W Zawrociu można sobie przypomnieć, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Wywiad z Hanną Kowalewską

Autor: Sławomir Krempa

– Zawrocie było ze mną niemal zawsze. Wymyśliłam to miejsce dla siebie, gdy byłam nastolatką. Dobrze mi się tam mieszkało w marzeniach. Wokół była peerelowska szarzyzna i siermiężność, a ja mieszkałam w dworku, za wysoką bramą, która oddzielała mnie od wszystkich bubli i problemów realnego świata – mówi Hanna Kowalewska, autorka popularnego cyklu o Jantarni i serii książek o Zawrociu. Właśnie ukazała się powieść Okna z widokiem na Weronę, w której czytelnicy mają okazję poznać dalszy ciąg historii Matyldy i Pawła. 

fot. Agnieszka Herman

Nie potrafi Pani rozstać się z Zawrociem?

Nie potrafię i nawet nie próbuję. Ten świat żyje w zakamarku mojej wyobraźni własnym życiem. Otwiera się przede mną i zamyka. Ja też otwieram się na niego i zamykam. Tak to jakoś funkcjonuje. Gotowe scenki, dialogi, pomysły pojawiają się czasami niczym nie sprowokowane, także i wówczas, gdy zajmuję się innymi książkami – widzę swoich bohaterów, czuję ich, jestem z nimi. I tylko trzeba to zapisać. Nawet gdy ogłosiłam kilka lat temu koniec serii, to w pisarskiej szufladzie zawrociańskie życie toczyło się dalej – i to dość intensywnie. Mogłam to wszystko tam zostawić albo podzielić się z czytelnikami.

Zawrocie, dom i posesja były zresztą ze mną niemal zawsze. Wymyśliłam to miejsce dla siebie, gdy byłam nastolatką. Dobrze mi się tam mieszkało w marzeniach. Wokół była peerelowska szarzyzna i siermiężność, a ja mieszkałam w dworku, za wysoką bramą, która oddzielała mnie od wszystkich bubli i problemów realnego świata. Gdy postanowiłam się wyprowadzić z wszelkich fikcji, Zawrocie dostało się Matyldzie, głównej bohaterce serii. I dobrze. Dzięki temu zostało ze mną, mogę tam wracać i cieszyć się tym miejscem.

Dla Pani pierwotnie Zawrocie było zatem miejscem ucieczki od rzeczywistości, swoistą idyllą. Czytelnicy, wracając do kolejnych części cyklu o Zawrociu, też mogą się tego spodziewać?

Powieści rządzą się innymi prawami niż marzenia... Tak naprawdę żadna z książek z serii nie jest idylliczna, sporo tam całkiem poważnych spraw i realnych problemów, choć nie żałuję czytelnikom także i ciepłych czy sielskich fragmentów. Tego lata, w Zawrociu i cała seria zaczyna się od otwierania domu, do którego Matylda nie miała wcześniej wstępu. Może wejść tam tylko dlatego, że jest po pogrzebie babki, co nie jest specjalnie idyllicznym zdarzeniem. Matylda w pierwszym akapicie powieści ma w sobie wiele sprzecznych i negatywnych uczuć, nazywa swoją babkę, której właściwie nie znała, czarownicą. Próg domu przekracza z niechęcią i z duszą na ramieniu, ale gotowa jest się ze wszystkim zmierzyć – zwłaszcza z kobietą, która nigdy jej nie przytuliła, a teraz może jedynie z przekory dała jej wszystko, co posiadała. Przed Matyldą dużo rodzinnych kwasów, bo nikt nie spodziewał się, że cały spadek dostanie się właśnie jej. Duch babki zdaje się dalej stukać laską... To mógłby być początek horroru, ale mamy inną opowieść – psychologiczną grę, której czytelnik może do końca nie dostrzegać, uwiedziony urokiem lata, Zawrocia, fortepianowej muzyki i namiętności.

Okna z widokiem na Weronę mogłyby z kolei być… kryminałem? 

W tej powieści rzeczywiście są sceny i wątki, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się w kryminale, choć ja nie piszę kryminałów. Ale lubię przekraczać granice gatunków. W Czterech rzęsach nietoperza Matylda właściwie prowadzi własne śledztwo, wspierana przez miejscowego policjanta.

Życie nie mieści się w żadnym formacie czy gatunku i gdy się chce opowiedzieć coś prawdziwego czy ważnego, nie zważa się na formalne ograniczenia.

Tak czy owak, tajemnice, które usiłuje rozwikłać Matylda w Oknach z widokiem na Weronę są dość mroczne. Idzie śladem zmowy milczenia, ognia i przemocy, ale staram się to zrównoważyć innymi wątkami. To też powieść o miłości, namiętności, która często wymyka się spod kontroli, o skomplikowanych relacjach rodzinnych, o przyjaźni, pomocy, o urodzie życia, o ludziach, którzy się nie poddają, o silnych kobietach... Zawrocie może nie jest idyllą, ale staram się by było azylem. W tej powieści też w kominku płonie kilka szczap, można się ogrzać, posłuchać dobrych rozmów, przebywać z interesującymi bohaterami.

Można odnieść wrażenie, że świat wokół się zmienia, a w Pani powieściach o Zawrociu niemal stoi w miejscu. Zupełnie, jakby czas płynął tu inaczej…

Czas rzeczywiście w Zawrociu płynie inaczej. Zdaje się nie płynąć w ogóle albo bardzo wolno, a nawet zataczać koła czy rozlewać się w jakichś odnogach retrospekcji... Trochę sobie żartuję, ale to poważna sprawa, coś, z czym mam problem. Wszystko wynika z tego, że akcja siedmiu tomów obejmuje tak naprawdę zaledwie niecałe dwa lata gdzieś około 2000 roku. Na początku pilnowałam realiów tamtych czasów, teraz właściwie czas jest nieokreślony, zakrzywia się ku współczesności choćby tym, że wprowadzam bardzo ostrożnie współczesne gadżety. To, że powieściowy czas jest taki, a nie inny, ma swoje konsekwencje, jak choćby taką, że w pewnym momencie musiałam porzucić komentowanie współczesności. To mnie trochę ogranicza jako autorkę, ale być może zyskują na tym czytelnicy, bo wchodząc w moje powieści z serii o Zawrociu, mogą odpocząć od zgiełku otaczającego ich świata, polityki, przemijalnych konfliktów, medialnych burz czy klimatu wielkiego centrum handlowego, jakim powoli staje się świat.

W Zawrociu można sobie przypomnieć, co tak naprawdę w życiu jest ważne – i spotkać z samym sobą. Oczywiście w tych chwilach, gdy nie goni się za akcją.

Tym razem jednak na plan pierwszy wysuwa się nie samo Zawrocie, ale miejsce, które widać z jego okien – tajemnicza Werona. Miejsce, którego dotąd Matylda niemal nie dostrzegała…  

Matylda już raz zawędrowała do ruinki – w Czterech rzęsach nietoperza. Obejrzała nadpalony komin, resztki ścian, nawet się chwilę nad tym miejscem zastanawiała, ale miała inne tajemnice do odkrycia, a przede wszystkim był to czas narkotycznego niemal zakochania, które wszystko trochę przesłaniało. Cóż, autorka też nie od razu dostrzegła potencjał tego miejsca... A potem nagle Werona objawiła mi się bardzo mocno, niemal już od razu gotowa do rozpanoszenia się w powieści. Mam tak czasami z bohaterami czy miejscami – nie dają się zlekceważyć czy porzucić.

O Weronie niemal wszyscy chcą zapomnieć, próbują zniechęcać Matyldę do zgłębiania jej tajemnic, mówiąc, że to złe miejsce. Tyle że – jak pisze Pani w powieści – Miejsca są niewinne. Co innego ludzie.

I tak jest. Werona to klimatyczne miejsce, z ciekawą historią, urokliwe nawet po zniszczeniach, jakich doznało. Nie tylko Matylda go broni. Jest kilka innych osób, dla których Werona była miejscem miłości czy wspaniałą kryjówką dla grzeszków młodości. Ale w jej historii kryją się też dramaty, zwłaszcza jeden, o którym wszyscy chcą zapomnieć. Stąd zmowa milczenia, próby zmuszania Matyldy, by przestała drążyć związane z ruinką tajemnice. Te tajemnice zdają się przyczerniać to miejsce. Mimo tego mam nadzieję, że czytelnicy pokochają Weronę jak kiedyś Zawrocie.

Okna z widokiem na Weronę to już kolejna książka, w której Matylda na stałe mieszka w Zawrociu. Myśli Pani, że udało jej się już zadomowić?

W poprzednich powieściach cyklu Matylda dzieliła czas między Warszawę a Zawrocie, ale było oczywiste, że to miejska dziewczyna, związana z teatrem, galeriami, kawiarniami. W Oknach z widokiem na Weronę jej domem staje się już na dobre Zawrocie, a Warszawę odwiedza z doskoku. Matylda kocha Zawrocie, ale wciąż uczy się funkcjonowania na prowincji, trochę jej jeszcze nie rozumie. W zadomowianiu się w Zawrociu pomaga jej Paweł, dla którego to zawsze był dom. On potrafi też lepiej radzić sobie z dużą posesją, bo patrzył latami, jak robiła to babka Aleksandra. Ale czy Matylda jest już naprawdę zadomowiona i czy to jej miejsce do życia? Sądzę, że ktoś taki jak ona zawsze będzie rozdarty między miastem a prowincją, między kulturą a naturą. Czuję, że tak naprawdę Matylda będzie miała dwa domy. Dla czytelników tak byłoby zresztą lepiej. Myślę, że jest trochę takich fanów serii, których przyciągnęło to, że razem z Matyldą mogli wędrować po zapleczu teatru, zaglądać na wernisaże, zgłębiać sekrety artystów. Choć oczywiście więcej jest takich czytelników, których przyciąga styl życia w Zawrociu, prowincjonalny rytm, który trochę odmienia Matyldę, więc także narrację. Matylda ma w Zawrociu czas na kontemplowanie świata, dostrzeganie jego urody, ale też ma czas zagłębić się w sprawy i problemy, inaczej spojrzeć na siebie, bliskich jej ludzi, rodzinną przeszłość.      

A czy udało jej się już wejść w buty babki Aleksandry?

W buty babki Aleksandry wejść trudno, nawet niemożliwe, bo to była kobieta wyjątkowa. Matylda nawet tego nie próbuje, choć czasami jak babka Aleksandra jest zmuszona rozstrzygać spory i podejmować decyzje w ważnych rodzinnych sprawach. Tak dzieje się także Oknach z widokiem na Weronę. Matylda musi jednak znaleźć własny własne sposoby na poradzenie sobie ze sprawami, których babka Aleksandra nie wyprostowała w przeszłości. I musi znaleźć własny styl bycia „panią na Zawrociu”.

A to nie jest łatwe. „Tutejsi" wciąż postrzegają ją jako niemal obcą osobę. Niektórzy nawet jako uzurpatorkę? Matylda wciąż słyszy, że dziś już nie ma tu „żadnej hierarchii", że „świat się zmienił"... 

Ludzie lubią, jak są jakieś stałe punkty w rzeczywistości i ktoś, kto nimi pokieruje, da przykład, będzie wyrocznią smaku, wyglądu, zachowania, ostateczną instancją wszystkiego. To ich wtedy zwalnia z odpowiedzialności. Mieszkańcy Lilowa mieli taką osobę, babkę Aleksandrę. Czasami uwierało ich jej sobiepaństwo czy krytycyzm, ale zawsze ją podziwiali. Matylda ma inny sposób życia niż mieszkańcy miasteczka, dość kontrowersyjny. Jest w ciąży z jednym mężczyzną, żyje z innym, który jest w dodatku jej ciotecznym bratem. Nie mieści się w małomiasteczkowych normach i nie bardzo ją one obchodzą. Nie bardzo nadaje się na wyrocznię i ostateczną instancję. 

Fakt, że niektórzy mimo tego wciąż „służą" nowej „pani na Zawrociu" może trochę zaskakiwać... Lojalność?

Raczej: zobowiązania! Matylda odziedziczyła po babce Aleksandrze nie tylko Zawrocie, ale też w jakimś sensie pozycję w miasteczku i... Jóźwiaków – mieszkającą w pobliżu rodzinę, która ma wobec Zawrocia dług. Spłacają go, dbając o posesję. Stanisław Jóźwiak jest kimś w rodzaju zarządcy, ogrodnika, palacza, wykonawcy różnych prac niezbędnych w dużej posiadłości. Jego żona sprząta, czasami też gotuje, piecze, prasuje itd. Dzięki nim w Zawrociu jest ciepło, czysto, syto, trawa skoszona, śnieg odgarnięty, psy nakarmione. Matylda i czytelnicy mogą zajmować się dużo przyjemniejszymi sprawami, jak choćby odkrywaniem tajemnic...

Choć nadal trochę obca w okolicy, Matylda znajduje przynajmniej pierwszą prawdziwą miejscową przyjaciółkę...

Żeby przetrwać na prowincji, trzeba mieć wokół siebie jakichś ludzi. Z tym był u Matyldy problem. Próba zaprzyjaźnienia się z ekscentrycznymi mieszkańcami osady nad jeziorem, przyjaciółmi Pawła, nie bardzo się powiodła. W mieście samotność można zagospodarować na wiele sposobów, w małym miasteczku jest niewiele możliwości – zwłaszcza gdy się nie zna jego mieszkańców. Kiedy Paweł wyjeżdża do Paryża, Matylda zdaje sobie sprawę z tego, że prowincja ma swoje blaski i cienie. Aż tu nagle zjawiają się Magda Zielinka i jej mąż!

Zielinkowie objawili mi się w komplecie już podczas pisania Czterech rzęs  nietoperza w zabawnej scenie, w której można obserwować bardzo „włoskie” małżeństwo. Zdecydowałam jednak, że muszą zostać w szufladzie, bo powieść i bez nich jest za gruba. Nie oni jedni musieli latami czekać na swoją kolej. Dobrze się zresztą stało, bo w Oknach z widokiem na Weronę Zielinkowie mogli zaistnieć w ciepłym, chwilami komicznym wątku, co bardzo tej powieści było potrzebne. Bez Magdy ta książka by się chyba nie udała. Także i tytułowa Werona byłaby ponurym miejscem, a dzięki opowieściom Magdy nabrała uroku. Matylda zyskała przyjaciółkę, której bardzo potrzebowała, a ja dobrą postać, dzięki której wszystko łatwiej się opowiadało.  

Innych bohaterów powieści również poznajemy lepiej lub odkrywamy ich inną stronę...

Jak w życiu, ludzie się zmieniają. Czasami tylko w naszych oczach. Teraz są zresztą takie czasy, że ludzie zaskakują jakby bardziej niż dawniej. Może kiedyś mocniej trzymali się masek?

Ja lubię, gdy mi się postać nagle przemienia, zaskakuje. W serii o Zawrociu było już kilka takich przemian, na przykład Jasiek, ojciec dziecka, którego spodziewa się Matylda. Jasiek z Góry śpiących węży to ktoś zupełnie inny niż ten, który objawia się w Innej wersji życia czy Przelocie bocianów.

Poznanie – to oczywiście kluczowe słowo. Im lepiej kogoś poznajemy, tym więcej o nim wiemy. Ale w moich powieściach bywa i tak, że coś wytrąca bohatera z jego dotychczasowego życia. Nowe okoliczności ujawniają cechy, których wcześniej nie było widać. Jesteśmy sumą potencjalnych JA.

W Oknach z widokiem na Weronę chyba najbardziej zmienia się nasze spojrzenie na Emilę.

Nadal jednak trudno polubić tę bohaterkę...

Kuzynka z piekła rodem, znienawidzona przez większość, kochana przez nielicznych. Mimo że cioteczną siostrę Matyldy poznajemy już w „Tego lata, w Zawrociu”, to ciągle jedna z najmniej opisanych postaci. Rysowałam ją grubymi czarnymi kreskami, bez szczegółów, czasami w przerysowując jej wady. To też jedna z najbardziej tajemniczych postaci. Niby jej motywacje są oczywiste - chciała dostać Zawrocie, a przypadło ono Matyldzie, więc wypowiada rodzinną wojnę, ale Matylda cały czas czuje, że nie wszystko o Emili wie. Relacje Pawła z Emilą też nie są dla niej jasne. Jest tu wiele napięć, nieporozumień, czynów, które dziwią. Emila naprawdę potrafiła we wcześniejszych tomach narobić bałaganu w życiu Matyldy i Pawła. Nie zdradzę, jak jest w „Oknach z widokiem na Weronę”. Mogę tylko powiedzieć, że zobaczymy tę postać w zupełnie nowym świetle.   

Wielkim nieobecnym w tej powieści jest Paweł. Nie chciała Pani za szybko doprowadzić swoich bohaterów do happy endu i dlatego wysłała go Pani za granicę? 

Matylda rzeczywiście jest w Zawrociu sama, ale nie chodzi o happy end. Gdyby Paweł był w Zawrociu w chwili, kiedy Matylda trafia na trop Werony, to opowiedziałby Matyldzie wszystkie tajemnice tego miejsca w godzinę i Matylda nie trudziłaby się nad ich odkrywaniem przez ponad 600 stron powieści. Paweł jest idealnym ukochanym i partnerem dla mojej głównej bohaterki, bo z racji zawodu, który uprawia... znikającym i zajętym. Muzyczna kariera ma swoje wymagania. A tu jeszcze musi lecieć do Paryża, by i zająć się sprawami kuzynki, Wiktorii Krampp.

Ale nie powiedziałabym, że on jest wielkim nieobecnym. Kontakt telefoniczny z Matyldą jest intensywny, w dodatku Matylda idzie tropem tajemnicy związanej także i z nim. W myślach Matyldy Paweł jest stale obecny. W jej pamiętniku też.

Mimo, że bohaterowie są od siebie tak daleko, mamy w powieści mnóstwo szczegółów, analizowania wzajemnych gestów, słów, a czasem niedopowiedzeń...  Czasem zastanawiam się nad tym, jak wiele osób rzeczywiście tak je analizuje?

Musimy pamiętać, że Matylda i Paweł są ciągle jeszcze w fazie zakochania. Jest luty, oni zamieszkali ze sobą późną jesienią, a jeszcze uciekł im czas, gdy Paweł musiał lecieć na kilka tygodni do Stanów, co opisałam w Czterech rzęsach nietoperza. Teraz znowu są rozdzieleni. To naprawdę świeża miłość, oni się jeszcze poznają, co nie jest łatwe. Paweł ma ksywkę „Pan Kłódeczka”. Nic dziwnego – nie jest skory do zwierzeń. A Matylda jest ciekawska.

Myślę też, że oboje mają problemy, które są teraz zmorą współczesnych trzydziestolatków. Są mianowicie ludźmi po przejściach. Mają już za sobą różne związki. Matylda straciła męża. Ile z tego opowiadać, a ile zachować dla siebie? Oboje mieli też skomplikowane życie rodzinne. Czasami nosi się w sobie cudze tajemnice, które druga strona wyczuwa. A gdy się zostaje z tym niedosytem wiedzy samemu w dużym domu, w środku zimy, w nieśpiesznym życiu, bo ciąża trochę Matyldę spowalnia, to o analizy nietrudno. 

Właśnie – ciąża. Matylda nie jest jeszcze gotowa na macierzyństwo? Odkłada jak może moment zbadania płci dziecka, zakupu wózka, zabawek... A przecież brak pieniędzy jest tutaj jedynie pretekstem. 

Kiedyś, w wielodzietnych i wielopokoleniowych rodzinach, dużo łatwiej było nie tylko dorosnąć do macierzyństwa, ale też mieć pewność, że dostanie się w razie potrzeby właściwą pomoc. Czasy mamy teraz niespecjalnie sprzyjające macierzyństwu.

Nie wiem, czy Matylda nie jest na nie gotowa. Może chodzi o coś innego. Mamy tu różne sygnały. Raz wydaje się, że lęka się, iż coś pójdzie nie tak, jak w przypadku jej siostry, która dwa razy poroniła. Innym razem wydaje się, że Matylda boi się, że będzie złą matką, bo nie miała dobrego przykładu w domu. Jest jeszcze inny powód – ma ojczyma, który odegrał w jej życiu bardzo negatywną rolę, i gdzieś w środku może czaić się lęk, że takie układy się nie sprawdzają i Paweł może nie pokochać cudzego dziecka. Takie są tropy. Sama Matylda nie do końca rozumie swoje motywacje, a jest narratorką, więc nie wiemy, jak to z nią tak naprawdę jest. Jest też inny trop - może półświadomie opóźnia pełne zaangażowanie w macierzyństwo, bo chce być jeszcze choć przez jakiś czas zakochaną kobietą, a nie potencjalną matką. Sytuacja Matyldy jest niełatwa. Na horyzoncie pojawia się ojciec dziecka, przedtem raczej uciekający, a teraz ruszający w pogoń za tym, co utracił. To komplikuje już i tak skomplikowane sprawy. Dojrzewanie do macierzyństwa to zresztą długi proces. Czasami dziewięć miesięcy nie wystarcza. Nie wiem, jak to będzie z Matyldą. I całe szczęście. Gdybym wszystko wiedziała, to byłoby nudne.  

Ale wierzy Pani w szczęśliwe zakończenia? Bo – jak Pani pisze – „trzeba w nie wierzyć na ślubie". A Paweł coraz mocniej naciska, by zaplanować już ślub z Matyldą... 

Matylda straciła już męża. Filip popełnił samobójstwo, choć może ktoś mu w tym pomógł. Historia tej miłości najpełniej jest opisana w Masce Arlekina, trzeciej części cyklu. Matylda ma więc powody, by nie wierzyć w szczęśliwe zakończenia. Utraciła zresztą też inną wielką miłość – ukochanego ojca. W Oknach z widokiem na Weronę ten wątek wzbogaca się o nowe odsłony. Jednak nie wiem, czy o to chodzi w zwlekaniu ze ślubem. Paweł długo na Matyldę czekał, chce już załatwić formalności, uporządkować ich sprawy, wierzy w moc obrączki. Matylda instynktownie to opóźnia, choć jest bardzo zakochana. Jak w przypadku macierzyństwa, do końca nie znamy jej motywacji. Tropów jest wiele.

Dla mnie postępowanie Matyldy to objaw zdrowego rozsądku. W fazie zakochania nie warto podejmować decyzji na całe życie. Teraz ślub w ogóle stał się jakimś fetyszem, przepustką do raju, a może być przepustką do piekła, jeśli ludzie się nie dobiorą. Miłość to jedno, małżeństwo to drugie, ale to nie dla wszystkich teraz jest oczywiste. Ja bardziej wierzę w chwilowe szczęśliwe zakończenia. Ale oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły.  

Nie pozostawi Pani jednak swoich bohaterów w tym bezczasie na kolejnych kilka lat?

Matylda i Paweł to niezła para. Mają szansę. To wszystko, co mogę powiedzieć. Moi czytelnicy zresztą nie życzyliby sobie, bym im zdradzała szczegóły dalszych losów tej pary. Dla nich najważniejsze jest to, że w ogóle biorę pod uwagę jakiś ciąg dalszy. W postach na Facebooku już się cieszą, że zakończenie daje nadzieję na kontynuację.

Zwłaszcza, że Zawrocie kryje przed nimi chyba jeszcze wiele tajemnic?

Sądząc po zawartości mojej pisarskiej szuflady rzeczywiście jest ich jeszcze całkiem sporo. I naprawdę są zaskakujące. Na razie jednak wybieram się do innego fikcyjnego miejsca, do Jantarni. Inka czeka.

Mogłabym umieścić akcję powieści w Jastarni, przecież Jantarnia ma z nią wiele wspólnego, ale wybrałam świadomie fikcyjne miasteczko, bo to daje mi więcej swobody twórczej. Z Jantarnią i jej mieszkańcami mogę zrobić wszystko, co chcę. Wprowadzam do swojej powieści kaszubskie rody, hafty, coś z kaszubskiej mentalności, ale tak naprawdę wiem więcej o podlaskich miasteczkach po sezonie niż nadmorskich. Jantarnia uwalnia mnie od trzymania się ściśle realiów. Dzięki temu to miejsce rozrasta się w mojej wyobraźni swobodnie.

- wywiad z Hanną Kowalewską na temat cyklu o Jantarni

Okna z widokiem na Weronę kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-12-04 23:06:14
0 +-

Przymierzam się do tego cyklu już od jakiegoś czasu. Może wreszcie się zdecyduję.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-12-04 18:53:37
0 +-

Nie znam ani autorki, ani cyklu książek.

Avatar użytkownika - slena1098
slena1098
Dodany: 2019-12-04 18:51:53
0 +-

Interesujący wywiad. 

Avatar użytkownika - natanna
natanna
Dodany: 2019-12-04 16:32:56
0 +-

Czytałam trzy pierwsze tomy....może przezytam i resztę...opowieść pani Hanny brzmi zachęcająco...

Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-12-04 15:45:12
0 +-

Też nie znam "pióra" Pani Hani.

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-12-04 14:46:47
0 +-

Jeszcze nie znam autorki.

Książka
Okna z widokiem na Weronę
Hanna Kowalewska

Warto przeczytać