Teatr brytyjskiej monarchii czyli jak funkcjonuje brytyjski dwór?

Autor: Adrianna Michalewska

Prywatne życie monarchów jest prywatne jedynie z nazwy. Członkowie rodziny sprawującej władzę, namaszczeni przez Boga, odpowiedzialni jedynie przed historią, żyją publicznie, wśród swoich poddanych. Pokazuje to świetnie publikacja Brytyjska monarchia od kuchni, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Bellona.

Teatr brytyjskiej monarchii

Elżbieta I uczyniła ze swojego dworu teatr, który zachwycił całą Europę. Wprowadziła nowy styl w architekturze, nowe obyczaje, zadbała o mariaż piękna i użyteczności zarówno w kwestii wnętrz, jak i przedmiotów osobistego użytku. Stworzyła Anglię elżbietańską, której najbardziej rozpoznawalnymi elementami są pałac i teatr. Kochała zabawę i elegancję i przekonała do tego cały swój dwór. Czasy jej rządów nie bez powodu określa się złotym wiekiem Anglii.

Współcześnie rządząca Wielką Brytanią Elżbieta II zatrudnia tysiąc dwustu poddanych, jej małżonek sto dwadzieścia sześć osób, a książę Walii ma do swojej dyspozycji stu sześćdziesięciu etatowych pracowników, z których „jedynie” dwadzieścia sześć osób to personel osobisty, ogrodnik i pomocnicy ogrodnika. Jak się żyje w takim otoczeniu? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.

W teorii służba i świta królowej powinna być zawsze na jej usługi, wyjąwszy specjalne pozwolenie na opuszczenie dworu.

Z jednej strony jest to wygodne. Personel zajmuje się wszystkimi sprawami rodziny królewskiej, od ścielenia łóżka poczynając, na akcjach charytatywnych i współpracy z rządem kończąc. Piastujący te urzędy ludzie to wyspecjalizowani fachowcy, doświadczeni wielowiekowym przekazywaniem wiedzy, często z pokolenia na pokolenie, piastunowie tradycji, rytuałów i obyczajów, które są równie stare, jak dynastia. Niektóre z nich zupełnie już zapomniano, jak choćby obowiązujący jeszcze za Henryka VIII zwyczaj całowania pościeli króla w miejscu, w którym służba musiała jej dotknąć. Nie należy się temu dziwić. Wszak to Henryk VIII ustanowił siebie głową kościoła anglikańskiego, zrównując się z papieżem. Czuł się potężny i jego poddani też mieli tak go postrzegać.

Ten sam król zgromadził najwięcej rezydencji ze wszystkich władców Wielkiej Brytanii: miał ich pięćdziesiąt, a mianem swojej komnaty określał szereg pokoi i przedpokoi zwieńczonych sypialnią, których powierzchnia rzadko kiedy była mniejsza niż kilkaset metrów kwadratowych.

Królewskość wymagała okazałości, a okazałość kosztuje.

Gdy zmarła pierwsza córka Henryka VIII Maria Tudor, tron przypadł jej przyrodniej siostrze, córce Anny Boleyn, Elżbiecie I. Odziedziczyła po ojcu pięćdziesiąt posiadłości, które objeżdżała co roku przez ponad dwadzieścia lat. Każda taka podróż wymagała mistrzowskiej organizacji. W grę wchodziły niebagatelne koszty, ale nie tylko. Kiedy już ustalono trasę przejazdu, a królowa w tym czasie nie zmieniła zdania (co podobno zdarzało jej się dosyć często), powiadamiano wszystkich zainteresowanych, że nadjedzie do nich orszak składający się z trzystu pięćdziesięciu osób. Niewielu miało tak wielki dom, w którym można by było zakwaterować wszystkich, więc natychmiast budowano cegielnie, stawiano domy, remontowano mosty, drogi, stajnie i – przede wszystkim – robiono zakupy.

Elżbieta jechała orszakiem złożonym z czterystu wozów, zaprzężonych w dwa tysiące czterysta koni, a za nią podążali sekretarze, damy dworu, służba dam dworu, urzędnicy dworscy, giermkowie i pracownicy królewskiej kancelarii, a także kucharze – bez nich królowa nie ruszała się z miejsca. Nic więc dziwnego, że niektórzy poddani na wieść o zaplanowanej wizycie uciekali ze swoich pałaców. Koszty, jakie wiązały się z wizytą Elżbiety (a warto pamiętać, że czasami zatrzymywała się w odwiedzinach na kilka tygodni) były bowiem gigantyczne.

Struktury administracyjne dworu były w zasadzie takie same, jak w czasach Henryka VIII. Istniały trzy główne urzędy: lord szambelan, który nadzorował działalność części zwanej „nad schodami”; lord steward, zarządzający częścią „pod schodami”, oraz królewski koniuszy.

Ale i codzienność Elżbiety I wymagała stosownej oprawy. Królowej w każdej sytuacji towarzyszyło prawie trzydzieści dam dworu. Sypialnia królowej była miejscem niezwykle okazałym. Jej łóżko było nieco mniejsze niż łoże jej matki – Anny Boleyn, które mierzyło ponad trzy i pół metra kwadratowego, ozdobione licznymi intarsjami, pokryte złotymi i srebrnymi, wyszywanymi poduszkami, pikowanymi kołdrami i kapami podszytymi gronostajami. Obok stały stoliki pokryte masą perłową, a kapa na stół, wyszywana klejnotami, kosztowała dwór całe sto pięćdziesiąt tysięcy koron.

Pałac królewski był bogaty – musiał być bogaty, kipieć złotem, którym w Whitehall pokrywano nawet sufity. Na ścianach wieszano arrasy wyszywane złotymi i srebrnymi nićmi. Mnóstwo eleganckich mebli, sprowadzanych z Włoch, ale i produkowanych na miejscu, ozdabiano klejnotami. W całym pałacu rozkładano poduszki, najczęściej jedwabne, wyszywane perłami, aby tworzyć atmosferę przytulnego wnętrza, zasobnego domu, a przede wszystkim aby oszałamiać – wrogów Elżbiety i wysłanników obcych mocarstw. 

Codzienność na dworze Elżbiety I

Elżbieta wstawała o dziewiątej rano, jadła śniadanie w łóżku, po czym przystępowano do ubierania władczyni. Proces ten trwał minimum godzinę. Wszystkie suknie, biżuterie, futra, pantofle, bieliznę i rzeczy osobiste Elżbiety podpisywano i trzymano pod opieką instytucji zwanej Wardrobe of Robes, a przynosząca je pokojówka własnym podpisem gwarantowała zwrot wypożyczonej w celu ubrania królowej rzeczy do odpowiedniego pomieszczenia. Było to niezwykle trudne, Elżbieta gubiła swoje drobiazgi, rozdawała je i beztrosko rozsiewała, niczym „chodząca choinka bożonarodzeniowa”, co zapewne przyprawiało jej pokojówki o łzy rozpaczy.

Ubrana i w peruce, królowa udawała się do kaplicy. Po chwili odpoczynku następował posiłek, wnoszony na dwudziestu czterech złotych tacach. Podający obiad służący musieli skosztować każdej podawanej potrawy przy dźwiękach trąbek i bębnów. Trwało to trzydzieści minut. Królowa kosztowała dań, zawsze na osobności. Resztki, czyli ledwie napoczęte dania, podawano damom dworu. Kolejno obrusy, serwetki, a czasami i zasłony trafiały do pralni królewskiej, a bielizna królowej do osobistej, oddzielnej komnaty, w której dbano o czystość królewskiej garderoby.

Jak napisał lord skarbnik, nazbyt wielka była mnogość osób zakwaterowanych na zamku i w jego okolicach, co powoduje wzrost wydatków na wszystkie wiktuały, chleb, ale, piwo, wino, wołowinę, baraninę, drewno, węgiel. Innymi słowy zbyt wiele osób jadło i piło na koszt królowej.

Elżbieta miała dwieście pięćdziesiąt koni i mnóstwo ludzi, którzy pilnowali każdego szczegółu jej wystawnego życia i  liczyli koszty funkcjonowania królewskiego dworu. Nad wszystkim czuwał skarbnik i kontrolerzy, którzy wraz ze stewardem byli nazywani urzędnikami instytucji zarządzającej dworem – „białej laski”. Bezpośrednio pod nimi stał kwestor, odpowiedzialny za pobieranie i rozdzielanie pieniędzy królowej w taki sposób, aby dwór funkcjonował bez zarzutu. Podlegało mu dwadzieścia różnych działów, od działu zakupów po wspomniane już pralnie.

Oszczędzić na monarchii?

Od 1563 roku obowiązywał wydany przez parlament dokument regulujący stałe uposażenie królowej na koszty wyżywienia jej i dworu, zawierający rejestr osób uprawnionych do otrzymywania chleba, wina, piwa, opału i świec, oraz spis osób, które miały prawo przebywać na dworze. Pilnował, aby zbyt wiele osób nie stołowało się na koszt władczyni (prawo to zwykle przysługiwało jedynie służbie, a korzystały z niego całe rodziny, dopuszczano się kradzieży sztućców i masowo przekraczano wydzielone normy posiłków).

Jej narodziny miały być wynikiem współżycia hrabiego ze służącą pełniącą rolę matki zastępczej. Adolf Hitler nazwał ją najniebezpieczniejszą kobietą świata.  W historii zapisała się jako waleczna królowa. Jaka naprawdę była Elżbieta - Królowa Matka?

- Przeczytaj także: Elżbieta Bowes-Lyon. Królowa Matka. Najbardziej niebezpieczna kobieta świata

Większość służby na stałe rezydowała w pałacu, w którym była Elżbieta I, będąc do natychmiastowych usług swej pani. Przysługiwały im różnorakie przywileje, które dodatkowo podnosiły koszty funkcjonowania dworu. I tak na przykład kucharze mieli prawo do zabierania dla siebie ogonów łososi, głów morświnów, świń, jagniąt, cieląt i części skór i łoju używanych na dworze. Ci, którzy dbali o oświetlenie pałaców, gromadzili wszystkie ogarki i wypalony wosk. Zatrudnieni przy przygotowywaniu puchu mogli go pobierać, dodatkowo otrzymując podroby drobiowe. Trzydziestu ośmiu dostawców żywności na dwór królewski kupowało, jeżdżąc po kraju, wszelakie produkty, często zaniżając ich wartość przy nabyciu, aby wpisać w księgi podwyższony koszt zakupu. Różnica pozostawała w ich kieszeni. Im więcej kupili, tym więcej zyskiwali. Kradziono drewno z prywatnych lasów, obsługujący pocztę królowej wypożyczali do prywatnych celów konie, oddając je w takim stanie, że zwierzęta nadawały się już tylko na rzeź. Jeśli ktoś usiłował się poskarżyć na złe traktowanie, mógł liczyć na więzienie.

Nic więc dziwnego, że nikt nie był zainteresowany wprowadzaniem oszczędności na dworze Tudorów i Stuartów. Gdy w 1610 roku sekretarz stanu sir Robert Cecil zaproponował tzw. Wielki Kontrakt, czyli spłatę królewskich długów w zamian za ustalenie ostatecznej, obowiązującej od danej chwili kwoty przeznaczonej na utrzymanie dworu, nikt nie był zainteresowany podpisaniem dokkumentu. Król obawiał się utraty prestiżu, a parlamentarzyści przeczuwali, że raz ustalona kwota nie tylko zamknie dodatkowe źródła dochodu, ale także zminimalizuje rolę królewskich kontrolerów i finansistów. Zapomniano o oszczędnościach i sprawa została dyskretnie odsunięta na bok.

Hentzner wspominał o królewskiej bibliotece zapełnionej księgami greckimi, łacińskimi, włoskimi i francuskimi – wszystkie oprawione w aksamit, wytłaczane złotem i srebrem.

Tymczasem utrzymywanie olbrzymiego dworu i wielu królewskich posiadłości kosztowało krocie.  Jak już wspomniano, części swoich dworów Elżbieta I nigdy nie odwiedziła, kilka rozpadło się podczas jej panowania, inne były w tak złym stanie, że nie nadawały się do zamieszkania. Ale pozostałe utrzymywano w ciągłej gotowości, na wypadek gdyby władczyni zapragnęła w nich zamieszkać. Musiały zatem spełniać wymagania królowej.

Królewskie potrzeby

I tak w pałacach i zamkach potrzebne były łazienki z basenami w roli wanien. Zaopatrzono je w specjalne piece, które nie tylko ogrzewały pomieszczenie ale także wytwarzały parę. W roli ubikacji występowało krzesło toaletowe, będące czymś na kształt pomieszczenia z wyściełanym siedzeniem, aksamitnymi poręczami, cynowym nocnikiem i wyhaftowanym królewskim monogramem. Nad wszystkim rozpięto baldachim z karmazynowo-złotego jedwabiu z zasłonami, które miały chronić władczynię przed zbyt natrętnym wzrokiem służby.

Podobne udogodnienia zapewniono wyższym rangą urzędnikom królewskim. Pozostali mieli do dyspozycji wspólne szalety, z których jeden zachował się do dzisiaj w Hampton Court. Obejmował on czternaście siedzisk w dwu poziomach, umieszczonych nad kanałem spustowym.

Oczywiście, powszechną praktyką było załatwianie się w rozstawionych w różnych kątach pałacu nocnikach, a często i poza nimi, co stanowiło niemałe utrapienie dla służby, która nie nadążała z opróżnianiem naczyń. Dodatkowo problem stanowiły duże zwierzęta, wprowadzane na pokoje, choć wyraźnie było to zakazane. Puszczane samopas, załatwiały się gdzie popadnie, dopełniając dzieła zniszczenia na i tak już mocno zabrudzonych pałacowych korytarzach. Nie było takiej liczby służby, która potrafiłaby nad tym zapanować.

A nade wszystko trzeba wprowadzić określone zasady, listy, porządek i odpowiedzialność.

Ile kosztuje królowa?

Nie ma możliwości, aby dokładnie porównać wartość pieniędzy z czasów elżbietańskich do dzisiejszej waluty brytyjskiej. Na początku XX wieku uważano, że kwoty z czasów Elżbiety należy pomnożyć sześciokrotnie, trzydzieści lat później mówiono już (A. L. Rowse), że współczynnik ten musi być przynajmniej dwudziestokrotny, a może nawet dwudziestopięciokrotny. Trudność ta bierze się stąd, że już w epoce Tudorów mieliśmy do czynienia z gwałtownymi okresami inflacji, psucia waluty i szeregu innych przyczyn. Na przykład za czasów Szekspira pszenica z ceny z sześciu szylingów za ilość około 13 kg (quarter) wzrosła do dwudziestu szylingów, by potem nadal rosnąć. Dodatkowa trudność leży w tym, że za czasów Elżbiety w Anglii obowiązywał niezwykle skomplikowany system monetarny. I tak monety angielskie  dzieliły się na:

-      złote, o wartości trzydziestu szylingów, ryle o wartości piętnastu szylingów, aniołki, pół-aniołki i ćwierć-aniołki

-      złote z gorszego złota o próbie dwudziestu dwóch karatów, suwereny, pół-suwereny, korony i półkorony

-      srebrne, obejmujące jedenaście różnych monet, w tym korony, pensy, grosze i farthingi.

Oprócz monet angielskich w obiegu były monety francuskie, hiszpańskie i holenderskie.

I tak nowa kareta kosztowała trzydzieści osiem funtów, trzynaście szylingów i dwa pensy. Sto sztuk jaj to wydatek dwóch szylingów, strzyżenie i golenie kosztowało szylinga i cztery pensy, a już wyrwanie zęba dwa szylingi. Prosię to wydatek sześć pensów, beczułka piwa – siedem szylingów, kapelusz ze złotą wstążką i złotym piórem – czterdzieści szylingów, dwie książki – czterdzieści sześć szylingów, oczyszczenie butów jego lordowskiej mości – cztery pensy.

Wartość każdego człowieka mierzona jest jego strojem.

- Sidney Spencer

Życie na dworze Elżbiety Tudor stało się wzorem do naśladowania dla tysięcy jej poddanych. Królowa, a przedtem jej ojciec – Henryk VIII byli ludźmi wykształconymi, którzy potrafili docenić znaczenie odpowiednich kwalifikacji u swoich poddanych. Tym samym dążyli do przełamania wielowiekowej tradycji zatrudniania na dworze wyłącznie członków rodów arystokratycznych, otwierając możliwości dla tych , którzy wykazywali się umiejętnościami. Dzięki temu styl życia królowej naśladował cały kraj. Gdy królowa sprawiła sobie jedwabne pończochy, stały się one obiektem pożądania w każdym dobrze sytuowanym angielskim domu.

Symbole monarchii

XVI wiek wprowadził i ustalił typ doskonałego dworzanina na doskonałym dworze. Znaczenie symbolu, jakim było królestwo, rosło z roku na rok. Monarchę otaczali ludzie, którzy z jednej strony byli jedynie poszukiwaczami posad, walczących do dodatkowe dochody, naciągający skarb królowej, czerpiący w odrażający sposób dodatkowe zyski z samego faktu piastowania swojej funkcji, a drugiej byli tam niezwykle utalentowani ludzie, choćby ich talent ograniczał się do umiejętności tanecznych, jak w przypadku Christophera Hattona, który przez dwadzieścia trzy lata zabawiał królową tańcem, aby w końcu uzyskać posadę lorda kanclerza.

Rytuały z czasów Elżbiety I ulegały zmianie wraz ze zmieniającymi się osobami, które zasiadały na brytyjskim tronie. Gdy dawniej marszałek miał obowiązek utrzymywać porządek w obrębie dwunastu mil wokół monarchy, dzisiaj minister bezpieczeństwa ma do dyspozycji nowoczesne sposoby zapewniające ochronę brytyjskiej władczyni. Służba kuchenna za czasów Elżbiety I spała w kuchni, dzisiaj dwór ma do dyspozycji pływalnię, sale treningowe, klub książki i czynną całą dobę poradnię. W Internecie można znaleźć oficjalny zapis królewskich zobowiązań, informacje o wolnych miejscach pracy w pałacu i szeregu planowanych uroczystości. Za pomocą mediów społecznościowych dwór obserwuje na stałe kilka milionów ludzi. I choć nadal przy Elżbiecie II, jak przy jej wielkiej imienniczce, trwają na służbie lord szambelan, lord steward i koniuszy, choć wciąż ma damy sypialni i garderobiane, tradycja powoli odchodzi w niepamięć. A może – ulega zmianie? Najbliższy pracownik królowej to jej prywatny sekretarz. I choć od zawsze był nim mężczyzna, być może wkrótce na tym stanowisku zasiądzie pierwsza pisząca monarsze przemówienia kobieta.

Dynastia Windsorów jest niewątpliwie ewenementem w skali światowej, została bowiem ni mniej ni więcej, tylko najzwyczajniej w świecie… wymyślona, powołana do życia ze względów, które dziś określilibyśmy mianem PR-u. Pojawiła się na świecie niczym przysłowiowy królik z kapelusza 17 lipca 1917 roku.

-> Przeczytaj także: Jak powstała dynastia Windsorów?

Cokolwiek nie uległoby zmianie na dworze brytyjskim, nadal jedno jest pewne. Jego mieszkańcy wciąż będą członkami wielkiego teatru, który jest podziwiany przez poddanych. Czasem z zachwytem, coraz częściej krytycznie, z szeregiem odwiecznych pytań o koszt tego widowiska. Ale póki co, warto na nie wydawać pieniądze brytyjskiego podatnika. Brytyjska rodzina królewska mimoj wszystko pozyskuje do budżetu więcej niż z niego otrzymuje. I głównie tym się chyba różni od swoich przodków. Bo jest kochana przez poddanych równie mocno, jak było to pięćset lat temu.

Cytaty pochodzą z książki Adriana Tinniswooda Brytyjska monarchia od kuchni. Publikację można kupić w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - emilly26
emilly26
Dodany: 2019-12-14 21:15:37
0 +-

Takie zycie to nie dla mnie.

Avatar użytkownika - isak
isak
Dodany: 2019-12-14 10:23:15
1 +-

Zachwycające i niezmiernie ciekawe! Bardzo interesuję się tą tematyką, a artykuł i tak mnie zaskoczył! 

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-12-14 10:14:26
0 +-

Zupełnie nie moja bajka.

Avatar użytkownika - slena1098
slena1098
Dodany: 2019-12-13 20:49:19
0 +-

Ciekawy artykuł i uświadamia, że nie chciałabym żyć na dworze. 

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-12-13 15:57:56
0 +-

Może warto, ale ja się nie skuszę.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-12-13 14:55:35
0 +-

I nie dla mnie.

Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-12-13 13:55:16
0 +-

Ja podziękuję... nie dla mnie.

Książka

Warto przeczytać