Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

UTOPIJNY AKCENT
Notatkę dodano:2014-11-11 20:11:37

Dzisiejsze słowa powinny być przepełnione górnolotnym przesłaniem. Nie będą takie, możliwe, że będą przesycone smutnymi refleksjami i jakimś czarnowidztwem. Moje spostrzeżenia będą oscylować wokół państwa w którym żyję. Jakie jest moje podejście do tego miejsca i kraju, kiedyś nakreślałam. Możliwym więc, że się powtórzę, że coś się powieli, proszę nie mieć mi za złe ani stosunku, ani odmiennego być może zdania. Tak to czuję, żyjąc tylko tutaj, nigdzie indziej nie chcąc, nie szukając swojego szczęścia, nie próbując odmiany. To jest moje miejsce. Nie jestem bezkrytyczna. Widzę to, że bywa tutaj źle, żyjąc tutaj czuję to na co dzień, doświadczam na własnej skórze zarówno tego, co dobre jak i tego, co powoduje moje i moich rodaków frustracje i złość. Bywa, przepełnia mnie odczucie bycia obywatelem drugiej kategorii, jakby nie ważne było to, że jestem członkiem tej ogromnej rodziny którą jest Polska. Czasami nie chce się takiej rodziny, burzy się krew na fakty, które zachodzą, spawy, które się tu wydarzają. Nie czuję dumy za takie zachowania moich rodaków, które sprawiają, że jesteśmy postrzegani jako awanturnicy lub głupcy. Możliwe, że faktycznie jakaś przypisywana nam głupota nie do wykorzenienia i likwidacji. Nie chciałabym stać w jednym szeregu z członkami mojej rodziny, którzy właśnie w taki powodujący złe odbiory sposób żyją, zachowują się i wyrabiają złą markę całemu narodowi.

Mamy dziś Święto Niepodległości. Ustalono taką datę, choć wcześniej przez wiele lat, nie obchodzono tego dnia. Uzasadnione historycznie, zapewne przedyskutowane, ustawami przyjęte. Masz święto narodzie w swojej wielkiej rodzinie - świętuj. Dano wolne od pracy abyś mógł odpocząć w formie dla siebie dowolnie wybranej i ulubionej – ciesz się. Jeśli masz pragnienie przespania tego dnia – prześpij, rób co ci dusza dyktuje. Nikt nie wymaga abyś karnie stawił się na obchodach, abyś uczestniczył w organizowanych marszach. Niech to święto da powód do dumy ze swojej niegdyś ważnej rodziny. Poczuj się prawdziwym członkiem tej rodziny. Mieszkasz tu, mówisz tym samym językiem, ta sama historia ciebie dotyczy co kilkudziesięciu milionów tutaj mieszkających. Czy ten jeden dzień nie może być spokojny? Nie, nie może, bo przecież czarne owce w rodzinie nie akceptują białych owiec, szare są złe na pręgowane i obrażone na łaciate. Nie potrafimy jednego dnia przeżyć nie szarpiąc niczym kundelki za nogawki potencjalnego wroga. Kolejny rok obchodów Święta Niepodległości w stolicy kończy się zamieszkami. Nie potrafią się spotkać w tej naszej rodzinie, niczym przy wigilijnym stole w jakimś tradycyjnie uświęconym spokoju, nie dają rady zakopać wojennych toporów. Jeden dzień, który jutro już stanie się minionym dniem, nie może na tyle spowodować, że w tej wielkiej rodzinie poczujemy się jak równoprawne rodzeństwo. Kain i Abel też byli braćmi. Szkoda, że nasze społeczeństwo musi składać się z takiego rodzeństwa, które nie potrafi paru godzin funkcjonować w jednym marszu, obierając jeden kierunek, jakąś formę zjednoczenia. Jutro się pokłócicie, jutro sobie wydrapiecie oczy, oplujecie. Czy nie dacie rady jednego dnia w roku powstrzymać zapędów ku idiotycznym zachowaniom które wystawiają wizytówkę nie tylko wam, mąciwody, ale całemu narodowi. Dopóki sami, jako pojedyncze jednostki nie zaczniemy zachowywać się godnie, z honorem, kierując się mądrością i spokojem, dopóty nikt na arenach międzynarodowych nie będzie nas traktował poważnie.

 

Wklejam tutaj link do pewnego utworu. Dla przemyślenia, refleksji i z nadzieją, że kiedyś ci, którzy nie potrafią funkcjonować inaczej niż burząc, opamiętają się. Utopijny akcent, z którego wartości i możliwości zdaję sobie doskonale sprawę. A zarazem mam nadzieję, że kiedyś Święto Niepodległości będzie wspólnym, radosnym świętem wszystkich członków mojej wielkiej rodziny.

 



Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SILNI PSYCHICZNIE
Notatkę dodano:2014-11-10 19:51:31

Pierwsza dekada listopada za nami. Poczucie tempa nieodmiennie mnie zaskakuje, jakby po raz pierwszy taki stan miał miejsce. Tempo uciekającego czasu niczym coś zepsutego, czego nie potrafię naprawić i przywyknąć. I nim pozałatwiam wszystkie sprawy robi się ciemno. Nim zdążę zauważyć z początku tygodnia robi się jego środek, z pełni księżyca jakiś okrojony ubogi kawałek. Ta szybko zapadająca ciemność daje pozornie więcej czasu na inne działalności. Jesień i zima nie zaprasza aż tak wylewnie do pełnego łapania całymi garściami tego co akurat te pory mogą ofiarować, a może własne lenistwo taką wymówkę sobie znajduje. Mniej się chce szukać szczęścia na zewnątrz ciepłych domów, a przecież ten czas w murach trzeba jakoś zabudować. Kiedyś dziergałam swetry, wyszywałam, wiązałam jakieś nikomu nie potrzebne makramy. Tylko kiedyś mój czas nie był zakłócany przez innych. W taki sposób zabijałam samotne wieczory, lub wykonywałam te różne twory jako prezenty od serca dla tych co mi samotność wypełniali. Obecnie opłacalność autorskich wyrobów dzianiny lub innego rękodzieła spadła na wartości. Parotygodniowe przesiadywanie nad robótką nijak ma się do wartości włożonej pracy. Niewielu docenia, to po cóż marnować czas. Marnuję więc ten czas w inne sposoby. Jeden z nich to te parę słów pozostawiane tutaj, których sens czasami okazuje się podobnej wartości jak dzianinowy wyrób. Może jeszcze parę notek po sobie zostawię, i podobnie jak rękodzieło odrzucę gdzieś w kąt. Odnoszę nieodparte wrażenie powtarzalności moich obserwacji. Jakby to co dzieje się w moim świecie jakimś deżawi o większym czasowym zasięgu. Coś się dzieje, mijają miesiące i ponownie ma prawie identyczna sytuacja miejsce aby niewiele odbiegając od pierwowzoru wydarzyć się za jakiś czasowy odcinek. Powtarzalność. Taki stan zauważam wychowując drugiego syna, jakieś zachowania stające się niczym odbicie w lustrze poprzednika. Łapię się na tym, że już kiedyś to było, miało miejsce, przeżyłam. Nie wszystko idealnie jest takie samo, jednak stopień podobieństwa jest na tyle duży, że sytuacje stają się niczym jednojajowe bliźniaki, nie do odróżnienia. Być może fakt, że nie potrafię odciąć się od przeszłości w sposób nieodwracalnie jednoznaczny powoduje takie odbieranie tego co dzieje się w moim życiu. Ostatnio gdzieś natrafiłam na pewnego rodzaju wykaz działań, których nie wykonują ludzie silni psychicznie. Przeczytałam, podporządkowałam do swojej osoby. Nie wynika z tych pasujących do mnie, oraz różnych od moich zachowań stuprocentowa pewność mojej siły psychicznej. Nie mogę umieścić się na żadnej skali, zresztą nie było jej tam. Napisano, że silni psychicznie: nie rozwodzą się nad przeszłością, nie tracą czasu na rozmyślanie o przeszłości. Ten punkt nijak nie daje się z mojego zachowania wykreślić. Jakoś akurat tak mam, że liczy się to co już za mną. Nie potrafię znaleźć odpowiednio grubego markera aby zakreślić wszystko to, co miało miejsce, a czasami nie zadać pytania, co by było gdyby... Nie czuję, aby mi z tym moim wadliwym zachowaniem było źle, abym dużo traciła jako jednostka, jako człowiek, jako pracownik. Zresztą nawet jeśli nie mieszczę się w wykazach nieodpowiednich zachowań poddanych psychologicznym badaniom, bez większej boleści przyjmę taki stan rzeczy i prawdopodobnie niewiele zmienię swoje podejście. Mogę być w rzeszy ludzi słabych psychicznie, z góry przekreślona jako karierowiczka, która zdobędzie jakieś szczyty. Jednak czy lepiej być słabym a przyzwoitym, czy też silnym, prącym do przodu karierowiczem zepsutym i bezczelnym do cna? Ostatnie wydarzenia z bohaterskimi posłami w roli głównej ukazują do czego zdolni są ci silni psychicznie. Młode wilczki, których coraz więcej w społeczeństwie, rozszarpujące zwyczajną przyzwoitość swoim brakiem zasad, honoru oraz norm uznawanych za wyznacznik bycia człowiekiem. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że takich osób z nieodkrytymi podobnymi sukcesami jest zapewne więcej. Ciemna strona, której nigdy nie poznamy, a która mogłaby nawet tych silniejszych psychicznie zaskoczyć wyszczerbiając odrobinę tę siłę i siejąc zwątpienie w istnienie ludzkiej przyzwoitości.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE DOSTANĘ KOLKI
Notatkę dodano:2014-11-07 22:14:48

 Wyrywam minuty, kilka teraz, parę za jakiś czas. Jest szansa, że dzisiejsza notka powstanie zostawiając jakiś ślad tego dnia. Jeszcze tego nie wiem. Młody na treningu piłki nożnej. Może zbyt górnolotnie nazwane te zajęcia, jedno jest pewne, w domu parę chwil ciszy. Wypełnia się ona szumem pracującej pralki, dźwiękami zza ścian. Akurat o te nie trudno w bloku. Jednak w tej późno popołudniowej godzinie inaczej te obce dźwięki dochodzą, jakby aktywnością mieszkańców zostały rozrzedzone, mniej przeszkadzające. Nie koncentruję się na nich, taką metodą zdarza się nawet czegoś zupełnie nie słyszeć. Przecież każda rodzina żyje swoim życiem, jakieś tony powstają w tym codziennym życiu. Czy tego chcemy czy nie produkujemy szumy, stukoty, fizjologiczne hałasy. Inni w tym mrowisku podobnie czynią zarazem wspólnie uczestnicząc w tej kakofonii dźwięków. Staram się nie być uciążliwym sąsiadem, muzyka słuchawki, prace montażowe z uprzedzeniem i w porze ku temu właściwej. Czasami zdarza się wyłapać jakąś nutę w radio, przed której głośniejszym wysłuchaniem się nie bronię. Przeważnie powiązane to jest z przemożną chęcią wykonania paru tanecznych ruchów. Jak wczoraj, muzyka, latynoskie rytmy w swojskim wykonaniu zespołu KASA, dawno nie słyszane więc odczuwam jakiś przymus do podkręcenia dźwięku na te parę chwil. Synalek mający taką matkę z dziwnymi zrywami na co dzień nie przejawia jakiegoś zaskoczenia.

 

Małoletnia troska na wygibasy matki, wyrażona prostolinijnym „a kolki nie dostaniesz...?”. Dziecko drogie jak słabo znasz rodzicielkę, jak mało o niej wiesz, i jak wiele nigdy się nie dowiesz... . Znowu jakaś szelma we mnie rozchichotała się na dobre. Widzi młody tylko szczyt góry, a zbocza, przełęcze, podejścia, stromizny i co tam jeszcze w górach się znajduje nigdy nie zostaną przez niego poznane. Widzi mnie jako kogoś wiekiem odległego niczym kosmos, zazwyczaj w normalnych relacjach stonowanego. Taki obraz chwieje się kiedy w tę stagnację wstępuje jakiś bies. I już trudniej przyporządkować zwyczajną matkę do niezwyczajnych zachowań. A tak naprawdę co my wiemy o swoich rodzicach? Tyle ile zechcą nam powiedzieć, jeśli nasza ciekawość w ogóle wokół rodziców zacznie się kręcić, i ile zaobserwujemy ze wspólnego życia. Stanowią oni dla nas oddzielone przepaścią wieku osobniki, jakby z innego świata. Bo przecież ich świat, sięgający dzieciństwa był inny, ich młodość w innych realiach przebiegała. Tak samo my, dla swoich dzieci jesteśmy już pewnego rodzaju historią. Nie zawsze chce się słuchać, bywa za mało cierpliwości, ciekawość czasu obecnego wygrywa z ciekawością przeszłości rodziców. I okazuje się, że nasz rodzic był w wieku podstawówkowym łobuzem, zmieniającym szkoły, że jakieś problemy wychowawcze bywały. Rodzinne tajemnice wychodzą w najmniej spodziewanych momentach. Ikona, postument, ten dorosły człowiek, którego widzimy jako stonowanego, poważnego osobnika ma przeszłość, o której nic nie wiemy. Nie spodziewamy się, że ta przeszłość była tak barwna, tak szumna i zupełnie inna od naszych wyobrażeń. Czasami jakaś miniona karta odkryje swoją zawartość, a nam nie mieści się w głowie, jak to możliwe, czy to ta sama osoba? W podobny sposób mnie odbiera moje małoletnie dziecko, nie zna ciemnej strony księżyca. I zapewne nigdy nie pozna, bo ciekawość mojej przeszłości będzie za mała na to, aby ją zgłębiać, teraźniejszość więcej ważnych spraw budujących jego życie będzie dostarczać. I to jest normalne, bo przecież to co przydarza się każdemu z nas ma posmak jakiejś nowości, i dotyka nas osobiście a rodzice? Nawet największe ich poszanowanie nie zawsze w konsekwencji przyniesie chęć poświęcenia im czasu w celach poznawczych. Przecież to już było, to takie odległe, nierzeczywiste i jakby nie do końca nasze. Zresztą czy nawet w takiej szczerej rozmowie do wszystkiego się przyznajemy, zarówno my jak i nasi rodzice. Margines prywatności zawsze pozostaje, bo i po cóż wiedza o niechlubnych sprawkach, czy ciemniejszej stronie przeszłości. To zostanie na zawsze w niedopowiedzeniach i ewentualnych domysłach.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MGŁY OTULAJĄ PRZEMYŚLENIA
Notatkę dodano:2014-11-06 21:41:07

Rozanieliłam się nad pogodą, pełna jakiegoś uniesienia przesyconego zachwytami rozpisywałam się chwaląc słoneczko, kolory, wszystko to czego przeważnie w listopadzie się nie uświadcza. No i przefajnowałam. Może te moje ochy i achy za wielką moc w sobie miały, a może jak to przeważnie w moim życiu bywa, jak pochwalę nie ma bata, musi się zepsuć. Tak mam z dziećmi, tak mam w wielu sprawach. Zdarzało się zachwycona postępami szkolnymi ze starszym synalkiem, konsekwentnie w ramach wyróżnienia pochwaliłam... Nie mijały dwa dni, uwaga w dzienniczku, lub jeszcze bardziej dynamicznie – pogadanka ze strony nauczyciela. Chwalenie powinno być formą nagrody, i jakimś socjalistycznym zwyczajem nauczona, jako pewien stopień nagradzania w relacjach próbowałam stosować. Albo sposób źle opracowany, albo dziecię, które pojawiło się na tym świecie już po epoce socjalistycznej, nie przejęło z mlekiem matki tego stopniowania nagród, inne wymagania przejawiało w tej kwestii. Możliwe, że w wolnorynkowej rzeczywistości nagradzanie niewiele ma wspólnego z wyidealizowanym moim obrazem, gdzie słowo więcej niejednokrotnie znaczy niż materialne wywyższenie. W jakimś uporze tkwię w mentalności słownych nagród, jako początkowego stopnia, który może wraz z postępującymi sukcesami przebić się na inne bardziej doczesne dobra. Przypuszczalnie ten sposób stanowiący o jakiejś mojej błędnie odbieranej rzeczywistości, z naciskiem na słowo, jego wartość i ważność. Liczy się to moje słowo, jeśli obiecam, dotrzymam. Choć ze smutkiem coraz częściej występującym zauważam, że ten nacisk na własne wyartykułowane słowa w społeczeństwie coraz bardziej nikłą wartość przedstawia. Obiecuje się tylko po to aby nie dotrzymać, snuje się słowne wizje z umiejętnym zastosowaniem niedopowiedzeń, w celu rozwiania innymi słowy wizjonerskich mamień. Magicy słowa robią z nim naprawdę wiele aby tylko wyłgać się z jego wypełnienia. Ja trafiając na takiego słownego iluzjonistę nie muszę robić wiele aby stracić do niego szacunek. Samo jakoś przychodzi, on maluje niewypełnionym słowem, ja wykreślam ze swojego rejestru osób z którymi chcę mieć coś wspólnego. Słowo i pochwała ma dla mnie spore znaczenie, nobilitując w jakiś sposób i dodając sił do dalszych działań w określonym kierunku. Oczywiście nie bez końca, bo jak mówią słowem się nie najesz, tak i dla mnie istnieje granica pochwał przekuwających się w wyższy stopień wyrażania zadowolenia.

 

Co do pochwał nie odnoszących skutku w dobrym kierunku, dzieje się tak, jakby moje pochwały powodowały odwrót tego, co zostaje chwalone. Podobnie z obecną aurą, było pięknie pogodą nieadekwatną do aktualnie panującego miesiąca, pochwaliłam, to się zepsuło. Mgły, mżawki, z których wynurzają się łyse gałęzie drzew, kolory przytłumione, wilgoć powoduje oklapnięcie tego co suchością wcześniej nabierało lekkości. Mówią, że to chwilowe załamanie. Moja wiara w synoptyczne przepowiednie nikła, szczątkowo nasycona zaufaniem. Zresztą obecna pora roku ma prawo do innego anturażu, i moje pretensje zupełnie bezpodstawne i pozbawione sensu. A może stosując chwyt odwrotności skutku chwalenia powinnam rozgłaszać peany na mgły i mżawki?. Z zachowaniem mojej logiki nastąpi zmiana, tylko czy pójdzie ona w oczekiwanym przeze mnie kierunku? A jeśli nastąpi przeskok na coś jeszcze gorszego? Może lepiej będzie przemilczeć. Stało się odmiennie, choć i takie widoki jeśli nie w nadmiarze też potrafią zachwycić. Wynurzające się spoza mgły krajobrazy, skradające się obrzeża lasów, pola widoczne w kawałku reszcie dające pole manewru naszej wyobraźni. Widoczność rzeczywistości spleciona z widocznością wyobraźni. Niby zwyczajna mgła a jakie możliwości dla tego co w niej ujrzymy. Niewiadoma przyszłości podobnie jak schowane za mgłą krajobrazy, nieodkryte przed nami. Choć w krajobrazie mgła tylko co jakiś czas, natomiast przyszłość...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ANOMALIA NIE TYLKO W POGODZIE
Notatkę dodano:2014-11-04 20:51:38

Anomalii pogodowych ciąg dalszy. Dochodzę do wniosku, że moje wcześniejsze jęczenie na znielubiony miesiąc odniosło skutek właśnie w tej dziwacznej jak na listopad pogodzie. Niech ona sobie trwa nawet do grudnia. Księżyc obrasta w pełny okrąg, i choć jeszcze odrobina do ideału brakuje, na ciemnym niebie jaśnieje z całą mocą. Pogodne dni, pogodne noce, sprawiają że i my, jakby dla zachowania tych ciągów pogodniejemy. Łatwiej o dobry humor, szczególnie kiedy mój dzień pracy kończy się z jaśniejącym słońcem, które ma szansę jeszcze na mnie oddziaływać w ten szczególny pozytywny sposób. Obie planety dbają o dobre nastawienie. I ten księżyc hipnotycznie przywołujący mój wzrok, kiedy idę do pracy i słońce od którego blasku aż mrużę oczy. Niech to trwa jak najdłużej. Każdy na swój sposób podchodzi do obecnego czasu. Chciałabym aby był on takim wyciszeniem przygotowującym do świąt. W mojej wyobraźni to wyciszenie obejmowałoby przede wszystkim jedną dziedzinę gospodarki narodowej - handel. Zdaję sobie sprawę z pewnego rodzaju niemożliwości tych moich marzeń. Mam świadomość niemocy w kwestii zmiany tego co od wielu lat ma miejsce w naszych sklepach. Jeszcze prawie dwa miesiące do świąt a już marketowe półki zastawione są różnego rodzaju towarami identyfikowanymi z grudniowymi świętami. Czekoladowe Mikołaje, słodycze, ozdoby świąteczne, wszystko co stanowi pewien synonim Bożego Narodzenia a eksponowane jest już w listopadzie dla mnie stanowi o jakimś nietakcie pośpiechu. Czasu nie popędzimy, możemy najwyżej czuć niesmak tej gonitwy. Zdaję sobie sprawę z marketingowych zagrywek mających na celu dopieszczenie klienta, drenowanie jego kieszeni, bycie w czołówce tych, którzy jak najwięcej zgarną wcześniej rozpoczynając batalię. Teoretycznie jest to wytłumaczalne i po części, z punktu widzenia ekonomii zrozumiałe, jednak wyznacza pewne trendy konsumpcji. Nakaz przygotowywania się do świąt już w końcówce października stanowi o pewnym szaleństwie. Rozmywa się sama idea tych świąt, gdzieś zanika ten niegdysiejszy nastrój. Duch przegrał z ciałem, o które batalię rozpoczęły handlowe sieci. Dobrze, że karp nie anektuje wanny już w tym czasie, choinka nie dotrwałaby kolejnych tygodni w oczekiwaniu, a my obojętniejemy na działania handlowców. Z politowaniem mijam kolejną półkę zastawioną otulonymi kolorową folią aluminiową Mikołajami, wzruszeniem ramion kwituję to, do czego z całej mocy ktoś chce mnie zmusić. Nie czuję potrzeby przeżywania świąt już w listopadzie, ten miesiąc innym celom przeznaczony i falstart odbieram jako coś niestosownego, a z roku na rok coraz szybciej się zaczynającego. Ktoś próbuje kierować moimi nastrojami i zmienić tradycję, w której nie ma miejsca na grudzień w listopadzie. Tylko są też inni niż ja klienci. Już wykazują zainteresowanie i może właśnie dzięki nim coraz wcześniej narzuca się konieczność myślenia o grudniowych świętach. Popyt wymusza podaż. Czy niektórym z nas uda się powrócić w tradycję grudnia w grudniu, świąt w święta, i poukładać w swoich kalendarzach chronologię mających nastąpić wydarzeń aby przygotowania nie rozpoczynały się aż z takim wyprzedzeniem, przynajmniej te dla ciała.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRZEBYTE STOPNIE
Notatkę dodano:2014-11-03 21:06:17

Bezboleśnie rozpoczęłam znielubiony listopad, który całym sobą w tym dotychczasowym początku chce mnie do siebie przekonać. W pełnej krasie, zupełnie nieadekwatnej do tego, jak przeważnie listopady wyglądają, daje się lubić. Nawet bytności na cmentarzach inaczej smakują, kiedy wszystko opromieniają intensywne promienie słońca. Jakby to słońce łagodziło smutki z rozstań z bliskimi, jakby ujmowało żałoby. Aura tych pierwszych dni listopada, niejako zapraszała do spacerów. Wizyty u bliskich, którzy od nas odeszli dłuższe. Ciepło prowokuje niektórych do pozbywania się kolejnych warstw odzieży. Licytację z wysoką, jak na listopad temperaturą kończą, dochodząc do podkoszulków z krótkimi rękawami. Anomalia pogodowe akurat w tym kierunku nikomu nie przeszkadzają, a nawet mobilizują. Więcej się chce, niż wtedy, kiedy deszcze i wiatry. Pamiętam, dawniej pierwszy listopada, stanowił przełom w mojej zmianie garderoby. Dla mnie, zmarzlucha to był ostatni, czy też może pierwszy dzwonek oznajmiający konieczność wskoczenia w zimowe buty. Nie tym razem. Ciepłe kozaki, poczekają, jeszcze nie nastąpiła ich pora. Odrobina słońca w połączeniu z ciepłem jego promieni niweluje melancholię i smutek towarzyszący przeważnie listopadowym świętom. Nie czuję tej radości, którą epatują Amerykanie w swoje Halloween, jednak dużo łagodniej obejmuje mnie w swoje ramiona smutek tego miesiąca. Pozostaje mieć nadzieję, na jak najwięcej takich dni, i na te chęci, które wraz z nimi się pojawią.

 

Doczekałam się wolnego dnia, nasyciłam jego białą kartkę kleksami przyjemności i pracy. Zamazałam obowiązkami, pokreśliłam zajęciami domowymi, jakieś szlaczki z dodatkowych spraw na tym arkuszu się znalazły. Jutro mój mąż okrągłą rocznicę urodzin będzie obchodził, niech będzie ten dzień zapamiętany. Nie żadną pompą, ale tak z uśmiechem, małym torcikiem nieadekwatnym do cyferki, która się na nim pojawi. I jak co roku jesteśmy zaskoczeni, że to już kolejna cyfra, a przecież nie tak dawno... Rocznice dają szansę na podsumowania, wyznaczają nam jakieś progi tego co wykonane, tego co jeszcze do zrobienia. I ocenia się miniony czas, za każdym razem z poczuciem że minęło go aż tyle. Nie będę jednak wnikać w to co było, choć połowa z tej okrągłej rocznicy w moim towarzystwie upłynęła. Po prostu przejdę nad nią jak nad kolejnym progiem, który stanie się niczym kolejny stopień na tych naszych wspólnych schodach do przejścia. Zmieniliśmy się, z chłopaka i dziewczyny staliśmy bardzo dojrzałymi ludźmi, a jednak ciągle widzimy w sobie tamtych młodych ludzi, którzy kiedyś stali u podnóża schodów wspólnej drogi, nie zdając sobie sprawy gdzie nas ona doprowadzi ani jak będzie wyglądać. Teraz już więcej wiemy, co jednak nie znaczy, że zawrócimy, lub uciekniemy. Po prostu pomaszerujemy do kolejnej, jakiejś rocznicy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POGRANICZE ZACHOWAŃ
Notatkę dodano:2014-10-31 08:32:10

Godziny stanowią przepaść do następnego miesiąca. Przefrunę nad nią tak jak nad pozostałymi minionymi dniami. Wyląduję na listopadzie i wiem, że pomimo niepewności niewiadomego, nie będzie źle. Odstawiam myśli o zmęczeniu, próbuję nie wnikać w jego istotę, zmuszam się do mobilizacji. Dnia wciąż za mało, energii z jego jasności znikoma ilość. Zarywam wieczory, które gdzieś na zwyczajnych sprawach się rozmywają. Kolejny miesiąc rozpocznę poza domem. Dziwnie tak myśleć: poza domem. Dom mamy, a dla mnie to miejsce stało się „poza”. Może lepszym określeniem byłoby w drugim domu, choć to też nie do końca prawdziwe. Widocznie dom utożsamił mi się z mężem, dzieckiem, a nie z rodzicielką. Niesprawiedliwe to dla niej. Dokonując wyboru od czegoś się odcinamy, idziemy zostawiając coś z przeszłości i to coś traci na znaczeniu. Już nie jest najważniejsze, choć ważne. Przez moment powrócę do gniazda, z którego wyfrunęłam. To chyba lepsze niż „poza domem”.

Wczorajszy dzień niczym jakiś maratoński bieg, nie pozwalający na przystanki i przerwy. Pobudka za późno, widocznie nie tylko psyche odczuwa niedosyt odpoczynku, ale i ciało zaczyna się buntować przed ciągłym nadmiarem zajęć. Upycham w minuty gotowanie obiadu, wyprawianie do szkoły Kleszczyka, uszlachetnianie rozczynu na chleb, i ten cały wachlarz maleńkich corannych spraw. Muszę zdążyć, i udaje się, choć w ten sposób rozpoczęty poranek, nie zmienia swojego tempa nawet wtedy, kiedy dzień rozwija się w kolejne swoje fazy. Nie wiem kiedy robi się ciemno, a ten bieg nie zwalnia swojego rytmu. Kawa wypijana w jakimś slalomie działań, nie wiem kiedy staje się przeszłością. Dom pachnie pieczonym chlebem i ten zapach staje się uwieńczeniem, metą wieczoru. Jeszcze trzy dni, niewiele, dam radę.

 

Pomiędzy etapami wczorajszego biegu jakieś epizody, niczym przeźrocza gdzieś pozostawiły różne smaki. Jeden z nich dziwnie gorzki. Dwie młode kobiety kłócą się przed budynkiem szkoły. Nie ważny powód, nie ważne przyczyny. Mogą mieć do siebie pretensje, mogą się nienawidzić. Powinny wyjaśnić sprawy, tylko czy potrzebne jest ich przedstawienie w formie widowiska w miejscu publicznym? Skaczą do siebie jak nie przymierzając dwie suki, i nie ważne, że jedna mieni się kobietą elegancką, światową, z pretendowaniem do miana lokalnej gwiazdy. Cała elegancja pryska wraz z jej zachowaniem. Staje się niczym przekupa, jakaś bywalczyni międzywojennego magla. Może mieć makijaż, wypielęgnowane dłonie, figurę lalki Barbie, epizody w jakichś serialach na życiowym koncie, a w moich oczach nie będzie nikim innym niż głupią babą. Swołocz. To określenie na które sobie zasługuje dzięki nieumiejętności opanowania pewnych zachowań. Czasami trudno jest okiełznać emocje, każdy chyba zna takie uczucie. Bywa, że mówimy słowa, których później żałujemy. Zdarzają się gesty, niewspółmiernie przerastające przyczynę. Zdarza się rujnować sobie życie zachowaniami i słowami, pozostaje po nich żal, skrucha, myślenie po niewczasie. Jednak są zachowania które wymagają obecności tylko dwóch zainteresowanych osób. Bez uczestników, bez obcych niezainteresowanych, bez gapiów ciekawskich, duet załatwia swój występ bez publiczności. Jeśli rozpowszechnią, opinia publiczna nawet ta oziębła dla dwójki artystów, może stać się krytykami równającymi z ziemią wszystko co widziała. I nie ważne co było przyczyną, skutek spowoduje niechęć do wykonawców. I już nigdy nie popatrzę na te kobiety jako na potencjalne koleżanki, bratnie dusze, czy kogoś z kim moje relacje mogą być więcej niż obojętne. Przekreślam te osoby. I nie dlatego, że nimi w jakiś sposób pogardzam, wywyższając się w egoizmie, tylko zdaję sobie sprawę, że brak w nich jakiejś granicy, której jako ludzie powinniśmy umieć nie przekraczać.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JESZCZE PAŹDZIERNIK A JUŻ CZARUJĘ
Notatkę dodano:2014-10-29 21:12:40

Nim wyjdę do pracy pozwolę sobie na odrobinę nicnierobienia w postaci paru nieistotnych słów. Kilka minut poświęconych na własne widzimisię. Być może wieczór znowu przyniesie zbyt wielkie zmęczenie, drastyczne okrojenie wolnego czasu, nie pozwalając tym samym na otwarcie tego wirtualnego kajetu. Tak właśnie było wczoraj. Nim wróciłam do domu było po dwudziestej, i pragnieniem stało się tylko ciepło miękkiej pościeli. Wydawać się może, przecież to jeszcze wcześnie, pomimo ciemności nieba. Fakt, wcześnie i ta dwudziesta wcale nie oznacza, że mój dzień się kończy. On jeszcze trwa pomimo dyskomfortu niepełnych obrotów mojej aktywności. Nawet późna kawa nie stawia na nogi. Doba dla mnie ma osiemnaście, dziewiętnaście godzin, bo przecież nie warto liczyć tego, co w sennym niebycie. Ten mój aktywny czas musi miewać spadki i wzloty formy. Wieczory przeważnie łapią mnie niższymi obrotami chęci do czegokolwiek. A może to ta końcówka października, zbyt mocno nasączona różnymi sprawami z nawałem dni pracy odbiera energię i chęci. Idąc takim tokiem myślenia pozostaje nadzieja w znielubionym listopadzie. Rekompensata mniejszej ilości roboczych dni, daje szansę na wyrwanie większej ilości czasu dla siebie. Tylko aby nie wyzuć się z chęci, aby całkiem nie klapnąć w zniechęcenie. To już pozostaje zajęciem dla mojego psyche. Zresztą kto wie, co przyniosą nadchodzące dni. Scenarzyści na górze zaskakują rozwiązaniami, stawiając zupełnie niespodziewane sprawy na mojej drodze. Czasami coś wynika z czegoś, i nagle okazuje się, że choć przeważnie bywają dwa rozwiązania, nie wiadomo skąd klaruje się jakieś trzecie wyjście. Czegoś nie planuję, następuje, czegoś nie widzę w przyszłości, staje się. Niespodziewalność tego co nas spotyka daje pewnego smaku. Niemożność pełnego zaplanowania uciera nosa wszystkim, którym wydaje się że mają w garści wszystkie sznureczki i tylko od nich zależy który w danym momencie szarpną wywołując spodziewany ruch. Bywa sznureczek się zerwie, splącze, i już to co miało być klarownym planem z przewidywanym efektem obiera całkowicie inny kierunek, ciągnąc za sobą kolejne zaskakujące wydarzenia. Być może z takich właśnie małych i większych nieplanowanych zbiegów okoliczności bierze się moja wiara w pewne fatum i nieuchronność przeznaczenia. Przecież cóż z moich zamierzeń czy wewnętrznych ustaleń na przyszłość, jeśli nagle okaże się, że coś czego nie przewidziałam zupełnie poza harmonogramem wydarzy się burząc całą misternie zaplanowaną przyszłość. Wychodząc z domu nie wiem kogo spotkam, jakie będą konsekwencje tych spotkań. Nie wiem czy szczęśliwie dojdę do celu drogi. Nawet pokładając przeogromną wiarę w tych, którzy otaczają mnie opieką i gdzieś niewidoczni działają ku mojemu dobru, istnieje margines, że z całą opiekuńczą misją też coś może pójść w zwichrowanym kierunku, którego nie jestem w stanie przewidzieć. Ostatnio na szczęście nie występują u mnie zwroty akcji, które drastycznie odmieniałyby moje dni. Utartymi koleinami wszystko idzie bez przeszkód czy niespodziewanych burz. Małe bariery udaje się pokonywać, zmieniając odrobinę coś, aby wszystko dalej zgrywało się w pewną całość. Mam świadomość, że przyjdzie także taki czas, kiedy nie wystarczą takie małe zaradcze korekty, jednak póki nie nastał cieszę się spokojem. Cieszę się i czekam na niespodzianki listopada. Parę dat, kilka wydarzeń stanie się przyczynkiem do zapamiętania kolejnego listopada w moim życiu. A może uda się zaczarować na tyle skutecznie by pamięć akurat tego nadchodzącego czasu wywoływała same pozytywne myśli.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


ZWYKŁY PONIEDZIAŁEK
Notatkę dodano:2014-10-27 21:54:49

Zapowiadał się zwyczajny, kolejny niewiele dający do zapamiętania poniedziałek. I tak całkiem niepozornie się rozpoczął. Kleszczyk do szkoły, ja, jeszcze przed pracą jakiś obiadowy szlif, norma do której przywykłam. Nic szczególnego nie miało się wydarzyć. Przewidywanie jak potoczą się następujące po sobie godziny. I w zasadzie nic takiego się nie wydarzyło. Choć przyjmując to, co miało miejsce jako nic, będzie zbyt wielkim uproszczeniem. Nic dla jednego, coś dla kogoś innego. Ktoś, pewna osoba w jakimś odruchu zaufania do mnie, jakiejś szczerości zaczyna rozmowę. Parę słów, które badają, jak się do nich odniosę. Przeszłam próbę i parę kolejnych zdań. Problem, który jest w udziale tej osoby, dla mnie czymś odległym, choć nie obcym. Moje słowa, prowokują do coraz większej szczerości. Obcy w zasadzie „ktoś” otwiera się na tyle, że padają słowa, deklaracje, pojawiają się łzy. Zdaję sobie sprawę, że ta sytuacja stanowi coś czego nie chciano, co posunęło się na tyle daleko, że nie może być mowy o bagatelizowaniu całej rozmowy. Mogę powiedzieć jak to widzę, coś zaproponować i bez zbytniego słownego głaskania po głowie dać propozycję kierunku.

 

Ludzie czasami potrzebują aby ktoś ich wysłuchał, zdarza się, że tą osobą staję się właśnie ja. Osiągamy pewien poziom szczerości, w którym moje słowa mogą pomóc. I widocznie pomagają. Zwyczajny poniedziałek może stać się ważnym poniedziałkiem, w którym coś, w czyimś życiu się zmieni dzięki mnie. Może jutro dzisiejszych łez nie będzie chciało się pamiętać, nie będzie chciało się mieć świadomości, że ich świadkiem byłam ja. Minie parę dni, nic się nie wydarzy, rozmowa pójdzie w zapomnienie. Gdzieś pozostanie we mnie ślad, tego, że ktoś obdarzył mnie zaufaniem, a ja go nie zawiodę. Kilka minut gdzieś w środku dnia, zmieniło moje postrzeganie tego poniedziałku, który miał być nic sobą nie zostawiającym czasem. Utwierdziły mnie te minuty w tym, czego świadomość gdzieś we mnie istnieje od bardzo dawna. Ukazały mi jak bardzo potrzebna jest rozmowa, i nie mówię tu o tej której byłam uczestnikiem. Ten „ktoś” naszą rozmową głębiej uświadomił sobie co jest dla niego tak naprawdę najważniejsze. Jak mogłoby wyglądać jego życie jeśliby tę najcenniejszą sprawę zepsuł przez beztroskę i bezmyślność w parze z nałogiem, który zaczynał coraz bardziej nim rządzić. Będę obserwować, czy dzisiejsze łzy przełożą się na zmianę podejścia. Mam świadomość, że rozmowa powinna mieć miejsce w domu, a drugą stroną zamiast mnie powinna być osoba najbliższa. Jednak czasami ktoś obcy patrzący z boku widzi inaczej, i może otwarcie przekazać co może czuć partner, uświadomić stopień zagrożenia. Teraz pozostanie do zrobienia najważniejsza rzecz. Wprowadzenie w życie postanowienia, które zakiełkowało przed rozmową. Możliwe, że ona oczyściła obraz, który stał się wyraźniejszy, i już odszukanie tej właściwej drogi stanie się łatwiejsze. Cieszę się, że mogłam w ten specyficzny sposób pomóc. To budujące, kiedy ktoś widzi w nas drugiego człowieka, którego rady płynące z doświadczenia mogą ułatwić własne życie. Cieszy mnie, że komuś taki mój obraz się wyklarował. A już zwyczajny poniedziałek nie jest taki jak się początkowo zapowiadał.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MOJA BROSZURKA
Notatkę dodano:2014-10-26 21:38:02

Nabierając rozpędu, zdaję sobie zarazem sprawę, że to dopiero początek w odkreślaniu dni pracy przede mną. Zdążę się zmęczyć, być może uda mi się przez ten czas zarówno na wyższych, jak i całkiem miałkich obrotach, pracować i przyjmować wszystko wokół. Nie wiem, jak dalece posunę się w kiepskim odbieraniu mającego nastąpić czasu. Strategia na nadchodzący miesiąc to czarowanie samej siebie i wmawianie, że to dobra pora mojego życia. Powinno być optymistycznie, nie będzie łatwo, nie wiem w jakie czasy mam się wgryźć, a może wystarczy teraźniejszość?. Czy przesunięcie czasu to dobry temat? Już kiedyś poruszany przeze mnie, i akurat w mojej osobie nie sprawiający samym swoim faktem żadnych pozytywnych odczuć. Dzień się skurczył, ciemne niebo z cieniutkim rogalikiem księżyca, upstrzona gwiazdami czerń nad głowami, i poczucie, że za szybko, za wcześnie. Młody ze swoją odwieczną pasją spacerów ciemną porą dnia, której w lecie nie ma możliwości doświadczać, teraz jakby próbował nadrobić cały letni czas. Zamiast cieszyć się ciepłem wieczoru w mieszkaniu ciągnie mnie na wieczorny spacer. Wyposażenie w latarkę dodaje jakiegoś dla mnie niezrozumiałego splendoru tym wyprawom. Nim przestaną one być atrakcją minie trochę czasu. Teraz dopiero rozsmakowuje się w możliwości, w fakcie, że ciemna noc przychodzi tak szybko, a on jeszcze nie musi lądować w łóżku. I karnie maszeruję w wyznaczonym przez niego kierunku. W ciemności wypatruję przysypanych liśćmi kałuż, a gdzieś w podświadomości pojawia się obrazek z dalekiej przeszłości. Na samo wspomnienie i jakieś irracjonalne podobieństwo tego spaceru, szelmowski śmiech gdzieś w środku mnie ogarnia. Główny bohater, tamtego spaceru w ciągu wyrazów: ciemność, kałuża, błoto po kostki, zapewne się rozpozna. Dla nikogo z obcych te moje freski przeszłości nic nie znaczą. Każdy z nas ma własne doświadczenia. Nawet jeśli byśmy prowadzili podobny tryb życia, w podobnym środowisku, otoczeni jesteśmy innymi ludźmi, inne błahostki nam się przytrafiają. I pośród wielkich spraw, te właśnie drobiazgi stanowią o całym smaku tego, co kiedyś w przyszłości będziemy pamiętać. Maleńkie sprawki, epizody, z których składa się całe nasze życie. Jakieś kałuże, siąpiące deszcze, przecież niczym szczególnym się nie wyróżniają, jest ich tysiące, ale te konkretne są wyjątkowe. Jakieś wspólne kąpiele pod prysznicem w męskiej łazience, poranki pod namiotem, kiedy wysyłaliśmy nasze dwuletnie dziecko w pewnym celu pod inny namiot, marzenia po ścianie w pewnym miejscu, o którym nie chcę pamiętać, to zdarzyło się nam, i stanowi o tym, co tylko my będziemy pamiętać i co tworzy nasze życie. I okazuje się, że do tych dawno minionych przeźroczy z przeszłości w najmniej spodziewanym momencie pamięć potrafi wrócić, nawet w innych okolicznościach całego otoczenia, w innym czasie, w innym towarzystwie. Nie jestem zadufana w sobie aż tak bardzo, aby sądzić, że tylko mi dane takie przeskoki. A może świadczy to o jakiejś przypadłości, którą najwyższa pora zacząć diagnozować i leczyć. Tylko czy warto, skoro te kawałeczki składają się na całość o nazwie: „moje życie” ?. Kim bym była bez tych małych spraw, jeśliby wykasowano z mojej pamięci te okruchy? Każdy z nich wydaje się być bez znaczenia, bo to naprawdę małe sprawki, a przecież są jakąś treścią tej pisanej przez moje życie książki. Ilu ludzi na świecie, tyle tych książek. Tutaj na chwilę nieujarzmiona polityka ładuje mi się z brudnymi butami w całość skojarzeń na dziś. Zbliżają się wybory do samorządów. Z ogromnych banerów patrzą na nas ludzie chcący coś wnieść do lokalnej polityki. Próbują nas przekonywać hasłami, słodkim wyrazem twarzy, wymienionymi tytułami, osiągnięciami. Niektórzy posuwają się nawet do wymieniania ciurkiem członków rodziny z podkreśleniem ich zasług czy też ukończonych uczelni. I my, wyborcy widzimy okładkę zaledwie z książek poszczególnych żywotów potencjalnych wybranych. Widzimy to co chce się nam przedstawić, nikt z postronnych nie wnika w treść, która nie zawsze chce ujrzeć światło dzienne. Ta treść niedostępna, jakbyśmy tylko grzbiet tej książki mogli zobaczyć z ewentualną okładką. Nie środek, nie epizodyczną zawartość. Nie zawsze te epizody warte rozgłosu, bywa nie ma się czym chwalić, zachowania z głębi treści nie zawsze godne powielania i glorii. I wychodzi na to, że jednak najważniejszy okazuje się marketing i wizualizacja. Marketing bezpośredni z pukaniem do kolejnych drzwi obcych ludzi z żebraczym wołaniem o głosy oraz wizualizacja upstrzonej okładki książki, którą chcemy opchnąć wyborcom.

 

Moja książeczka, w szarej obwolucie, broszurowe wydanie, nie nachalna, z mało ważną globalnie treścią, jednak wolę ją taką niż tomisko w papuzich barwach z zafałszowanymi opowiadankami na krawędzi sensacji lub fikcji.    


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163094
Osób: 145549