Fizyka na mecie

Autor: MaryHa

 

 

- Basiu Sobas wstawaj, nie wygłupiaj się, spóźnisz się na egzamin! Ciocia Ala Sobas prasuje ci bluzkę, idź szybko myć włosy, ja ci ułożę na prostownicy. No tempo!

- Zgłupiałaś kobieto - wymruczała Basia Sobas przewracając się na drugi bok.

Mama Sobas nie ustawała jednak w swych staraniach.

- Basiu Sobas to nie żarty, dobrze, że ojciec dziś wraca, porozmawiam z nim! To nie do pomyślenia, byś się tak zachowywała! Pewno w jakiś lumpenproletariat się wplątałaś, ksiądz Józef mi wczoraj wszystko wytłumaczył!

- Fakaj się - Basia Sobas nakryła głowę poduszką i spała dalej. Mama Sobas wybiegła do kuchni. Po posiłki. I tym razem ciocia Ala Sobas nie zawiodła. Po

niezbyt długich, acz stanowczych namowach, Basia Sobas skapitulowała. Pozwoliła potulnie przyodziać się w kostium składający się ze spodni wyprasowanych w kantkę i z przedpotopowego żakieciku w guście cioci Ali Sobas. Dopełnieniem tego cuda była biała prosta bluzeczka ze sztywnym kołnierzykiem, doprawdy nie wiem już w jakim stylu. O uczesaniu lepiej nie wspominać. Mama Sobas włożyła jej do torebki pięć dych. Ciocia Ala Sobas widząc, że mama Sobas szuka szczotki do butów, dyskretnie wciska Basi Sobas dwie dychy. Tymczasem mama Sobas ujrzawszy bladość swej pociechy zamiast szukać tej szczotki, leci po Manti. Basia Sobas zdążyła już dwa pawie od śniadania rzucić, ach te nerwy przed egzaminem! Bierze więc biedaczka popielata już na gębie Manti, po raz piąty słucha brąchania cioci

Ali Sobas, że ktoś jej wypił jej własne piwo, które stosuje jako środek moczopędny i na dodatek ten sam ktoś zostawił corpus delicti w postaci wypełnionej kiepami butelki, przed włączonym telewizorem. Słowem tragedia! I to wszystko przez jakieś złe towarzystwo, w które wpadła jej cioteczna siostrzenica! I jeszcze narzeka czemu nie zadzwoniła wczoraj do Gosi Gil.

- Kto to jest kurwa Gosia Gil? - Basia Sobas, która właśnie powstaje po raz pierwszy w swym nowym żywocie w butach na obcasach, potyka się o wykładzinę i wali prosto na ryj w zimne objęcia podłogi. Głuchy (bardzo głuchy), odgłos zderzenia głowy z podłogą i momentalnie odcięta świadomość. Panuje cisza. Basia Sobas widzi nad sobą zatroskane oblicza mamy Sobas i cioci Ali Sobas.

- Może kurde, sandały lepiej włożę...

I Basia Sobas została niemalże przemocą wypchnięta na klatkę schodową. Biedna, przypałowo odziana, do tego w sandałkach. Chwilę później siedziała w parku Nalewki polewając ćwiarteczkę do plastikowego kubka. Wszystko ją już waliło. To było naprawdę piekło, z takim wyglądem wstyd było nawet Sebie się pokazać. Basia Sobas zaczęła odczuwać słowo samotność na własnej skórze. Krzysiu S. Miał mnóstwo znajomych wydmuchanych wewnątrz jak on. Basia Sobas była sama z milczącym, aczkolwiek ładnym telefonem. Widziała swe oryginalne oblicze znowu, w szybie monopolowego. Tak bardzo pragnęła odzyskać swoją – krzysiową S pewność siebie, lecz lustro odsłaniało nagą, przykrą prawdę. Na dodatek ta prawda mogła być bezlitośnie oceniona męskim okiem.

- Kijem bym się jej nie ruszył - wyjęczała w duchu Basia Sobas.

- Ja zwariuję! Zwariuję! - powtarzała tym razem już głośno, siedząc ciągle na ławce w parku Nalewki. Nagle zamarła słysząc nad podziw hałaśliwe śmiechy.

Samym środkiem parku, niezupełnie prosto, kroczyły śmiejąc się gromko dwie panienki: pomarańczowa i czarna, w towarzystwie trzech ciemnoskórych przystojniaków. Na widok Basi Sobas przystanęły i wlepiły w nią zachwycone spojrzenia.

- O Basia Sobas jak byk! - zaczęła ruda gapiąc się bezczelnie.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy