reklama

Toksyczny związek to wyniszczający narkotyk. Wywiad z Ewą Cielesz

Autor: Adrianna Michalewska
Okładka publicystyki dla Toksyczny związek to wyniszczający narkotyk. Wywiad z Ewą Cielesz z kategorii Brak kategorii

– Ofiary tkwią w toksycznych związkach, ponieważ w grę wchodzi miłość i nadzieja, że to, co na początku było takie piękne, wróci. Oprawca dawkuje narkotyk, a ofiara chce więcej i więcej. Wyjście z takiego, nazwijmy to, nałogu jest udręką.

O toksycznych związkach i próbach uwolnienia się od oprawcy rozmawiamy z Ewą Cielesz, autorką poruszającej powieści Tango.

Tango to trudna powieść o skomplikowanych relacjach. Tych rodzinnych i tych uczuciowych. To także powieść, do której ma Pani osobisty stosunek.

Tango jest powieścią wypływającą z wewnętrznej potrzeby, a wręcz konieczności ujęcia w słowa emocji, które zakiełkowały we mnie, a potem rozrastały się, prężyły i szukały ujścia. Moment, w którym dowiedziałam się o koszmarze mojego dziecka, uwikłanego w toksyczne relacje, był trudny do zniesienia. Musiałam się z tego oczyścić, wyzwolić, podobnie, jak musiała wyzwolić się moja córka. Bo uciec od oprawcy to jedno, a uciec od wstrząsu, negatywnych wrażeń, wspomnień – to drugie. Uczucia, jakie towarzyszyły mi, gdy tuliłam moje dziecko po ucieczce od psychicznego kata, to ból, rozpacz, współczucie i ogrom miłości dla córki, a jednocześnie bunt, zdumienie, rozczarowanie, wstręt, a w efekcie nienawiść do oprawcy. Przechowywanie negatywnych uczuć w sercu jest złe, szkodliwe. Trzeba było się tego jak najszybciej pozbyć. Oczyścić, otrząsnąć, ukryć głęboko w sobie, bo całkowicie zapomnieć się nie da. Leczyłyśmy się z tego obie, mając do dyspozycji nasze wzajemne ramiona, ciepło, spokój, bezpieczeństwo. Ale to wszystko mało. I gdyby moja córka nie udała się w końcu na psychoterapię, gdzie wspaniała pani psycholog przetrzepała wszystkie złe przeżycia i podjęła właściwą terapię, chyba same nie potrafiłybyśmy przepracować zła, które zgotował jej najbliższy niegdyś człowiek.

Co Pani poczuła, gdy prawda o tym człowieku wyszła na jaw?

Nietrudno sobie wyobrazić szok, jakiego doznałam, gdy nagle opadła maska z twarzy człowieka, którego przecież lubiłam, ceniłam, któremu ufałam. To „nagle” jest tu kluczowe, bowiem kat przygotowuje swoją ofiarę bardzo powoli, metodycznie, małymi kroczkami. W psychologii taki proces nazwany został syndromem gotującej się żaby. Kiedy powoli podgrzewa się wodę, żaba nawet się nie spostrzeże, kiedy zostaje ugotowana. Dlatego nie szuka ucieczki.

Chcę tutaj podkreślić, że w czasie, gdy moja córka tkwiła w chorych relacjach i zmagała się z oprawcą, ja nawet nie podejrzewałam, że dzieje się coś złego. Wili przecież wspólne gniazdko, to piękny czas urządzania własnego mieszkania. Dla mnie on wciąż był czarującym młodym mężczyzną, a ona szczęśliwą i uśmiechniętą partnerką u jego boku. I ta gra – zarówno oprawcy, który doskonale wie, jak zwodzić, zmylić i czarować, jak również gra zastraszonej i przerażonej ofiary, jest chyba najbardziej niebezpieczna w takich związkach, bo ukrywa prawdę, a tym samym uniemożliwia udzielenie pomocy. Relacje oprawca – ofiara są niezwykle skomplikowane i niezrozumiałe dla kogoś, kto nie miał z takim zjawiskiem do czynienia.

Co czuje ofiara?

Ofiara nie tylko się boi. Ona wciąż wierzy, że wszystko wróci do normy, czyli do stanu, zanim oprawca ukazał swoją prawdziwą twarz. Dlatego nie skarży się, a wręcz broni toksycznego partnera, gdy ktoś zwróci uwagę na jego podejrzane zachowanie. Czy czułam się oszukiwana? Na początku tak. Nie rozumiałam, dlaczego córka, z którą nie miałyśmy tajemnic, ukrywała przede mną ten stan. Teraz już wiem, że toksyczność w związku na tym właśnie polega. Tak działa.

Niektórzy mają tendencje do wikłania się w takie związki. Powodem mogą być nadmiernie wymagający rodzice,  narcystyczna matka lub ojciec, dziecko stale poniżane, niezdrowe relacje w rodzinie albo po prostu nadwrażliwość, delikatność, empatia i chęć niesienia pomocy całemu światu. A taką empatią wykazywała się właśnie moja córka. Na szczęście teraz potrafi już być asertywna, nauczyła się stawiać granice.
Na użytek powieści bohaterkę obarczyłam matką, która sama nie miała łatwego życia. Z jednej strony chciała dla córki lepszego losu, z drugiej zaś – była wymagająca i krytyczna. Alicja na czułość i miłość musiała sobie zasłużyć. Trudno było zadowolić matkę, która miała nadmierne wobec niej wymagania.

Tytuł wskazuje na taniec, szczególny. Tango jest symboliczne…

W powieści przedstawiłam krótko korzenie tanga. Taniec ten nie ma nic wspólnego z wytwornością europejskich salonów. Genezy należy poszukiwać na nędznych przedmieściach Buenos Aires, gdzie tancerzami byli najubożsi robotnicy i bezrobotni. W wielu miejscach na świecie tango uznawano za taniec brudny i nieprzyzwoity, dlatego go zakazywano.  To, że trafił w końcu na salony, jest jego bezspornym zwycięstwem. W powieści Alicja tańczy tango z Ernim, wieloletnim przyjacielem, kiedy przygotowują się do konkursu i liczą na sukces. Później tańczy z Joaśką w kawiarni, a tango otwiera przed nią pewne możliwości i prawo wyboru. Wreszcie – tańczy z życzliwym, zakochanym w niej Patrykiem i dostaje nadzieję na lepszy los. Wszystkie te pozytywne sytuacje, gdzie taniec jest wyraźnie wyeksponowany, widoczny, mogą zmylić czytelnika. Prawdziwe tytułowe tango ukryte jest w złych relacjach i obrazuje związek Alicji z Feliksem. Ukazane jako symbol zwycięstwa i władzy, gdy jeden partner góruje nad drugim. Przyciąganie i odpychanie, zachowania tak typowe dla toksycznego związku, to nic innego jak kroki tanga: w przód i w tył.

Jak już Pani powiedziała, bohaterkę powieści, Alicję, łączą trudne relacje z matką. Brak w niej czułości, jest szorstkość. Nie są przyjaciółkami. Ale Alicja woli ustępować, nie walczy. Ta jej ustępliwość jest drogą do małych sukcesów…

Te pierwsze małe i złudne sukcesy są właśnie zalążkiem późniejszych potknięć, upadków, uległości i nieumiejętności stawiania granic. Nieudane dzieciństwo, nieudana miłość, a w rezultacie nieudane życie skutkowały nieudolnym macierzyństwem pani Doroty Garden. Bo czyż ona nie kochała swojej córki? Kochała. Po swojemu. Często tak bywa, że rodzice – zwłaszcza matki – szukają w dzieciach własnych niespełnionych pragnień. Matka oczekiwała od Alicji sukcesów, dlatego była wymagająca. A nie chwaliła z obawy, że córka spocznie na laurach. Z tego samego powodu nieustannie ją krytykowała. Nie przytulała, ponieważ jej córka miała wyrosnąć na dzielną, twardo stąpającą po ziemi kobietę. Wbrew dobrym chęciom, osiągnęła odwrotny skutek. Pozbawiła dziecko poczucia własnej wartości, własnego zdania, umiejętności podejmowania decyzji. Nauczyła ją, że na miłość trzeba zasłużyć. Te wszystkie cechy spotęgował jeszcze brak ojca, czyli brak męskiego wzorca. Alicja nie miała pojęcia jak powinna wyglądać męska miłość, troska, odpowiedzialność za drugiego człowieka.

Matka, choć wydaje się twardą kobietą, sama wpada w tarapaty. Czy konstrukcja psychiczna ludzi jest tak krucha, że nigdy nie jesteśmy jednoznacznie mocni albo słabi? Zawsze jest w nas coś, co powoduje, że jesteśmy niezłomni i zawsze jakiś element niezmiernie wrażliwy?

W każdym człowieku znajdziemy mocniejsze i słabsze strony. Lepsze i gorsze cechy. Miewamy różne samopoczucie fizyczne i psychiczne. Wszystko to zależy od bardzo wielu czynników. Bywa, że czyjeś krzywe spojrzenie zepsuje nam humor na cały dzień. Bywa też, że sami psujemy komuś nastrój krzywym spojrzeniem. Pomijając przeszłość, którą zawsze wleczemy za sobą, na pewno kształtują nas własne doświadczenia i ludzie, którzy nas otaczają. Matka Alicji silna była dla córki. Może dla swoich uczniów w szkole. Gdyby miała prawdziwą siłę, jej życie potoczyłoby się inaczej. Tymczasem kiepska sytuacja materialna, monotonia, samotność, brak miłości sprawiały, że stawała się coraz bardziej zgorzkniała. Jak każdy, szukała akceptacji w oczach drugiego człowieka. U boku nie miała jednak nikogo, a w córce znalazła jedynie posłuszeństwo, w porywach bunt, bo trudno akceptować osobę, u której sami nie znajdujemy zrozumienia.

W powieści pojawia się mężczyzna, który wykorzystuje zakochaną kobietę. Wmanewrowuje ją w oszustwa finansowe. Często natykam się w gazetach na takie historie. Dlaczego ludzie dają się uwodzić i są gotowi na popełnienie przestępstwa?

No właśnie. Wyobraźmy sobie samotną, zgorzkniałą, smutną kobietę, która – mając zaledwie czterdzieści lat – na nic już nie czeka. A tu nagle pojawia się jakiś ON. W tym wypadku dawny szkolny kolega. Niespodziewanie los rzuca pod nogi miłość, męskie ramię, zagraniczne wycieczki, pieniądze, a na dokładkę duże mieszkanie. Dla pani Doroty, która całe dotychczasowe życie spędziła na tęsknocie za mężczyzną i oglądaniu każdej złotówki w wynajmowanych klitkach, to szczyt marzeń. Żeby ten cud utrzymać, gotowa była na wszystko. Zanim w jej życiu pojawił się TEN mężczyzna, nawet nie przypuszczała, do czego może być zdolna.

Nie tak dawno słyszeliśmy też o mężczyźnie, który okradł zakochane w nim kobiety na dziesięć milionów złotych. Czy miłość wyłącza w naszych umysłach systemy ostrzegawcze?

Nie chcę generalizować. I chcę wierzyć, że system ostrzegania wysiada wyłącznie osobom z zaniżonym poczuciem własnej wartości, szukającym akceptacji i nie potrafiącym stawiać granic. Nie wyobrażam sobie, żeby człowiek świadomy, nie potrzebujący żebrać o uczucie, godność i szacunek, pozwolił się tak skrzywdzić.

Inny wątek Tanga to zniewolenie. Bohaterka krok po kroku pozbywa się swoich praw. Oddaje swoją wolność nadopiekuńczemu, kontrolującemu ją mężczyźnie. Jak przewidzieć, jak uchronić się przed taką relacją?

To niezmiernie trudne. Oprawcy są przebiegli, działają ostrożnie, są perfekcyjnymi manipulantami. Nietrudno wpaść w sidła – tym bardziej, że oni doskonale wiedzą, jak czarować. Z niespotykaną precyzją odgadują pragnienia przyszłej ofiary i spełniają je z niesłychanym wdziękiem. Trudno dostrzec moment, kiedy zaczyna się ujmowanie tych dóbr po okruszynce. Kiedy ofiara zauważa te braki, zwykle jest już za późno. Toksyczny związek to wyniszczający narkotyk, siejący spustoszenie. Jednak ofiara tkwi w nim, ponieważ w grę wchodzi miłość i nadzieja, że to, co na początku było takie piękne, wróci. Oprawca dawkuje narkotyk, a ofiara chce więcej i więcej. Wyjście z takiego, nazwijmy to, nałogu jest udręką. Ustrzec się możemy jedynie wtedy, gdy potrafimy stawiać nieprzekraczalne granice. Jesteśmy stanowczy i wiemy, czego należy oczekiwać od związku i partnera. Jeśli nie stawiamy granic, dajemy przyzwolenie do manipulacji, do postępowania z nami tak, jak chce druga osoba.

Tutaj naczelnym motywem jest tak zwana miłość, która legitymizuje zniewolenie kobiety. Ale to nie jest miłość…

Nie. Zdecydowanie nie miłość, chociaż oprawca o niej zapewnia. Często też nie musi zapewniać, bo ofiara święcie w tę miłość wierzy. Miała przecież dobre doświadczenia, zanim stał się „taki”. Najczęściej ofiara tłumaczy sobie, że to chwilowe, to na pewno się zmieni, że wszystko wróci do normy. Tymczasem norma jest, niestety, właśnie taka. Oprawca karmi nadzieją, mami, że jeśli ofiara będzie postępowała według jego zasad, będzie jak dawniej. Czy można nazwać miłością postępowanie według podłego, egoistycznego kodeksu? Na początku czaruje i robi wszystko, by ofiarę w sobie rozkochać, co jest jednoznaczne z uśpieniem jej czujności. Następnie osacza, czyli przedstawia wizję wspaniałej, wspólnej przyszłości. Namawia do wspólnego zamieszkania, nierzadko do małżeństwa. Gdy już ten cel osiągnie, pojawia się roszczeniowość.

Zmienia się relacja.

Wymagania są zawsze większe od tego, co zamierza dać w zamian. Jego potrzeby okazują się zawsze najważniejsze. Jeśli nie dostanie tego, co chce, przeistacza się w rolę ofiary i wyzwala poczucie winy. Dla kochającej osoby jest to prawdziwa udręka, więc zgadza się na wszystko. Kiedy oprawca czuje, że znalazł się na pewnym gruncie, następuje mieszanie w umyśle. To niewiarygodne, co potrafi, do niedawna trzeźwo myślącej osobie, wmówić taki psychiczny kat, żeby ją doszczętnie ogłupić. Ofiara oczywiście po czymś takim jest wykończona, dlatego zasługuje na nagrodę. Ale bez tresury się nie obejdzie. Musi spełnić określone warunki, żeby ją otrzymać. Tą nagrodą są chwile szczęścia, krótkie udawanie miłości. Takie namiastki uczucia mają dać nadzieję i wzmocnić ofiarę, bo cóż za przyjemność kopać leżącego? Na koniec kat poszuka sobie nowego żywiciela. Nie odchodzi jednak od poprzedniej ofiary, dopóki nie wykorzysta jej do zera. Jeśli ktoś chce takie postępowanie nazywać miłością…

Czy można pomóc komuś, kto jest w takim toksycznym związku? Jak zrobić to mądrze?

To wcale nie jest łatwe – zwłaszcza, że ofiara tkwiąca w takim związku absolutnie do tego się nie przyznaje. Powody są różne: sama nie uświadamia sobie, w co wdepnęła, boi się oprawcy, więc woli milczeć, nie wierzy w złą wolę ukochanego, usprawiedliwia go, broni, szczerzy zęby na każdego, kto powie na niego złe słowo. Na szczęście nie zawsze tak jest i można otworzyć ofierze oczy. Czasem zrobi to zupełnie przypadkowa osoba, jak było w przypadku mojej córki. Koleżanka z nowej pracy zauważyła, że coś jest nie tak. Sama wyzwoliła się z takiego związku, więc charakterystyczne zachowania, takie jak brak wiary w siebie, we własną atrakcyjność, wycofanie, trudności w podejmowaniu nawet błahych decyzji, ustępowanie we wszystkim, uległość nie były jej obce. Koleżanka zabrała ją po pracy do kawiarni i wyłożyła kawę na ławę. Konkretnie i zdecydowanie oświadczyła, że albo ucieknie, albo ten ktoś ją zniszczy. Amen.

Trudno odnaleźć taki dystans.

I tak chyba należy postępować. Dosadnie. Na chłodno. Bez roztkliwiania się, trzeba uświadomić czym grozi tkwienie w toksycznym związku. Jeśli spotkamy osobę zastraszoną, uległą, nie bójmy się pytać, co jest grane. Działajmy. Możemy w ten sposób kogoś uratować. W powieści rozwiązałam to nieco inaczej, ale słowa, które mnożyły się w głowie bohaterki, wyjęłam z ust mojego skrzywdzonego dziecka.

A jaki jest kolejny krok?

Potem, cóż. Taka wyzwolona osoba powinna szukać wsparcia u najbliższych, ciepłych, empatycznych ludzi. U psychoterapeuty. Powinna zająć się czymś przyjemnym, rozwijać pasje, spełniać to, o czym marzyła, a co uniemożliwiał jej toksyczny partner. Powinna się wypłakać, jeśli tego potrzebuje, najlepiej w czyjeś życzliwe ramię. Dać sobie czas na oswojenie nowej sytuacji, odzyskanej wolności. Zająć się sobą. Skupić na własnym poczuciu wartości, na budowaniu od nowa tożsamości, na uczeniu się asertywności i stawiania granic. Postępować tak, by odpowiedzią zawsze był szacunek i akceptacja. Ponieważ nie jest tak, że osoba dotychczas tkwiąca w toksycznym związku natychmiast nauczy się decydowania o sobie, zakończenie mojej powieści pozostawiłam otwarte.

Czy takie doświadczenia, wykorzystanie, zniewolenie, oszustwo, są karane? Co grozi człowiekowi, który świadomie pozbawia innych wolności, albo nakłania do przestępstwa. Co mówi na to prawo?

Znam osobę, która borykając się z oprawcą, wzywała policję, skarżyła się na zastraszanie, szantażowanie, poniżanie. Policjanci za każdym razem twierdzili, że to sprawy rodzinne, nie wymagające interwencji. Tyle fakty. Formalnie pierwszy paragraf kodeksu karnego mówi o pozbawieniu wolności od lat trzech do pięciu za psychiczne lub fizyczne znęcanie się nad osobą najbliższą lub w jakiś sposób zależną od oprawcy, gdy pokrzywdzony nie jest zdolny przeciwstawić się znęcaniu i znosi je z obawy przed pogorszeniem swoich dotychczasowych warunków życiowych. Oprawca może czuć przewagę i pastwić się nad ofiarą, wykorzystując więź materialną, osobistą lub uczuciową. Można uruchomić też procedurę Niebieskiej karty, czyli podjęcie przez policję działań związanych z zaistnieniem przemocy w rodzinie.

Dziękuję za rozmowę.

Książkę Tango kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.