Skąd się bierze nienawiść? Wywiad z Dominikiem Rutkowskim

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Skąd się bierze nienawiść? Wywiad z Dominikiem Rutkowskim z kategorii Brak kategorii

- W każdym konflikcie, bez względu na to po czyjej stronie stoją racje, ofiarą jest ta słabsza strona. Szczególnie kiedy jest już tak słaba, że nie ma siły nawet się odgryzać. Tak było na Wołyniu, tak stało się również z przesiedlonymi w ramach akcji Wisła Ukraińcami. Poza tym bardzo łatwo stać się z ofiar katami i odwrotnie - mówi Dominik Rutkowski, autor powieści Zadry.

W pewnym momencie swojego życia postanowił Pan uciec z Warszawy i osiedlić się na wsi.  To chyba nie był najbardziej oczywisty wybór?

Skończyłem wtedy studia. Prawnicze, ale nie chciałem wykonywać tego zawodu. Szukałem pomysłu na życie. Była połowa lat dziewięćdziesiątych. Warszawka, której byłem częścią, rozpoczęła wyścig szczurów. Życie w moim mieście stało się bardzo szybkie, męczące. Koledzy rozeszli się po różnych agencjach reklamowych. Nie nęciła mnie taka perspektywa. Chciałem spokoju - no, to znalazłem. 

Szybko uznali tam Pana za „swojego”? 

Oni do końca nigdy nie uznali mnie za swojego, bo ja nie byłem swój. Miałem jakieś miejsce w tej społeczności, rolę, którą spełniałem, ale nie byłem jednym z nich. Byłem takim ich „paniczykiem” z miasta. Z którym da się pogadać, napić, który jest „równy gość” i nawet można mu zaufać, ale jednak pochodzi z innego świata.

Dla Pan również przyjazd do postpegeerowskiej wioski okazał się dużym szokiem... 

Ogromnym. Nie miałem pojęcia, że istnieje taki świat. Coś tam mówiło się o Polsce B, ale tam było jeszcze gorzej. Biednie, głodno, miejsce pozbawione nadziei i perspektyw. A jednocześnie obezwładniająco piękne.

W Pańskiej książce tych uroków wsi raczej nie widać - są przede wszystkim alkohol, życie na kredyt, brak szacunku dla cudzej własności…  

Bo to nie było miejsce, które tchnęłoby optymizmem. Ale jednocześnie wciągało. Mnie tam po prostu żyło się dobrze. Tyle, że ja w przeciwieństwie do miejscowych nie musiałem martwić się o to czy będę miał co dać dzieciom na obiad.

Jest też totalny brak zaufania do państwa i wszelkiego rodzaju służb czy organów państwowych. Kiedy ma miejsce wypadek, nikt nie dzwoni na policję czy pogotowie, pomoc społeczna faktycznie nie istnieje… 

Istotnie. Nie zastanawiałem się nad tym wcześniej, ale rzeczywiście tak było. Wydaje mi się, że to nowe państwo, przeprowadzające transformację, obwiniano za upadek PGR-u. Więc stawało się wrogie. I jeszcze niewiele dawało w zamian. Tak, od państwa nie oczekiwano niczego dobrego.

PRL nam to zrobił? PRL nas tak ukształtował? 

Każdego, kto żył w PRL-u, kto się w nim wychował, on ukształtował. Wszystko jedno, czy w kontrze, czy - jak w mojej wsi - w pełnym poparciu. Czasami jest to mentalność, którą w sobie nosimy, a czasami drobne sprawy. Dam przykład: ostatnio z racji pracy jeżdżę sporo z naszymi rodakami za granicę. Po jej przekroczeniu, wszyscy, nawet ludzie, którzy w kraju są rozrzutni, stajemy się niesamowitymi kutwami. Każde euro, nim je wydamy, oglądamy pięć razy, sarkamy, gdy mamy zapłacić 50 centów za toaletę, rachunek w kawiarni przyprawia nas o zawał. To ewidentny relikt PRL-u, kiedy dolar miał zupełnie inną siłę nabywczą i wyjazd na zachód kosztował majątek.

Podobną decyzję o osiedleniu się na wsi podjął jeden z Pańskich bohaterów - Oskar. Tyle, że we Wrześniowie pozostał, a Pan - wrócił do Warszawy. Dlaczego? Czy w wielkim mieście te PRL-owskie pozostałości były mniej obciążające?

Sam nie wiem, czy Oskar pozostał. Może, jak ja, po pięciu latach zwinął interes. W czasie, w którym dzieje się powieść, tam mieszkał, co było później, tego nawet ja nie wiem. Natomiast mój wyjazd wynikał ze spraw osobistych i nie miał nic wspólnego z pozostałościami po PRL-u.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy