- Nie chciałabym doświadczyć dawnych metod leczenia. Wywiad z Anulą Trojanowską

Autor: Adrianna Michalewska
Okładka publicystyki dla - Nie chciałabym doświadczyć dawnych metod leczenia. Wywiad z Anulą Trojanowską z kategorii Brak kategorii

Napisałaś kryminał Jak makiem zasiał i dwie historie o młodym weterynarzu. Wydaje mi się, że w tym ostatnich czułaś się swobodniej - choć powieść kryminalna twojego pióra była obiecująca tematycznie, to jednak nie skorzystałaś do końca ze swojej wiedzy historyka farmacji. Dlaczego tak się stało? Przypuszczam, że materiału masz tyle, że mogłabyś napisać kilka zbrodniczych historii z retrofarmacją w tle.

Przyznam, że wolę pisać kryminały. To jest może i trudniejsze, chyba bardziej pracochłonne, ale i bardziej wciągające. Przy okazji swoich historycznych poszukiwań staram się zbierać informacje dotyczące m.in. przypadków otrucia czy metod analitycznych wykorzystywanych do badania materiałów dowodowych, metod, które czasami prowadziły do błędnych wyników, jak to było w przypadku alkaloidów, rzekomo odnajdywanych w ciałach zmarłych, które w rzeczywistości były substancjami powstającymi podczas rozkładu zwłok. Jednak historia trucizn nie jest głównym wątkiem, który zainteresował mnie przy pisaniu kryminału. Podobnych wątków jest więcej, choćby znaczenie przypadku i próby logicznego rozwiązania zagadki. Mam też w zanadrzu kolejny kryminał retro (bez najmniejszej dozy trucizny), ale kiedy uda mi się go opublikować, tego jeszcze nie wiem.

Tymczasem powróciłaś z kolejną historią o młodym weterynarzu. Z powieści Hiszpański kot wynika, że znasz się na leczeniu zwierząt.

Tę powieść, tak jak i poprzednią - Nieczynne do odwołania, napisałam razem z przyjaciółmi Iwoną i Piotrem Chodorkami, a to praktykujący lekarze weterynarii i ich zadaniem jest opisanie realiów pracy weterynarza, codziennego działania lecznicy. A życie dostarcza do tego przykładów. Niedawno do lecznicy przyszedł właściciel z kulejącym owczarkiem niemieckim. Człowiek ten zastanawiał się, co takiego mogło przydarzyć się jego pupilowi, bo pies przebywa tylko w ogrodzie. Następnego dnia obaj przyszli, kulejąc; właściciel powiedział, że już wie, jak to się stało – właśnie odkrył, że pies wykopał w ogrodzie dołek. 

Twoja historia nawiązuje do znanej książki Herriota Wszystkie stworzenia duże i małe. Lubisz tę opowieść?

Oczywiście. To lektura obowiązkowa dla tych, którzy lubią zwierzęta a do tego lubią czytać książki o zwierzętach. Pamiętam, że w wielkim przejęciem oglądałam również serial, który powstał na podstawie tej powieści. Bardzo przeżywałam poród krowy, a ta scena przeszła chyba do klasyki. Przeglądając obecnie wydawane książki o weterynarzach i ich pracy, nie znalazłam tak fascynującej i poruszającej jak opowieści doktora Herriota.

Mam wrażenie, że łatwiej o dobre kryminały, do których też bardzo chętnie zaglądam, niż o powieści ukazujące codzienne problemy jakiegoś środowiska zawodowego. Taka powieść wymaga „spenetrowania” tego środowiska. Nie jest to łatwe: trzeba poznać wiele spraw, na które zwykle nie zwraca się uwagi lub są poza zasięgiem postronnego obserwatora. Pewnie dlatego takie „zawodowe” teksty najlepiej wychodzą osobom znającym opisywana realia z własnego doświadczenia. 

Pytam o Herriota, bo w Polsce weterynaria często postrzegana jest jako zbytek. Za leczenie trzeba płacić, i to sporo. A u Ciebie lekarz weterynarii nie zawsze kieruje się względami finansowymi.

To zależy od człowieka, a Wojtek - bohater książki - z założenia jest sympatycznym młodym lekarzem, który mimo pustej kasy potrafi zauważyć, że nie zawsze pieniądze są najważniejsze. Dla przeciwwagi mamy „paskudną” Megaklinikę, która wyciska ze swoich klientów pieniądze na wszelkie możliwe sposoby. 

Dla kogo jest ta historia? Przyznam, że mam z tym kłopot. Język i kreowana fabuła jakby dla młodzieży, ale niektóre sceny już niekoniecznie. Masz sprecyzowanego odbiorcę?

Napisaliśmy ją głównie z myślą o młodych ludziach - takich, którzy stoją przed wyborem swojej drogi zawodowej, którzy zastanawiają się, gdzie jest ich miejsce. Chcieliśmy pokazać, że wiele przeciwności można pokonać, mając wsparcie rodziny i przyjaciół, również tych na czterech łapach. A przy okazji chcieliśmy opowiedzieć kilka z życia wziętych historii, które mogą zainteresować ludzi lubiących zwierzęta. 

Podjęłaś się ryzykownego zadania, połączyłaś czystą formę powieści obyczajowej z sensacją w nieco przebrzmiałym już stylu. Czy nie byłoby lepiej napisać po prostu dobrą opowieść o życiu weterynarza w małej miejscowości?

To miała być książka przygodowa, lekka i optymistyczna, trochę bajkowa, taka którą sama z chęcią bym przeczytała. Wspólnie ją zaplanowaliśmy tak, żeby móc również opowiedzieć o podróży do Hiszpanii. Inspiracją do tego wątku były nasze wyjazdy i wędrówki starym szlakiem pielgrzymkowym, prowadzącym do Santiago de Compostela w hiszpańskiej Galicji. Znamy więc miejsca, do których docierają Wojtek z Agą – drogę, schroniska, kościoły i klasztory. Niektóre z nich mają taką niesamowitą atmosferę, że aż się proszą, żeby umieścić w nich jakąś sensacyjną akcję. A na niektórych starych budynkach można zobaczyć ozdoby w kształcie zwierząt.

Twoje książki czytają miłośnicy zwierząt. Osobiście zdarzyło mi się rozmawiać z właścicielką fundacji, która znalazła w powieści Nieczynne do odwołania kilka rozwiązań do zastosowania na swoim podwórku. I tym samym powieść z rozrywki przeistacza się w książkę z misją. Masz misję?

Nie, tego się nie spodziewałam. Ale, tak jak powiedziałam, współautorzy są lekarzami weterynarii z krwi i kości i opisując historie weterynaryjne, czerpią ze swego bogatego doświadczenia. Od trzydziestu lat zajmują się leczeniem psów i kotów - lecznica powstała w 1984 roku. W tym samym roku urodził się ich syn Tomasz, który też jest weterynarzem i czasami lekko nas krytykuje za to, że Wojtkowi wszystkie zabiegi idą jak z płatka. 

A jak to wygląda w praktyce? Asystujesz przy zabiegach? 

Opisy zabiegów chirurgicznych to głównie dzieło Piotra, chociaż on preferuje bardzo skrótowy zapis, a ja potem wyciągam od niego szczegóły. Iwona jest od interny i od relacji lekarz – pacjent – klient. Jeśli coś ze spraw weterynaryjnych nie jest dla mnie zrozumiałe, to męczę ich, by mi to wyjaśnili. W pierwszym tomie Piotr opisał zabieg cięcia cesarskiego u suki. Nie mogłam sobie tego wyobrazić, bo macica u psia jest inaczej zbudowana niż u człowieka. Rysunki Piotra niewiele mi pomogły. W końcu zaprosił mnie, żebym obejrzała to na własne oczy podczas zabiegu. 

Z zawodu jesteś farmaceutką. Badasz metody przygotowywania leków w minionych wiekach. Brzmi to trochę jak czary-mary. Szukasz dawnych trucizn?

Właściwie jestem historykiem farmacji. Zajmuję się historią leków, ostatnio głównie pochodzenia zwierzęcego, ale również roślinnego i grzybowego. A wśród tych naturalnych leków jest sporo takich, które mogą działać trująco, choćby sporysz czy naparstnica - to zależy od dawki, stanu chorego i wielu innych czynników, w tym oczywiście od intencji podającego lek. A w XIX wieku trucizną z wyboru, stosowaną przeciwko gryzoniom, ale i w zbrodniczych celach, często był arszenik, który przez długi okres używano także w lecznictwie, np. w chorobach wenerycznych.

Czy lekarz weterynarii ma dostęp do tych trucizn? Albo inaczej, czy zarówno dawniej, jak i teraz weterynarz dysponował takimi środkami?

O ile mi wiadomo, lekarze weterynarii na ogół nie zajmowali się zwalczaniem szkodników, nie dysponowali więc takimi środkami, może w sporadycznych przypadkach. Można je było kupić w aptekach albo w składach chemicznych, tam, gdzie sprzedawano nawozy. Ale substancje, które powszechnie kojarzą się z truciznami, miały też inne zastosowanie - arszenik używano np. w hutach szkła, a stamtąd łatwiej go było wynieść. I właśnie w okolicach takich zakładów często dochodziło do „niestandardowego” użycia trucizny. 

A jak sądzisz - co jest lepsze: nowoczesne leki, czy dawne metody leczenia?

Mimo moich historycznych zainteresowań, nie chciałbym doświadczać dawnych metod leczenia. Wiele z nich może budzić dziś co najmniej zdziwienie, jeśli nie zgrozę. Część z dawniej stosowanych leków prawdopodobnie nie miała żadnego działania, ale zdarzały się leki niebezpieczne, jak choćby opium, środki rtęciowe czy kantarydy wykorzystywane do tzw. plastrów i maści pryszczących. Do wszystkiego trzeba było dochodzić metodą prób i błędów, poznać działanie lecznicze i skutki uboczne, dawki, czas działania; było tyle niewiadomych, różnych hipotez dotyczących etiologii chorób i działania leków, że lekarze nieraz woleli poprzestać na zaleceniach dietetycznych, puszczaniu krwi i zdaniu się na siły natury. 

Piszesz kolejną powieść? Wiele osób na nią czeka...

Tak, razem z przyjaciółmi zaczynam pisać trzecią cześć przygód Wojtka. Znowu opowiem trochę o pracy w lecznicy, ale będzie też o zamieszaniu wokół starej księgi Silva rerum. No i, oczywiście, o Mikim.  

 

Rozmawiała: Adrianna Michalewska

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy