To nie jest dobry czas na ciężkie książki. Wywiad z Iwoną Banach

Autor: Sławomir Krempa

– Komedia kryminalna to gatunek, w którym da się zmieścić prawie wszystko – od książek leciutkich, ale nie zabójczo śmiesznych, przez powieści śmiesznawe, po całkiem wesołe i szalone. Ja chciałabym po prostu pisać bardzo śmieszne rzeczy i dawać ludziom odrobinę ulgi – mówi Iwona Banach, autorka książki Stara zbrodnia nie rdzewieje

Co powiedziałaby Agatha Christie, gdyby przeczytała powieść Stara zbrodnia nie rdzewieje?

Pewnie by mnie wyśmiała. Uwielbiam Agathę Christie, ale nie sądzę, by miała dobre zdanie o moim pisaniu.

Dlaczego?

Bo moje książki i jej powieści to zupełnie inna półka. Agatha Christie pisała kryminały z prawdziwego zdarzenia, które były przy okazji dobrymi książkami obyczajowymi, pokazującymi kawał prawdy o świecie. Ja piszę kryminałki.

Które też jednak pokazują pewien wycinek rzeczywistości, którą – czasem aż za dobrze – znamy. W Starej zbrodni… jest przecież zagadka prawie zamkniętego pokoju, ale jest też wieś, położona w sąsiedztwie pewnego hotelu.

Bo kryminał jako taki za bardzo mnie nie interesuje. Staram się, żeby był właśnie pretekstem do stworzenia mnóstwa zabawnych sytuacji, ale też pokazania czegoś więcej, jakiejś społeczności, pewnych zjawisk, które przerysowane bywają śmieszne, konkretnych ludzi.

Na przykład ludzi pióra.

Sama piszę. Tkwię w grupach pisarskich i czytelniczych, podglądam, podsłuchuję, wiem, jak to internetowe życie literackie dzisiaj wygląda. I zauważam, że na przykład wielu czytelników myśli, że cena, za którą kupują książkę (albo nawet cena okładkowa), równa się wynagrodzeniu autora. Stąd wierzą oni, że każdy autor opływa we wszelkie możliwe złoto, a potem niektórzy debiutanci też liczą na takie cuda. Inni z kolei są przekonani, że po wydaniu książki z miejsca staną się sławni, wielcy, rozpoznawalni.

A jest inaczej? (śmiech)

Właśnie na tym przekonaniu o sławie płynącej z samego opublikowania książki żerują rozmaite firmy wydające w modelu vanity publishing, a więc za pieniądze autorów. Efekty bywają straszne. Człowiek płaci 12-15 tysięcy złotych za wydrukowanie 300 egzemplarzy swojej książki. Wierzy, że trafią one do wszystkich Empików w Polsce, a potem będą rozmaite laudacje i nominacje. To, oczywiście, nieprawda. Nadal jednak niektórzy się na to decydują, bo chcą wydać książkę, móc powiedzieć: „jestem kimś”, poczuć nobilitację płynącą z wydania książki.

Czytaj również: Wywiad z Iwoną Banach o powieściach Niedaleko pada trup od denataGłodnemu trup na myśli

Z wydawania książek pieniędzy nie ma – to już wiemy. To może chociaż jest ta nobilitacja?

Nie wiem. Żeby wydanie książki nobilitowało, trzeba być znanym czy sławnym, a ja nie bardzo się spotykam z ludźmi, pisanie traktuję raczej jako prywatne zajęcie, hobby, niż jako zawód. Ale po opublikowaniu pierwszej książki w 2000 roku rzeczywiście czułam się wewnętrznie dumna, że mi się udało.

W powieści Stara zbrodnia nie rdzewieje grupa młodych adeptów pisania, marzących o wielkiej karierze, trafia do hotelu pośrodku niczego…

A potem brutalnie zderzają się z rzeczywistością. Hotel nie jest taki, jak sobie wyobrażali, konkurs również nie taki, jak myśleli. Zresztą z konkursami często tak bywa, bo ludzie raczej nie czytają regulaminów albo nie starają się ich zrozumieć i potem dziwią się, że dzieją się różne cuda. Podobnie moi bohaterowie myśleli, że skoro ktoś ich wyróżnił w konkursie literackim, to chce bezinteresownie wydać ich książkę i wypromować ich. Niestety, także w branży wydawniczej każdy liczy na jakiś zarobek.

Tak było w przypadku znanego pisarza, jednego z jurorów w powieściowym konkursie.

Tak, on zdecydowanie liczył na „drapane”, na liczne korzyści poboczne płynące z wydania książki. Ale od razu powiem, że jego pierwowzorem nie jest żadna osoba, którą bym znała!

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe?

Najzupełniej przypadkowe. Powieściowa Mirella też nie jest pewną sławną dziewczyną, która wydaje powieści erotyczne, a potem produkuje filmy na ich podstawie. 

Hotelowi goście przypuszczają, że nagroda trafi tylko do jednego z nich – to musi rodzić napięcia.

I o to właśnie chodzi! Dziewięć osób, każda z innej beczki, a do tego jedna duża nagroda, którą każdy chce zdobyć. Każdy z nich już wyobraża sobie samego siebie jako laureata, a potem robi wszystko w celu zdobycia tej nagrody.

Dla literatów – i tych znanych, i tych debiutujących – nie ma Pani za dużo litości. Można odnieść wrażenie, że specjalnie na niczym się nie znają, po prostu piszą, bo marzą o sławie, pieniądzach, prestiżu, albo po prostu o napisaniu książki.

Jeśli nawet trochę, to w takim razie nie mam też litości dla siebie, bo jestem taka sama, jak moi bohaterowie. I każdy piszący książki taki jest, każdy uważa się za trochę lepszego od innych, czasami cudownego. Dopiero kiedy człowiek styka się z redakcją, to zdaje sobie sprawę z tego, że bogiem literatury to raczej nie jest (ja nawet bardzo).

Pisarz robi szkic powieści, ten szkic ubiera w słowa – tu zdanie, tam zdanie, tu scena, tam scena – a potem obudowuje to resztą książki, czyli akcją. Pewnie tak samo podchodzi do budowy. Tu sklejka, tam regips, tu trochę farby, a potem się dopracuje. Z tym że o ile w literaturze to się sprawdza, o tyle w budownictwie raczej nie. Polska literatura stoi fuszerą?

Tak daleko bym się chyba nie posunęła. Ja po prostu chcę pisać śmiesznie i tworząc, idę na żywioł, pozwalam, żeby prowadziła mnie historia i moi bohaterowie. Inni z kolei tworzą drobiazgowe plany, opisując każdy szczegół. Oczywiście, czasem na rynku pojawia się literacka fuszerka, ale na pewno to określenie nie pasuje do każdej powieści, ani nawet do większości.

Ale na pewno taką diagnozę postawiłby aspirant Andrzej Balicki, który marzył o byciu bohaterem mrocznego, brutalnego kryminału, a trafił w sam środek komedii kryminalnej.

Pewnie tak, ale chyba mu lepiej w tej komedii, szczególnie w ostatnich czasach. Opowiadałam panu, że kiedyś napisałam thriller, ale to zdecydowanie nie jest dobry czas na ciężkie książki. Dzisiaj potrzeba nam trochę luzu, spokoju, jakiegoś światełka i odrobiny uśmiechu.

I to właśnie chce Pani dawać swoim czytelnikom?

Chcę. Zresztą komedia kryminalna to gatunek, w którym się zmieścić prawie wszystko – od książek leciutkich, ale nie zabójczo śmiesznych, przez powieści śmiesznawe, po całkiem wesołe i szalone. Lekkie kryminały piszą Agnieszka Pruska czy Iwona Mejza, Alek Rogoziński skupia się na tym, by w zabawny sposób eksponować różnice między ludźmi. A ja bym chciała po prostu pisać bardzo śmieszne rzeczy.

W Pani powieści jest też pewna papuga, w dziobie której pewne wulgarne słowo znajduje milion znaczeń. Właśnie – jak to się dzieje, że w wulgaryzmach tkwi tak duży potencjał komediowy?

Wie Pan, ja się w ogóle na ulicy boję słyszeć takie słowa, czasem aż się kulę, gdy ktoś „rzuca mięsem". Może to kwestia intencji i intonacji, może przekleństwo pozbawione agresji bywa po prostu śmieszne? A może kluczem jest nadanie przekleństwu nowego znaczenia? Pisząc, nie spodziewałam się, że papuga o wdzięcznym imieniu Pinda tak mi wyjdzie, obawiałam się, że padnie po drodze, bo nie bardzo będę wiedziała, co z nią zrobić. Wyszła aż nadto i teraz ludzie „okraszają” media społecznościowe hashtagiem #teamPinda

Bo w końcu jakoś musimy sobie oswajać tę rzeczywistość, na widok której wulgaryzmy same cisną się na usta.

Wie Pan, ja za wszelką cenę unikam pisania o tym, o czym przeczytać możemy w gazetach czy portalach internetowych. W moich książkach nie ma polityki, nie będę promować się na koronawirusie, (i w żadnym razie nie twierdzę, że inni to robią), ale uważam, że są rzeczy, z których śmiać się nie można.

A z czego śmiać się będzie Pani w kolejnej książce?

Między innymi z papugi, która pod koniec Starej zbrodni… niestety zaczęła szczekać. Zaczną się więc donosy związane z podejrzeniami, że na posterunku policji prowadzona jest nielegalna hodowla psów rasowych, bo Pinda potrafi przecież udawać psy różnych ras. W sprzedanym pałacyku powstanie Instytut Kosmitologiczny. Wróci parę postaci, które już znamy, pojawią się nowi bohaterowie…

Nowe Trupki…, czyli kontynuacja powieści Niedaleko pada trup od denata i Głodnemu trup na myśli, też wkrótce się pojawi?

Taki jest plan!

To brzmi groźnie. To znaczy: śmiesznie.

I tak właśnie ma być.

Książkę Stara zbrodnia nie rdzewieje kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Na tej samej ziemi
Katarzyna Kielecka;
Na tej samej ziemi
Usta mordercy
Artur Kawka, Monika Wysocka
Usta mordercy
Na Podlasiu. Antonia
Agnieszka Panasiuk;
Na Podlasiu. Antonia
Cyrkówka Marianna
Anna Fryczkowska;
Cyrkówka Marianna
Spowiedź doktora Mengele
Christopher Macht
Spowiedź doktora Mengele
Nawiść
Autor Nieznany (I)
Nawiść
Pieśni Zaginionego Kontynentu
Przemysław Hytroś
Pieśni Zaginionego Kontynentu
Epizody z życia mojej mamy
Iwona Żytkowiak
Epizody z życia mojej mamy
Pokaż wszystkie recenzje