Polskość to dla mnie wspólnota. Wywiad z Rafałem Kotomskim

Data: 2012-11-10 08:25:35 Autor: Magdalena Galiczek-Krempa
udostępnij Tweet

Magdalena Galiczek-Krempa: W poprzednich swoich książkach zabierał Pan swoich czytelników w podróż. W przypadku debiutanckich opowiadań była to podróż w towarzystwie dwóch morderców....

 Rafał Kotomski: Których zbrodnia była taką nie-zbrodnią. Bo książka żadnym kryminałem nie jest i muszę to powiedzieć dobitnie w czasach, gdy zalewa nas fala dobrych, a dużo częściej – złych książek z tego gatunku. Zaś podróż z tytułowymi mordercami stała się raczej pretekstem, by przedostać się w miarę bezpiecznie w głąb osobistych fascynacji, a niekiedy – odraz. To prawda zresztą, że uwielbiam podróżować tak po prostu. Być w drodze. Często zupełnie bez celu, obserwując wszystko uważnie, pozornie nudząc się pośród pięknej przyrody albo w pobliżu dzieł sztuki. Nie wiem tego, ale możliwe, że wówczas właśnie budują się gdzieś we mnie te przyszłe opowieści. Z mordercami lub bez nich, już na własne konto. 

 

M.G.-K.: Tak mogło być na przykład w przypadku Ostrza Lamentu Sieny, które rozgrywały się we Włoszech dobrych kilkaset lat temu... 

R.K.: Tak, bo właśnie na osobistą odpowiedzialność ruszyłem w głąb. I zatrzymałem się, tak jak chciałem, w późnym wieku osiemnastym. Razem z moim bohaterem, Ludwikiem Fryderykiem Mercatorem – samotnikiem, nieco ponurym, ale zawsze skłonnym do miłości. Nie tylko tej pojmowanej jako ars amandi. W ostatniej książce swój labirynt górującego nad człowiekiem czasu i tego, co nazwać mogę ludzką przestrzenią – oczywiście mając poczucie „służebności” wobec czytelników – usiłowałem pokonać w Sienie. I przyznam, że od podróży do Toskanii bardzo tęsknię, by znów znaleźć się pod tamtym niebem.

M.G.-K.: Również w nowej książce zabiera Pan swoich czytelników w podróż - jest to jednak podróż w czasy i miejsca zdecydowanie mniej odległe...

 R.K.: Nie wiem, czy tak jest do końca, że miejsca to mniej odległe. Wcale nie przekornie twierdzę, iż to, co pozornie bliskie, w istocie jest od nas często jakże mocno oddalone. Ale chronologicznie to prawda – tym razem ruszam do Polski, tej z realnego, nieszczęsnego socjalizmu. I tej z III RP, którą – jak dzisiaj sądzę, słusznie – niektórzy nazywają jednym z najbardziej niesprawiedliwych systemów politycznych, jakie udało się nam stworzyć. 

M.G.-K.: W przypadku powieści I wszystko marność podróż to nie tylko w znaczeniu geograficznym – w realia PRLu przenosi nas również język powieści - mamy tu określenia popularne kilkadziesiąt lat temu - na przykład „ogórki” - oznaczające autobusy i „ruchacz” jako policjant kierujący ruchem... 

 R.K.: Przykłady, które Pani przytacza są jakoś tam barwne, coś w sobie mają. Ale tamten język – mam na myśli ten publiczny – był wyjątkowo drewniany. Nieruchawy i tępy niczym Pinocchio czekający na ożywcze tchnienie majstra Gepetto ze słynnej bajki dla dzieci. Pamiętam, jak bardzo bolały mnie te frazesy. Ale też skwapliwie nadstawiałem ucha, by je wyłowić. Trochę dla okrutnej i bolesnej zabawy. A trochę z intuicyjnego poczucia obowiązku. By dać świadectwo – i niech to wcale pompatycznie nie zabrzmi. Bo ja pompy naprawdę bardzo nie lubię.  

M.G.-K.: Język – rzeczywiście, pompy pozbawiony - wydaje się jednak ogromnie ważny w całej Pana twórczości – dba Pan ogromnie o dobór słów, o styl, który zawsze pomaga tu budować atmosferę i staje się niemal równorzędnym bohaterem powieści... 

 R.K.: Raczej jej żarliwym sługą. Takim, który gotowy jest na każde skinienie przychylić do stóp rąbka bezkresnego nieba... Zresztą - czy ktoś w ogóle może zabierać się za pisanie, jeśli nie jest fanatykiem języka? Laborantem, siedzącym cierpliwie nad każdą frazą? Innym razem – detektywem, podążającym zapamiętale za pierwszym tropem? Nie wiem, czy moje oddanie językowi pomaga tym, którzy mnie czytają. Bywa, że złoszczę się na samego siebie za tę nadmierną skłonność do detalu, może trochę - zabawy. Ale inaczej już pewnie nie potrafię. Moja wina! A propos języka – mam nadzieję, że Pani docenia, jak bardzo jestem w tym wywiadzie lakoniczny. Jak bardzo powściągam słowa, by się nadmiernie nie wysypywały...   

M.G.-K.: Inaczej pewnie powściągnięto by nas podczas redakcji tego tekstu... Ale – wracając do naszej wyprawy - podróż do PRL-u oznacza również podróż do kraju absurdów, idiotycznych zarządzeń, zasad. Szczyt absurdu osiągamy, kiedy śledzimy wycieczkę głuchych, którzy mają odwiedzić filharmonię oraz niewidomych, wizytujących Muzeum Narodowe... 

 R.K.: Tym absurdem często się posługuję. Były konkursy na „aktywizację sprzedaży serów dojrzewających” i sprzedawane w kioskach figurki o nazwie „wojsko płaskie”. Było godło – ów socjalistyczny orzeł bez korony i z gwiazdami w skrzydłach – wiszące na rzeźnickim haku w pustym sklepie mięsnym. Nie wiem, czy również takie wycieczki, jak te, które zmyśliłem. Ale pewnie się zdarzały. No i był wreszcie największy absurd, czyli ten, który w wierszu młodzieńczym nazwałem „draniem socjalizmem”. Nawet nie zdajemy sobie dziś sprawy z tego, jak bardzo rozsiadł się w naszej rzeczywistości. Jak bardzo nad nią zaciążył. Po dziś dzień – nad czym bardzo ubolewam. 

M.G.-K.: Narrator Pańskiej powieści to Polak, który lata temu opuścił ojczyznę, przez lata żył w Kanadzie i teraz powraca. Właśnie - teraz to znaczy kiedy?

R.K.: To raczej bez znaczenia, czy mamy lata dziewięćdziesiąte, czy już XXI wiek. Mam zamiar to zresztą pomieszać. Tak, jak losy postaci, które wyciągam z wyobraźni i doświadczenia. Absurd, niesprawiedliwość, głupota i chamstwo mają tu swoją niezaprzeczalną ciągłość. A z nimi uparłem się powadzić, zmagać.

M.G.-K.: Narrator opisuje swoje doświadczenia z zagranicy. A nie są to doświadczenia przyjemne – mamy choćby stale powtarzany zarzut, zgodnie z którym Polacy to antysemici... 

R.K.: Przypisywany nam bez ładu i składu antysemityzm, który wciąż pozostaje żywy u wszystkich ubogich intelektem, nie jest i nie będzie żadnym motywem przewodnim mojej książki. Tak samo, jak my, Polacy, nie zaprzątamy uwagi cudzoziemskich głów. Może nam tylko czasami się wydaje, że oczy świata zwrócone są na Wisłę czy Tatry. Zerkają tam od czasu do czasu, to prawda. Ale też jesteśmy mistrzami w marnowaniu szans. W sierpniu 1980 roku byłem pod stocznią w Gdańsku. Choć z tego narodowego misterium Solidarności wynikło wiele wspaniałych rzeczy, są też prostackie frazesy Wałęsy, puste frazesy jego protegowanego Tuska i frazesy w kształcie zakłamanych arabesek autorstwa Michnika. A mamy jeszcze prawicowe rozdzieranie szat, im głośniejsze, tym mniej kierujące się choćby szczątkami zdrowego rozsądku. Gdy tego słucham, w budce suflera widzę Jaruzelskiego. Choć nie jest on, zdaje się, typem sybaryty, wyobrażam sobie, że w takich chwilach rozpiera się w fotelu, nakazuje tusz orkiestrze, a piękne odaliski wbiegają z tacami pełnymi owoców i wciskają je w brzydkie, zacięte usta generała. Brr... Bo to wcale nie jest śmieszne. To Polska właśnie. 

M.G.-K.: Mamy tu też zachwyty zachodnich socjalistów, którzy zapatrzeni są w ustrój, nie dostrzegają realiów i dziwią się, że ktoś może uciekać z socjalistycznego raju... 

 R.K.: Pani wie, że ja aż nazbyt często śmieję się w tej książce? Nawet, jeśli przez łzy, to zawsze bezwstydnie szczerze. Cały 1989 rok mieszkałem w Amsterdamie. Moim kolegą został przez przypadek Frits van Rooy, ówczesny lider frakcji trockistowskiej Komunistycznej Partii Holandii. Przesympatyczny człowiek, z poczuciem humoru, życzliwy, z bardzo żywym intelektem. Odbywaliśmy takie prześmieszne rozmowy. Niemal debaty Fausta po cyrografie z księciem Niechludowem (to postać ze Zmartwychwstania Tołstoja) w najbardziej bolesnym okresie katorgi jego ukochanej. Na półkach pełnych książek stały biografie Trockiego, a na stole – cypryjskie wino i meksykańskie jedzenie. Frits bywał w enerdowskim Lipsku na jakichś kongresach dla „pożytecznych idiotów” z Zachodu. Słuchając z rozbawieniem jego relacji, namawiałem go wówczas, by tzw. realnemu socjalizmowi przyjrzał się z bliska, a nie z perspektywy wschodniego Amsterdamu. Dziś wiem, że to i tak niewiele by pomogło. Wystarczy uświadomić sobie aberrację zachodnich koryfeuszy intelektu w 1937, gdy szalał największy stalinowski terror. Albo przeczytać znakomitą książkę Danilo Kiśa Grobowiec dla Borysa Dawidowicza

M.G.-K.: Do jakiej Polski powraca bohater powieści? 

R.K.: By na to pytanie odpowiedzieć, wrócę jeszcze na chwilę do Fritsa van Rooy’a. Ponieważ naprawdę bardzo wiele miał dla nas życzliwości, wieszczył, że Polska najmądrzej jak to możliwe rozejrzy się po wolnym świecie. A przy tym wyciągnie wnioski ze zdechłej komuny. Potem miała powstać rzeczywistość wolna od złych narośli obu globalnych antagonistów. No i figa z makiem! Uderzmy się w piersi: wzięliśmy z Zachodu wiele gówna, daliśmy sobie narzucić antynarodową i antyobywatelską narrację, zgodziliśmy się zniszczyć jednostkowość, wyjątkowość, ale też sporą część tkanki społecznej. Nie ma czasu na detale, dlatego wymienię tylko brygadę mężczyzn zamiatających ulice Szczecina, złożoną z byłych stoczniowców. Na drugim biegunie są najnowsze kreacje i wszechwiedzące maski zamożnych bywalców Galerii Mokotów w Warszawie. Ale król, panie i panowie pięknie zbudowani, jest nagi. Z mojej perspektywy nie ma co do tego wątpliwości. Jest za to potężna wątpliwość, co ta nagość będzie znaczyć dla króla za 30 – 50 lat.

M.G.-K.: Kim jest w tej opowieści Stanisław Syrko - młody człowiek, relegowany ze szkoły za "działalność wywrotową"? W książce poznajemy kilka wersji jego historii. Czy nie jest tak, że w jego losach odbijać się mają losy wielu żyjących wówczas w Polsce ludzi? 

R.K.: Nie, dlatego, że wolę pastwić się nad jednostkowym losem, niż grać na ogólnej strunie. Poza wszystkim nie lubię luster. Nie z powodu baśni o Królewnie Śnieżce uważam, że zawsze kłamią. Syrko to Syrko. Ani mniej, ani więcej. Jego losy są tak samo realne jak legendarne. Jest zarazem halucynacją i bolesną jawą mojego narratora. 

M.G.-K.: A każda z wersji jego historii kończy się w sposób podobny, by nie rzec – niemal identyczny...

R.K.: Nieprzypadkowo. Jawa i sen kończą się przecież nicością, prawda? W dodatku nicością, o której nie mamy żadnej wiedzy. Zaledwie niejasne wyobrażenia. Nic nie boli? Nic nie czuć, nie widać? Na razie lubię myśleć, że Stanisław Syrko to alegoria. Tylko nie bardzo wiem, czego. Może nicości? 

 

M.G.-K.: Porozmawiajmy przez chwilę o Polsce i polskości. Czym, według Pana, jest właśnie polskość? Odnieść można wrażenie, że pokazuje Pan, iż polskość w większości przypadków ogranicza się do wielkich słów, śpiewania patriotycznych pieśni, cierpienia "za ojczyznę" lub „za ojczyzną”. O wiele trudniejsza wydaje się polskość "tu i teraz" - normalne, uczciwe życie z dbałością o kraj i swoje otoczenie - tego praktycznie w powieści nie ma.

R.K.: Gdybym znał odpowiedź na Pani pytanie, nie siadłbym do pisania tej książki. Może starałbym się ją raczej narysować? I pewnie też bez powodzenia. Z polskością definiowaną przez Polaka może być tak samo, jak z odpowiedzią na pytanie „czym jest prawda?”. Ale postaram się. Jakkolwiek wariatem czuję się tylko z o.o., mam parę wizji polskości. Sienkiewiczowski Nowowiejski z Pana Wołodyjowskiego, gnający na spotkanie śmierci na stepach multańskiej strony, para pięknych ludzi, biorąca ślub gdzieś pośród zawieruchy Powstania Warszawskiego. Ojciec Święty Jan Paweł II, wypowiadający pamiętne słowa na Placu Zwycięstwa w 1979 roku, solidarny tłum pod Stocznią Gdańską w sierpniu 1980. Dlatego polskość to dla mnie wspólnota. A potem dopiero rodzą się pytania o jej smutniejszą część. O podłość, marność, nijakość, o zwyczajne kurewstwo. Proszę pamiętać, że rozmawiamy o książce, która jeszcze się pisze. Jeśli śmieję się w taki płytki kułak z tej nadętej polskości, to tylko dlatego, że w drugi, głębszy kułak płaczę z tego powodu. Pani Magdo, ja tak bardzo chciałbym, by to polskie pęknięcie się skleiło! 

Doceniam po stokroć polską organiczność. Tak samo zresztą, jak polskie szaleństwo. Bo jeśli nawet ciągnęło nas w otchłań, to czyż nie uświadamialiśmy sobie jednocześnie właśnie wówczas narodowej wielkości? Ci cudowni, niepowtarzalni bohaterowie z Powstania Warszawskiego zostali przecież wysłani do walki przez nieudolnych dowódców. 1. sierpnia to była najgorsza data na wybuch powstania, co tu dużo mówić. Ci „malowani” chłopcy, zaszlachtowani jak rzeźne zwierzęta w Katyniu – a wśród nich mój stryj, wielce zdolny podporucznik Jan Kiselka ze Lwowa, lat 23 – czyż nie poszli na śmierć za tromtadrackość i bylejakość Rzeczypospolitej Nikodema Dyzmy?

Ale, ale... Miałem trochę powiedzieć o normalności. Niech mi Pani wierzy, pragmatycznej, pracowitej, solidnej Polsce kłaniam się w pas. Zdecydowaną większość życia mieszkałem w Wielkopolsce. Urodziłem się w Lesznie i pragmatyzm, jeśli nie we krwi, to mam nabyty. We krwi zaś mam romantyzm i tego się nie wstydzę – nawet, jeśli niemało kosztowało mnie to w życiu. W swojej książce z jednakowym dystansem o obu postawach piszę. Ale na Polskę pragmatyzm to zbyt mało. Niech realiści mi wybaczą.

 

 

 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - takahe
takahe
Dodany: 2014-02-05 16:40:54
0 +-
Lubię takie wywiady