Nadzieja w piekle. Wywiad z Maciejem Barczewskim

Autor: Sławomir Krempa

– Siła Pietrzykowskiego tkwiła nie w jego muskulaturze czy nadwątlonych warunkami obozu gabarytach, lecz w mistrzowskiej technice i harcie ducha – mówi Maciej Barczewski, reżyser filmu „Mistrz". To historia Tadeusza „Teddy'ego" Pietrzykowskiego, boksera, który stoczył wiele zwycięskich walk na ringach w obozach koncentracyjnych, dając swoim współwięźniom nadzieję. Film obejrzeć można w kinach w całej Polsce, a wraz z jego premierą do księgarń trafia książka Mistrz. Tadeusz „Teddy" Pietrzykowski, której autorką jest córka słynnego pięściarza. 

 
fot. Robert Pałka

Tadeusz Pietrzykowski nie był pierwszym (ani ostatnim) bokserem z Auschwitz. A jednak to o nim pisze Tadeusz Borowski, wspominając o więźniu 77 i to jego wybrał Pan na głównego bohatera swojego filmu.

Pietrzykowski był pierwszym Polakiem, który wiosną 1941 roku w KL Auschwitz stoczył zwycięską walkę bokserską przeciwko Niemcowi. Można powiedzieć, że to od niego zaczął się fenomen obozowego pięściarstwa. Jego zmagania zostały również stosunkowo najlepiej udokumentowane, zarówno we wspomnieniach samego pięściarza, jak i powojennych oświadczeniach jego współwięźniów. To właśnie on stał się dla współwięźniów symbolicznym numerem 77, który boksował Niemców, jak chciał, biorąc na ringu odwet za to, co inni dostali na polu. Jego zwycięstwa na obozowym ringu podnosiły morale kolegów, budziły poczucie dumy z bycia Polakiem i dawały nadzieję na dotrwanie do ostatecznego zwycięstwa w wojnie. Walki Tadeusza Pietrzykowskiego w obozie miały zatem symboliczną wymowę; dawały więźniom nadzieję.

W KL Auschwitz było na nią miejsce?

Borowski uważał, że nadzieja w tamtym miejscu i czasie była czymś zgubnym. Że była złudna, powstrzymywała więźniów od buntu. Abstrahując od prawdopodobnego przebiegu i konsekwencji powstania w Auschwitz pozwalam sobie nie zgodzić się z Tadeuszem Borowskim. Z wielu oświadczeń ocalałych więźniów obozów wynika, że jakiekolwiek okruchy nadziei pomagały im przeżyć kolejny dzień w piekle. Ci, którzy tę nadzieję tracili, szybko gaśli, stawali się tzw. „muzułmanami”.

Czyli ludźmi całkowicie obojętnymi na wszystko, co dzieje się dookoła z powodu skrajnego wycieńczenia. Bohaterowie Pańskiego filmu usłyszeli już na wstępie, że mają prawo przeżyć najwyżej trzy miesiące. W dialogach z głównym bohaterem kolejne postaci wielokrotnie podkreślają jego niezwykłą wolę życia. Niektórzy żyli dla bliskich, którzy pozostali poza murami obozu. A Pietrzykowski?

Wydaje mi się, że silna wola życia była wpisana w jego charakter. Jego rodzina, przyjaciele wielokrotnie określali go mianem osoby niepokornej. Nie było w nim zgody na poddanie się śmierci.

Jasne zasady, sportowe fair play panujące na ringu, zderzało się z regułami obozowymi, w których panami życia i śmierci byli naziści.

Początkowo walki odbywały się spontanicznie, w warunkach obozowych. Z czasem, gdy zyskały na popularności, Niemcy dbali bardziej o fasadę reguł sportowych – walki odbywały się według określonych zasad, na ringu, z udziałem sędziego.

Pietrzykowski chciał wygrywać dla siebie? Dla innych?

Początkowo był to po prostu jego sposób na przetrwanie. Uzyskanie dodatkowej racji chleba, lżejszej pracy. Z czasem zdał sobie sprawę z konsekwencji swoich działań i korzystał z uprzywilejowanej pozycji, by pomóc innym.

Wydaje się jednak, że w tej walce zwycięzcami mogli być tylko Niemcy.

Wiadomo, że panowie życia i śmierci mogli przerwać jego łańcuch zwycięstw jednym rozkazem. Jednak ostatecznie to Pietrzykowski wygrał – przetrwał, doczekał końca wojny i, co najważniejsze, zachował godność.

Co to znaczy „być mistrzem”? Co to znaczyło w przypadku Pańskiego bohatera?

Początkowo postrzegał to określenie w kategoriach sportowych. Z czasem, również pod wpływem doświadczeń obozowych, zdał sobie sprawę z tego, że prawdziwe mistrzostwo ma znacznie szerszy kontekst. Mówiąc wprost: dotyczy tego jak żyjemy, jakich wyborów dokonujemy na co dzień.

Ciekawe jest to, że Tadeusz Pietrzykowski raczej nie wyglądał jak mistrz bokserski…

To prawda. Nie miał nawet złamanego nosa! Wszystko dzięki opanowanej do perfekcji sztuce uników.

Piotr Głowacki oddał to bardzo dobrze, ale wymagało to od niego nie tylko warsztatu aktorskiego, ale też przygotowania fizycznego.

Gdy przystąpiłem do prac nad scenariuszem Mistrza niektóre osoby sugerowały, że w głównej roli należałoby obsadzić atletycznie zbudowanego młodego aktora o aparycji zabijaki. Tymczasem siła Teddy’ego tkwiła nie w jego muskulaturze czy nadwątlonych warunkami obozu gabarytach, lecz w mistrzowskiej technice i harcie ducha. Wiedziałem, że żeby zbudować przekonująco postać Pietrzykowskiego, będę potrzebować aktora, który na pierwszy rzut oka stanowić będzie przeciwieństwo archetypu boksera. Kogoś, kto wygląda niepozornie, wręcz niegroźnie, ale w czyich oczach można dostrzec dwie zaciśnięte pięści. Zarazem powinien być to aktor, który dla roli więźnia Auschwitz jest skłonny przez kilkanaście miesięcy poddać swoje ciało radykalnej transformacji, ale także opanować technikę boksu w zakresie umożliwiającym toczenie walk bez cięć montażowych i bez udziału dublera. Piotr przygotowywał się zatem przez 14 miesięcy, odbywał 6 jednostek treningowych w tygodniu, zrzucił 16 kilogramów wagi. Jestem przekonany, że od lat w polskim kinie nie było roli, która wymagałaby od aktora tak daleko idącego fizycznego i warsztatowego zaangażowania. Piotr był moim pierwszym i jedynym wyborem i spełnił te oczekiwania z nawiązką.

W filmie zwraca uwagę charakterystyczny styl walki „Teddy’ego”. Tak się już dzisiaj nie walczy?

Wyzwaniem było to, że na ekranie nie chcieliśmy przedstawiać współczesnego boksu, lecz nadać mu sznyt przedwojennego pięściarstwa. Dlatego oprócz długotrwałych treningów pięściarskich przed rozpoczęciem zdjęć Piotr Głowacki miał okazję przygotowywać się m.in. pod okiem Mariana Basiaka, ostatniego aktywnego trenera wykształconego przez legendarnego Feliksa Stamma.

Czego o Pietrzykowskim w swoim filmie Pan nie powiedział?

Że oprócz talentu sportowego był obiecującym malarzem. Że brał udział w zamachu na komendanta Auschwitz, Rudolfa Hossa. Nie opowiedziałem o jego relacjach z ojcem Kolbe i rotmistrzem Pileckim. I wielu innych wątków, których nie sposób było zmieścić w półtoragodzinnym kinowym filmie.

Na dopowiedzenie tego, co nie mogło znaleźć się w filmie, jest miejsce w książce Mistrz. Tadeusz „Teddy" Pietrzykowski. Jej autorką jest córka Tadeusza Pietrzykowskiego – Eleonora Szafran. Film zobaczycie w kinach w całej Polsce. Książkę kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.