– Człowiek to zagadka, tajemnica. Wywiad z Lidią Sadkowską-Mokkas

Autor: Adrianna Michalewska
Okładka publicystyki dla – Człowiek to zagadka, tajemnica. Wywiad z Lidią Sadkowską-Mokkas z kategorii Brak kategorii

Pozornie psychologicznie „czytelny”, w rzeczywistości skomplikowany, utkany z paradoksów. Przez lata uwięziony w mroku legend, anegdot, frywolnych opowiastek, infantylnych dykteryjek. Przestał istnieć w zbiorowej świadomości jako pisarz, felietonista, autor filmowych scenariuszy oraz dialogów z należną mu literacką rangą. Postrzegany wyłącznie poprzez pryzmat obyczajowych ekscesów oraz atmosferę artystowskich salonów, które stworzył z drugą żoną, Kaliną Jędrusik. Dygat Pan to obraz Stanisława Dygata wyjętego ze stereotypów. Próba dotarcia do wewnętrznych światów, w których skrywa się siła napędowa jego życia, jak i twórczości. A przy okazji szeroka panorama powojennego życia literackiego. O książce opowiada nam autorka, Lidia Sadkowska-Mokkas.

Kiedy czytam Pani książkę Dygat Pan, dochodzę do wniosku, że zupełnie nie znałam Stanisława Dygata. 

Mnie też zaskoczył. Przed przystąpieniem do zbierania materiałów znałam najważniejsze utwory, ale ulegałam, jak większość, presji „społecznych wmówień” i sile stereotypów. Patrzyłam na niego (człowieka, a nie pisarza) dość powierzchownie i jednostronnie. Poprzez pryzmat „niezamierzonych” barwnych salonów, jakie udało mu się stworzyć razem z Kaliną Jędrusik w peerelowskiej, dość przecież zgrzebnej i siermiężnej, rzeczywistości. 

Odkryła go Pani na nowo. A może raczej pokazała go takim, jakiego nikt nie znał.

To pozostawiam ocenie czytelnika. Chciałabym wierzyć, że, udało mi się, chociaż w części, i jedno, i drugie. Starałam się przede wszystkim opierać na źródłach. Nie mieszać prawdziwych zdarzeń z legendą o Dygatach. Oczywiście w książce pojawiają się barwne, niekiedy nad wyraz obrazowe, obyczajowe anegdoty, ale czytelnik musi mieć świadomość, że opisane sytuacje są hipotetyczne. Mogły, ale też i nie musiały zdarzyć się naprawdę. 

W naszej rozmowie telefonicznej padło określenie, że Stanisław Dygat był postacią tragiczną. Jak bardzo był uwikłany w koszmar czasu, który mu przypadł w udziale?

Nie zawędrował na swoje prywatne „wyspy szczęśliwe”. Żył nieustanie w poczuciu niedosytu. Sądzę, że pozostał niespełniony w każdej płaszczyźnie życia: zawodowej, towarzyskiej i rodzinnej. W jego czas historyczny wpisały się dwie wojny. Druga przerwała jego młodość, a także oddaliła od profesjonalnego zajmowania się filmem. Pomimo ogromnego potencjału i zdolności, z powodu zawirowań oraz przedłużających się twórczych impasów, napisał mniej niż inni, zazwyczaj mniej utalentowani, ale za to bardziej zdeterminowani, koledzy-literaci. Wychowywany w willi na terenie prestiżowej Kolonii Staszica, musiał doświadczać, zapewne boleśniej niż pozostali, powojennej prowizorki, nieustannych migracji, konieczności budowania życia w przypadkowych miastach, miejscach, mieszkaniach. I, jak wynika z korespondencji, niezmiernie mu to ciążyło. Osobowościowo za obszerny, aby wpasować się w jakikolwiek polityczny system. Wewnętrzna autonomia, niezawisłość, niezależna natura przyczyniały się do tego, że rzadko pracował na etatach. A to z kolei przekładało się na problemy finansowe.

W urokliwym domku, z niewielkim ogrodem, na warszawskim Żoliborzu, którego inni mogli mu w ówczesnych realiach nieco zazdrościć, mieszkał krótko, zaledwie pięć lat. I to wtedy, kiedy już był ciężko chory, po zawale i ostrych epizodach kardiologicznych. Oczywiście miał chwile szczęścia, w których potrafił się całkowicie zatracać. Wielu oddanych przyjaciół, a przede wszystkim rozumiejące jego naturę, przyjaźnie nastawione obie żony. Mógł wielokrotnie korzystać z pozwoleń wyjazdów po Europie i do Stanów. Żyć w bohemiańskim stylu, a także, podobnie jak inni twórcy, „uszczknąć” co nieco z dobrodziejstw systemu. 

Co właściwie wiemy o Dygacie? Pochodził z inteligenckiej rodziny, jego dziadek był powstańcem z 1863 roku, skończył dobre liceum, doskonale wystartował w dorosłość. A potem świat się skończył i wybuchła wojna. 

Stanisław Dygat urodził się w Warszawie, 5 grudnia 1914 roku, w rodzinie architekta Antoniego Dygata i Jadwigi z Kurowskich. Rodzice pisarza poznali się we Francji, gdzie mieszkał ojciec, a matka przyjechała studiować medycynę. W spadku po francusko-polskich przodkach odziedziczył wojny napoleońskie, wielką emigrację oraz dwa powstania: listopadowe i styczniowe. Po protoplaście rodu, prapradziadku François Digat (pisanym jeszcze przez „i”) niefrasobliwość oraz nonszalancję. Po dziadku Ludwiku, uczestniku powstania styczniowego, drugie imię, hedonistyczne nawyki, zamiłowanie do kolei oraz sprawdzanie punktualności kursowania pociągów. Zanim zdobył maturę w konwikcie pijarów w podkrakowskich Rakowicach (w wieku 21 lat), był uczniem prestiżowego warszawskiego gimnazjum Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej przy Klonowej. Przyjaźnił się między innymi z Januszem Minkiewiczem, posiadaczem podobnego „gustu romantycznego”, z którym niebawem będzie zamieniał się na narzeczone. 

W życiu Dygata były dziesiątki, a może setki chwil, które określały kierunek jego twórczości. To niezwykłe, że zaczął od kontaktów z Witoldem Gombrowiczem. Potem było jeszcze lepiej. Promował go Jarosław Iwaszkiewicz i inni pisarze. Był częścią tego świata wielkich twórców czy raczej stał nieco z boku i szukał własnej drogi?

Zawsze był osobny. Od młodości żywił niechęć do reakcji stadnych. Egalitaryzm stolików Gombrowiczowskich w Małej Ziemiańskiej przy Mazowieckiej, a także Zodiaku przy Traugutta działał na niego onieśmielająco. Nie miał wówczas żadnego dorobku literackiego. Przysłuchiwał się dyskusjom. Chłonął atmosferę miejsca. Był milczącym elementem „świty” autora Ferdydurke. Ale w obraniu drogi pisarskiej pomógł mu nie zapracowany własną egzystencją Gombrowicz, a inni koledzy, najbardziej: Stanisław Piętak oraz Stefan Otwinowski. Fragmenty utworów odczytywał bardziej doświadczonym literacko przyjaciołom. W listach informował ich o twórczych planach. Korzystał z życzliwych rad. To zupełnie niezrozumiałe, kiedy patrzy się na tę wspólnotowość ze współczesnej perspektywy. Klimatu odpowiedzialności za kolegę – autora, braterstwa w pisaniu, czego na starcie doświadczał, co bardzo mu pomagało i co po latach doceniał, już dawno nie ma. Pisarz współczesny to osoba w procesie twórczym zupełnie samotna. A na Stawisku, w gościnnych progach Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, zaczął bywać jeszcze przed wojną.

Z naszkicowanego przez Panią obrazu pisarza wyłania się człowiek niezwykle delikatny. Wielowymiarowy, bardzo wrażliwy. Miał szerokie zainteresowania, kochał sport, sztukę, literaturę. A jednak jego powszechny wizerunek był zupełnie inny. Ukształtował stereotyp, który kazał ludziom przez lata patrzeć na Stanisława Dygata jako na celebrytę swoich czasów. Pokazuje Pani, jak bardzo niesłuszny jest ten osąd.

Był człowiekiem subtelnym, wewnętrznie kruchym, przewrażliwionym, łatwo go było zranić, chociaż trudno to sobie wyobrazić, biorąc po uwagę jego fizyczną dorodność. W tym postawnym, wysokim (186 cm wzrostu), przystojnym mężczyźnie skrywał się kilkunastoletni, wrażliwy, choć zbuntowany i przekorny chłopiec. Na ulicy, w latach powojennych, sprawiał wrażenie jakby wyrastał ponad peerelowski tłum. Był „pański”, ale w znaczeniu pewnego arystokratyzmu duchowego. To człowiek łaknący nieustannie świeżych wrażeń oraz wzruszeń. Szerokie zainteresowania (filmowe, teatralne, muzyczne, literackie, sportowe) to w pewnym sensie pokłosie atmosfery domu rodzinnego. Ojciec, Antoni Dygat, to nie tylko utalentowany architekt, ale tłumacz, meloman, znawca sztuki i poezji, człowiek rozlicznych pasji oraz rozległych horyzontów intelektualnych.  To również efekt przebywania w artystycznych rewirach przedwojennej Warszawy, wśród akolitów Gombrowicza. 

Był niezwykle charyzmatyczny, co przyciągało do niego ludzi. Tworzył, jak Pani napisała, niezamierzone salony literackie Warszawy. Jak to odbierano?

Obraz charyzmatycznego Dygata wyłania się ze wspomnień i zapisków. Na pewno miał w sobie „coś”, co przyciągało do niego innych. Dobrą energię, lekkość bytu, żywiołową inteligencję, błyskotliwość, specyficzne poczucie humoru. Jakieś magiczne i tajemnicze charme. Poza tym potrafił żyć fantastycznie na chwilę. Konsumował teraźniejszość jak najsmaczniejsze lody. Posiadał talent do zabaw i weselenia się. A z drugiej strony był niezmiernie wybredny w personalnych wyborach i wymagający. Stawiał „wybrańcom” wysokie poprzeczki natury artystycznej, zawodowej, a przede wszystkim moralnej, którym nie zawsze byli w stanie sprostać. Poza tym szybko się nużył, rozczarowywał i zniechęcał. Niewielu osobom udało się utrzymać do końca jego przyjaźń. Znajdować się w orbicie jego oddziaływań czy wpływów. Z tego powodu jego „salony”, zarówno ten mokotowski jak i żoliborski, były nie tylko „niezamierzone”, ale i rotacyjne. 

Wielką namiętnością Stanisława Dygata było kino. Skrytykował Trędowatą i Pana Wołodyjowskiego, był w tym bardzo antykoniunkturalny, co mnie zaskoczyło. Myślałam, że jako wielki miłośnik westernów Stanisław Dygat kochał popkulturę. 

Kinem zauroczył się w dzieciństwie. Stał się, jak mówił, „chłopcem zatraconym”, słuchającym bajki Piotrusia Pana. Dopisywał biografie aktorom, którzy spoglądali na niego z afiszy filmowych. Nawet nie znając fabuły, kształtował ich losy. Spóźniał się na lekcje, ponieważ biegł pod kultowe warszawskie kina, by kontemplować urodę gwiazd, w których się podkochiwał. A w dorosłym życiu nie ulegał zbiorowym modom. Potrafił zachwycać się czymś, czego inni nie zauważali. Twierdził, że w ocenie dzieła literackiego czy filmowego istnieje jedno kryterium: czy jest dobre, czy złe. Nie tyle skrytykował Trędowatą Jerzego Hoffmana, co poczuł się urażony tym, że reżyser ostatecznie nie uwzględnił jego wysiłków scenariuszowych w scenopisie. Pan Wołodyjowski też go nie zachwycił, pomimo że w jedną z pierwszoplanowych ról wcielał się „twór na wskroś polski”, Daniel Olbrychski. Ale tak samo nie zachwyci go inny filmowo-telewizyjny hit Czterej pancerni i pies. Był wybredny w wyborach, niezależny i krytyczny w opiniach. Dużo oczekiwał od twórców: literatów, aktorów, reżyserów. Od siebie zresztą też.

Porozmawiajmy jeszcze o najtrudniejszym etapie życia Stanisława Dygata. Był inwigilowany przez służby specjalne. Dlaczego?

Na celowniku służb znalazł się po podpisaniu Listu 34. W 1971 roku MSW założyło pisarzowi kwestionariusz osoby rozpracowywanej. Inwigilacja nasiliła się po złożeniu podpisu pod Memoriałem 101 (proteście przeciwko niedemokratycznym zmianom do Konstytucji). Może jego psychologiczna i egzystencjalna proza daleka była od komentarzy czy podtestów politycznych, ale za to felietony, a przede wszystkim niekończące się, wyzbyte autocenzury rozmowy telefoniczne irytowały ówczesne władze. Dygat był odważny i bezkompromisowy w wyrażanych sądach. Nie dawał się zmanipulować, przekupić, prowadzić na smyczy. Odgrywał rolę opiniotwórczą w środowisku. Skupiał wokół siebie znaczące nazwiska twórców, na których poglądy i opinie miał znaczny wpływ. 

Odszedł w domu, umierając na zawał serca. W maszynie znaleziono kartkę z zanotowaną sceną, gdy do baru wchodzi kobieta, której „rodzaj elegancji pozwolił ją od razu zakwalifikować” – śmierć lub bogini kina. Znaleziono go przy telefonie. Ale Stanisław Dygat żył właściwie ze słuchawką w ręku. Kochał rozmowy telefoniczne. Dzisiaj, w dobie telefonów komórkowych, byłby szczęśliwy.

W epoce smartfonów na pewno byłby szczęśliwy. Wyobrażam sobie, jak idzie ulicą i rozmawia przez telefon komórkowy, nie zauważając nikogo i niczego. W rozmowach telefonicznych zatracał poczucie czasu i zatapiał się absolutnie. A finał życia rzeczywiście miał dramatyczny. Był przybity przebiegiem posiedzenia kolaudacyjnego „Palace Hotel” – filmu powstałego na podstawie Dworca w Monachium. Mocno przeżywał krytyczne sądy oraz opinie, a w konsekwencji zniweczenie pracy całego zespołu oraz odrzucenie filmu. Szlachetnie i rycersko bronił młodej reżyserki Ewy Kruk, całą odpowiedzialność za wymowę obrazu biorąc na siebie. Stanisław Dygat, co smutne, otoczony na co dzień mnóstwem osób, odchodził w styczniowy mroźny wieczór 1978 roku w zupełnej samotności. W otoczeniu domowego zwierzyńca – ukochanych psów i kotów. 

Pani książka jest imponująca. Opracowała Pani setki przykładów z życia Stanisława Dygata, podała doskonałą literaturę, przytoczyła mnóstwo listów i anegdot z jego życia. Czy udało się Pani bliżej poznać i zrozumieć Dygata? Mnie się on ciągle wymyka.

I tak ma zostać, bo Dygata nie da się domknąć. Gdyby się dało, nie byłby Dygatem. To nie jest człowiek tuzinkowy, „od… do…”. Losów bohaterów, których powoływał do literackiego życia, też nie domykał. Przypadek?

A my? Czy wiemy o sobie wszystko? Przyzwyczailiśmy się do szablonów, schematów, etykietek, domysłów, szufladek, psychologicznych „łatek”. Zapominając, że człowiek to zagadka, tajemnica. Zadziwiony światem, ale i samym sobą. Pisał o tym „zadziwieniu” w swoich mikropowieściach, opowiadaniach, felietonach, scenariuszach. A expressis verbis wyraził już w Jeziorze Bodeńskim. W jednym z okupacyjnych listów do Stanisława Piętaka dodawał: „Widzę się… od wszystkich stron”. I tak starałam się go pokazać: relatywnie, nie pomnikowo, jak najbardziej prawdziwie, „od wszystkich stron”. Zauważyła Pani w recenzji, że dotykam istoty jego osobowości. Chciałabym, aby tej istoty dotykał wraz ze mną czytelnik, a przy okazji doświadczał alternatywnych światów, w których tak czarownie odnajdywał się i poruszał na co dzień Stanisław Dygat.    

Książkę Dygat Pan kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.