Pół roku Chochoła...

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Pół roku Chochoła... z kategorii Brak kategorii

Jeśli w Polsce (a wszystko na to wskazuje) faktycznie dojdzie do przedterminowych wyborów, politycy PiS – a przede wszystkim: bracia Kaczyńscy – będą musieli przyznać się do porażki. Pytanie tylko, czy te wybory zmienią cokolwiek na polskiej scenie politycznej i doprowadzą do czegoś więcej, niż tylko do szczytowego zniechęcenia Polaków wobec polityków i polityki?

Po raz kolejny opisując (bo analizować tu nie ma czego) ostatnie półrocze polskiej sceny politycznej (określenie: „scena” jest jeszcze bardziej na miejscu, niż kiedykolwiek, bo „zaloty” Prawa i Sprawiedliwości bardziej przypominały żałosną tragikomedię, niż spójne działania) aż chce się jeszcze raz zaśpiewać: „a miało być tak pięknie!” Wydawało się, że jesienne wybory stworzyły idealną sytuację dla reform, przeprowadzanych przez „Wielką Koalicję” PO i PiS. Niestety, wzajemnie zadane w kampanii wyborczej ciosy sprawiły, że obu partiom brakło zaufania, by współtworzyć koalicję rządową na partnerskich zasadach. I, właściwie, trudno ocenić, po czyjej stronie leżała wina w większym stopniu. PO, która otrzymała możliwość objęcia mało popularnych resortów, związanych z nadzorem nad gospodarką, nie chciała powtórzyć losu Unii Wolności, obarczonej przez wyborców odpowiedzialnością za to, że wprowadzone reformy nie przyniosły z sobą natychmiastowej poprawy ich sytuacji materialnej. Z kolei PiS przecież wygrało i trudno, by chciało większość resortów odstąpić Platformie Obywatelskiej. Jednak, jako partia zwycięska, PiS ponosi dużo większą odpowiedzialność za to, co się w kraju dzieje.

A działo się niewesoło. Wbrew rządowi uchwalono „podwójne becikowe”, zaistniała groźba „puczu” – „odstąpienia od posłuszeństwa obywatelskiego”, którym groziła Platforma w razie próby skrócenia kadencji Sejmu przez Prezydenta Kaczyńskiego, jeśliby nie doszło do podpisania „paktu stabilizacyjnego” przez LPR i Samoobronę. Pakt podpisano, ale – zdaniem PiS – do ustabilizowania się sytuacji politycznej nie doszło. To nic, że wszystkie głosowania szły po myśli PiS, ważne, że „przystawki”, jak w dowcipach nazywano Giertycha i Leppera, ośmielały się krytykować „pierwsze rodzeństwo Rzeczypospolitej”. Bracia wypowiedzieli więc wojnę Radzie Polityki Pieniężnej w osobie „eremy of the state” – Leszka Balcerowicza oraz Trybunałowi Konstytucyjnemu, który nie dość, że bronił interesów korporacji prawniczych, protestując przeciwko prawnemu bublowi w postaci ustawy o pozornie ułatwionym dostępie do aplikacji prawniczych (nic, że członkowie Trybunału zapewniali, iż idea jest słuszna, jedynie cały projekt – źle napisany), to jeszcze nie spodobał mu się sposób powołania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz fryzura jej przewodniczącej – Elżbiety Kruk, która wybrała się z Prezydentem w podróż do Iraku, by uczyć się od tamtejszych dziennikarzy, jak tworzyć wolne i niezależne media (faktycznie, za dyktatury Saddama Husseina media w tym kraju osiągnęły szczyty niezależności, więc może Pani Przewodnicząca powinna teraz udać się „po nauki” na Kubę i Białoruś?).

Kolejne ultimatum (politycy powinni zajrzeć do słownika, aby nauczyć się znaczenia tego słowa) PiS brzmiało: rząd większościowy i przeprowadzenie rewolucji moralnej z wicepremierem – kryminalistą Andrzejem Lepperem przy pomocy nowych „przystawek”, której to funkcji mieli się podjąć politycy LPR i PLS – partii, zagrożonych „odpadnięciem” z Sejmu w przypadku przyspieszonych wyborów.

Chocholi taniec miał zakończyć się przed Wielkanocą, jednak ostatecznie skończono go przed „długim weekendem” majowym. I już odtrąbiono sukces rozmów, gdy większość polityków PLS i LPR zdecydowała, że do koalicji nie przystąpi. PiS i Samoobronie brakuje do uzyskania większości 19 głosów. Czy je zdobędzie? Pewnie tak, lecz rząd, szarpany wewnętrznymi sporami i konfliktami interesów, nie przetrwa długo. Zapowiada się więc kolejna klęska PiS, które nie tylko nie przeprowadzi „rewolucji moralnej” (chyba, że w ten sposób określimy precedens, gdy fotel wicepremiera zajmuje kryminalista), nie stworzy rządu, popartego przez stabilną większość parlamentarną, nie zrealizuje własnych obietnic wyborczych, ale nawet nie dotrwa do połowy kadencji. Pewne jest tylko to, że nie stworzy nowego układu – bo PiS do zawiązania jakiegokolwiek układu nie jest zdolne.

Jednakże, problem w tym, że przyspieszone wybory po ewentualnym samorozwiązaniu Sejmu, raczej nie mają szans, by umożliwić wyjście z parlamentarnego pata. Rozważmy bowiem, że – jak wskazują sondaże – wygra Platforma Obywatelska. Nie zdobędzie ona większości głosów, będzie więc musiała szukać koalicjanta. Czy go znajdzie? Po kolejnej brutalnej kampanii wyborczej, możliwość koalicji z PiS wydaje się być mrzonką. Sojusz Samoobrony ze „wstrętnymi liberałami” jest jeszcze mniej prawdopodobny. Programowi gospodarczemu SLD bliżej do „solidarnego” PiS-u, niż „wolności gospodarczej” PO. LPR i PSL nie wchodzą do Sejmu lub pozostają na jego marginesie. Mamy więc powtórkę z rządu mniejszościowego, który nie jest zdolny do sprawnego rządzenia ani tym bardziej do wprowadzania jakichkolwiek reform. Czyli – „powtórka z rozrywki”.

Chyba, że nastąpi cud i albo PO wygra, zdobywając ponad połowę miejsc w parlamencie – niestety, tak wielkie zwycięstwo myśli liberalnej jest praktycznie niemożliwe – albo PO dogada się z PiS, co – spoglądają na półroczne „osiągnięcia” tej partii – dobrze takiej koalicji nie wróży.

Jest jeszcze jedna możliwość. Powstanie nowej partii centroprawicowej, która mogłaby spełnić rolę koalicjanta PO lub PiS – swego rodzaju „języczka u wagi”. Lub też – odrodzenie się z popiołów demokratów.pl – dawnej Unii Wolności. W to jednak chyba nie wierzą nawet najbardziej zagorzali zwolennicy partii Frasyniuka, Mazowieckiego i Geremka. Kto wie, czy nawet oni sami w to wierzą…

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy