Tomasz Szwed: Chwała Zielonym Lasom!

Autor: Justyna Gul
Okładka publicystyki dla Tomasz Szwed: Chwała Zielonym Lasom! z kategorii Brak kategorii

J.G.: Jest Pan prawdziwym erudytą. Muzyk, kompozytor, autor bajek dla dzieci, ale też psychoterapeuta. To różne dziedziny, a jednak łączą się ze sobą na pewnej płaszczyźnie wrażliwości. Skąd takie życiowe wybory?

 T.Sz.: To chyba nie kwestia wyborów, tylko ciągu naturalnych wydarzeń. Muzyka przyciąga słowo i odwrotnie. Słowo od krótkiej piosenkowej formy urasta do prozatorskich konstrukcji. Słowo się mnoży i rozrasta, szuka innych połączeń. Mam swoją opowieść. Tę osobistą i tę wymyśloną, wyprowadzoną z wyobraźni. Dzielę się nią z innymi za pomocą piosenek, wierszy i książek, na koncertach i spotkaniach autorskich. Stąd już krótka droga do opowieści innych ludzi. Psychoterapia to też słowo, tyle że głębsze, wieloznaczne, opowiadające o bardzo osobistym doświadczeniu. Tym też można się dzielić i wymieniać, bo psychoterapia to przede wszystkim spotkanie. 

 

J.G.: Podobnie, jak w przypadku zawodu, tak i w samej muzyce nie ogranicza się Pan do jednego gatunku muzycznego, prawda?

 T.Sz.: To również kwestia słowa. Powstającego tekstu piosenki. Ona ma swój charakter, nastrój, rytm, więc potrzebuje odpowiedniej muzycznej oprawy. Czasem jest to konkretny styl, gatunek, co znaczy, że moje piosenki są różnorodne. 

 

J.G.: Czytając książeczki o klinice dla zwierząt w Leśnej Górce, ma się wrażenie, że las traktuje Pan jak swój dom i dobrze się pan w nim czuje. Czy tak w istocie jest?

 T.Sz.: Las to moja rodzina. Ojciec był nadleśniczym w Puszczy Kozienickiej, więc zwykłą koleją rzeczy serce bije mi radośnie, gdy widzę zielony mundur leśnika. Las był moim miejscem zabaw i do dzisiaj jest we mnie przekonanie, z bardzo wczesnych lat dzieciństwa, że z wiewiórkami można rozmawiać.


J.G.: Nie kusiło Pana, żeby – wzorem ojca – zostać leśnikiem?

T.Sz.: Tylko raz, po jego śmierci. Kiedy chce się wypełnić puste miejsce w pełnej rodzinie. Kiedy próbuje się przejąć rolę, której zabrakło w systemie rodzinnym. Może moje opowiastki o lesie to jakiś rodzaj większej, rodzinnej opowieści, gdzie las jest naturalną częścią życia. Może dlatego moja mała wówczas córka Danusia wymyśliła zwrot używany przy powitaniach pomiędzy zwierzętami w lesie: - Chwała Zielonym Lasom! Na co ja zaproponowałem odpowiedź: - I Czystej Wodzie Chwała!

 

J.G.: Jak zaczęła się Pana przygoda z pisaniem?

 T.Sz.: Od zabawki – małego czarnego pieska z plastiku na czerwonych kółkach. Byłem tak poruszony tym prezentem, że bawiłem się nim i śpiewałem o nim piosenkę (w miarę możliwości tekstowych i kompozytorskich). Później pojawiły się wiersze. Zastanawiające jest dla mnie to, że nie były opiewaniem miłości do szkolnych koleżanek, tylko opisem świata. Ten świat był podmiotem lirycznym, a nie ja, w przeciwieństwie do tego, co najczęściej się zdarza młodym twórcom. 

 

J.G.: Jak narodził się pomysł na bajkę dla dzieci Klinika Małych Zwierząt w Leśnej Górce? Skąd czerpał pan inspirację?

 T.Sz.: Zaczęło się od opowiadań w pisemku dla przedszkolaków. W którymś momencie połączyły się w większą formę, w wyraźny i pełen szczegółów świat. Później wizyty w nim stały się coraz częstsze, poznawałem nowe zwierzęta i ich codzienność. Inspiracje są w każdym lesie, na łące i nad wodą, ale najwięcej jest tam, gdzie toczy się akcja, czyli w zachodniej części Borów Tucholskich, na Zaborach.


J.G.: Porusza Pan w książce niezwykle istotne tematy i problemy – jest tu postawa wobec inności i wyznanie małych Nietoperzy, że wszyscy się z nich śmieją, jest problem braku kontaktu z dziećmi i zamknięcia się na ich problemy itp. Czy to wynik obserwacji rzeczywistości? Sądzi pan, że Klinika...  czy Jesień w klinice… poruszą nie tylko serduszka małych czytelników, ale i ich rodziców?

 T.Sz.: Nie trzeba zbytnio skupiać się na rzeczywistości, żeby zauważać bolesne wydarzenia. Dlatego „Klinika” to ciepły świat życzliwych zachowań, wyjaśnionych nieporozumień, pomocy i wsparcia. Świat szanujący odmienności i odrębności, a równocześnie wspólnotowy i integrujący. To świat, w którym chciałbym żyć. Takie potrzeby i oczekiwania ma każdy rodzic i każde dziecko – wszyscy, niezależnie od wieku, potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa i akceptacji.  

 

J.G.: W swojej pracy psychoterapeuty wykorzystuje Pan bajkoterapię?

 T.Sz.: Każda rozmowa w terapii jest rodzajem modelowania zachowań, pokazywania struktury indywidualnych światów. Bajka jest takim przykładem, pokazującym konflikty i propozycje ich rozwiązania. Zawsze taką rolę spełniała. W obecnej chwili może mniej w niej symboliki i metafor, ale daje punkt odniesienia, oparcie, przekonanie, że „coś można, lub czegoś nie można”. Coś może się udać, skoro ktoś tego doświadczył. Uczymy się przez naśladownictwo, odwzorowanie, więc każdy pozytywny (lub negatywny) przykład jest rozwojowy. 


J.G.: Czy mógłby Pan polecić książki – dzieciom i dorosłym, które pomagają w dążeniu do szczęścia?

 T.Sz.: Mogę polecić książki w ogóle. To one budują nasz bardzo indywidualny świat wyobraźni. To one rozbudzają twórcze myślenie. Umiejętność łączenia zbiorów znaczeniowych i nadawania im nowego wyrazu. Obserwuję na spotkaniach z dziećmi, jak ograniczający wpływ ma karmienie ich gotowymi kalkami świata, telewizyjnymi wizerunkami, skończonymi i nazwanymi. Wymyślając wspólnie z dziećmi bajki, zauważam, jak trudno się pozbyć wszechobecnych popkulturowych wzorców. Na pytanie, kto szedł przez łąkę (którą już wcześniej stworzyliśmy), padają imiona filmowych bohaterów, czyli Spiderman, Konik Pony, Barbie, Pingwin czy wampir (zależnie od tego, co aktualnie jest modne). Tylko jeden chłopiec na dwie szkoły powiedział: przez łąkę szła Muzyka. Książki rozwijają myślenie abstrakcyjne, współodczuwanie, pobudzają do rozwoju płaty czołowe i przedczołowe, a to dzięki nim jesteśmy homo sapiens. Tam, gdzie jest socjalizacja antycypująca, tam wzrasta poziom dobrostanu, równowagi, tworzenia sensów, a – co za tym idzie – czerpania satysfakcji z życia. 

 

J.G.: Jest Pan członkiem zespołu terapeutyczno-badawczego Fundacji „A kogo?" w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Jak się pracuje z małymi pacjentami? Skąd czerpie Pan siłę, żeby być silnym także za dzieci?

 T.Sz.: Nasz kontrakt na razie się zakończył, ale wiem, że również naszym udziałem jest to, że kilkoro małych pacjentów już chodzi, mówi i tworzy swoje nowe życie. To oni mają siłę, moc i doświadczenie, które sprawia, że pomimo pewnych ułomności (w potocznym rozumieniu) są dalej w swym rozwoju niż ich rówieśnicy.
 

 

J.G.: Czytałam również o Pana podróży do Indii. Co próbował Pan tam znaleźć?

T.Sz.: To samo, czego szukają i po co jeżdżą tam wszyscy ludzie Zachodu. Doświadczenia „innego świata”, egzotyki, dotknięcia cywilizacji starszej niż nasza, metafizycznego doznania. Pół roku medytacji i nauk, bycia w innej rzeczywistości może wzbogacić sposób widzenia świata i rzeczy. O to właśnie chodziło.

 

J.G.: W jednym z wywiadów stwierdził pan, że najważniejsze jest „Wędrować i uczyć się drogi”. W jakim kierunku pan teraz zmierza?

T.Sz.: Przyznam, że nie wiem. Brzmi to pewnie dziwnie w czasach ukierunkowania na cele i zadania, ale tak mi łatwiej otwierać się na nowe możliwości, na przypadki, na oferty, które składa codzienność. Patrzenie tylko na horyzont zabiera wrażenia płynące z najbliższej okolicy, a to właśnie tu dzieje się „teraz”. 

 

J.G.: Czy mali i duzi czytelnicy doczekają się „Zimy w Klinice Małych Zwierząt w Leśnej Górce”?

T.Sz.: Oczywiście. „Zima” już jest w planach Wydawnictwa BIS, które wydaje moje książki. Czekam teraz na śnieg, żeby pojechać do Lasu i porozmawiać ze Zwierzętami, które nie śpią. W końcu to są ich opowieści, ja je tylko spisuję.

 

J.G.: Dziękuję serdecznie za rozmowę. Czego mogę Panu życzyć na jego zakończenie?

T.Sz.: Wędrówek z moimi małymi czytelnikami poprzez mój świat. Niech stanie się światem wspólnym. Niech dzieci poczują, „jak to jest być Nietoperzem”. Jak to jest być Zwierzęciem, jak z tego miejsca widzieć Człowieka i co to w nas zmienia. Chwała Zielonym Lasom!

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy