Dobrze się trzymać sztuki. Wywiad z Anną Fryczkowską

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Dobrze się trzymać sztuki. Wywiad z Anną Fryczkowską z kategorii Brak kategorii

– Marianna Razik nawet teraz, w 20 lat po śmierci, mocno ogrzewa dusze, dodaje odwagi i uczy wierności sobie. Kiedy myślę o tamtym poharatanym pokoleniu, które po ponad pięciu latach wojny jednak się podniosło, cieszyło, kochało, to głupio mi, że narzekam. A poza tym podróż Marianny i Franciszka inspiruje – mówi Anna Fryczkowska, autorka książki Cyrkówka Marianna

Jak poznałaś Mariannę Razik?

Po napisaniu poprzedniej książki, bardzo trudnej dla mnie emocjonalnie Równonocy, czułam się kompletnie pozbawiona weny i energii. Pracować nie mogłam, a że były wakacje, postanowiłyśmy z córką przejechać się do Płocka. A tam prawie od razu trafiłyśmy do Muzeum Etnograficznego w spichlerzu nad Wisłą. I nieoczekiwanie, wśród świątków, rzeźb, przedmiotów życia codziennego, nagle znalazłyśmy kompletnie odmienne od reszty miejsce. W jednej z wnęk wisiała barwna peleryna w koale, bogato zdobiona, obok plakat cyrkowy, że wystąpi „znany w całym kraju Objazdowy Zespół pod pseudonimem Arnolda i Marisse Botticellisse”. A nad tym wszystkim obraz, na obrazie pokaz, chyba cyrkowy, dwójka ludzi na scenie, szczupła dziewczyna i półnagi atleta w łańcuchach, z widowni przypatrują się tej parze tłumy ludzi, nad nimi napis: Niechaj pokojem zakwitnie świat cały. Obok ta sama dwójka, w odlotowych szatkach, zwołuje we wsi ludzi na przedstawienie, a jeszcze na trzecim kadrze tych dwoje czeka na poboczu, a może modli się w lesie o poranku, nie byłam pewna.

Zaraz przeczytałam opis i okazało się, że para z obrazu istniała naprawdę, nazywali się Marianna i Franciszek Razikowie, przez prawie ćwierć wieku jeździli z występami cyrkowymi po Polsce. I że po latach ta sama Marianna Razik zaczęła te swoje cyrkowe wspomnienia malować na obrazach. Kiedy kupiłam w muzealnym sklepiku broszurkę o niej, już po chwili potwierdziło się: to świetna historia! Dziewczyna z niewielkiej wioski rusza w cyrkową podróż po Polsce z niedawno poznanym mężem, przedwojennym siłaczem. I to jeszcze w tym fascynującym, tuż powojennym czasie. Podróżują, kochają się, wymyślają coraz to nowe numery… I już po chwili przestałam czuć się pozbawiona weny i energii, bo zaczęłam wchodzić w nową opowieść, historię cyrkówki Marianny.


Malarstwo Marianny Razik

Żałujesz, że nigdy nie zetknęłaś się z nią w rzeczywistości?

Pewnie że tak. Zmarła w roku 2000, więc szukając prawdy o niej, musiałam się zadowolić tym, co po niej zostało – obrazami, dokumentami, relacjami. Prawie wszyscy, którzy się z nią zetknęli, mówią, że ją się albo od razu kochało, albo z miejsca odrzucało. Nie każdy umiał wejść w jej poetykę, bo Marianna do końca życia była nieco teatralna, troszkę nadekspresyjna, nadawała ton towarzystwu – ale ci, którym to nie przeszkadzało, zakochiwali się w jej osobowości.

Marianna to – jak sama wyznaje w Twojej powieści – jedenaste dziecko Barbary z domu Kacprzak i Franciszka Razików, co gospodarowali w Jeżewie–Wesel na sześciu morgach. Coś jeszcze wiemy o dzieciństwie Marianny?            

Swoje dzieciństwo opisała w autobiografii, spisanej ręcznie na prośbę jednego z muzealnych etnografów. Wiejska bieda, choroby, głód, mało pola, ojciec dorabiał wytwarzaniem kołowrotków. Najbardziej jednak bolesny jest fakt, jak strasznie Marianna chciała się dalej uczyć i jak bardzo rodziny nie było na to stać. Była zdolna, chętna, kochała czytać, ale zaraz po skończeniu czterech klas (na piątkach, jak lubiła wspominać) musiała iść do pracy, żeby wspomóc rodzinę. Najpierw służyła u nauczyciela w sąsiedniej wsi, a potem, w wieku 15 lat, pojechała do Warszawy. Tam od zwykłej „służącej od wszystkiego” w kilka lat awansowała na pomoc dentystyczną w jednym z gabinetów prowadzonym zresztą przez jedną z pierwszych w Polsce dentystek kobiet. Marianna zawsze była bardzo otwarta i na rozwój, i na zmianę.

A potem przyszła wojna.

Marianna na piechotę wraca z Warszawy do domu. Kiedy jej młodszy brat dostaje wezwanie na roboty do Niemiec, zamiast niego zgłasza się ona, uznając, że brat jest zbyt słabego zdrowia i tego wyjazdu może nie przeżyć. Marianna pracuje w Prusach przez kilka lat, potem ucieka stamtąd przed armią radziecką przez zamarznięty Zalew Wiślany, na piechotę, razem z innymi uchodźcami, i znowu wraca do domu pod Ciechanów.

Wojna pozostawiła Mariannę w jakiś sposób kaleką. Ale i świat, w którym Marianna żyje, jest w jakiś sposób kaleki. W tym świecie – jak piszesz – dzieci dalej bawią się w wojnę, a dorośli kulą na dźwięk udawanego ostrzału.

Czy można było wyjść z tej wojny niepokiereszowanym psychicznie? Dzieci, straumatyzowane po wojnie, moczące się do łóżka, niektóre z fobią ciemności czy świeżo nabytą klaustrofobią, dzieci osierocone i skrzywdzone, dalej bawiły się w zabijanie. Dzisiejsi psychologowie powiedzieliby pewnie, że wcielając się w zabawie w role ofiar lub oprawców odreagowywały traumę.

Gdy instytucje zawodzą, kobieca wspólnota jest nie do przecenienia.  

- wywiad z Anną Fryczkowską o książce „Wdowinek”.

Wydaje się też, że jest to nadal bardzo męski świat, chociaż nadchodzą już nowe, inne czasy.

PRL popierał emancypację kobiet, często nieco wymuszoną, bo w wielu rodzinach jedyną żywicielką zostawała matka. Ale też i o pracę było względnie łatwo. Państwo szybko zaczęło dawać wsparcie w wychowywaniu dzieci – powstawały żłobki, przedszkola, świetlice szkolne, stołówki. Kobiety zaczęły wychodzić z kuchni, z domu, część niechętnie i zmuszona okolicznościami, wiele jednak poczuło nową, niezwykłą moc – zarabiały na siebie i rodzinę, stawały się w miarę niezależne. Mówię „w miarę”, bo na ogół ta jedna pensja nie starczała na utrzymanie całej rodziny.

Piszesz w ogóle nie jest dobrze być kobietą, gdy świat ciągle niebezpieczny, gdy dzieci ciągle od ciebie jeść chcą, a ojca o jedzenie nie zapytają, bo to mama jest od karmienia.

Tak było, mimo tej deklarowanej emancypacji. Od dzieci była matka. Ona nie mogła sobie pozwolić na załamania, bo zbyt wiele od niej zależało. I to ją, nie ojca, osądzało otoczenie, gdy nie umiała sprostać roli rodzica oraz ogarniaczki codzienności, a obie te role, w powojennych, trudnych warunkach, wymagały mnóstwa heroizmu.

 Marianna jednak – na przekór światu, na przekór ludziom – nie wchodzi łatwo w ten schemat. Zamiast tego wyrusza w drogę, żeby dawać ludziom radość – tak sama definiuje swoją misję. Ale chyba przy okazji robi coś jeszcze.

Razem z mężem ruszają w cyrkową trasę po Polsce i będą tak jeździć przez kolejne 23 lata. Całe ich gniazdo rodzinne to oni dwoje i cztery walizy. Nie zbudują nic materialnego, nie dorobią się, będą się mocno trudzić, spać byle gdzie i dobrze bawić, bo lubią swoją pracę. A przede wszystkim czują misję – chcą dawać ludziom radość i zapomnienie.

Udaje jej się, bo Przedstawienie to magia, zmienia ludzi. Nas w artystów, a resztę ludzi – w publiczność. Na zdjęciach, które udostępniałaś, widać dwoje ludzi, skromną scenografię, raczej tandetne kostiumy. A i „nawijka”, jak powiedziałaby dziś młodzież, niezbyt przekonująca. Jakim cudem to działa?

Działało. Ludzie i wtedy, i teraz, doceniali szczerość, pasję i poczucie humoru. A kiedy telewizja zaczęła trafiać pod strzechy, a publiczność zaczęła być nieco zblazowana, bo wolała oglądać kowbojów w serialu „Bonanza” niż siłaczy na scenie w remizie, wtedy Razikowie zakończyli swoją wielką podróż. Genialne wyczucie czasu, tak myślę. Albo niezwykła opieka Opatrzności, tak by pewnie powiedziała o tym Marianna.

A jakim cudem może działać przedziwny związek, jaki Marianna tworzy ze swoim mężczyzną? Oboje kalecy, w jakiś sposób ułomni, a jednak potrafią dać szczęście i sobie nawzajem, i tym, którzy się z nimi zetkną?

Oboje nie chcieli zagrzewać miejsca, sensu upatrywali w drodze i sztuce, byli poszukującymi nomadami, a nie gniazdownikami. Dobrze, że na siebie trafili. Pokaleczeni psychicznie, leczyli i wzmacniali się wzajemnie.

Dla nich życie to ciepły piec i jedzenie na nim?

Ani przez chwilę. Życie było dla nich sztuką, misją i miłością. Bardzo mi to bliskie.

Nie mogę nie zapytać o tę jogę, medytację, uważność, której Arnoldo uczył Mariannę, bo świadomość tego typu praktyk – szczególnie w tych czasach i w Polsce – wydaje się zupełnie nieprawdopodobna.

Nie zapominaj, że joga ma 4 tysiące lat, a Indie jednak nie są aż tak daleko od Polski. Z braku wiadomości o samym Franciszku dużo czytałam o innych przedwojennych siłaczach i sportowcach. Z narastającym zdumieniem odkrywałam w kolejnych biografiach, jak wielką rolę w treningach atletycznych pełniły staroindyjskie techniki oddechowe, były do tego podręczniki, zalecali je trenerzy.

Z jednej strony joga, z drugiej – wiara Marianny. Wiara ludowa, prosta, bardzo bezpośrednia. Ludzie należący do inteligencji – szczególnie dzisiaj – najczęściej tego rodzaju postawą trochę gardzą, a trochę z niej szydzą. Ty patrzysz na to inaczej.

Byłam kiedyś mocno wierząca, ciągle pamiętam tamte emocje, i ten rodzaj zaufania do losu, że to co się przydarza, musi być dla ciebie najlepsze, skoro tak postanowiła Opatrzność. I że jeśli będziesz mocno wierzyć, to Pan Bóg, Matka Boska lub któryś ze świętych w podbramkowej sytuacji cię wspomoże. Taką wiarę miała w sobie Marianna, z tego czerpała siłę, szanuję to.

Mimo to Marianna Cię nie nawróciła...            

Nawet ona nie dałaby rady.


Marianna Razik z obrazem Matki Boskiej

A jednak spotkanie z nią coś w Tobie zmieniło – nie czytałem chyba jeszcze Twojej tak jasnej, w gruncie rzeczy pogodnej książki.             

Oj tak, Marianna Razik nawet teraz, w 20 lat po śmierci, mocno ogrzewa dusze, dodaje odwagi i uczy wierności sobie. Kiedy myślę o tamtym poharatanym pokoleniu, które po ponad pięciu latach wojny jednak się podniosło, cieszyło, kochało, to głupio mi, że narzekam. A poza tym podróż Marianny i Franciszka inspiruje. Bardzo doceniam, że zamiast budowania materialnego bezpieczeństwa wybrali wędrowną misję niesienia radości znękanym ludziom, że mieli z tego przyjemność, no i trochę kasy na życie.            

Marianna nauczyła mnie, że dobrze się trzymać sztuki, bo daje ona siłę i spełnienie. No i że nie warto się bać, bo można po raz kolejny i kolejny zacząć na nowo, a do tego zrobić to w sposób udany.

Myślisz, że ta zmiana w Twojej twórczości będzie trwała?            

Zobaczymy. Na razie polubiłam pisanie na faktach, widzę w tym wielki potencjał, tyle jest nieodkrytych postaci, zwłaszcza kobiecych, które mnie pociągają, i tyle opowieści, które chciałabym zrekonstruować i zapisać.

Ostatnio mam na celowniku dzieje jednej, niezwykłej chłopskiej rodziny. Opowieść o niej zaczynam w roku 1816, niezwykłym roku zarazy pustoszącej wówczas Kujawy, gdzie na domiar złego dochodzi do całkowitego zaćmienia słońca. W tych okolicznościach zaczyna się opowieść o historii chłopskiego rodu, który ciągle szuka miejsca dla siebie, sposobu na życie, boryka się z pańszczyzną, próbując w tamtym nieludzkim systemie zachować godność i sprawić, by dzieciom żyło się lepiej niż im. Opieram się na pamiętnikach mojego dziadka i ojca, mocna historia, obaj umieją opowiadać. Zostaję więc w wiejskich wszechświatach.

Fotografie Marianny Razik i jej obrazów pochodzą ze zbiorów Działu Etnografii Muzeum Mazowieckiego w Płocku.

Książkę Cyrkówka Marianna kupicie w w księgarni swiatksiazki.pl

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Cyrkówka Marianna
Anna Fryczkowska;

Warto przeczytać