Co chwilę ktoś planuje jakiś exodus. Wywiad z Iwoną Banach

Autor: Sławomir Krempa

– Bardzo często dostrzegam w różnych sytuacjach potencjał, by mogły stać się memami. Widzę coś, co jest oczywiste, a wystarczy zmienić jeden drobny element całej układanki i już robi się zabawnie, śmiesznie. Albo wrednie – mówi Iwona Banach, autorka komedii kryminalnych Niedaleko pada trup od denata oraz Głodnemu trup na myśli.

Nie chciałbym być niemiły, ale co Pani z tymi trupkami?

Wie Pan, w księgarniach jest bardzo dużo komedii kryminalnych. Są takie, których autorzy stawiają przede wszystkim na zagadkę i intrygę i tylko wplatają elementy humorystyczne w swoje opowieści. Są też książki bardzo lekkie, gdzie poczucie humoru jest dużo, dużo ważniejsze. No i są moje książki, w których wprawdzie zagadka kryminalna ma być całkiem konkretna, ale poza tym idę na całość, skupiając się na rozbawieniu czytelników. A że w tytułach tych książek zawsze pojawia się nieboszczyk, nazywam je „trupkami".

A wydawałoby się, że zbrodnia to nie jest śmieszna sprawa.

Bo nie jest. Morderstwo jest zawsze dla kogoś nieszczęściem. Ciekawe – i śmieszne – mogą być natomiast reakcje różnych ludzi, ich postawy, zachowania. Bawią mnie więc moi bohaterowie, a nie zbrodnia jako taka.

Śmieje się Pani czasem z własnych żartów?

Niestety, tak. Wiem, że to trochę okropne, ale jeśli mi coś naprawdę zabawnego wyjdzie w czasie pisania, to potrafię się z tego śmiać. Czasem nawet dość długo.

Bo całkiem serio żyć się nie da?

Nie, żebym narzekała, ale moja sytuacja życiowa należy do tych trochę bardziej skomplikowanych. Opiekuję się dwiema niepełnosprawnymi osobami – córką i mamą. Wiąże się to z masą obowiązków. I choć miewam wolne chwile, to na wyjście z domu czy kawki z koleżankami raczej nie mogę sobie pozwolić. Natomiast na to, by – będąc cały czas na zawołanie – coś tam sobie wesołego pisać już jak najbardziej. Bo kiedy człowiek pisze książkę, to tworzy też pewien świat i potem weń wchodzi. I jeśli opuszczając jeden świat, raczej mało wesoły, mam wchodzić w drugi – równie czarny, to ja bardzo dziękuję. 

Ale kiedyś Pani próbowała.

Tak, wydałam 4 książki pisane całkiem serio, tylko bardzo szybko zupełnie zniknęły. Pierwszą z nich był Chwast – powieść o niepełnosprawności, którą być może uda się wznowić. Ale pozostałe moje doświadczenia z takim pisaniem były raczej smutne, bo kiedy człowiek książkę pisze, a potem wydaje, chciałby, by sięgali po nią czytelnicy. Tymczasem wydałam Maski zła – całkiem solidny thriller. Dwa lata temu wyszły w 1500 egzemplarzach i chyba nikt ich nie zauważył. Za to „trupki" czyta całkiem sporo osób. I ciągle chcą więcej.

Te „trupki", zanim stały się trupkami, musiały się jednak jakoś urodzić...

Kiedyś marzyłam o tym, żeby napisać romans. Było to bardzo dawno temu i bardzo za to przepraszam. Próbowałam i za każdym razem, kiedy chciałam, by było poważnie, by lały się łzy wzruszenia i firany ruszały się od westchnień, wychodziło mi coś zabawnego. I tak ta książka – później zatytułowana Szczęśliwy pech – leżała do czasu, kiedy Nasza Księgarnia ogłosiła konkurs na powieść. Wysłałam i zdobyłam w nim pierwsze miejsce. Pomyślałam wtedy, że może coś jest w tym moim pisaniu nie całkiem na poważnie? Zresztą ja tak właśnie patrzę na wiele rzeczy – zastanawiam się, jak by to wyglądało, gdyby było trochę inaczej. Albo – zupełnie inaczej. Nie chodzi o branie życia na poważnie czy niepoważnie, ale o to, że bardzo często dostrzegam w różnych sytuacjach potencjał, by mogły stać się memami. Widzę coś, co jest oczywiste, a wystarczy zmienić jeden drobny element całej układanki i już robi się zabawnie, śmiesznie. Albo wrednie. 

Inaczej niż Magda, bohaterka „trupków", która na przykład pracę detektywa mocno idealizuje.

Wszyscy mamy skłonność do idealizowania różnych rzeczy czy zjawisk. Bardzo często patrzymy na rzeczywistość z perspektywy naszego grajdołka, przez pryzmat programów telewizyjnych, internetu, albo nawet klasycznych kryminałów. A potem wyobrażamy sobie, jak by to pięknie było zostać detektywem...

I nie myślimy o tym, że będziemy musieli całymi dniami śledzić niewierne żony czy mężów, tylko że rozwiążemy zagadkę zabójstwa. Magdzie się udało – w powieści Głodnemu trup na myśli znowu natrafia na zwłoki.

Zgodnie z klasyczną zasadą, że nic tak nie ożywia fabuły jak trup.

Nie ma Pani litości dla „polskich Amerykanek"...

Raczej nie mam złudzeń, bo kilka ich miałam okazję poznać. Jestem tłumaczką i trochę jeździłam po świecie, wykonując ten zawód. Miałam styczność z Polakami mieszkającymi poza granicami naszego kraju i czasami, gdy słyszałam ich opinie czy wyobrażenia odnośnie do Polski, polskości czy bycia Polakiem, włos jeżył mi się na głowie. I zastanawiałam się, co się stanie, kiedy te ich wyobrażenia zderzą się z naszą rzeczywistością.

Nie ma też Pani litości dla Internetu. Nie lubi go Pani?

Kocham internet, ale ludzie wypisują w nim takie straszne rzeczy... 

…że bezwzględnie powinno się z tym internetem coś zrobić?

Myślę, że raczej ludzie powinni zebrać się do kupy i z samymi sobą coś zrobić.

Nie da się jednak ukryć, że to internet stał się miejscem narodzin wielu idiotów i trochę zabił kontakty społeczne wśród mieszkańców rozmaitych klatek schodowych.

Myślę, że ci idioci już wokół nas byli, tylko dobrze się kamuflowali. A co do kontaktów społecznych, to mam sąsiada, który mieszka dwa piętra nade mną i zamiast wyjść na korytarz, kontaktuję się z nim za pośrednictwem internetu. Co w czasie pandemii może być błogosławieństwem.

Emilia Gałązka, ciotka Magdy, z internetu korzysta?

Tak, ma internet. Nie wiem, czy przyda jej się po końcu świata, ale na razie znajduje w nim niewyczerpane źródło inspiracji.

Do wypatrywania kolejnego końca świata?

Tak, zresztą w pierwszym tomie wyznała, że nie miała żadnego specjalnego sensu życia, więc postanowiła poświęcić się zabezpieczeniu swojej egzystencji. A końców świata jest milion, co chwila ktoś planuje jakiś exodus. Wystarczy zajrzeć do internetu.

Emilia, mimo godnego wieku, mogłaby należeć do dzisiejszych preppersów. Ale czy to nie jest w pewien sposób charakterystyczne dla osób, które musiały jakoś sobie radzić w czasach PRL, że są po prostu gotowe na wszystko?

Ja się urodziłam w latach sześćdziesiątych, więc czas jakiś w PRLu żyłam, i rzeczywiście mam w sobie coś z preppersów. Nie demonizuję tego okresu – ani go nie chcę idealizować – ale faktycznie nauczyliśmy się wtedy samodzielności, nauczyliśmy się mnóstwo rzeczy robić sami – od naprawiania ciuchów, przez zdobywanie potrzebnych rzeczy, aż po gotowanie flaków z boczniaków.

A mi się wydawało, że boczniaki wymyślili wegetarianie.

Może, ale na pewno było to już w PRLu. Czyli wegetarianie istnieli wcześniej, niż się Panu wydaje. 

Myśli Pani, że Emilia doczeka wreszcie jakiegoś końca świata?

Nie chciałabym jej zabijać, bo póki co bywa bardzo przydatna, a nawet korzystna, zresztą zabicie całej reszty też moim książkom by nie pomogło, ale planuję dla nich pewien rodzaj końca świata. Na pewno jednak nie nastąpi on w tomie trzecim, który właśnie piszę.

A co Pani w nim planuje?

Pośmiać się trochę z uzależnienia od różnych suplementów diety, z brania codziennie 60 tabletek dziennie – na rzęsy, brwi i paznokcie. A może nawet na brak paznokci. Będą też elementy nadprzyrodzone i co najmniej tyle samo śmiechu, co w poprzednich tomach.

Bardzo aktualne tematy.

Wie Pan, ja nie tworzę komentarza dotyczącego spraw społecznych, nie chcę moralizować, nie czuję się upoważniona do uczenia innych, jak żyć.

Ale do serwowania im złośliwości już jak najbardziej?

Wolałabym raczej skupiać się na bawieniu czytelników niż złośliwościach, ale skoro tak Pan stawia sprawę...

Dlatego właśnie wybrała Pani komedię kryminalną?

Gdyby Pan poczytał odpowiednio dużo „normalnych" kryminałów, pewnie zauważyłby Pan, że większość z nich pisanych jest dzisiaj według tego samego schematu. Znajdziemy w nich wszelkie brudy tego świata, nie ma za to naprawdę interesującej zagadki czy intrygi. Autorzy stawiają na epatowanie strachem, brutalność. Wydaje mi się, że z tej konwencji niewiele już da się wyciągnąć, że bardzo trudno byłoby w jakiś sposób „przebić" wszystko to, co mamy już do tej pory. W komedii kryminalnej możemy pozwolić sobie na dużo więcej dowolności, zabawy, dystansu. Możemy pośmiać się z rzeczy, które w codziennym życiu budziłyby przerażenie lub niepokój. Możemy trochę oswoić swoje strachy, z dystansem spojrzeć na własne wady, może czasem czegoś się nauczyć. A może przy tym uda się znaleźć sprawcę zbrodni i świat – choćby tylko ten książkowy – stanie się trochę lepszy?   

Książkę Głodnemu trup na myśli kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Topielice
Sylvia Wilczyńska
Topielice
Siódma ofiara
Aleksandra Marinina;
Siódma ofiara
N.P.
Banana Yoshimoto
N.P.
Hotel Aurora
Emilia Teofila Nowak;
Hotel Aurora
Dom z widokiem na szczęście
Klaudia Duszyńska
Dom z widokiem na szczęście
Pokaż wszystkie recenzje