Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

TYLKO JEDNA SZANSA
Notatkę dodano:2014-10-06 22:47:21

Z całkiem usprawiedliwionej przyczyny nie było mnie tutaj, nie pozostawiłam śladu. Zresztą czy tak naprawdę ktoś czeka na takowy? Komu może wystarczyć samozaparcia do zaglądania w zapiski obcej kobiety. Zresztą jaki sens mają takie dociekania, zostawiam parę słów, jakaś myśl, mały pejzaż z minionego dnia, nakreślenie czegoś ulotnego z własnego życia. I znikam, nie oczekując za wiele, choć kłamstwem byłoby gdybym stanowczo powiedziała, że nie oczekuję zupełnie niczego. Może potrzeba aprobaty odczuć, podobieństwo do nich u innych ludzi. Coś powoduje, że zamieszczam te notatki, a przecież mogłyby sobie na dnie szuflady istnieć z tylko moją świadomością ich obecności. Nie będę wnikać co mną powoduje, bo i pewnie moje zdanie na ten temat zupełnie odmienne do zdania fachowców by było. Niech wszystko pozostanie w takiej formie jak dotychczas, znajduję czas pojawiam się, jest na to ochota bywam, dopada chęć uzewnętrznienia, przelewam na ten wirtualny papier to co w duszy zagra. Czy dziś zagrało? Zapewne po mojemu gra codziennie. Wielokrotnie w ciągu dnia łapię się na małych obrazach, które w danym momencie przelałabym słowem, idę dalej, coś innego absorbuje, wcześniejsze ulatuje aby już się nie pojawić. Coś znika, choć cień w pamięci pozostaje, leciutką rysą się odznacza, ale nieistotne, mało ważne. Mam świadomość że tych mało istotnych spraw kładących się cieniem na moich zapiskach jest ogrom. Tylko zarazem te ważne czasami za wiele smutnych nut w sobie zawierają i pisanie tylko o tym mogłoby stać się niczym głaz zbyt ciężki do uniesienia. Dlatego zdarza mi się takie głazy omijać, udając ich niezauważenie. To oczywiście nie wyklucza że tak naprawdę je widzę, przecież są na mojej drodze, i nie sposób nie dostrzec, czasami potknąć się, lub dotkliwie poobijać. Jednak nie chcę tylko tego co wstrząsa lub powoduje poczucie smutku czy nostalgii. Życie to nie tylko takie doznania, to także coś odmiennego dla przełamania gorzkiego smaku. Wraz z dorosłością więcej się dostrzega, ale też tej goryczy jakby stawało się coraz więcej. A może dorosłość daje możliwość i umiejętność zauważenia. Zdarza się wolniejszy krok dzięki któremu mniej umyka. Więcej czasu na zastanowienie dzięki temu. I człowiek pragnąłby jednej niemożliwej rzeczy, aby można było coś przeżyć jeszcze jeden raz. Czasami są to sprawy latami przysypane, zapomniane a bywa nawet pod tej grubej warstwy potrafią o sobie przypomnieć.

Dziś wracając z pracy mój wzrok napotkał trójkę młodych ludzi siedzących w pobliżu ratusza. Rynek mojego miasta to piękne miejsce, uniwersalne jako punkt spotkań, i znaczne jako coś do zapamiętania. Wracając do tych młodych ludzi, z pozoru nic w nich szczególnego nie było. Dwóch chłopaków i dziewczyna. Jednak nie do końca wszystko było tak sielankowe. Jeden z chłopców siedział na inwalidzkim wózku. Nie wnikam ani w relacje między nimi, ani stopień zażyłości. Tych dwoje zdrowych nie czyniąc między sobą różnicy śmiało się i prowadziło ożywioną rozmowę z chłopakiem na wózku. W tym momencie spod grubej warstwy minionych lat gdzieś we mnie ożył pewien obraz.

 

Byłam nastolatką, na wakacjach u rodziny, drugi koniec polski. W całej swojej głupocie i zarozumialstwie czułam się jakbym pomyliła bajki, jakbym była czymś lepszym od spotykanych rówieśników. A może to pewien stopień nieśmiałości nie dawał nawiązywać bliższych znajomości. Gdzieś z boku, na swoim ręczniku, codziennie w tym samym ustronnym miejscu nad brzegiem jeziora. Nie zdawałam sobie sprawy, z faktu, że ktoś mnie obserwuje, ocenia. I ten ktoś zdobył się na odwagę aby mnie zaczepić. Nie zrobił tego osobiście, tylko poprzez kolegę z którym był nad jeziorem. Jednak stało się jasne, że posłaniec miał tylko za zadanie nawiązać kontakt i zniknąć. Spełnił misję lojalnie nic więcej dla siebie nie ugrywał. Tym zaś, który chciał poznania mnie, był chłopak na wózku inwalidzkim. Z jednej strony czułam się w jakiś sposób wyróżniona zwróceniem uwagi akurat na mnie, z drugiej zupełnie nie brałam na poważnie tej znajomości. Byłam w oddalonym od rodzinnych stron miejscu, bez obowiązków, zupełnie bez doświadczenia w relacjach z osobami niepełnosprawnymi. Młodość, głupota, wakacje. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy że ten człowiek na wózku to taka sama osoba jak ja. Nigdy wcześniej nie znałam nikogo takiego. Może się przestraszyłam, może to mnie przerosło. Po wakacjach zaczęły przychodzić listy, na które nie odpowiadałam. Co wtedy myślałam, pozostawię dla siebie, jednak jest to jedna z tych sytuacji, które teraz wraz z nabranym doświadczeniem przeprowadziłabym zupełnie inaczej. Poczucie pewnego wstydu wynikające z tej mojej młodej głupoty niestety nigdy nie zostanie przeze mnie zapomniane. A szansy na ponowne rozegranie nigdy nie dostaniemy. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OTUMANIAJĄCY POCZĄTEK
Notatkę dodano:2014-10-01 21:47:44

Dawno temu wierzyłam, w pewnej swojej naiwności, z której nie do końca wyrosłam, że jaki poniedziałek taki cały tydzień. Moje poniedziałki pomimo wielu starań żyły swoistym własnym życiem. Ja się starałam, one wychodziły jak sobie chciały. Jeszcze w tamtych zamierzchłych czasach nie znałam wywrotowej teorii Diderota, wedle której wszystko co nam się przydarza jest odgórnie zapisane na zwoju. Niewielki mamy na tę zaplanowaną dla każdego z nas treść. Wraz z wiekiem łatwiejsze stało się przyjmowanie niepowodzeń zwalając odpowiedzialność na przypadek, odgórne decyzje. Być może dzięki wcześniejszym próbom dobrze przetrwałych poniedziałków nauczyłam się jednej z ważnych rzeczy: nie spóźniać się. Moja wiara, że jeśli się nie spóźnię w pierwszy dzień tygodnia, nie zdarzy mi się to w żaden z kolejnych. Tylko moja naiwność polegała na tym, że starałam się wyłącznie w poniedziałek, pozostałe dni miały być już jego konsekwencją. Wiara czyni cuda. Udawało się, z wywieszonym jęzorem, jakimś nieokreślonym galopem, jednak dobiegałam na czas. Poniedziałek był uratowany, i uratowane w moim mniemaniu były pozostałe dni. Pomimo zawierzenia wywrotowym teoriom fatalistycznym, jakiś cień dawnych wierzeń we mnie pozostał. Co ciekawe zdarza mi się przenosić dawne zabobonne myślenie nie tylko na tygodniowy odcinek, posuwam się w takim absurdalnym myśleniu nawet na czas miesiąca. Oczywiście zakrawa to już nie tylko na naiwność, ale ociera się całkiem mocno o głupotę. Wychodząc z takiego założenia, jeślibym kiepsko rozpoczęła rok, cały w kiepskość byłby przybrany. Sam ten fakt mógłby odebrać sens naszego życia, bo skoro początek ma być obrazem dalszego ciągu, wartość źle rozpoczętego okresu z góry na przegranej pozycji by się znalazła.

 

Dziś rozpoczynamy kolejny miesiąc. Jaki był jego pierwszy dzień? Dla mnie bez szaleństwa, bez kataklizmów, bez euforii pod niebiosa. Normalny, kolejny z jesiennych bezdeszczowych dni. I choć taki zwyczajny, dał się odczuć jakimś spowalniającym oddziaływaniem na mnie. Niby nic wielkiego, a jednak dwa razy trzeba było sprawdzać to co zostało i czy zostało zrobione. Jakby ktoś odebrał mi energię, normalność działania a w zamian wprowadził w jakiś letarg. Robię, okazuje się nie tak jak miało być zrobione, sprawdzam, poprawiam. Raz, drugi. Wydaje się, już nic nie zaskoczy, ale gdzie tam, wielkie oczy, że jednak nie poszło tak jak miało pójść. Wychodzę z pracy, parę razy sprawdzam zamknięte drzwi, okna. Wszystko wydaje się być w najlepszym porządku, na miejscu. Norma. Idę w stronę kierującego się ku zachodowi słońcu, gdzieś kołacze się podsumowanie kolejnego dnia, oczy przyciągają czerwieniejące liście klonów, uszy wypełnione muzyką. Nic nie powinno mnie zatrzymywać, skoro to co zostawiłam za sobą doprowadzone do szczęśliwego finiszu. I nagle przebłysk myśli, nie wszystko jest tak jak miało być. W pracy zostawiłam swoją smycz, telefon komórkowy, w jednej z szafek spokojnie sobie leży, choć miał leżeć na dnie torby. Niby nic, a już na pewno nie stanowi to normy. Pamiętam, wszystko zawsze wzrokiem ogarniam, nic nie zostawiając. Przynajmniej tak bywało do tej pory. A dziś w ramach rozpoczęcia nowego miesiąca, akcent inności, odmienności. Czy taki będzie ten miesiąc? Zaskakujący? Odmienny? Jeślibym uwierzyła w ciągłość następujących po pierwszym dniu zdarzeń i ich podobieństwo w kolejnych dniach, zapewne powinnam się przejąć taką ewentualnością. Jednak w pewnej dozie szczęścia, nie wierzę, i ufam, że jednak cały miesiąc nie przepłynie mi na otumanieniu, do którego to stanu nie jestem przyzwyczajona, i nie pragnę takiej normy, nawet jeśliby ta odmienność miała być tylko chwilą trwającą miesiąc.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POJECHAŁAM PO CHŁOPAKACH...
Notatkę dodano:2014-09-30 20:58:41

Miałam sobie darować, odpuścić, zarządzić pauzę i dać odpocząć. Tylko nieobliczalność moich zachowań, staje się powodem, że jednak siadam i z początkową pustką w głowie zaczynam. Nigdy nie wiem, jak dalece wysforuję się, ani w którym kierunku podążę. Co prawda zdarzają się takie dni, kiedy z góry nakreślona notatka bez żadnych szlifów w mgnieniu oka przelewa się na ten wirtualny papier. Są sprawy poruszające mną na tyle, że nic innego nie wyprze słów, które aż się pchają byle tylko ze mnie wyjść. Dziś nie mam tej wizji, ani konceptu. Piękna pogoda paru ostatnich dni, wytępiła moje patrzenie na świat. Może chłonę to co mnie otacza nim powrócą słoty. Obecnie zewsząd, jakby na jakiś alarm następuje licytacja barwami. Zaczynają się czerwienie sumaków, klonów, jeszcze takie nasycone, żywe, nierzeczywiste niczym z kiczowatego obrazka. Przerysowanie kolorami otaczającego świata. Kto wie, może właśnie takie widoczki są natchnieniem dla ludowych artystów. Nie ma tu spokojnej gry barw, delikatności tylko przerysowanie. Natura sama w tych ostatnich chwilach pewnego przełomu pór roku jakby dla podkreślenia, że za chwilę wszystko ulegnie stonowaniu i rozmazaniu szarością, chce się dać zapamiętać taka stanowczo barwna. A ja czuję się mało szczęśliwa, nie mogąc w pełni napatrzyć się na gierki i przeskoki kolorów. Jesień jest taką łaciatą porą roku, która do niczego nie podobna i pozbawiona jakichś schematów kolorystycznych. Nie ma kolejności jak w tęczy, bo tu wiele uzależnione od klimatu, pogody, temperatury. Bywa, że z dnia na dzień cały koloryt gdzieś przepada, a nam umyka ten kolorowo łaciaty moment.

 

Ostatni dzień września, to także święto chłopaków. Obarczona jestem trójką przedstawicieli tego specyficznego gatunku. Jeden z trójki podreptał swoją drogą, na której nie ma dla mnie pobocza, idąc którym mogłabym mu towarzyszyć. Pozostało koło mnie dwóch. Pamiętam o nich na co dzień, bo i zapomnieć nie jest łatwo. Specyficzny gatunek, bez którego moje życie wyglądałoby zupełnie odmiennie. Będąc młodą osobą, w wieku przed macierzyńskim, chyba jak każda dziewczyna zakładałam, że moje dzieci to będzie mieszana parka. Być może wynikało to z ukrytej tęsknoty za nigdy nie posiadanym bratem i dla równowagi za córką, która stanie się przyjaciółką dla mnie jako matki. Inaczej się potoczyło. Być może coś jest w powiedzeniu, że jak Bóg chce kogoś ukarać to mu marzenia spełnia. Mnie widać nie chciał karać. Nie spełnił niedorosłych pragnień, całkiem nieoczekiwanie obdarowując dwoma synami. Nikt nie dał instrukcji obsługi dla powstałych okazów. I podobnie jak miliony przede mną i podobne miliony za mną, kobiet zmagam się z przewagą innej płci w najbliższym otoczeniu. W zasadzie z męską częścią narodu potrafię się dogadać, oczywiście z pewnymi wyjątkami. jednak co innego dogadywać się z dorosłymi osobnikami, a inna śpiewka, to od podstaw nawiązywać porozumienie z wyrastającym z własnej osoby facecikiem. Pomijam wiek całkowitej zależności od rodziców, jednak już im dalej w las.... Facet to facet, nie ważne mały czy duży, inna logika, inne spojrzenie na świat. Duży i mały, uparciuchy we własnych dążeniach, nawet tych najbardziej pozbawionych sensu. Mojego sensu. Ja obok nich niczym ręka karcąca, której zdarza się na czas złapać przed poczynieniem kolejnej głupoty. A bywa też nie zdążę... i wiedzą, że miałam rację, i pokornie się ukorzą do kolejnego męskiego ogłupiałego dążenia do czegoś po męsku najważniejszego, po męsku potrzebnego.... Nie wiem, czy wymyślono dzień mężczyzny, choć jeśli takowy jest to z całą stanowczością wyrażam protest przeciwko takowemu. Dojrzały mężczyzna...cóż to oznacza? Siwiznę, umiejętności, powagę? Moja życiowa połówka parę symptomów bycia mężczyzną bezapelacyjnie posiada, tylko tak naprawdę chyba więcej w nim z chłopaka niż chciałby się nawet sam przed sobą przyznać. Świętujemy więc dzień chłopaka, i nie ważne nawet to, że duży chłopak za moment skończy pięćdziesiąt lat.... Wszystkiego dobrego wieczni chłopcy.... 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIC NIE TRWA WIECZNIE
Notatkę dodano:2014-09-29 18:42:15

W mojej małej miejscowości hucznie otwarto w minioną sobotę „Dom Ludowy”. Dla społeczności powinien ten budynek mieć jakieś znaczenie, czy będzie miał, czas pokaże. W mojej notatce sam fakt wybudowania oraz ranga budowli nie ma znaczenia. Pragnę skupić się na zupełnie odmiennych sprawach. Uroczystość otwarcia swoim występem uświetniła Eleni. Nie znana młodym, zapomniana przez wielu, lubiana przez starsze pokolenie piosenkarka. Zapewne jeszcze dwadzieścia parę lat temu jej osoba nie przekroczyłaby progów takiej wioski jak ta, w której mieszkam.

Inna gwiazda właśnie kończy osiemdziesiąt lat. Niegdyś kobieta wyzwolona, kanon piękna, ikona i wzór dla milionów jej rówieśnic oraz różniących się wiekiem współczesnych jej kobiet. Bogactwo, sława, uroda, wszystko to było, a jednak w pewnym momencie znikła za sprawą własnego wyboru, może nacisków czy też przeminięcia mody na nią. Brigitte Bardot.

Dla odmiany mężczyzna, którego postać przypomniał w ostatnie cztery piątkowe wieczory serial wyświetlany w programie pierwszym TVP. Jaki był, jakie poza filmową fikcją było jego życie? Już nikt nie pamięta. Parę niemych filmów z okrzykniętą męskim wzorem piękna twarzą Rudolfa Valentino przypominane okazjonalnie dla entuzjastów początków kina, lub jako ciekawostka.

Tylko trzy osoby, które choć w pewnym momencie swojego życia wdrapały się na szczyty kariery, zdobyły te szczyty, stając się rozpoznawalne i sławne jednak po latach staną się ludzką ciekawostką. Może imiona czy nazwiska będą odpowiedziami na pytania w teleturniejach, wzorem na minione kanony, czy też przyczynkiem do porównań z obecnymi sławami i „gwiazdami jednego sezonu”.

Z całych społeczeństw, narodów, państw, ktoś staje się osobą znaną. Na różnych niwach, w różnych dziedzinach życia, sztuki. Jest inny niż reszta, za sprawą mediów, własnych zachowań, różnych nieodgadnionych przyczyn. Ja powiem: dzięki przeznaczeniu i tym od scenariuszy, którzy siedzą na górze przekładając nasze karty. Ten wyznaczony jeden z wielu, staje się kimś innym. Wynoszony pod niebiosa, lub potępiany, wielbiony lub nienawidzony, wywołujący emocje w całej gamie. Obserwowany, i naśladowany jako niedościgły wzór. Z zazdrością wytyka się to czy tamto, że za dużo, za mało, za pięknie lub nie dość pięknie. Dobra passa naszego idola może trwać miesiąc, rok, parę lat, czy nawet ich wielokrotności. Jednak mija. Uroda znika, nawet najbardziej pielęgnowana, moda się zmienia, ktoś inny zajmuje miejsce naszego dotychczasowego bóstwa.

 

Różne drogi, i wielorakie ich zakończenia. Urokliwi, cudni, podziwiani podobnie jak ci w wielkiej mnogości szarzy, zwyczajni to przecież tylko ludzie. Prześladują ich choroby, tragedie, nałogi. Różni nas tylko ten fakt, że ci ze świecznika mają swoje głośne pięć minut – nie ważne ile trwające. Cóż pozostanie po zwyczajnych i tych niezwykłych? Pamięć ludzka. Parę filmów, piosenek, wierszy, obrazów, które może staną się niemodne, lub okrzyknięte ponadczasowymi arcydziełami dadzą profity dla spadkobierców. A jeśli staną się zapomnianą, przebrzmiałą, nic nie znaczącą szmirą? Tak naprawdę to co ważne i dłużej dające zapamiętać kogoś z tych wielkich i tych maluczkich to ich stosunek do ludzi, ich dobro wobec bliźnich lub brak takowego. Czy jest więc czego zazdrościć gwiazdom, idolom, wzorcom z artystycznego światka? Często mają możliwości których nie wykorzystują, gest w całkiem próżną stronę skierowany. Coś dla poklasku, coś dla szumku, nic dla ludzi. Nie jestem świętą, to tylko moje przemyślenia, które wcale nie muszą być pewnikiem ani zasadą. Kto wie, jaka sama bym była mając i mogąc więcej. Nie dowiem się, inna droga mi przeznaczona, inne gesty, czasami za małe do możliwości nawet moich. Podobnie jak ci wielcy jestem tylko człowiekiem.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KILKA PROMYKÓW
Notatkę dodano:2014-09-28 21:29:41

Wraz ze wczesnym popołudniem moje odliczanie dni zawodowych obowiązków zakończyło się w tej serii. Za chwilę nastąpią kolejne, dłuższe lub krótsze, z radosną perspektywą wolnych dni. Choć może nawet sama radość z mającego nastąpić pauzującego dnia nie byłaby tak wielka, jak właśnie dziś to odczuwam. Moja huśtawka nastrojów zaczęła swoje szybowanie do góry. Nie wiem, czy powinnam się cieszyć z tempa w którym te zmiany następują, tylko tak naprawdę czy mam jakiegokolwiek na nie wpływ ?. Nie będę rozgryzać tego problemu, bo nikłe mam poczucie sensu takich rozważań. Jest lepiej, i to nie za sprawą samego wolnego dnia, który ma przyjść, bo akurat on, choć jeszcze nie nastąpił już aż kipi od zaplanowanych zajęć. Chlebowe ciasto już zaczęło swoją kwaśną, jeszcze niewidoczną pracę. Gołąbki przygotowane w półproduktach, niczym klocki, które zostaną poskładane w sensowną całość, przybierając formę obiadowego dania. A przecież to żadna przyjemność, nic co powinno cieszyć. Wcześniejsze plany rozbuchane w swojej frywolności stanowczo zakładały basenowe przyjemności. Poczekam akurat na taką przyjemność, i odbiorę sobie z nawiązką w momencie, który może bardziej będzie tego potrzebował. Zaszaleję z rozrzutnością, rozmoczę się, przesiąknę chlorem i wyjdę szczęśliwa. Nie jutro, kiedyś... . Podział się ten mój niżowy stan, sama nie wiem gdzie. Nie rozpaczam za nim, i tak wróci, nie dając o sobie zapomnieć. Teraz cieszę się z faktu, jego nieobecności. Półtora dnia nieobecności w domu, siedem dni pracy, marazm chłodu i wilgoci, wszystko to powinno zmóc mnie na tyle, że wraz z dzisiejszym powrotem do domu najwłaściwszym stanem w którym winnam się znaleźć to leżakująca poza oraz wyłączenie świadomości na domowe zajęcia. Nic takiego nie miało miejsca, żadne leżę pachnę, nie nastąpiło. Gdzieś na górze naigrawając się z mojej zmęczonej osoby inaczej rozłożono dzisiejsze karty działalności. Powrót, obiad, może nie ten tradycyjnie niedzielny, z rosołową nutą i schaboszczakiem. Odmienność w roztasowanych kartach poszła po przysłowiowej bandzie. Wczorajsza poczyniona przez męża jarzynowa i dzisiejsze poczynione wspólnie placki ziemniaczane. Szybko w wykonawstwie i konsumpcji, ale skoro jutro gołąbki, nie ma co wydziwiać z tradycjami czy też szczególnym podkreślaniem świąteczności niedzieli. Co dalej z tym dniem począć? Każde z nas ma inną wizję dalszego ciągu. Słońce wysoko, ostry blask przywołuje, a to wytęsknione ciepło tak nierzeczywiste, że przecież nie można zmarnować być może jednej z ostatnich szans wspomnienia lata. Młody w całkowitym naszym niezrozumieniu ciągnie na plac. Veto. Tym razem, nie on będzie decydował. Wizje różne, z pozoru nie do pogodzenia, jednak roztasowane karty dają szansę na konsensus. Rowery, kierunek las. Nie jestem przygotowana na dalekie marszruty, ale zwątpiłabym w prawdziwą żyłkę grzybiarza w swojej osobie, gdybym nie przemyciła gdzieś w mikrym plecaczku podobnie mikrego nożyka oraz jakiejś nieistotnej w swojej zwiniętej wielkości torby. Małżonek mniejszą atencją pałający do łazikowania po leśnych ostępach jedzie gdzieś dalej, a ja z Kleszczykiem zostajemy zbierając jakieś niedobitki po tabunach weekendowych grzybiarzy. Młody widocznie z przewagą genotypu po ojcu przynajmniej w kwestii leśnych zamiłowań. Nudzi się, nie umie na tyle opuścić wzroku aby z sukcesem zbierać to, co zbierane być powinno. Mąż jakieś dystanse pokonuje, leśne etapy po których metą zawsze miejsce mojej obecności, po następnym z kolei okrążeniu zabiera małego ze sobą. Zostaję w pełnym szczęściu samotnie. Nikt nie marudzi, grzyb sam się znajduje, cisza coraz późniejszego popołudnia więcej mi daje niż sama przed sobą się przyznaję. Po kretyńsku cieszę się z tych paru chwil, przecież nieplanowanych, nieprzewidzianych i zupełnie niczym szczególnym się nie wyróżniających. Adidasy co chwilę się rozsznurowują, nie irytuje mnie to, choć w przyzwoitej normalności przy pierwszych objawach rozluzowania sznurowadeł od razu je poprawiam. Jakieś wielkie owady z głośnym brzęczeniem lądują na mojej głowie, odganiam i idę dalej. Sypiące się igły, w cudowny sposób dostające się pod bluzkę i drapiące moje ciało, nie denerwują, podobnie jak klejące pajęczyny znikąd pojawiające się na moim nosie. Przecież w mojej małej cywilizacji każde z tych drobnych niedogodności napotkane w każdym innym miejscu i czasie spowodowałoby jakieś mamrotanie pod nosem, szpetne zaklęcie, ale nie tu, i nie dziś. Dziś choć to przecież końcówka września, wystarczyło parę godzin radosnego blasku słońca i cały świat inaczej wygląda, jakby za sprawą tych bezchmurnych momentów od razu inaczej i lepiej się zrobiło. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRZYJACIEL KOC
Notatkę dodano:2014-09-26 21:48:55

Zmęczenie, niczym pył osiadający i oklejający moją osobę. Próbuję je strzepnąć, ciągle jest. Zdaję sobie sprawę z tego, że na ten stan wpływa nie tylko nawał jakichś zajęć. Tych zbyt wiele nie przybywa. Największego znaczenia upatruję w tym co za oknami. A tam nie chce być świetliście, pobudzająco i radująco. W mieszkaniu dwadzieścia stopni, na zewnątrz w zależności od pory dnia od dwóch wczesnym świtem, do czternastu po południu. Jakieś mżawki powodujące nie tylko wilgotny połysk wszystkiego wokół, ale też wszechobecną mokrość powodującą wzmożone odczuwanie chłodu. Niedospanie nie tylko jako mój własny wybór i fanaberia późnego chodzenia spać oraz wczesnego wstawania. Popołudnia staram się zabijać aktywnością, gdyż nawet parominutowe otulenie się produkującym ciepło kocem powodują moją narastającą niemoc późniejszego opuszczenia przyjemnej tkaniny. Zrastam się z tym kocem jakby stawał się on jakąś przyjemną częścią mnie. Wczoraj nieopatrznie uległam prośbom Kleszczyka, który najpierw namówił mnie na chwilę leżenia, aby później brutalnie, jak na dziecko przystało spod tego koca mnie na siłę wyciągać. Jego mantra : „chodź na dwór, chodź na dwór, chodź na dwór....” z moją odpowiedzią i prośbami o litość nad niepragnącą żadnego dotleniania matką. „Nie dziś, proszę, patrz jak wieje, jest zimno, jutro, zaraz będzie padało.....”. Kocyk coraz bardziej przyrasta do mojego ciała, mantra podwórkowa nie ustępuje na sile. Litość nie jest brana pod uwagę kiedy ma się niecałe osiem lat. Obietnica jutrzejszego spaceru zbyt wielką odległością w czasie, nie jest w stanie przekonać młodego człowieka. Musi być jakiś specjał na teraz. Nie jutro, pojutrze tylko teraz i już. Skoro spacer dla mnie nie wchodzi w grę, bo przecież koc już zupełnie się zjednoczył z moją zmarzniętą osobą, a jako część garderoby jakoś nie stał się trendem w jesiennej modzie, musi to być coś co spowoduje zmianę planów bezlitosnego dziecka. „Zagram z tobą w karty”.... Wystarczyło tym razem... Dziś już wielkim łukiem omijam koc, omijam łóżko, które jakimś niesłyszalnym dla innych kodem, do mnie wysyła zaszyfrowaną wiadomość o swojej gotowości przyjęcia mnie, czy to wraz z niemodnym jeszcze kocowym otuleniem, czy też pozbawioną tego szczegółu okrycia. Omijam łukiem statyczne zajęcia, aby tym razem nie musieć przechodzić traumy rozstania z kocem. Za oknami zimna i mokra szarość nawet tego mojego entuzjasty podwórkowych bytności nie jest w stanie wyciągnąć z domu. Domowe zajęcia choć nie wołają, żadnych szyfrów do mnie nie wysyłają zabijają czas na tyle skutecznie, że nie sięgam po koc. Teraz żałuję, że nie przygotowałam sobie ciasta na chleb, nie tylko zajęcie by się znalazło ale też cieplej i przyjemniej w domu dzięki temu by się zrobiło. Trudno, nie czas płakać nad rozlanym mlekiem, podobnie jak nie czas żałować zimnego piekarnika. Jeszcze dwa dni do końca mojego odliczania, i doczekam się wolnego od obowiązków zawodowych. Bywa, że nie przeszkadzają mi takie ciągi po więcej niż pięć dni pracy. Po którymś z kolei zaczynam obojętnieć, tylko takie podejście jakoś lepiej przechodzę wtedy, kiedy inaczej wygląda świat, kiedy wszystko się budzi do życia lub nim z całą mocą i energią zaraża niż w momencie obumierania. I niby wiem, że cały szkopuł właśnie w tym tkwi aby zacząć inaczej odbierać, inaczej widzieć i postrzegać, a może po prostu ze stoickim spokojem przyjąć jako rzecz, której nie można zmienić. Cóż po tej wiedzy, po znajomości sposobów zaradzenia i poradzenia sobie skoro bywają dni, które z większym naciskiem dają poczucie nie tylko przygnębienia ale właśnie fizycznego zmęczenia, kiedy najlepszym przyjacielem stałby się nam ten milczący, ciepły kocyk oraz możliwość bezkarnego przespania większej ilości czasu niż na ogół nam jest dany. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


REAKCJA NA NARZEKANIE
Notatkę dodano:2014-09-25 20:40:00

Pisuję sobie, zostawiam parę słów, wydaje się bez większego znaczenia i sensu. Jak w tytule, szufladkowe notatki. Odkładam zapisany karteluszek, szuflada się zamyka, niewiele w pamięci po tych moich słowach pozostaje. Za jakiś czas ponownie dorzucam kolejną karteczkę, robi się z nich mały, równiutki stosik, lub jeśli w szufladzie panuje nieład, walają się one chaotycznie. Można sięgnąć po którąś, przeczytać i zapomnieć. To moje słowa, nie każde musi być w smak, nie z każdym się zgadzasz, lub identyfikujesz. Może jako ciekawostkę traktujesz to, co tu zastajesz. Nie o wszystkich reakcjach się dowiaduję, niewielu komentuje. Choć właśnie komentarze to swoista reakcja, oddźwięk, jakieś echo. Osoby mi nie znane zapewne inaczej odczytują moje słowa niż znajomi. Im powiązanie pewnych szczątkowo nakreślonych epizodów nie zawsze właściwie się udaje. A ja nie zawsze rozjaśniam wątpliwości kolejnymi notatkami. Często nie rozwijam wątków jakby o nich zapominając. Wystarczy, że ich kontynuacja nastąpiła w realnym życiu, temat samoistnie się zamknął, może straciłam zainteresowanie tym, co minęło lub rozwiązało się na tyle banalnie, że nie warto do tego wracać. Czasami nie czuję potrzeby ciągnięcia wątków, tylko pozostawiam swoisty maziaj, że coś takiego było, istniało. Jakaś przeszłość, coś minionego. To moja przeszłość, moje epizody, moje ważne i mniej ważne sprawki. One sobie gdzieś w zakamarkach mojej głowy po prostu są. Wybieram ilość, którą tu zawrę, i decyduję jak dalece pójdę w przemyśleniach, czy wspominkach. Podejmuję decyzje ile, czego napiszę. Nie wszystkim się dzielę, część pozostawiając do użytku własnego. Bo i cóż komu po dokładnych relacjach, to moje życie, w którym mam sprawy tylko dla siebie. Jak każdy, posiadam ten margines prywatności, który dotyczy tylko i wyłącznie mnie. W kawałku jest też składową życia innych jednak ja odpowiadam za swój kawałek, swoje odczucia, odbiory, myśli i wnioski.

Wczoraj napisałam, że jest gorzej. Akurat taka karteczka miała wylądować w szufladzie. Chwilowy stan przelał się na elektroniczne strony, choć przecież mogłam przemilczeć, przejść w cichości, bez uświadamiania widzów. „Com napisał, napisałem...” . I ja podobnie mogłabym określić przelane własne słowa. Nie wypieram się ich, nie będę zmieniać, niech w głębi szuflady pozostaną. A jednak po tych moich paru zdaniach nastąpiła reakcja, której nie przewidywałam. Możliwe, że ta osoba zupełnie przez przypadek akurat tego dnia do mnie napisała, całkowitym zbiegiem okoliczności, odgórnym zrządzeniem tych od scenariuszy, a ja ten przypadek zinterpretowałam tak, jak mi wygodnie. A może z jakiejś troski, czy obawy o moje psyche chciała sprawdzić czy jednak wszystko u mnie w porządku. Oprócz faktu zaskoczenia zrobiło mi się tak po ludzku miło. Że jednak moje słowa, nawet narzekające skłoniły kogoś do zatrzymania się nad moją osobą i prostego, ludzkiego odruchu sprawdzenia czy jednak dam sobie ze swoimi dołami radę. Jeśli zadziałała tutaj ironia losu a moja interpretacja całego zdarzenia to tylko wydumanie, gdzieś podświadomie nie przyjmę tego do wiadomości. Wersja o zatroskaniu bardziej mnie urzeka, jest budująca i wzmacnia moją wiarę w parę spraw, które my ludzie potrafimy, choć nie przychodzą nam one łatwo. I zdarza się, że człowiek, człowiekowi nie tylko wilkiem, ale czasami też bratnią duszą, tylko w oddaleniu czy zapomnieniu. Zapominamy o tych spotkanych kiedyś ludziach, którzy o nas myślą tak po człowieczemu dobrze i dobrze nam życzą, zdobywając się na wyciągnięcie ręki jeśli będzie taka potrzeba. Są w gotowości choć nie obnoszą się z tą gotowością, i nie istotne jest, że ta pomoc to parę słów. Słowa mają wielką moc, potrafią ranić, ale też mogą dać wsparcie w złych czasach. Mają moc, która potrafi przywrócić chęci dalszej wędrówki, i uwierzyć że nawet wbrew wszystkiemu warto ponosić ten wysiłek.

 

Jeśli reakcja osoby o której piszę była zgodna z moją interpretacją, bardzo za ten objaw troski dziękuję, jeśli to przypadek, nie przyznawaj się do tego, tylko okłam utrzymując moją wersję. Ten jeden raz w życiu chcę być okłamana, i o tym, że to oszustwo nie chcę się nigdy dowiedzieć. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZAS NARZEKANIA
Notatkę dodano:2014-09-23 21:57:02

Miły pan z uroczym uśmiechem utwierdził mnie w pewności tego co znajduje się odsuwanej świadomości, że mamy jesień, że będzie cztery stopnie w nocy, ileś w dzień. Jedyna rzecz, którą oglądam, w miarę systematycznie to prognoza pogody. Nie ważne, że widzę co się za oknami dzieje, co wskazuje termometr, co mówi głowa. To wszystko stanowi dodatek do przedstawianej w szklanym okienku telewizora wizji mającej stać się pewnikiem do uwierzenia. A ja w jakimś oporze, nie chcę przyjąć do wiadomości znielubionej jesieni. Ona uparcie każdym symptomem próbuje mnie oczarować, zwrócić na siebie uwagę i dać powody do polubienia, a ja z wrodzoną sobie przekorą nie pragnę przyjąć do wiadomości i nie chcę łatwego pogodzenia. Udaję że nie widzę ani tych łaciatych liści pod nogami, ani stukających o ziemię żołędzi i kasztanów, dojrzałych orzechów włoskich o które toczą walki czarne ptaszyska. Udawanie nie do końca wychodzi, próby niezauważania nie powodzą się. Ciemność otaczająca moją drogę do pracy, kiedy piąta rano już nie potrafi być zgodna z nazwą rano, a nie stanowi też nocy. Generalnie nie chcę przyjąć do wiadomości, może nie tylko z powodu chronicznego nielubienia tej stanowczo za długiej zimnej pory roku, jakiś stan marazmu i zniechęcenia mnie ogarnia. Za mało się ruszam, za mało śpię, za mało się cieszę z wszystkiego co otacza, uśmiech który przywołuję więcej ma w sobie udawania niż spontaniczności. Mówię sobie to chwilowe, za moment minie i znów będzie piękniej, tylko w tej chwili pięknie nie chce być. Więcej niechciejstwa, przygnębienia choć ku temu nie ma powodów. Być może ostatni czas, za bardzo wypełniony, za mało dla siebie a za wiele bo trzeba. Odliczam dni do wolnego i planuję, co też nie narobię, co się nie wydarzy... Tym odliczaniem próbuję przyspieszyć, i liczę że akurat tego dnia się zechce. Jeszcze pięć dni pracy, prozaicznych codziennie takich samych czynności, podobnych śniadań, rytmu w którym każde działanie mieści się w określonym czasie. Świadomość że się nie chce, jakoś nie mobilizuje, odkładam na kiedyś ruch, domową kosmetykę, obietnice zmian. Jutro też jest dzień.... A on podobny, niczym jakiś wielokrotny bliźniak do poprzedniego. Różnią się cyferką w kalendarzu, i moją świadomością, że powinnam coś zrobić. Tylko jakoś brakuje sił do realizacji, do zachcenia. Niespełnione obietnice sumienności i systematyczności w działaniach, które przecież wiem, że dodają mi energii odkładane na jutro. Kolejne i kolejne, robią się z tego tygodnie, miesiące. Leń we mnie coraz większy, ogromnieje z każdym minionym dniem, a mi jakoś wygodniej bez walki z nim, ciepła herbatka, kocyk. Więcej drażni, w zachowaniach bliskich, małe sprawy urastają do rangi ogromnych denerwujących kataklizmów. Drobiazgi kwaszą humor, powodują niezrozumienie i ciężko osiadający na moich ramionach przytłaczający ciężar. To co umykało niezauważone, teraz nabrało mocy, złości samym faktem zaistnienia. I mam tego wszystkiego świadomość, może nawet znam panaceum, a jednak w tym dniu poddaję się. Nie robię nic aby zneutralizować, ale też nie robię nic aby wywołać samoistnie jakieś wyładowania. Przecież to wszystko takie nieistotne, płytkie i powtarzalne. Dziś niżej, jutro wyżej, raz słabiej, kiedy indziej mocniej. Tyle lat człowiek podobne doświadczenia zbiera, ma ich świadomość i nie ustrzega się przed kolejnym powtarzaniem i przyjmowaniem na siebie tego przytłaczającego, gorszego czasu. Moją narzekającą mantrę przebijam inną, taką, która mówi: przecież nie jest źle, inni mają gorzej, ciężej, smutniej. Może nie pomaga, na hurraoptymistyczne podejście, jednak stawia do pionu. I nawet niech teraz ten uśmiech będzie odrobinę udawany, niech krok do pracy nie skacze, tylko obciążony grawitacją i wiekiem bardziej stonowany, zgodny z obranym kierunkiem jednak doprowadzi mnie do celu, a ja w środku mniej szczęśliwa niż w ukazanej zewnętrzności pozostanę. Poudaję tylko po to aby jutro, pojutrze czy za pięć dni prawdziwie wybuchnąć szczerą euforią, nawet pomimo niechcianej jesieni. Zmienić niektórych spraw nie potrafię, widocznie potrzeba czasu na aklimatyzację a kiedy dusza przywyknie oczy też inaczej zaczną postrzegać. A dziś z lenistwa, przekory czy też jakiejś szczerości tak po ludzku sobie ponarzekam...  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZEKAM NA INNY PONIEDZIAŁEK
Notatkę dodano:2014-09-23 18:50:22

Notatka z 22-09-2014

Niezwykle rzadko zdarza mi się rozterka polegająca na wewnętrznej walce pomiędzy telewizją a całą resztą okienek na świat. Bywa, że zapomnę, w jakimś zaaferowaniu całym moim światem, a i nie śledzę ramówki programowej i przelatują mi gdzieś całkiem pominięte teatry. Dziś uświadomiona pełna tej z pozoru nieistotnej wiedzy mam dylemat, siąść i oglądać czy robić coś zupełnie innego. Wygrało oglądanie, i znikły minuty cennego spokoju. Mały poszedł spać, męża brak, nic nie rozprasza ani nie absorbuje. Czy było warto? Spektakl w obsadzie gwiazd polskiej sceny, sprawy odległe a zarazem życiowe, i mogące zdarzyć się wielu z nas. Oglądałam choć nie wstrząsnął mną, nie poruszył do głębi, nie da zapewne się zapamiętać. Być może moje doświadczenia zupełnie inne, dalekie od fabuły spektaklu. Tytuł „Boulevard Voltaire” w pewnym poziomie swojego nieuctwa wiązałam z osobą, nie znaną historyczną postacią, jednak od czegóż technika, i możliwości, które są nam podane jak na tacy. Tytuł to miejsce, w zasadzie, dla laika jakim jestem równie dobrze mógłby brzmieć inaczej, a tak zapewne zapomnę i o spektaklu, tytule

oraz sprawach poruszanych. „Perły Millenium”, tak nazwano ukazywane spektakle, i niektóre są dla mnie perłami, jednak część z nich nie pozostawia po sobie nic głębszego. Można analizować, można szukać drugiego dna, rozgryzać, jednak lubię przedstawienia, które mną poruszą bez tego dodatkowego wysiłku. Zresztą tak naprawdę czy znalazłabym tu tę iskrę dającą zapamiętanie? Prócz obsady, niewiele mnie urzekło. Oczywiście to moje prywatne zdanie, mój całkiem niedouczony pogląd. Gdyby nie wtręty ukazujące epizody z ich wcześniejszego życia, okazałoby się, że główni bohaterowie to ludzie tacy sami jak my, jak wielu innych, niczym się nie wyróżniający i już na nic nie oczekujący. Jednak to za mało abym trwała przy szklanym ekranie urzeczona i aby zapamiętać na zawsze to co zobaczyłam. Z życia wielu lub nawet każdego można sprawną ręką stworzyć podobną sztukę, tylko czy warto? Ja jednak oczekuję czegoś więcej. Nie

zachwyciłam się. Jednak nawet taka „perła” widocznie musiała powstać, aby w moich oczach stać się tłem dla spektakli, które zapamiętam, które coś więcej po sobie zostawią.

 

Tym razem się nie udało, co jednak nie wyklucza, że następnym razem ponownie zasiądę przed telewizorem i ponownie teatr telewizji wygra z innymi sprawami mojego życia. Próba oderwania się i nadzieja na wspięcie się na wyżyny sztuki teatralnej będzie za każdym razem wygrywać, bo jak wielu lubię tę odrobinę iluzji, która dzięki temu jest w zasięgu ręki. Nie zawsze udaje się znaleźć to czego się oczekuje, czasami pozostaje poczucie lekkiego zmarnowania czasu, istnieje jednak nadzieja na następny, kiedyś tam, poniedziałek, który spełni pokładane w nim nadzieje.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI....
Notatkę dodano:2014-09-19 22:49:20

Zbieram po drodze doświadczenia, jak każdy z nas, jakieś ślady po nich zostają, niczym rysy. Coraz ich więcej, coraz bardziej powierzchnia pokryta siateczką przybywających zarysowań. Moje życie już nie jest nieskazitelną taflą szkła. Jedne na drugie się nakładają, zachodzą na siebie, tworzą pajęczą siatkę i matowią początkową przejrzystość. Nazbierało się dużo, a jednak ciągle jakieś nowe są jeszcze przede mną. Takie, których mogę się domyślać, przewidywać, spodziewać się i te zupełnie nieoczekiwane. Minione cztery dni zmusiły mnie do odnalezienia się w zupełnie dla mnie nieznanej rzeczywistości, badania małego we Wrocławiu. Na szczęście przypadłość okazała się na tyle niegroźna, że farmakologicznie i z zachowaniem pewnych działań uda się ją pokonać. Z tego cieszę się, jak i z faktu, że wreszcie wiem co w przysłowiowej trawie piszczy. Niepewność nie dawała spokoju, a teraz jest łatwiej dzięki świadomości zarówno nieobecności zagrożenia jak i błahości zachorowania. Z tym sobie poradzimy. Minione cztery dni stały się przyczyną do kolejnych obserwacji, do ocen, porównań. Nie wchodzę w szczegóły, może kiedyś niejako przy okazji jakieś ślady bardziej dokładne znajdą się w tych notatkach. Niektóre sprawy muszą się poukładać, uleżeć, dojrzeć, aby ujrzeć światło dzienne, już mniej emocjonalnie, co nie wyklucza wysnuwania wniosków, czy też głębszej analizy z mojego punktu widzenia. Nie chcę oceniać spraw na których się nie znam, jednak są takie, które dostrzegam jako coś, co mogłoby ulec zmianie. Nie trzeba wielkich pieniędzy, kolosalnych zmian, które dezorganizowałyby pracę. Dobra wola. Niby niewiele, zresztą o ile mnie pamięć nie myli już kiedyś pisałam o tym. Zapewne wtedy inne przykłady były na tapecie, coś innego mnie zastanowiło, co nie wyklucza, mojego zauważenia problemu. Nie trzeba dużo, a jak się okazuje niektóre sprawy nie są możliwe do zmiany, bo jesteśmy tylko ludźmi. Jedni mają aspiracje, inni zgorzkniali ich nadmiarem w połączeniu z niespełnieniem. Są ci co potrafią zaakceptować i ci, którym akceptacja sprawia jakiś prawie cielesny ból. Ten ból przelewają na wszystko wokół, ich twarze zacięte, gdzieś pod skórą chęć do uprzykrzenia innym choć odrobinę normalności, chęć do podkreślenia swojej ważności, nawet wobec słabszych od siebie. Skoro nie da się z mocniejszymi, choć na tym nierównym gruncie trzeba ukazać swoją siłę. Smutni ludzie, którzy za wszelką cenę muszą ukazać swoją ważność.

 

Cztery dni spędzone w szpitalu dziecięcym, uśmiech lekarzy, dobrze wykonywana robota diagnostyczna, pełna informacja z odpowiedziami na każde pytanie. Nie czuje skrępowania pytając nawet o drobiazgi, jakoś nie ma tej przeważnie odczuwanej rezerwy wobec pacjentów. I dużo uśmiechu, takiego nie przymuszonego, nie z politowania. Po ludzku. Nie mówię ideał, mówię jakiś poziom normalności. Pielęgniarki z różnym podejściem, służbistki, fachowcy, dusza człowiek. Jak wszędzie. Nie wdrażam się w szczegóły lokalowe, sprzętowe, na to przyjdzie może kiedyś czas, teraz zmierzam do najważniejszych osób tej opowiastki. Salowe. Ich praca niedoceniona, często niewdzięczna, jednak jedno małe ale.... Szanuję pracę każdego człowieka, staram się aby moja osoba nie tworzyła dodatkowego zajęcia, jeśli jest szansa nie pozostawiam po sobie i swojej bytności śladu. Pani myje podłogę, przeczekam, niech wyschnie, okruszki ze stołu sama potrafię zgarnąć. Dyscyplinuję dzieciaki z sali mojego syna, jakoś zwracam uwagę, lub sama staram się ogarnąć otoczenie na tyle, na ile się da. Jedna pani uśmiechnięta, zamieni ze mną słowo, poczęstuje tym co zostało z kolacji po dzieciakach, bo i tak rano to wyrzucą skoro nie zostanie zjedzone. Do pracy podchodzi sumiennie, nie słychać komentarzy za to widać efekty. Nawet pod koniec swojej zmiany potrafi się uśmiechnąć i do łobuzujących dzieciaków i do rodziców. Jej pracy nie przytłacza niechęć. Nadchodzi nowy dzień i pojawia się księżna wśród salowych. Marsowa mina, nie wróży nic dobrego. Słychać narzekania, łajania dzieciaków, które same bez rodziców nie zawsze potrafią się obronić. A to na stoliku wedle księżnej za wiele, a to na szafce nie to co ona by widziała. Starożytna Sparta byłaby niczym w porównaniu z rygorem i dyscypliną wprowadzoną przez naszą księżną. Uśmiech nie kala jej lica, mamrocze pod nosem, mamrocze na głos, mamrocze z powodem i mamrocze bez powodu. Gdzie się nie pojawi, następuje jakaś konsternacja, praca niczym najgorszy kierat. Leżę z dzieckiem na jednym łóżku. Kroplówka próbuje przywrócić go do normalności po „głupim Jasiu”. Mały szarpie się i nie w pełni świadomy wykrzykuje co jakiś czas swoje dziecięce groźby. Leżę, obok bo tak mi łatwiej go okiełznać, moje papcie karnie stoją z boku, jeden tuż obok drugiego. Księżna wpada do naszej sali. Już zdążyła być w innych siejąc swoje gromy. Przeciera z mamrotaniem podłogę. Za mało u niej odwagi aby mi jako dorosłej zwracać uwagę, i przy okazji omija to dzieciaki z sali syna. Jestem niczym tarcza dla nich. Kroplówka kapie, mijają minuty, mija godzina. Normalność powoli wraca, mogę iść po pielęgniarkę aby odłączyła kroplówkę. Szukam swoich papci....Księżna z niemocy otwartego starcia szurnęła je na tyle daleko pod łóżko, że muszę na czworaka wejść cała pod ten mebel aby móc ich sięgnąć. Czy one jej przeszkadzały, czy ja jej przeszkadzałam, czy może wszystko na jej drodze jest czymś co po prostu przeszkadza jej żyć. Nie potrafi zmienić grymasu twarzy choćby na namiastkę uśmiechu, każdy ją omija niczym coś, co może skwasić normalność, choćby tę w szpitalu. Nie wymagam od niej hurraoptymizmu do wykonywanej pracy, nie wymagam kabaretowej radości jednak o ile łatwiej byłoby i dla niej i dla otoczenia gdyby zapomniała o strzelaniu jadem w każdą stronę, o tych niepotrzebnych złośliwościach, a pamiętała o jednym maleńkim drobiazgu. Że jest tylko człowiekiem jak każdy z nas. Że nie istotne jest co się robi, ale jak. Że uśmiech wysłany potrafi wrócić, a z nim staje się odrobinę łatwiej i jaśniej. Stałoby się przyjemniej i dla niej, i dla otoczenia. Cóż nie dana ta mądrość królowej, widocznie słabych ma doradców na dworze.   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163485
Osób: 145940