Pisarskie "Konstelacje". Z Davidem Mitchellem rozmawia Marta Bartosik

Autor: Marta Bartosik
Okładka publicystyki dla Pisarskie

Marta Bartosik: Jaka jest historia „Konstelacji”?


David Mitchell: Ta książka, jak to zresztą często się zdarza, zaczęła się od krótkiego opowiadania. Pierwszy rozdział wyrósł z moich wczesnych prób pisarskich, by napisać coś „poważnego”. Miałem wtedy dwadzieścia parę lat. Potem, gdy kończyłem Atlas chmur rozwinąłem ten szkic i napisałem dla pewnego magazynu opowiadanie o nastoletnim chłopcu, który odwiedza logopedę. I niespodziewanie ta opowieść zaczęła się rozrastać. Wiedziałem już o czym będzie moja kolejna powieść.


Kolejna… Ale paradoksalnie, nazywasz ją swoją pierwszą powieścią. W przeciwieństwie do poprzednich, nastawionych na postmodernistyczny eksperyment z językiem, narracją i stylem, tym razem oferujesz czytelnikom zaskakająco „prostą”i „nieskomplikowaną” opowieść. Dlaczego właśnie teraz, nie wcześniej?


Ponieważ moje angielskie życie do tej pory nie wydawało mi się warte opisywania. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że nie ma nieważnych tematów. Poza tym w wystarczającym już stopniu udowodniłem sobie, że potrafię napisać powieść o skomplikowanej strukturze i o szerokim rejestrze językowym: więc po co robić to po raz kolejny?


Często mówi się, że prostota w sztuce, jak również w dyskursie naukowym, to rzadka i trudna umiejętność. Może jest tak, że musiałeś jakoś dojrzeć, dorosnąć jako pisarz, by napisać taką właśnie „prostą” powieść o dorastaniu?


Zgrabniej nie mógłbym tego ująć. Całkowicie się zgadzam.


…a może jeszcze musiałeś stać się ojcem, by móc opisać świat widziany oczyma dziecka?


Bardzo słuszna sugestia. Moje dzieci mają pięć i dwa lata i nie bardzo mogły mi pomóc w pisaniu o życiu trzynastolatka. Ale z całą pewnością ojcostwo ma duży wpływ na moje książki i co rusz na różnych polach to sobie uświadamiam. Bycie ojcem to ciężka harówka, praca bez końca, dająca jednak wiele satysfakcji, bardzo wynagradzająca. To prawda, że dzieci wykradają mi godziny, kóre miałem poświęcić pisaniu – ale zwracają mi je z nawiązką. Dzięki nim bohaterowie moich książek stają się bogatsi, bardziej zróżnicowani, a wątki i tematy umiejscawiam w nowych kontekstach. To niesamowite i wspaniałe doświadczenie. Niech żyje prokreacja!


W „Konstelacjach” mamy bardzo sugestywny obraz lat 80-tych. Czy tak właśnie pamiętasz te lata?


Tak. To był mroczny cień Zimnej Wojny (wszyscy baliśmy się czołgów, które stacjonowały w Polsce, a w naszej wyobraźni przetaczały się przez Worcestershire), dławiący lęk przed bezrobociem (które do tej pory nigdy nie przytrafiało się w porządnej klasie średniej), tabu milczenia dotyczące rozwodów. W miarę upływu czasu ludzie często patrzą na przeszłość z nostalgią. Konstelacje to dla mnie memento, by tego nie czynić. W tych czasach jedzenie było koszmarne, pogoda - pod psem, koszmary – nuklearne, a ścieżką dźwiękową były melodie Duran Duran. Uff!


W jednym z wywiadów zapytany o wskazówkę, której mógłbyś udzielić początkującemu twórcy, powiedziałeś: „Zadawaj sobie co chwila pytanie: dlaczego i w jakim celu opowiadam czytelnikowi tę historię?”. Czy pytałeś siebie o to pisząc„Konstelacje”?


Mówiąc to miałem na myśli raczej zadawanie sobie tego pytania w skali mikroskopowej. Do każdego zdania utworu, a nie w skali makro, nie do książki jako całości. Gdybym jednak miał odpowiedzieć ci na to pytanie, odnosząc się do całej powieści, odpowiedź brzmiałaby: bo chciałem, by czytelnik zainteresował się i przejął tym, co dzieje się z tym dzieckiem. Ot tyle. Czechow, mój ulubiony pisarz, podszepnął mi to, gdy pewnego wieczoru byliśmy razem w pubie …


Recenzenci „Konstelacji” zestawiali je z bardzo różniącymi się od siebie utworami. Wymieniali „Buszującego w zbożu” Salingera, „Władcę much” Goldinga, Mikołajka Sempé i Goscinnego, książki Sue Townsend, których bohaterem był Adrian Mole, obok nich klasyczne „Cierpienia młodego Wertera”, a także filmy i seriale telewizyjne: „Stowarzyszenie umarłych poetów”oraz „Cudowne lata”… Ja w tym polu kontekstów i nawiązań widziałabym także musical „Billy Elliot”. Jak ty się odnajdujesz w tej przedziwnej konstelacji porównań i nawiązań?


Hm, to zaszczyt gdy twoją książkę porównuje się do jakiegoś uniwersalnego arcydzieła. Chociaż wprawia mnie to w lekkie zakłopotanie. Niebezpiecznie jest myśleć, że jestem pisarzem tak bezbłędnym jak Salinger – bo, niestety, nie jestem. Tak naprawdę sądzę, że pisarz nie powinien myśleć za dużo o tym, jak go potrzegają krytycy. Czytelnicy, gdy zastanawiają się nad zainwestowaniem pieniędzy i czasu w książkę, oczywiście szukają odpowiedzi na pytanie: „Co to za książka?” i w taki naturalny sposób powstają porównania. Czy są właściwe lub czy wprowadzają w błąd – nie wiem, mogę tylko wzruszyć ramionami.


Twoja następna książka ma być „bardzo odległa od Jasona Taylora”. Ale wymyślone przez ciebie postacie bardzo często wędrują z jednej powieści do drugiej, niespodziewanie objawiając się czytelnikom w nowych reinkarnacjach. Czy Jason kiedyś wróci w podobny sposób?


Mam wrażenie, że tak. Co sześć miesięcy mniej więcej wracam do krótkiej historyjki, której akcja rozgrywa się współcześnie, a kolejnymi narratorami są postaci znane z Konstelacji. Do tej pory ukończyłem partie opowiadane przez Clive’a Pike’a, Marka Bradburego (pomniejszy wątek), i dyrektora Nixona. Część poświęconą Jasonowi zaplanowałem jako ostatnią. Poczekam, aż jego syn (i mój też) skończy trzynaście lat. Jeśli moim wydawcom spodoba się ten pomysł, wydam wtedy te opowieści (będzie ich około piętnastu) w osobnym zbiorze.


Jeszcze jedna rzecz, o której nie wie jeszcze nawet mój brytyjski redaktor. Kapitan Boerhave, którego czytelnicy poznali w Atlasie chmur, pojawi się także w powieści, nad którą obecnie pracuję. Tym razem jako chłopiec okrętkowy na statku w 1817 roku. A Isaac Pye, nieprzyjemny typ, który w Konstelacjach prowadzi pub, pojawi się w niej w roli angielskiego cieśli.



Konstelacje Davida Mitchella ukażą się 8 listopada br.

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy