- Jestem bardzo bezwstydna. Rozmowa z Hanną Cygler

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla - Jestem bardzo bezwstydna. Rozmowa z Hanną Cygler z kategorii Brak kategorii

Jest Pani jedną z nielicznych polskich autorek, które nie wstydzą się etykiety „literatura kobieca”, nie twierdzą, że tworzą „literaturę środka”. Mówi Pani, że po prostu pisze romanse. Bardzo przepraszam - nie wstyd Pani? 

Oczywiście, że nie, i jestem pod tym względem bardzo bezwstydna. Etykietę „literatura kobieca” narzucił mi na wstępie rynek wydawniczy i niosę ją wysoko jak flagę, z honorem. Żyjemy w czasach, w których wszystko musi mieć swoją nazwę i musi zostać zaszufladkowane. W ten sposób pozbawiamy się sami niuansowania i możliwości wyciągania własnych wniosków. To nie był mój pomysł, ale nie mam zamiaru z nim walczyć. A co jest złego w słowie „kobieca” czy w opisywaniu uczuć?

 

No właśnie - nic. Tylko dlaczego tak wiele osób uważa, że powinno się wstydzić współtworzenia gatunku, który od lat króluje na szczytach list bestsellerów?

Może dlatego, że w tym przypadku brakuje im glorii, którą mogłoby być uznanie przez krytykę literacką. W związku z tym, że krytyki literackiej, która zajmowałaby się literaturą popularną, w zasadzie dzisiaj już nie ma - zwłaszcza w dziedzinie romansów - niezbyt się tym przejmuję.

Ostatnio z pewnym zdziwieniem czytałam niedzielną książkową wkładkę do „New York Times’a”. Zauważyłam, że recenzowane były tam również powieści kobiece. I to przez kogoś, kto nie poniża autorek, ma rozeznanie w branży i potrafi te książki odpowiednio usytuować. Dziwne, prawda?

 

Dziwna jest raczej sytuacja, w której większość krytyków nie ma najmniejszego pojęcia o książkach, które cieszą się uznaniem dziesiątek tysięcy czytelników. Ale - żeby nie było tak słodko - napisała Pani kilkanaście powieści - wszystkie uznałaby Pani za literaturę kobiecą? Czy nie ma Pani poczucia pewnej powtarzalności tego gatunku? Tego, że pisząc romanse, skazuje się Pani na pewne schematy fabularne czy „sztance” w relacjach pomiędzy tworzonymi bohaterami? 

To w równej mierze pytanie do autorów kryminałów. Wszyscy przecież poruszamy się w przestrzeni literatury popularnej, opartej na schematach, i to od pisarza zależy, w jaki sposób z nimi gra i co chce dodatkowego powiedzieć. A wracając do pierwszego pytania: czy wszystkie to literatura kobieca? W zasadzie nie ma to żadnego praktycznego znaczenia. Myślałam wcześniej, że jest to literatura obyczajowa, rynek zadecydował inaczej. I dalej decyduje, na przykład zmuszając wydawców do wyboru określonego typu okładki dla tych powieści. Ja naprawdę nie zabraniam czytania moich książek mężczyznom, ale rozumiem, że niektórzy mogą mieć pewien problem, biorąc do ręki powieść, która ma na okładce „panią od tyłu”.

 
Może uznajmy po prostu, że okładki powieści kierowanych do kobiet zdecydowanie nie są dla nikogo powodem do dumy. A z czego autorzy powieści obyczajowych mogą być dumni? 

Chyba z emocji, jakie wzbudzają nasze książki u czytelników, którzy często identyfikują się z postaciami i z ich losami do tego stopnia, że czytają książkę do rana, by się dowiedzieć, jak się skończy. To chyba największe szczęście dla autora. A duma to chyba wtedy, kiedy pamiętają, o czym czytali. 

Z pewnością może Pani być dumna z miłości, jaką obdarzają Panią czytelnicy. Podobno otrzymuje Pani od nich liczne podarunki. Najdziwniejszy to? 

Nie przesadzajmy, to zwykłe plotki rozsiewane przez Mariolę Zaczyńską. Dostałam raz portret, który młoda dziewczyna narysowała na podstawie internetowej fotografii i plecioną rzeźbę z napisem „Głowa anioła” wraz z wierszem. To są zawsze niezwykle wzruszające momenty, kiedy człowiek spotyka się z czymś takim – ktoś bezinteresownie poświęcił mu swój czas i talent. A to bezcenne.  

 

Porozmawiajmy przez chwilę o powieściach W cudzym domu i Za cudze grzechy - dlaczego właśnie końcówka XIX wieku?

Odpowiedź jest prosta: pomyślałam, że napiszę powieść, której akcja toczyłaby się w czasach moich pradziadków. Chciałam ich lepiej poznać. Chciałam dowiedzieć się, jak żyli, czym się zajmowali - bo przecież to wszystko działo się tak niedawno. Już w połowie pierwszej części uznałam, że to historia na więcej tomów. Akcję powieści Za cudze grzechy zakończyłam już w 1905 roku. Kolejna część będzie nieco inna i mniej związana z cyklem – wysyłam moich bohaterów za ocean jako pionierów.


Na ile ważne jest dla Pani tło historyczne? 

Oczywiście można do tej sprawy podchodzić w różny sposób. Są powieści, w których tło historyczne jest rzeczywiście tylko tłem - i to takim zaobserwowanym raczej na filmach, a nie wypracowanym na skutek lektury książek historycznych. Inne powieści chcą uczyć czytelnika historii. Ja nie lubię nikogo nauczać, więc pomyślałam sobie, że spróbuję raczej zainspirować. Historia powinna być jak najbardziej prawdziwa i udokumentowana (nie będę się jednak popisywać, wymieniając bibliografię). Przewija się dyskretnie, w narracji bohaterów, w dialogach i staram się, żeby nie przytłaczała fabuły. 

 

Zdecydowanie lubi Pani cykle powieściowe, trudno więc nie zapytać, czy pisanie kontynuacji powieści jest trudniejsze (z powodu konieczności rozwinięcia wątków, postaci, fabuły) niż zaczynanie nowej historii?

Nie wiem, jak jest u innych, ale dla mnie jest łatwiejsze. Znam już świat powieści, bohaterów i wiem, na co ich stać. Wymyślenie dalszych ich losów to czysta przyjemność. Losy Włodka Halmana rozwinęłam z dwóch kartek w Deklinacji męskiej/żeńskiej do dwóch tomów cyklu Czas zamknięty.  

Czy historia ma być sposobem na „uszlachetnienie” powieści, wyróżnienie się spośród innych autorów? A może pełni ona w Pani książkach jeszcze inną rolę?

Moje pierwsze książki obyczajowe, które były dla mnie współczesnymi, kiedy zaczynałam je pisać, dzisiaj mają charakter historyczny, co jedynie dowodzi tego, jak relatywne jest pojęcie czasu. To właśnie czas mnie najbardziej fascynuje - ten we wszystkich rodzajach i odcieniach: teraźniejszy, przyszły niedokonany, czas zaprzeszły i przeszły. Tym się zajmuję. 

 

A przestrzenie, miejsca, w które wysyła Pani swoich bohaterów - odwiedza je Pani wyłącznie za pośrednictwem Google Street View, czy też nie wyobraża sobie Pani pisania o jakimś mieście czy kraju bez uprzedniego odwiedzenia go? 

Kiedy zaczynałam pisać, nie było jeszcze wujka Gugla, musiałam więc polegać na pamięci i wyobraźni. Mam jednak szczęście, że nie jestem autorką kryminałów, którą czytelnicy rozliczą za nieprawidłowy kolor komisariatu czy brak bruku na ulicy. Ja oddaję atmosferę miejsca, a nie szczegół. Chociaż wolę opisywać zakątki, w których już byłam, jak najbardziej wyobrażam sobie osadzenie akcji w nieznanym mi miejscu. Oczywiście wymaga to wówczas większego przygotowania, ale to akurat lubię. Poza tym tworzę fikcję literacką, a nie przewodniki.

 
Z pewnością szczególne miejsce zajmują w Pani sercu powieści, których akcja rozgrywa się w Gdańsku….

Zwłaszcza pierwsza z nich, Tryb warunkowy, którą celowo osadziłam blisko siebie. Od urodzenia mieszkam w Gdańsku, więc był to naturalny wybór.  


Dużo jest w Pani powieściach własnych doświadczeń, przeżyć, spotykanych na co dzień ludzi?

Wydaje mi się, że do napisania dobrej literatury obyczajowej potrzebny jest bagaż doświadczeń własnych. Jestem już w tym wieku, że ten bagaż stał się dość ciężki i chętnie się go stopniowo pozbywam. Może jeszcze ktoś inny z niego skorzysta?

 

Żadna z koleżanek-pisarek nie obraziła się na Panią po wydaniu Złodziejek czasu? Co - w kontekście tej książki - warto byłoby wiedzieć o relacjach pomiędzy autorkami literatury kobiecej”? Wydawałoby się, że walczą Panie o uwagę tego samego - przepraszam za wyrażenie - targetu. Przyjaźń między autorkami jest możliwa? 

Pretensje to miała Joasia Jodełka, że niby insynuuję w powieści, że jej biust jest wynikiem operacji plastycznej. Oczywiście, to była fikcja literacka. Biust Jodełki jest jej własny!

 


 

autorki

Hanna Cygler i Joanna Jodełka na Literackim Woodstocku

fot. Facebook.com


 

 

A relacje są bardzo burzliwe, zważywszy na fakt, że większość autorek to osoby wrażliwe (czytaj: neurotyczne), ale i bardzo twórcze. Natomiast nie bardzo rozumiem pytanie o walkę o ten sam target. To niby co? Jak czytelnik przeczyta Cygler, to już mu się odechce podobnych książek na wieki? I nie przeczyta Olejniczak czy Fryczkowskiej? To tak nie działa. Życie mnie nauczyło, że tylko współpraca ma sens i do czegoś prowadzi, a nie rywalizacja.

 
Uważa Pani, że pisania można się nauczyć? Że są jakieś sztuczki pisarskie, sprawdzone sposoby, które zawsze sprawdzają się w literaturze? 

Myślę, że należy nauczyć się przywoływać natchnienie w sytuacjach, kiedy się ono ociąga. W moim przypadku najlepiej sprawdziło się dokładne przemyślenie fabuły, zanim przystąpiłam do pisania i sporządzenie ogólnego konspektu rozwoju akcji. Ale chyba cały czas się jeszcze uczę.   

 

Pani recepta na doskonałą fabułę?

 Gdybym ją miała, rozmawialibyśmy dziś z Hollywood. Oczywiście, pozostaje kwestia tego, co uznamy za doskonałość. Czy będzie to coś, co spodoba się milionom, czy też niewielkiej grupie „wtajemniczonych”, ale to takie akademickie dywagacje. Moje pisanie przypomina raczej „gonienie króliczka”. Za każdym razem wydaje mi się, że jestem na tropie czegoś wspaniałego. 

Czy po kilku latach od napisania zmieniłaby Pani coś w swoich książkach?

W ostatnich latach moje wydawnictwo – Dom Wydawniczy Rebis –wznawia moje wcześniejsze powieści. Mam więc okazję do zmian, ale nie wprowadzam poważniejszych poza eliminowaniem grafomańskich wpadek. Jeśli będę miała ochotę zmierzyć się z podobnym tematem jeszcze raz, napiszę sobie nową książkę. 


Kiedy pisanie powieści przeradza się w sztukę?

 Odpowiem trochę przewrotnie. Już samo poprawne pisanie jest sztuką, a to w przypadku obecnie wydawanych powieści staje się stopniowo coraz rzadsze. 

Jest Pani również tłumaczką. W związku z tym, czy jest jakaś książka, którą chciałaby Pani przetłumaczyć? Czy bierze Pani pod uwagę napisanie własnej książki w innym języku niż polski?

Jestem tłumaczką, ale nie tłumaczę literatury. Tylko raz przetłumaczyłam książkę Joanny Czechowskiej na język polski. Zrozumiałam wówczas, jakie to trudne i odpowiedzialne zadanie. I bardzo kiepsko płatne. A własnej książki nie napiszę w innym języku niż polski, bo niestety nie mam aż takich kompetencji językowych.

Zna Pani doskonale język szwedzki - zna Pani świetnie i literaturę skandynawską, która od lat cieszy się na całym świecie niesłabnącą popularnością. W czym tkwi sekret jej sukcesu? W czym tkwi jej siła? I dlaczego - poza nielicznymi mimo wszystko sukcesami polskich autorów kryminałów i na pewno nie zakrojonymi na tak szeroką skalę - chyba żaden rodzimy pisarz nie zdobył tak dużej popularności?

Literatura skandynawska zawdzięcza swój sukces doskonałemu połączeniu przyzwoitych powieści z doskonałym marketingiem, wsparciem polityki kulturalnej państwa czy edukacji państwowej. Kiedy przyjrzymy się sukcesom Szwedów, to zauważymy, jak doskonale wychodzi im wszystko, za co się zabiorą. Mogą to być składane mebelki, seriale telewizyjne czy kariera zespołów muzycznych. Zagadka być może polega na tym, że ich sukcesy są wynikiem pracy zespołowej. Ludzie potrafią ze sobą współpracować, żeby osiągnąć wspólny cel. I to jest ta ogromna siła.

Dodatkowo można wspomnieć o znacznie wyższym prestiżu pisarza w społeczeństwie, o recenzowaniu literatury popularnej w gazetach, obecności książek i autorów w programach telewizyjnych, bynajmniej nie niszowych, o doskonałym systemie bibliotek, o znacznie silniejszej demokracji, dla której bardziej przydatni są ludzie "gramotni", a nie półanalfabeci. Nie można też zapomnieć o dobrze kojarzącym się wizerunku Skandynawii za granicą. Mówić dalej?

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy
Recenzje miesiąca
Drogowskazy
Wiktor Osiatyński
Okładka książki - Drogowskazy
Zadry
Dominik Rutkowski
Okładka książki - Zadry
Świat kupek
Terry Pratchett
Okładka książki - Świat kupek
Ekoświrek. Bajka ekologiczna
Katarzyna Terechowicz
Okładka książki - Ekoświrek. Bajka ekologiczna
Pokaż wszystkie recenzje