Titanic czy hospicjum – o zjeździe Związku Literatów Polskich

Autor: mh

W „Trybunie” zaatakował mnie Leszek Żuliński: „Prawica ma straszną twarz Hałasia – zajadłą, fanatyczną, agresywną”. Połajanki jakby wyjęte z podręcznika dziennikarzy „Trybuny Ludu” nie są warte odpowiedzi. Gorzej, że przy okazji Żuliński próbował relacjonować majowy zjazd Związku Literatów Polskich. Taką zaś relacją wbija kolejny gwóźdź do trumny tej organizacji.

 

 

Obydwaj byliśmy delegatami na ten zjazd. Więc relacja obu z nas jest w jakiś sposób subiektywna. Tyle tylko, że Żuliński należał do etatowych „odbębniaczy” zjazdu, ja namawiałem do rozmowy o sprawach ważnych. Pewnie zauważył to sam Żuliński, skoro po wylaniu na mnie kubełka czerwonych pomyj konstatuje: „On – jeden przeciw wszystkim; on – z szablą na czołgi; on – perła pośród wieprzy...”. Proszę się nie obawiać: Żuliński nie prawi mi komplementów. To zdanie jest zachętą, bym przeniósł się do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i przestał mącić bagienny błogostan ZLeP-u. Z tej propozycji nie skorzystam, dlaczego – o tym później.

 

Gdyby o kondycji organizacji miała świadczyć średnia wieku delegatów na jej zjazd – to Związek Literatów Polskich sytuowałby się wśród stowarzyszeń emeryckich. Jednak sama średnia wieku nie dowodzi jeszcze niczego. Gorzej, że niektóre zachowania części delegatów można interpretować jako sprowadzenie tej organizacji do rangi… hospicjum. Jeden z delegatów (...), pisarz o autentycznych zasługach (...), postawił w rozmowie ze mną diagnozę brutalną: „Narzekają, że władze państwowe nie widzą w nich partnera, że nie chcą z nimi rozmawiać. Ale tutaj prym wiedzie dawna nomenklatura (...)”. Powiedział to w kuluarach; w ten sposób Związek Literatów Polskich po raz kolejny nie wykorzystał szansy na dyskusję o własnej kondycji.

 

 

Młodość pilnie poszukiwana

 

Młodzi stanowili minimalny odsetek delegatów – pisząc „młodzi” mam na myśli (o zgrozo!) twórców w okolicach 40.–50. roku życia. Gorzej, że brakowało również młodości w sensie zrozumienia nowych czasów. Skutkiem takiego stanu rzeczy był dominujący w wypowiedziach delegatów ton narzekająco-roszczeniowy oraz postulaty najzwyczajniej nierealne.

 

Swoista bezradność (mentalna, ale również i technologiczna) wobec „nowych czasów” i ich wymagań rozpoczynała się od spraw formalnych. Kiedy wybierano członków Zarządu Głównego – otrzymałem cztery (sic!) karty do głosowania, a po interwencji w tej sprawie i zgłoszeniu przez kolegów z Krakowa zastrzeżenia co do braku ostemplowania kart – postanowiono, że karty będą stemplowane w chwili wrzucania do urny. Mimo apelu – w protokole komisji skrutacyjnej nie znalazła się podstawowa informacja: ile wydano kart do głosowania. Nie chodzi bynajmniej o sugerowanie wyborczych nadużyć, lecz brak podstawowej świadomości proceduralnej. ZLP działa na podstawie prawa, dokumenty zjazdowe muszą być przesłane do sądu, nie można robić wyborów na zasadzie „wrzucamy losy do czapki pełnej jabłek”. Ale dopominanie się o zachowanie minimum prawnych procedur stało się dla Żulińskiego powodem, by twierdzić w „Trybunie”, że chciałem zerwać zjazd. Z tego wynika, że on potrafi procedować tylko w zjazdach odbywanych jak za dawnych lat – kiedy wszyscy są jednomyślni, a wyniki znane już grubo przed zjazdem.

 

 

W co chowa głowę struś?

 

Nieumiejętność stosowania demokratycznych procedur nie była jedynym grzechem organizatorów. Zapewnili delegatom jeden tylko nocleg – skutkiem czego wiele osób z „terenu” myślało tylko o tym, by wszystko skończyć jak najprędzej i zdążyć wsiąść do wyjeżdżających z Warszawy między 16 a 17 ekspresów. Pośpiech i bezradność przełożyły się na sprawy zasadnicze – zjazd został „odbębniony”, nie było czasu na tematy istotne.  Tymczasem uważałem, że np. kwestia niepokojącego podobieństwa nazwisk prominentnych pisarzy, członków ZLP – i nie tylko – do nazwisk umieszczonych na liście Wildsteina – wymaga wyjaśnienia. Dlatego w kontekście wypowiedzi Żulińskiego, krytykujących obowiązek lustracji pracowników naukowych, zadałem krótkie pytanie: czy był pan tajnym i świadomym współpracownikiem organów bezpieczeństwa PRL?

 

Rozwój wydarzeń okazał się zaskakujący. Oto prowadzący obrady Grzegorz Wiśniewski pytanie uchylił i... zakazał Żulińskiemu odpowiadania na nie. Nikt z delegatów nie zaprotestował, można więc stwierdzić, że wobec poważnego problemu wiarygodności i czystości organizacji – Zjazd Delegatów Związku Literatów Polskich zastosował taktykę strusia. Z tą jedną tylko różnicą: głowa została schowana w bardziej lepką i mniej przyjemną pod względem zapachowym substancję.

 

Pomińmy kwestię proceduralną, czy przewodniczący obrad ma prawo uchylać pytanie zadane kandydatowi do Zarządu Głównego. Ważne jest co innego: delegaci zachowali się tak, jakby nie czytali informacji Siedleckiej o przeżarciu związków twórczych agenturą. Odnieść można było wrażenie, że delegaci na zjazd ZLP nie zauważyli, iż PRL się skończył. Jedni (a tych jest większość) uważali zadanie „lustracyjnego” pytania kandydatowi do najwyższych władz związku za coś niestosownego lub wręcz nagannego. Drudzy (z mniejszych, i może siłą rzeczy czystszych, oddziałów Związku) – to ci, którzy w kuluarach pospieszyli pogratulować mi pytania pod adresem Żulińskiego. Przy całej mojej dla nich sympatii  – również nie była to dobra forma reakcji. Niepubliczne, półkonspiracyjne poparcie zastąpiło bowiem odwagę zabrania głosu w czasie obrad: uchylenie tak ważnego pytania to skandal i manipulacja, niech odpowiedzą na nie po kolei wszyscy kandydaci do Zarządu Głównego!

 

 

Lustracja – wróg numer jeden

 

To właśnie kwestia przeszłości, sprawa lustracji – a raczej poczucia uczciwości – sprowokowała Żulińskiego do zaatakowania mnie w „Trybunie”. W obecnej sytuacji prawnej jej dokonanie jest możliwe jedynie poprzez dobrowolne oświadczenie każdego z zainteresowanych: „nie byłem ubeckim kapusiem”. Nie ma w tym nic upokarzającego, nie jest to zmuszanie kogokolwiek – jak twierdzą antylustratorzy z „Trybuny” i od Michnika – by udowadniał, że nie jest wielbłądem. Wręcz przeciwnie – każdemu człowiekowi przyjemnie jest wyznać: jestem uczciwy. Żuliński jednak mąci: „Otóż Hałaś w ogóle nie uprzytomnił sobie, że stowarzyszenia twórcze nie podlegały ustawie lustracyjnej, a gdyby nawet podlegały, to po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ten nakaz już i tak by nie istniał. Bez względu na moją «konduitę polityczną», moje prawa członka ZLP są – póki co – jednoznaczne. Prywatne zapędy lustracyjne Hałasia są li tylko emanacją jego politycznej ortodoksji. Stowarzyszenia twórcze z samej definicji zaś winny być pluralistyczne, tolerancyjne, dialogotwórcze, «consensusowe» i w ogóle apolityczne. Przenoszenie na ich grunt frustracji «Gazety Polskiej» oraz bieżącej polityki jest nie tylko nieporozumieniem – jest wykroczeniem przeciw demokracji”.

 

Tymczasem to Leszek Żuliński wciąż nie rozumie, że tzw. lustracja nie jest jedynie  sprawą regulowaną przez ustawy, to przede wszystkim kwestia uczciwości. Kwestia smaku i poczucia godności. Jeżeli związki twórcze nie podlegały lustracji ustawowej (uchylonej) – to jak najbardziej powinny podlegać lustracji wynikającej z dbałości o własną wiarygodność. Jako pisarz, członek Związku Literatów Polskich, nie chciałbym stanąć w obliczu sytuacji, kiedy na wieczorze autorskim jakiś czytelnik zapyta mnie: „pan tu tak pięknie pisze o Polsce, a należy pan do organizacji, w której Zarządzie Głównym zasiadają esbeccy kapusie. Wiem, bo czytałem listę Wildsteina!”. Dlatego właśnie oświadczenie lustracyjne złożyłem i jako dziennikarz, i jako członek rady nadzorczej spółdzielni wydającej lokalny tygodnik na Śląsku. I w każdej chwili jestem gotowy je ponowić: nie byłem tajnym i świadomym współpracownikiem organów bezpieczeństwa PRL… Nie byłem judaszem. A tak na marginesie, do sztambucha Żulińskiego. Zgadzam się z nim, że „stowarzyszenia twórcze z samej definicji zaś winny być pluralistyczne, tolerancyjne, dialogotwórcze...”. Nie znaczy to jednak, że dialog i tolerancję należy uprawiać z (gdyby się okazało, że tacy do stowarzyszeń twórczych należą) byłymi kapusiami i obecnymi tchórzami!

 

Leszek Żuliński, gdyby miał odwagę cywilną, odpowiedziałby na jasne, proste pytanie: tak lub nie. Nawet przy deklaracji „tak” – miałby szanse wejść do Zarządu Głównego ZLP. Ale wtedy kilku uczciwych pisarzy mogłoby powiedzieć swoje „non possumus”. Tymczasem Żuliński skulił uszy, schował głowę w piasek (?) i teraz się odezwał na łamach „Trybuny”. Warto pamiętać, że nawet w czasach komunizmu środowisko pisarskie było (miało złudzenie, że było?) oazą wolności. Może bym i zrozumiał kapusia-urzędnika, ale kapuś-poeta to judasz, niezasługujący na miano poety. Ani nawet literata. Tymczasem jeśli ktoś twierdzi coś innego: „moje prawa członka ZLP pozostają jednoznaczne, bez względu na wszystko”… mędrkuje (...). Może tak jest według obecnego przepisu, ale istnieje jeszcze kodeks Boziewicza. Kolego Leszku, byłym tajnym współpracownikom trzeba powiedzieć – za Hemarem – Leż ku…

 

Związki twórcze nie były objęte ustawą lustracyjną. Ale jeżeli ich elita kwestie ludzkiej, pisarskiej uczciwości w czasach komunizmu traktuje jako coś nieważnego – to sama sobie kopie grób. Na niepoświęconej ziemi, pod płotem.

 

 

U literatów bez zmian

 

W Związku Literatów Polskich nie nastąpiła zmiana: ani personalna, ani – tym bardziej – pokoleniowa. Prezesem ponownie został Marek Wawrzkiewicz, kontrkandydatem był Andrzej Zaniewski, zaś prawdziwym kuriozum stanowił fakt, że do głosowania przystąpiono bez wysłuchania najkrótszego choćby exposé kandydatów z ich wizją kierowania organizacją. W skład prezydium Zarządu Głównego ZLP weszli m.in. Leszek Żuliński, wieczny niczym „Kościej bezsmiertnyj” z rosyjskiej bajki (...) komunista-buddysta Andrzej K. Waśkiewicz oraz były czterokadencyjny poseł postkomunistów Ryszard Ulicki. Źle, że ton związkowi wciąż nadaje jedna, wywodząca się z tej samej formacji, ekipa. Jeszcze gorzej, że na zjeździe delegaci skupili się na sprawach przyczynkowych, a nie zastanowili się nad formułą działania związku w czasach, gdy przynależność do niego niczego pisarzowi nie ułatwia, do niczego nie jest potrzebna. I z tej przyczyny dzisiaj członkostwo w „Zlepie” kompletnie nie interesuje młodych pisarzy!  Istnieje więc realne niebezpieczeństwo, że ZLP przekształci się w organizację pisarskich emerytów. Co więcej – organizacja emerytów nie będzie potrafiła zorganizować się nawet w kwestii samopomocy socjalnej; już dziś ZLP nie stać na wypłacanie najskromniejszych chociażby stypendiów dla członków, którzy znaleźli się w dramatycznie trudnej sytuacji życiowej.

 

Najposępniej zabrzmiał fragment sprawozdania, jakie składał w imieniu Zarządu Głównego Marek Wawrzkiewicz. „Zawiedliśmy się na lewicowej władzy, nie mamy złudzeń co do nowej władzy” – powiedział.  Warto zastanowić się nad pierwszą częścią tego stwierdzenia. Bo wynika z niego, że albo formacja postkomunistyczna przestała widzieć potrzebę wsparcia „inżynierów dusz” typu Leszka Żulińskiego (choć on i tak gorliwie ją wspiera), albo na tyle nabrała rozsądku, że przestała cenić tych, którzy poparcie niosą na papierowej paterze. Tacy i tak nie mają wyjścia: zadowolą się byle ochłapem.

 

Wśród pojedynczych członków ZLP pojawiły się zdania, że trzeba przeczekać „starą ekipę” i zmiany (odmłodzenie związku, otwarcie na „nowe czasy”) zacząć wprowadzać na kolejnym zjeździe – za cztery lata. A może za lat osiem? Tyle tylko, że taka taktyka może przynieść skutek znany ze starego dowcipu: operacja się udała, ale pacjent zmarł. Niektórzy rozważają rezygnację z członkostwa – jak chociażby wybitny poeta Marian Janusz Kawałko z Lublina. W ten sposób organizacja może stać się sępim żerem dogorywających    postkomunistów i jedynych ich popleczników – postgrafomanów.

 

Po lekturze tego tekstu ktoś może słusznie zapytać, dlaczego mimo takich ocen pozostaję członkiem ZLP. Spośród kilku powodów najważniejszy jest ten: od dawna jestem zwolennikiem działania na rzecz połączenia dwóch organizacji pisarskich – ZLP i SPP, najlepiej poprzez wspólny „zjednoczeniowy” zjazd, a nawet – drogą samorozwiązania się obu lub jednej organizacji – i powrotu do tradycji Żeromskiego: Związku Zawodowego Literatów Polskich. Mówiłem o tym na poprzednich zjazdach – wówczas klimat dla idei „zjednoczeniowych” pozostawał zły. Tym razem był jeszcze gorszy. Niemniej kiedyś, mam nadzieję, przyjdzie czas, by sprawę podjąć. I wówczas będzie trzeba „przypilnować”, by zacząć o niej rozmawiać przed śmiercią pacjenta, ratując tym samym jego dobre imię. SPP też święte nie jest – ale to już temat na oddzielny tekst.

 

Marcin Hałaś

 

PS. W postscriptum dam się sprowokować Żulińskiemu. Jeżeli prawica ma  „twarz Hałasia”, to lewica ma posturę Żulińskiego – posturę karła ze spasionym brzuchem.

MH

 

Pierwodruk: Gazeta Polska,  27 czerwca 2007

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Sarna
Sarna
Dodany: 2007-11-18 14:14:53
0 +-
Artykuł przeczytałam z zainteresowaniem, jednakże, nie będę się wypowiadać w kwestii tematu, ponieważ nie jest mi na tyle znany, aby umieszczać tu moją opinię. Pozdrawiam
Avatar użytkownika - Bastion
Bastion
Dodany: 2007-09-14 11:44:33
0 +-
To jak umarła klasa!!! Nic już nie wnosi i nic nie wie. Bal na Titanicu. Nuczcie się czytać. Pisać już nie potraficie. Może tak? Postmoderniści to pierwsza dojrzała postmodernistyczna pozycja w literaturze polskiej. Postmodernizm Oskara Millera jest rozumiany jako skutek wpływu na literaturę twórczości "nowoczesnej" eksperymentalnych dzieł Jamesa Joyce'a czy Marcela Prousta. Ta "nowoczesna", nowatorska literatura po raz pierwszy w Polsce osiąga pewien stopień samoświadomości. Ten eksperyment pokazuje odległość poszczególnych konwencji literackich od prawdy. U Millera cała dotychczasowa sztuka zostaje poddana w wątpliwość jako nieprawdziwa. Mając świadomość konwencji i regularnie przypominając o niej czytelnikowi można stworzyć coś bliskiego istocie rzeczy. Jedną z cech i zalet Postmodernistów jest, zatem zabawa konwencją i eklektyzm form. Przekaz literacki Millera ma formę intelektualnej gry z czytelnikiem. Postmoderniści pragną wolności od wszelkich prawd narzuconych z góry. Moralność musi być własnym wyborem. Owa wolność musi poprzedzić oczyszczenie z wszelkich zabobonów, dotarcie do ich prawdziwego sensu, tak jak dociera się do prawdy objawionej. Oskar Miller swobodnie postępuje z cytatami i gdzieniegdzie wstawiając całe artykuły prasowe, czerpie z innych dowoli fałszując narrację niczym André Gide w „Fałszerzach”, czy Péter Esterházy w „Harmonia Caelestis”. Drwi z roli historii bardzo często przedstawiając w formie żartu fikcyjne wydarzenia, które mogły doprowadzić do powszechnie znanych, rzeczywistych skutków. Chętnie łamie wszystkie granice, nie tylko jedności gatunku, ale również jedności rodzimego kręgu kulturowego w ramach przyjętej przez siebie i sobie znanej konwencji. Skutkiem tych jakby założeń programowych jest wszechobecna w książce ironia.

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Dzieci, których nie ma
Renata Piątkowska;
Dzieci, których nie ma
Zamieć
Gabriel Dylan
Zamieć
Raptus
Magdalena Kulus
Raptus
Złodziejka truskawek
Joanne Harris
Złodziejka truskawek
Piętno dzieciństwa
Katarzyna Kielecka;
Piętno dzieciństwa
Indigo
Patrice Lawrence
Indigo
Baba Blaga
Joanna Wachowiak
Baba Blaga
Pokaż wszystkie recenzje