Nie jesteśmy nieomylni. Wywiad z Magdaleną Mikutel

Autor: Patryk Obarski

– Wyolbrzymiamy problemy tylko wtedy, kiedy jesteśmy przekonani, że zostaniemy z nimi sami – mówi Magdalena Mikutel, autorka debiutanckiej powieści Mój syn, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa eSPe.

Magdalena Mikutel - autorka

Szklanka jest dla Pani zawsze do połowy pełna, a nie do połowy pusta?

„Zawsze” to jednak zawsze duże słowo. Ale tak, zdecydowanie tak postrzegam rzeczywistość wokół siebie.

Na pierwszych stronach swojej powieści pisze Pani o „syndromie Pollyanny”. W życiu warto szukać pozytywów?

W ogóle nie mam wrażenia, że trzeba ich jakoś bardzo szukać, bo one po prostu są. Jest takie Słowo z Listu do Kolosan, które sobie bardzo wzięłam do serca: bądźcie wdzięczni. To jest bardzo, bardzo proste zdanie. A jednak potrafi radykalnie zmienić sposób, w jaki podchodzimy do tego, co nas otacza. Jeśli skupimy się na tym, co mamy, a nie na naszych brakach, świat wygląda zupełnie inaczej.

Życie Witka, bohatera Pani powieści Mój syn, gwałtownie się zmienia, kiedy dowiaduje się, że został ojcem dziecka z zespołem Downa. Jest załamany i wydaje mu się, że jedynym rozwiązaniem jest oddanie syna. Takiej decyzji nie wolno jednak podejmować pod wpływem chwili?  

Uczucia, które mamy, zawsze coś nam mówią. Często mogą wyzwalać w nas pokłady energii, której nie uzyskalibyśmy „na spokojnie”. Panika, w którą wpada Witek, wydaje się być zupełnie zrozumiała i trochę mam wrażenie, że bardzo mu w tej sytuacji potrzebna. Paradoksalnie, kiedy dosięga już takiej eskalacji emocji w sobie, dość szybko poprzez zbieg kolejnych wydarzeń udaje mu się jednak dojść do jakiegoś rodzaju otrzeźwienia. Na pewno jednak podjęcie tak ważnej i odpowiedzialnej decyzji bezwzględnie wymaga czasu i osiągnięcia pewnego wewnętrznego spokoju.

Zamiast poddawać się emocjom, warto raczej przemyśleć wszystkie „za” i „przeciw”?

W tak skrajnej sytuacji na pewno trudno nie poddawać się emocjom. Ale musi wreszcie przyjść etap bardziej rzeczowych przemyśleń. Sytuacja Witka pokazuje też, że nasze postępowanie warto poddać opinii ludzi wokół nas. Kiedy zostajemy z problemem sami, ten wydaje się nas przerastać. Ciężar rozłożony na kilka barków zawsze jest zdecydowanie lżejszy.

Decyzję Witka zmienia spotkanie z Anielą. Przypadek, zrządzenie losu…?

W moim świecie – i nie mówię tu wcale o tym wykreowanym w powieści – nie ma miejsca na przypadki. Człowiek, który tak na serio zaprasza Pana Boga do swojego życia, po pewnym czasie wyzbywa się myślenia, że coś „jakoś tak wyszło”, czy „jakoś się złożyło”. Spotkanie z drugim człowiekiem zawsze jest ważne i zawsze jest po coś. Czasem to jest taka właśnie „Aniela”, która pojawia się w naszym życiu z niezłym przytupem, ale pewnie częściej są to bardziej subtelne spotkania, o znaczeniu których dowiadujemy się dopiero po czasie.

Poznanie Anieli i jej podejście do małego Jurka sprawiają, że i Witek zmienia swój stosunek do syna. I zaczyna uświadamiać sobie, że to właśnie on odpowiada za jego przyszłość. Często mamy problem z wzięciem odpowiedzialności za swoje czyny?

Myślę, że w takim „prostym” świecie, w jakim teraz żyjemy, to jednak coraz bardziej powszechny problem. „Prostym” w tym znaczeniu, że teraz wiele rzeczy mamy podanych na tacy. Łatwo nam coś kupić, bo wszystko jest dostępne. Żeby znaleźć informacje na jakiś temat, nie musimy buszować po bibliotece i robić notatek. I te ułatwienia są dobre – pod warunkiem, że nie przekłada nam się to potem na dużo poważniejsze życiowe decyzje. Świat jest teraz bardzo kolorowy i różnorodny, ale też coraz bardziej powierzchowny. Narodziny Jerzyka są właśnie owocem takiego płytkiego związku, który miał być przecież tym „bez zobowiązań”. Okazuje się jednak, że nie da się wejść z kimś w relację, zwłaszcza w relację tego typu, a potem uciec od wszystkich jej konsekwencji.

Narodziny dziecka sprawiają, że człowiek musi błyskawicznie nabrać życiowego doświadczenia?

Raczej nie ma innej opcji, bo to jest wydarzenie, które zbyt dużo zmienia w naszym życiu. Stawia nas w zupełnie innej roli społecznej, czy jesteśmy na to gotowi, czy nie. Opisując pierwsze emocje Witka, kiedy dowiaduje się o istnieniu swojego dziecka, korzystałam bardzo mocno z tego, jak sama się czułam po urodzeniu naszej pierwszej córki. Pomimo tego, że starałam się przygotować do tego najlepiej jak umiałam, kiedy wreszcie Marysia leżała już w swoim łóżeczku po powrocie ze szpitala, stanęłam nad nią i pomyślałam, że mnie to przerasta. Że moje życie już nigdy nie będzie takie samo, że przestałam już być panią swojego czasu i że ta odpowiedzialność za czyjeś losy jest zbyt przytłaczająca. Byliśmy po ciężkim, dramatycznym porodzie, który odbiegał od moich wyobrażeń o „tej pięknej chwili narodzin”, nikt z naszych znajomych nie miał jeszcze dziecka. Nie mieliśmy nawet konta na Facebooku ani możliwości skorzystania z dobrych rad na tematycznych grupach. Potrzebowaliśmy dobrych kilku chwil, żeby zacząć odnajdywać się w tej nowej rzeczywistości. Co dopiero miał powiedzieć Witek…

W takim „przyspieszonym kursie dorosłości" pomóc może jedynie poznanie odpowiedniej osoby, z którą możemy dzielić życie?

To jest najlepszy scenariusz. Witek dostał tych osób nawet kilka i każda z nich wprowadziła w życie jego i Jerzyka coś wartościowego.

Mój syn - książka Magdaleny Mikutel

Witek zaczyna coraz więcej dowiadywać się na temat niepełnosprawności syna, wskutek czego widzi zamiast dziecka naukowe opisy chorób i zagrożeń. Często zwracamy uwagę na niepełnosprawność dziecka, a nie na to, że jest po prostu człowiekiem?

Może tak być – zwłaszcza w przypadku tych niepełnosprawności, które „widać”. Jest w nas taki dziwny odruch, żeby postrzegać kogoś przez pryzmat jego dysfunkcji – tak, jakby choroba stanowiła o czyjejś tożsamości. A jednak to przecież nie – jak mówi wielu ludzi – „down”, nie autysta, a „osoba z zespołem Downa”, „osoba z autyzmem”.

Zapominamy też o tym, że dzieciaki zmagające się z licznymi schorzeniami mają takie same potrzeby jak wszystkie inne – pragną być kochane i potrzebują bezpieczeństwa?

Jasne, to przecież dzieci, Chcą być kochane, akceptowane. Ale też, niezależnie od stopnia niepełnosprawności, chcą się rozwijać, bawić, buntować i być z rówieśnikami.

Bo przecież życie osób z niepełnosprawnościami jest równie ważne, jak i życie osób bez niepełnosprawności.

Każde życie jest ważne. Bez wyjątku.

Pojawienie się syna w życiu Witka sprawia, że groźba wylania ze studiów wcale nie okazuje się tak straszna. Często wyolbrzymiamy własne problemy?

Dla mnie to kwestia tego, jak w ogóle podchodzimy w naszym życiu do sytuacji trudnych. To trochę jak z ta widoczną niepełnosprawnością, która może skupić na sobie uwagę na tyle skutecznie, że będziemy danego człowieka postrzegać przez jej pryzmat. Ale to nie jest przecież prawda o tej osobie! Jest to jakiś fakt, z którym trzeba się zmierzyć. Jako osoba wierząca mówię sobie: Ok, jest problem. Co z nim teraz zrobimy, Panie Boże?. Wyolbrzymiamy problemy tylko wtedy, kiedy jesteśmy przekonani, że zostaniemy z nimi sami.

– Wszyscy popełniamy błędy, wiążemy się czasem z niewłaściwymi osobami, robimy różne głupie rzeczy, podejmujemy złe decyzje – mówi do Witka jego babcia. Każdy z nas ma prawo, by w życiu zabłądzić?

Każdy z nas to po prostu robi, bo nie jesteśmy nieomylni. Ale tak naprawdę takie sytuacje uczą nas mocno pokory i zrozumienia dla drugiego człowieka. Umiejętność przyznania się do życiowych błędów jest mocno wyzwalająca. Obserwując rodziców i dziadka Witka, możemy zobaczyć jednak tę drugą skrajność – kurczowe trzymanie się swojej rzekomej nieomylności sprawia, że ta rodzina staje się po prostu przerażająco toksyczna.

I ważne jest, by ostatecznie odnaleźć właściwą drogę?

Chyba cały czas trzeba podejmować trud jej odnajdywania, a to też wymaga od nas pewnej elastyczności w myśleniu i właściwego reagowania na konkretne życiowe doświadczenia.

Kluczowe wydaje się także i to, że Witek uświadamia sobie, że wcale nie studiuje dla siebie, a dla rodziców i dziadka. W życiu powinniśmy robić to, czego sami naprawdę pragniemy?

Oczywiście, bo to przecież nasze życie. A my nie jesteśmy swoją mamą, tatą czy dziadkiem. Potrzeba nam też bardzo dużo uważności w rozeznawaniu tego, co jest jakimś naszym talentem, darem od Boga. Wraz z wiekiem i ze zobowiązaniami w stylu „z czegoś trzeba żyć” to robi się, niestety, coraz trudniejsze, bo często wpychamy te nasze marzenia gdzieś między bajki. Nie wierzymy, że nam się uda. Mówię, niestety, z autopsji. Trochę trwało, zanim udało mi się uwierzyć w to, że to moje pisanie po nocach dla garstki przyjaciół ma jednak jakiś sens. Zawsze były przecież o wiele ważniejsze sprawy.

Witek przez lata żył pod presją oczekiwań swoich bliskich. Przez to uważa, że wszystko, co spotyka go w życiu, to kara. A może to raczej dar?

Dla Witka porządny wstrząs był chyba jedyną drogą ratunku. Bez tego nie wyzwoliłby się cały proces jego przemiany. Pytanie, które zadaje mu w pewnym momencie Sebastian, o to, czy chciałby żeby to, co się stało, jednak się nie stało?, było dla naszego bohatera kluczowe. Drążyło, nie dawało spokoju, by wreszcie uświadomić mu, że to, co pozornie wydawało się jakimś życiowym przekleństwem, w rzeczywistości jednak było ratunkiem z toksycznego świata, w jakim funkcjonował.

Zmiany są dobre – to słowa ojca Anieli. Choć status quo wydaje się bezpieczny, zawsze należy jednak walczyć o życie swoje i tych, na których nam zależy?

Tak, to wydaje się być zupełnie oczywiste. Jednak dla Witka, którego poznajemy na samym początku tej opowieści, wcale takie oczywiste nie jest. Dopiero pojawienie się w jego życiu syna i wyrwanie Kochanowskiego Juniora z jego życiowej strefy komfortu (albo dobrze znanego i bezpiecznego dyskomfortu), sprawiło, że zaczęło mu zależeć na osobach wokół niego.

Książkę Mój syn kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.