nie oznacza to bynajmniej, że tego dnia lub nieco wcześniej poprzedni władca opuścił świat doczesny lub zmuszony został do abdykacji na skutek jakiejś rewolucji czy też mniej lub bardziej krwawego przewrotu, wprost przeciwnie. Król Jerzy V panujący w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii oraz brytyjskich dominiów zamorskich, posiadający również tytuł cesarza Indii, czuł się dobrze, był pełen życia i nie miał najmniejszego zamiaru oddawać berła, pomimo że na skutek zawieruchy dziejowej, która właśnie przetaczała się przez całą Europę, władzę stracił jego kuzyn, car Mikołaj II, a tron drugiego z jego kuzynów, cesarza Wilhelma II, już drżał w posadach, podobnie jak tron Habsburgów. Czas pokazał, że ten sprytny zabieg, na który król zdecydował się za namową jednego z dworzan, był strzałem w dziesiątkę. Oto, co na ten temat pisze Iwona Kienzler, autorka książki Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Lira.

Tak naprawdę król Jerzy V wywodził się z dynastii Sachsen-Coburg-Gotha, w niektórych opracowaniach nazywanej po prostu Koburgami. Jak sama nazwa wskazuje, była to dynastia o niemieckim rodowodzie. Zresztą Anglią już od 1714 roku, po bezpotomnej śmierci ostatniej królowej z dynastii Stuartów, Anny, rządzili władcy niemieccy. Na tronie Plantagenetów, Tudorów i Stuartów zasiadł wówczas Jerzy I Hanowerski. Nie znaczy to jednak, że nie było żadnego Stuarta, krewnego zmarłej Anny, któremu można by przekazać koronę, problem polegał na tym, iż Stuartowie byli katolikami, a papisty na tronie żaden szanujący się protestancki Anglik za nic by nie zdzierżył. W ten sposób królem został Jerzy, który spokrewniony był co prawda z królową Anną przez swoją matkę, Zofię Dorotę Wittelsbach, ale uważał się za Niemca. Ofiarowaną mu koronę oczywiście przyjął i 20 października 1714 roku został uroczyście koronowany w opactwie westminsterskim, lecz nigdy nie nauczył się mowy swoich poddanych. Z przedstawicielami rządu oraz dworzanami porozumiewał się wyłącznie po niemiecku, ewentualnie po francusku, natomiast jego syn, Jerzy II Hanowerski, co prawda mówił po angielsku, ale z tak silnym niemieckim akcentem, że stało się to obiektem niewybrednych żartów ze strony Anglików. 

20 czerwca 1837 roku na tronie Zjednoczonego Królestwa zasiadła pierwsza od ponad stu dwudziestu lat kobieta, królowa Wiktoria Hanowerska, która, zanim poznała mowę Szekspira, mówiła w języku niemieckim. I nic w tym dziwnego, skoro była to ojczysta mowa zarówno jej matki, Wiktorii z Saksonii, rodowitej Niemki, jak i niemieckiej niani małej Wiktorii, a przecież były to dwie osoby, z którymi miała od urodzenia najczęstszy kontakt. Angielskiego zaczęto ją uczyć, dopiero gdy skończyła trzy lata, dlatego opanowała go płynnie. Kiedy już jednak była królową imperium, w zaciszu domowym, razem ze swoim mężem, Albertem, rozmawiała wyłącznie po niemiecku. Zresztą wśród biografów królowej i znawców historii Anglii, nierzadko można spotkać opinię, że to właśnie ta sławna monarchini „zniemczyła” dom panujący, gdyż jej małżonek, z którym doczekała się sporej gromadki dzieci, pochodził z dynastii Sachsen-Coburg-Gotha, bocznej gałęzi ernestyńskiej linii rodu Wettynów. Jest to jednak daleko posunięte uproszczenie, monarchini nie była w tej kwestii wyjątkiem, skoro przedstawiciele dynastii hanowerskiej od początku jej istnienia brali za swoje małżonki Niemki, za Niemców wydawali też swoje córki i nikt z ich angielskich poddanych nie miał im tego za złe. W wyniku małżeństwa królowej Wiktorii jej następcy nosili właśnie nazwisko Sachsen-Coburg-Gotha i takie też nazwisko powinna nosić obecna królowa Elżbieta II, ewentualnie nazwisko Mountbatten, po swoim mężu, księciu Filipie, w którego żyłach płynie przecież błękitna krew. Nawiasem mówiąc, nazwisko królewskiego małżonka też powinno brzmieć zupełnie inaczej, ale o tym opowiemy w innym miejscu. Ani sama królowa Wiktoria, ani jej poddani nie widzieli nic złego w pochodzeniu monarchini, mającej niemieckich przodków, władczyni podkreślała nawet, że jej rodzina powinna pielęgnować niemieckie pochodzenie. Nikogo nie oburzał też fakt, że królowej zdarzało się zapominać i zwracać do swoich ministrów w języku Goethego, a jednego z premierów, lorda Palmerstona, nazywała nawet złośliwie Pilgersteinem. 

windsorowie

Wszystko zmieniło się jednak wraz z wybuchem I wojny światowej, kiedy na tronie zasiadał wnuk Wiktorii, Jerzy Fryderyk Ernest Albert Sachsen-Coburg-Gotha, panujący jako Jerzy V. Paradoksalnie był on pierwszym królem od czasów Anny Stuart, który czuł się Anglikiem z krwi i kości, ba, przez całe życie zachowywał się zupełnie jak typowy przedstawiciel angielskiej klasy średniej, ceniący sobie rodzinne wartości, wykazując przy tym zamiłowanie do prostych wartości i swojskich cnót. W 1893 roku poślubił jednak Niemkę, księżniczkę von Teck, której na chrzcie nadano imiona Victoria Mary Augusta Louise Olga Pauline Claudine Agnes, a która używała swojego drugiego imienia Maria, natomiast jej mąż nazywał ją zdrobniale May. Król Jerzy z pewnością nie wdał się w swojego ojca, króla Edwarda VII, znanego bon vivanta, playboya i ikonę elegancji, był bowiem zakochany w swojej żonie, w jego życiu nigdy nie było innej kobiety, a salonowe rozrywki dosłownie go nudziły. Nie był też wulkanem intelektu, co negatywnie wpłynęło na poziom jego edukacji i zdobytej wiedzy, przy czym on sam nie uważał tego za wadę, wprost przeciwnie, szczycił się wręcz tym, że nigdy nie przeczytał żadnej książki. Uważał, że służba w marynarce, którą przeszedł w młodości, jest wystarczającą szkołą, a nabyte tam umiejętności są wystarczające, nie tylko dla przeciętnego człowieka, ale także dla osoby panującej. Niejednokrotnie wprawiał w konsternację zarówno dworzan, jak i współpracowników, mawiając: „Ludzi, którzy piszą książki, należałoby uciszyć!” Nie znosił podróżowania, zwłaszcza za granicę, ponieważ uważał, że we wszystkich krajach jest gorzej niż w jego ojczyźnie. Na szczęście, po ślubie, kiedy w jego życiu pojawiła się starannie wykształcona kobieta, zmienił swój stosunek do literatury, a małżonka nie tylko wymusiła na nim bywanie w teatrze czy operze, ale przede wszystkim umiejętnie wspierała go w czasie wszelkiego rodzaju uroczystości, bowiem ceremoniał, podobnie jak obowiązki królewskie, zwyczajnie go przerastał. Zdecydowanie wolał całymi dniami polować, przede wszystkim na głuszce, był też zapalonym filatelistą, a każdy nowy znaczek osobiście wklejał do albumu, oczywiście po wcześniejszym oblizaniu strony posmarowanej klejem. Weekendy wraz z żoną oraz sześciorgiem dzieci, którymi obdarzyła go Maria, najchętniej spędzał w York Cottage w Sandringham, w domu niewiele większym niż podmiejska willa. 

Ani luki w edukacji, ani mierna inteligencja monarchy nikogo jednak nie raziły. Przeciwnie — w państwie, w którym przyszło panować Jerzemu V, takie cechy były u króla jak najbardziej pożądane — miał on panować, ale nie rządzić. Pamiętajmy, iż Wielka Brytania jest monarchią parlamentarną, gdzie realną władzę pełni właśnie parlament, a osoba monarchy jest nie tyle swoistym ozdobnikiem, ukłonem w stronę tradycji, ile symbolem jednoczącym naród, zaś królewskie obowiązki ograniczają się tak naprawdę do pełnienia funkcji reprezentacyjnych. Z definicji król ma więc jednoczyć naród, nie zaś antagonizować swoich poddanych, dlatego monarchowie nie tylko nie mogą brać udziału w życiu politycznym, niedozwolone jest wyrażanie przez nich, nawet poufnie, opinii w kwestiach istotnych dla państwa czy polityki rządu. Z tego powodu do kształcenia przyszłych monarchów nie przykładano nigdy zbytniej wagi, co więcej, sądzono, iż nadmiar wiedzy mógłby rozbudzić w nich większe ambicje i zachęcić do angażowania się w prace rządu czy też inspirować do wypowiadania się w kluczowych dla linii politycznej władz sprawach. Zgodnie z tradycją konstytucyjną król lub królowa muszą spotykać się co jakiś czas z ludźmi stojącymi na czele kolejnych rządów, mogą w ich obecności wyrazić własne zdanie, a nawet im doradzać, lecz spotkania te, podobnie jak treść prowadzonych podczas nich rozmów, okryte są tajemnicą. Poważny sprzeciw opinii publicznej budzą wypowiedzi aktualnego księcia Walii i następcy tronu, księcia Karola, który zdaniem wielu osób stanowczo za często wypowiada się publicznie na temat sytuacji współczesnej młodzieży, architektury i ochrony środowiska. Śmiało można postawić tezę, iż król-intelektualista byłby zapewne dla brytyjskich konstytucjonalistów znacznie większym problemem niż zasiadający na tronie idiota…

Jerzy V idiotą z pewnością nie był, chociaż jednocześnie trudno byłoby go uznać za geniusza w koronie, mimo iż, jak dowiodła historia, zmiana nazwy dynastii, z której się wywodził, była naprawdę genialnym posunięciem. 

Wszystko zaczęło się 28 czerwca 1914 roku, kiedy w Sarajewie młody bośniacki Serb Gawriło Princip, należący do organizacji Młoda Bośnia, strzelił z browninga do następcy tronu monarchii austro-węgierskiej, arcyksięcia Ferdynanda, i jego żony, Zofii, raniąc oboje śmiertelnie. To tragiczne wydarzenie stało się przysłowiowym kamykiem, którego poruszenie wywołało prawdziwą lawinę. Wkrótce wybuchła Wielka Wojna, międzynarodowy konflikt, który kosztował życie 10 milionów ofiar, zmienił oblicze całej Europy i dosłownie zmiótł ze sceny politycznej trzy wielkie dynastie — Hohenzollernów, Habsburgów i Romanowów. W wyniku wspomnianego zamachu już w lipcu 1914 roku władze Austro-Węgier postawiły rządowi serbskiemu ultimatum, które dla tamtejszych władz okazało się niemożliwe do spełnienia, w związku z czym 28 lipca cesarstwo wypowiedziało wojnę Serbii. Braci Słowian poparł bezzwłocznie car Mikołaj II, stając tym samym przeciwko swojemu kuzynowi, cesarzowi Wilhelmowi II, który opowiedział się z kolei po stronie Austrii. Wielka Brytania przystąpiła do wojny 4 sierpnia 1914 roku w odpowiedzi na pogwałcenie przez Niemcy neutralności Belgii. „To straszliwa katastrofa, jednak nie ma w tym naszej winy — odnotował Jerzy V w swoim pamiętniku w dniu wypowiedzenia wojny. — Ogromny tłum zebrał się pod pałacem: wyszliśmy na balkon zarówno przed, jak i po obiedzie. Na wieść o wypowiedzeniu wojny podniecenie zgromadzonych wyraźnie wzrosło; wraz z May i Dawidem [tak nazywano w rodzinie następcę tronu, księcia Edwarda — przyp. I.K.] wyszliśmy na balkon wśród oszałamiających wiwatów”.

Poddani królewscy, zwłaszcza przedstawiciele młodego pokolenia, rzeczywiście byli rozentuzjazmowani perspektywą udziału w wojnie i uczestnictwa w prawdziwych walkach. Wielu młodych mężczyzn zgłaszało się ochotniczo do armii. Nikt nie spodziewał się ogromu nieszczęść, tak wielkiej ilości ofiar, ani tego, że konflikt potrwa do 1918 roku, sądzono, że wojna przyniesie wielkie zwycięstwo imperium brytyjskiego, zwłaszcza gdy do walki włączy się niezwyciężona Królewska Marynarka Wojenna, która miała roznieść w pył niemieckie okręty. Z kolei Brytyjski Korpus Ekspedycyjny miał pokonać Niemców we Francji, co zdaniem znawców i przeciętnych zjadaczy chleba było tylko formalnością. Zdecydowana większość młodych mężczyzn wyruszających na front spodziewała się wrócić do domu na święta Bożego Narodzenia, gdzie czekały na nich pieczona gęś oraz śliwkowy pudding, tradycyjne potrawy jadane w angielskich domach przy świątecznym stole. Nic dziwnego, skoro brytyjscy planiści oficjalnie głosili, iż konflikt zakończy się zaledwie po kilku tygodniach i sześciu bitwach. Co więcej, uznano, że nie ma potrzeby, aby wstępujących do armii ochotników wyposażać w kompletne uzbrojenie artyleryjskie, za co żołnierze angielscy mieli potem zapłacić straszliwą cenę. Przyszłość dowiodła, że wywołany strzałami w Sarajewie konflikt zbrojny nie był błyskawicznym pasmem zwycięstw brytyjskiej armii. Pierwszego wojennego Bożego Narodzenia żądni przygód i chwały młodzi żołnierze nie spędzili w gronie najbliższych przy zastawionych smakołykami stołach, lecz w towarzystwie wszechobecnych wszy i szczurów, od których roiło się w okopach na wojnie pozycyjnej, modląc się o przeżycie. O śmierć było wyjątkowo łatwo, co sprawiła zabójcza technologia, w postaci gazów bojowych, czołgów i samolotów. W samej bitwie nad Sommą w 1916 roku straciło życie aż czterystu dwudziestu brytyjskich żołnierzy, a na każdych trzech walczących na wszystkich frontach I wojny światowej przypadał jeden poległy, jeden ranny w walce i jeden zdrowy. Czy można się dziwić, iż ci, którzy pozostali w domach, opłakując poległych, do szpiku kości znienawidzili Niemców i ich cesarza — winowajców całego nieszczęścia? Te negatywne odczucia przybrały jeszcze na sile wraz z docierającymi do opinii publicznej informacjami prasowymi o zbrodniach dokonywanych przez niemieckie wojska na kontynencie wobec ludności cywilnej. Oficjalna propaganda wykreowała jednocześnie niemający wiele wspólnego z rzeczywistością wizerunek tępego Huna, jak wkrótce zaczęto nazywać Niemców, co jeszcze wzmogło wszechobecną nienawiść, która z czasem przeniosła się na wszystko, co miało jakikolwiek związek z Niemcami, bądź jedynie budziło takie skojarzenia. Zakazano sprzedaży precli, z programów szkolnych usunięto wszystkie utwory pióra niemieckich pisarzy i poetów, z Goethem i Schillerem na czele, zakazano grywać Mozarta i Beethovena, atakowano nawet sklepikarzy mających niemiecko brzmiące nazwiska, niemieckie guwernantki, wcześniej chętnie zatrudniane w bogatych angielskich domach, jak również właścicieli psów ras wywodzących się z Niemiec — rottweilerów, dobermanów, a nawet jamników. Podpalano domy, w których mieszkali posiadacze tych czworonogów, nierzadko zdarzało się, że kopano nieszczęsne jamniki spokojnie spacerujące ze swoimi właścicielami.

Szczególnie intensywne działania prowadzili działacze spod znaku Ligi Antyniemieckiej, będący w istocie zwykłymi chuliganami, wszczynający rozróby z hasłami patriotycznymi na ustach. Sytuacji nie poprawiał fakt, że prawie nikt z prześladowanych nie ośmielił się protestować, aby nie pogarszać swojego położenia ewentualnymi oskarżeniami o kolaborację i zdradę, a o to akurat nie było trudno. W tych burzliwych czasach szpiegów widywano niemal pod każdym łóżkiem. Swoistą pamiątką po tych wydarzeniach jest słowo Willy — będące zdrobnieniem od imienia Wilhelm, noszonego przez najbardziej znienawidzonego nad Tamizą Niemca, cesarza Wilhelma II — które właśnie wówczas weszło do slangu jako określenie męskiego organu płciowego. 

Ofiarą owej, w gruncie rzeczy zupełnie irracjonalnej nienawiści, padł również kuzyn króla Jerzego V, Louis Alexander Battenberg, pierwszy lord Admiralicji, który od czterdziestu lat, czyli od czternastego roku życia, pełnił służbę w brytyjskiej flocie. Pomimo „okropnego” niemieckiego nazwiska i jeszcze okropniejszego, bardzo silnego niemieckiego akcentu, z jakim mówił, Battenberg czuł się Brytyjczykiem. To właśnie dzięki niemu brytyjska flota została należycie wyposażona i przygotowana do nadchodzącej wojny. Jednak kiedy antyniemiecka histeria na dobre zawładnęła obywatelami Albionu, wszelkie jego zasługi zostały w oczach poddanych jego kuzyna zdyskredytowane, podobnie jak podważona została jego bezsporna lojalność wobec korony i zapomniany fakt, że jego żoną była córka wciąż szanowanej przez Brytyjczyków królowej Wiktorii. Liczyło się jedynie to, że lord admiralicji urodził się w Niemczech, tam miał swoje włości, mówił z okropnym pruskim akcentem, a w swojej angielskiej posiadłości zatrudniał wyłącznie niemiecką służbę. W efekcie został zmuszony nie tylko do dymisji, ale także do rezygnacji z książęcego tytułu. 

Z czasem nienawiść do wszystkiego co niemieckie dosięgła także królewskiego dworu. Poddani Jerzego V uświadomili sobie, że ich łaskawie panujący król jest, tak samo jak mordujący ich współobywateli tępi żołnierze Wilhelma II, Niemcem. Świadczyły o tym jego nazwisko, pokrewieństwo z cesarzem, a także fakt, że poślubił niemiecką księżniczkę. Nie miało przy tym znaczenia, że monarcha był całym sercem po stronie swoich poddanych, zwłaszcza żołnierzy walczących na froncie, więcej, na wojnę wysłał dwóch swoich najstarszych synów, księcia Edwarda i księcia Alberta — pierwszy z nich służył na terenie Francji, drugi w marynarce wojennej. Sam Jerzy wizytował szpitale i wojskowe lazarety, niosąc pociechę cierpiącym, zjawiał się też od czasu do czasu na froncie, a nawet odniósł obrażenia, kiedy koń, którego dosiadał podczas jednej z takich frontowych wizytacji, spłoszony wystrzałem, zrzucił go z siodła — monarcha złamał miednicę. Pomimo że król był spokrewniony z cesarzem Wilhelmem II, w oficjalnej korespondencji zarzucił stosowany wcześniej wobec niego zwrot „drogi kuzynie” i gdzie tylko mógł, otwarcie manifestował swoją „brytyjskość”, ale na tym nie poprzestał. Za namową swej matki i pod naciskiem ówczesnego premiera usunął z królewskiej kaplicy św. Jerzego w Windsorze sztandary ośmiu kawalerów Orderu Podwiązki, którzy byli Niemcami, a których w przeszłości wyróżniono tym najwyższym brytyjskim odznaczeniem. Jakby tego mało, solidaryzując się z poddanymi, wprowadził w pałacu Buckingham iście drakońskie ograniczenia w wydatkach i racjonowanie żywności. Ze stołów zniknęły wykwintne potrawy i alkohole, a królewskie menu było bardzo ograniczone, podobnie jak wydatki na służbę i prowadzenie pałacu. Doszło nawet do tego, że dworzanie, którzy nieopatrznie spóźnili się na śniadanie, bądź z jakichś względów w nim nie uczestniczyli, musieli obejść się smakiem i czekać, aż zostanie podany bardzo skromny obiad. Gdy jeden z dworzan nieopatrznie poprosił o ugotowane na miękko jajko, wywołał u króla taki gniew, jakby poprosił co najmniej o pieczonego indyka lub słowicze języki w maderze, a monarcha zarzucił mu ni mniej ni więcej, tylko brak uczuć patriotycznych. W swoich zapędach Jerzy V szedł jednak chwilami stanowczo za daleko — swoją postawą przyczynił się do śmierci cara Mikołaja II, jego żony i dzieci z rąk bolszewików. W marcu 1917 roku, kiedy car, zmuszony przez rewolucjonistów, abdykował i poprosił kuzyna o pozwolenie na przyjazd do Wielkiej Brytanii, ten początkowo zgodził się bez namysłu, lecz ostatecznie zmienił zdanie. Jego doradcy uświadomili mu bowiem, iż niemieckie pochodzenie carskiej małżonki stało się zarzewiem wojny, co oczywiście miało niewiele wspólnego z prawdą. Jeden z nich oświadczył wręcz królowi: „Caryca jest Szwabką nie tylko z urodzenia, ale i z natury. Robiła, co mogła, by doprowadzić do porozumienia z Niemcami. Uważa się ją za zbrodniarkę lub za osobę ze zbrodniczymi skłonnościami, a eks-cara za zbrodniarza ze względu na jego słabość i uleganie jej namowom”.

Król cofnął więc swoją zgodę, informując jednocześnie kuzyna Nicky’ego, jak nazywał cara prywatnie, iż w chwili obecnej nie uważa za rozsądne, by on sam i jego rodzina schronili się na terenie Wielkiej Brytanii. Sugerował im wyjazd do Hiszpanii lub na południe Francji. Jego odmowa zmieniła stosunek bolszewików do pozbawionego tronu Mikołaja II. Wcześniej sądzono bowiem, iż samego cara, podobnie jak jego rodzinę, należy traktować z szacunkiem, by nie prowokować żadnych ruchów ze strony Europy, a zwłaszcza Wielkiej Brytanii. Jerzy V dał swoją decyzją do zrozumienia, iż los krewnego niewiele go obchodzi. W efekcie opuszczonego Mikołaja II wraz z rodziną uwięziono, a 17 lipca 1918 roku na rozkaz bolszewików, rozstrzelano. 

Zabiegi króla Jerzego i poświęcenie własnego kuzyna wydawały się daremne, skoro w miarę rozwoju działań wojennych coraz więcej Brytyjczyków widziało w nim i jego małżonce jedynie przedstawicieli znienawidzonej nacji. Na ręce premiera trafiały niezliczone listy z pytaniem, w jaki sposób Wielka Brytania ma wygrać wojnę, jeśli łaskawie panujący król jest… Niemcem. Doszło nawet do tego, że jeden z parlamentarzystów nazwał monarchę „niemieckim rzeźnikiem”, podniosły się nawet się głosy, iż monarchia w ogóle jest przeżytkiem, jakimś zmurszałym reliktem dawno minionych czasów i należałoby ją zlikwidować. Do ataków na rodzinę królewską i całą instytucję monarchii dołączył znany i poważany pisarz, H.G. Wells, który nazywał dwór Jerzego V „obcym”, a dynastię „królewską kastą z Niemiec” i oficjalnie nawoływał do obalenia króla. Socjaliści natomiast przed organizowanym przez nich zjazdem Związków Zawodowych otwarcie głosili, że ów zjazd uczyni dla kraju to samo, co wcześniej rewolucja zrobiła dla Rosji. Na nieszczęsnego monarchę padł blady strach, tym bardziej że lord Esher wieszczył niekorzystny dla monarchii obrót wydarzeń: „Będziemy mogli mówić o szczęściu, jeśli unikniemy rewolucji, która pogrąży monarchię, Kościół i nasze wszystkie wiktoriańskie instytucje — twierdził arystokrata. — Nie spotkałem nikogo, kto wejrzawszy w głąb swojego umysłu, nie podzielałby tej opinii”.

W końcu, kierując się sugestiami doradców, król doszedł do wniosku, że głównym źródłem problemów jest jego niemieckie nazwisko: Sachsen-Coburg-Gotha, dlatego postanowił je zmienić. Chciał raz na zawsze odciąć się od swoich korzeni i zamknąć usta tym wszystkim, którzy oskarżali go o proniemieckie sympatie. Łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. Grono doradców długo głowiło się, jak powinna brzmieć nowa nazwa dynastii, na której czele stoi Jerzy V. Książę Connaught optował za Tudor-Stewart, inni opowiadali się za Plantagenetami, Yorkami lub Lancasterami, inni woleli, aby było to po prostu England… Wówczas do akcji wkroczył osobisty sekretarz króla, lord Stamfordham, rzucając uwagę, iż w przeszłości jeden z władców, Edward III, tytułował się Edwardem Windsorem. Pomysł wzbudził powszechny entuzjazm, bowiem zamek Windsor jest dla historii Anglii równie ważny jak dla Polski Wawel, lecz w przeciwieństwie do zamku w Krakowie Windsor nadal używany jest do celów rezydencjalnych, co czyni go najstarszą wciąż zamieszkałą rezydencją królewską na świecie. Historia tej szacownej budowli sięga czasów samego Wilhelma Zdobywcy, inicjatora jej powstania. Mimo iż angielscy władcy nie przepadali za ową rezydencją i chętniej spędzali czas w mniejszych i wygodniejszych rezydencjach w rodzaju Hampton Court, w kaplicy w Windsorze spoczywa kilku królów. W ten oto sposób, dzięki pomysłowości jednego z dworzan, pojawiła się dynastia Windsorów. Należało jedynie dopełnić wymogów formalnych. 

16 lipca 1917 roku Rada Przyboczna, czyli oficjalny organ doradczy monarchy, opracowała stosowny dekret, który następnego dnia wydrukowały wszystkie brytyjskie gazety. Monarcha oświadczał w nim swoim poddanym: „[...] odtąd Dom Nasz i Ród zwać się będzie i winien być znany jako Dom i Ród Windsor; [...] Postanowiliśmy w imieniu Własnym oraz wszystkich naszych potomków i wszystkich pozostałych potomków Naszej Babki Królowej Wiktorii [...] zrezygnować ze wszystkich niemieckich Tytułów i Godności oraz zaprzestać ich stosowania”.

Na tym nie poprzestano — także krewni królewscy, noszący niemieckie nazwiska, zostali zobligowani do ich zmiany na angielskie odpowiedniki. I tak Louis Alexander, wspomniany wcześniej niegdysiejszy lord admiralicji, stał się Mountbattenem, a bracia królowej, Adolf, książę Teck, oraz Aleksander, książę Teck, otrzymali odpowiednio tytuły markiza Cambridge i hrabiego Althone’a. 

Kiedy o wprowadzonych przez królewskiego kuzyna zmianach dowiedział się cesarz Wilhelm II, wybuchł śmiechem, a następnie oświadczył, iż wieczorem w teatrze zamiast Wesołych kumoszek z Windsoru obejrzy Wesołe kumoszki z Sachsen-Coburg-Gotha. Wkrótce jednak mina mu zrzedła i to bardzo, kiedy, podobnie jak wcześniej inny jego kuzyn, car Rosji, został zmuszony do abdykacji, przy czym, na szczęście, udało mu się ocalić życie. Podobny los czekał Habsburgów. Tymczasem Jerzy V, dzięki sprytnemu pomysłowi swojego doradcy, nie tylko zachował tron, ale jeszcze przekazał go swojemu następcy, więcej nawet — zapoczątkowana przez niego dynastia trwa w najlepsze, przetrwawszy niejedną burzę. Przewidział to zresztą Faruk I, ostatni król Egiptu, który twierdził, iż pod koniec XX stulecia większość monarchii przestanie istnieć. Dodawał przy tym: „Na świecie zostanie wtedy tylko pięciu królów. Kier, karo, pik, trefl i… król Anglii”. Nie przewidział tylko, że króla może zastąpić królowa. 

Powyższy tekst to I rozdział książki Iwony Kienzler Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści, którą kupić możecie w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Anytsuj
Anytsuj
Dodany: 2019-04-29 19:39:54
0 +-

Po okładce spodziewałam się raczej opisu najgłośniejszych skandali ostatnich 30 lat, ale po raz kolejny wygrało stare powiedzenie :) Bardzo ciekawy fragment- myślę, że ukazanie powiązań pomiędzy różnymi krajami jest dużym plusem. Książka trafia na moją listę "do przeczytania".

Avatar użytkownika - Gosiaczek
Gosiaczek
Dodany: 2019-04-29 11:29:10
0 +-

Tego tytułu jestem bardzo ciekawa.

Avatar użytkownika - kanon
kanon
Dodany: 2019-04-21 06:39:42
0 +-

Książki Pani Iwony Kienzler to ciekawe perełki historyczne.Mimo ciekawego artykułu ta konkretna książka nie jest wpisana do moich upragnionych 

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-04-20 21:37:03
0 +-

Moim zdaniem warto bliżej poznać tę dynastię, tym bardziej, że pani Iwona pisze ciekawie i bardzo przystępnie.

Avatar użytkownika - Justyna641
Justyna641
Dodany: 2019-04-20 15:56:40
0 +-

Być może sięgnę po tę książkę.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-04-19 21:47:20
0 +-

Nie moja bajka.

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-04-19 21:25:05
0 +-

Brzmi ciekawie!

Avatar użytkownika - emilly26
emilly26
Dodany: 2019-04-19 18:37:16
0 +-

Myślę, że to będzie miło poczytać książkę i podzielić się opinią na jej temat.

Avatar użytkownika - lenka83
lenka83
Dodany: 2019-04-19 13:06:44
0 +-

Ciekawy artykuł, choć książka to nie moja bajka.

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Hotel ostatniej szansy
Nicki Thornton
Hotel ostatniej szansy
Pluszowy Zajączek
Iwonna Buczkowska
Pluszowy Zajączek
Pod tym samym niebem
Katarzyna Kielecka;
Pod tym samym niebem
Spowiedź Śmigłego
Sławomir Koper;
Spowiedź Śmigłego
Walczyły w cieniu mężczyzn
Greg Levis, Gordon Thomas
Walczyły w cieniu mężczyzn
Nobliści skandaliści
Sławomir Koper
Nobliści skandaliści
365 stron życia 2020
oprac. Justyna Wrona, Hubert Wołącewicz
365 stron życia 2020
Pokaż wszystkie recenzje