Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

BEZ POLITYKI ANI RUSZ...
Notatkę dodano:2015-05-18 21:22:39

Świat wielki i mały wydaje się być tak bardzo ode mnie oddalony, że zupełnie zdają się mnie nie obchodzić jego sprawy. Zresztą nie jestem odosobniona w swoim podejściu do całego galimatiasu, który mnie otacza. Obserwując zachowania pobratymców, nie czuję odmienności. Może z wiekiem obojętnieję, choć z momentami przebłysków pewnych zachowań, które są w pewien sposób prospołeczne. Tylko czy tak naprawdę warto? W moim rodzinnym mieście o przybliżonej liczbie mieszkańców czterdzieści tysięcy, jest szansa na powstanie ogrodu przy szkole specjalnej. Byłoby to miejsce w którym niepełnosprawne dzieci uczyłyby się pewnych umiejętności, zachowań, rozwijałyby sfery, które w takim ogrodzie następowałyby samoistnie i przy pomocy otoczenia. Cały obiekt mógłby zostać sfinansowany przez zewnętrznego inwestora, a jedyne co jest do zrobienia ze strony mieszkańców, to zagłosowanie na ten projekt. Niewiele, i tak naprawdę czyż jest to coś nieosiągalnego dla lokalnych patriotów? Za poświęconą chwilę chore dzieciaki miałyby obiekt, z którego mogłyby korzystać. Jednak lokalny patriotyzm to coś, jak się okazuje przereklamowanego i mało obchodzącego mieszkańców mojej rodzinnej miejscowości. Może za cenny jest ich czas, może uważają, że sprawa ich nie dotyczy, bo przecież ich dzieci zdrowe, to nie będą korzystać, więc po cóż się ścierać nadmiernym wytężaniem. Jak coś nas nie dotyczy obojętniejemy. Podobny, wielką obojętnością naznaczony był odzew na moje wiadomości do znajomych, których poprosiłam tylko o krótką chwilę i oddanie głosu. Nie prosiłam ludzi nie związanych z regionem, obcych temu miastu, a właśnie tych, którym dobro małych mieszkańców powinno leżeć na sercu. Cóż, groch o ścianę podobny odzew powoduje jak prośby o coś bezinteresownego. Paru oddało głos, kropelka, która prędzej wyparuje niż wydrąży skałę. A może każdy z tych lokalnie obojętnych zajęty wielką polityką, ujadaniem na politycznego przeciwnika swojego kandydata, szkalowaniem go i obrzucaniem z błotem. To wywołuje więcej emocji, można czymś zająć wolny czas, poruszyć w rozmowie z sąsiadem, lub pożyć przez chwilę czymś innym, co wcale inne nie będzie, gdy minie czas zamieszania. Zostało dwóch kandydatów, z ramion odległych sobie organizacji, podobnie jak odmienne ich poglądy, które tylko w przedwyborczych słowach mają na uwadze dobro społeczeństwa. Obydwaj wywołują skrajne reakcje u niektórych swoich fanów. W sieci mnożą się szkalujące obrazki, teksty, wytykające potknięcia i wyolbrzymiające nieistotne szczegóły. Jedni drugim w żaden sposób nieba nie przychylają a wręcz przeciwnie duży poziom wrogości i agresji, która przelewa się na szarych, zwyczajnych wyborców. Podoba ci się inny kandydat niż mi, stajesz się moim wrogiem, jesteś w szeregu tych czy innych, którzy myślą podobnie a zarazem warci są napiętnowania. Gdyby szopka wyborcza trwała dłużej zapewne znowu na światło dzienne wyszliby dawno spoczywający snem wiecznym dziadkowie czy stryjowie niechlubnie zasłużeni. Wyciąga się brudy byle tylko oczernić kontrkandydata, bo przecież nikt inny nie zrobi dobrze krajowi, tylko ja. Nikt nie podźwignie gospodarki, bo tylko ja mam na tyle wyobraźni, wizji i mocy. Dlaczego tylko te wizje, moce i plany są najbardziej widoczne w trakcie trwania kampanii, która jeśliby została przeprowadzona w spokojny sposób byłaby czymś nie do przyjęcia. Naród potrzebuje igrzysk to w taki lub inny sposób otrzymuje to czego pragnie. A skoro pragnie nagonki, oczerniania to się to dostarcza. Nie wiem tylko czy jesteśmy aż tak zdeprawowani, tak lubiący potknięcia innych, pomówienia i kłamstwa, że nie ma w naszym kraju szansy na rzeczowość, fachowość i prawdziwe umiejętności. Nie te wydumane, książkowe ale takie, które sprawią, że wreszcie ten kraj stanie się normalny dla zwykłych ludzi, którzy poczują się na tyle związani ze swoją zarówno tą „małą” jak i tą „dużą ojczyzną”, że zechce im się poświęcić odrobinę własnego czasu by tak zupełnie bezinteresownie oddać głos, dopomóc w budowie czegoś nie dla siebie, upiększyć życie maluchów choćby nawet nie własnych. Może za tymi małymi działaniami szłyby też większe, ogarniające więcej i więcej ludzi jednoczące, tylko tak naprawdę chce nam się robić coś dla innych bez zysku dla siebie? Przeważnie oczekujemy rewanżu, rekompensaty, i wydaje nam się to takie normalne, że zachowania altruistyczne stają się wyjątkami i białymi krukami, dziwiącymi i zastanawiającymi czy też nie ma w nich jakiegoś drugiego, niespodziewanego dna.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OCZEKIWANIE SPRAWIEDLIWOŚCI
Notatkę dodano:2015-05-15 19:22:45

Kolejny przysłowiami opisywany dzień właśnie rozpoczął swoje trwanie. Zimna Zośka. Nie wiem, czy uda się zapamiętać akurat dziś w jakiś szczególny sposób. Nic nie zapowiada atmosferycznych przełomów, ostatni dzień pracowitego tygodnia. Nie zawsze mogę tak określać nadchodzące po sobie piątki. Tym razem przede mną długi weekend, który niczego nie obiecuje, a jednak otwiera szansę na pewien rodzaj wypoczynku, jeśli nawet nie fizycznego, to od konieczności obowiązku wczesnego wstawania z całym mętlikiem codziennych spraw. Wracając do przysłowiowej Zośki to może się zdarzyć, że niczym ona nie da się tym razem zapamiętać, prócz faktu, że to kolejna coraz bardziej oddalająca rocznica mojej pierwszej komunii. I oczywiście imieniny jednej z moich babć. Dziwnym trafem babcia nie należała do moich faworytek a imieniny ma tak znaczące, że nie da się o niej nie pomyśleć w tym dniu. Druga babcia choć bardziej ukochana, z imieniem ukrytym pośród setek innych w kalendarzu nie jest żadną konkretną datą przypominana. Kolejna z niesprawiedliwości. Takich pozornych niesprawiedliwości zdarza nam się w życiu bardzo wiele. W gruncie rzeczy, niczego nie zmieniłoby zapewne gdyby było bardziej sprawiedliwie lub może bardziej po naszej myśli. Przecież niesprawiedliwość losowa to nic innego niż właśnie odmienne od oczekiwań wydarzenia, nasze umiejętności, nasz wygląd czy też coś co innym się trafia a nam w żaden sposób nie. Mam piegowaty nos, jeśli podejdę do tego „problematycznego defektu” z nastawieniem, że to najgorsze co mi się trafiło, będę narzekać, widzieć innych o cudownie jednolitej brzoskwiniowej karnacji bez jakiejkolwiek wadliwiej plamki. To tylko mały, całkiem błahy powód do narzekania, jednak jako przykład, który może obrać coraz bardziej narastający poziom zupełnie wystarczający. Jednak jeśli przyjmę, że te piegi to coś dla mnie ważnego, mam parę możliwości układnego życia z ich obecnością na moim nosie. Mogę pokochać, mogę zamaskować,walcząc kosmetycznie lub zobojętnieć udając, że nie istnieją. Oczywiście do plamek na nosie jeśli nie będą one nadmiernie wytykane przyzwyczaimy się, zapominając całkiem szczerze, że kiedyś spędzały nam spokój i rodziły kompleksy. Ile w nas odczuwania niesprawiedliwości losowych, które doznajemy, choć nie są materialnie widoczne, przez lata zamaskowane czy oswojone. Wiele lat temu największą z odczuwanych przeze mnie niesprawiedliwości była przeogromna nieśmiałość. Budziła zazdrość umiejętność swobodnego uczestnictwa w wielu dla mnie niedostępnych czynnościach. Strach był tak paraliżujący, że wolałam, aby nikt mnie nie zauważał, nie brał pod uwagę, byle tylko mieć przysłowiowy święty spokój. Najlepszym rozwiązaniem było ukrycie się gdzieś na szarym końcu, z obawy by nie nastąpiła konieczność jakiegokolwiek mojego zaangażowania. Niech mnie o nic nie pytają, bo z góry wiedziałam, że nic mądrego nie powiem. Niech nie chcą mojej opinii, przecież ze swoim poczuciem wartości na poziomie lub raczej poniżej takowego, żadne moje zdanie nie będzie się liczyć. Trwałam tak sobie jak mysz pod miotłą, byle w spokoju. W tym czasie, ci obdarzeni tupetem głośno krzyczeli, choć niejednokrotnie pustotą i głupotą ich opinie były ubarwione. Cóż skoro zabrakło z mojej strony odwagi na jej wytknięcie. Odważni próbowali różnych dróg i sposobów na życie, a ja wciąż pod swoją spokojną miotełką. Szara myszka utwierdzana we własnym niedowartościowaniu, obserwowałam, bo tylko tyle potrafiłam robić. Szarym myszkom jednak zdarza się przepoczwarzanie w jakieś odważniejsze stwory. Małymi kroczkami nieśmiałość trzeba było zwalczać. To, co kiedyś wydawało się nie do przeskoczenia okazuje się w zasięgu możliwości. Ktoś pojawił się i potrafił wzmocnić poczucie wartości. Piegi przestały być widoczne, nieśmiałość oswojona a następnie ustępująca miejsca odwadze do działania. Pozostawiła nieśmiałość w spadku po sobie pewien rodzaj wahania i wątpliwości, które potrafią znienacka nadejść i paraliżować aktywność. Jednak nie są to sprawy, których nie potrafię przeskoczyć. Więcej czasu zajęło mi dojście do pewnych życiowych umiejętności jednak liczy się fakt, że losowe niesprawiedliwości dają nam jednak szansę na sprawienie, że przekujemy je na sprawiedliwość, czy też po prostu normalność. Zwalczamy „niesprawiedliwość” swoim działaniem, i okazuje się, że nie każda z nich jest nam oddana dozgonnie i na całe życie, a sporo zależy od nas samych oraz od ludzi, których dane nam będzie spotkać na własnej drodze. Ci napotkani, właściwi osobnicy zauważą piękno w piegowatym nosie, wzmocnią poczucie wartości i sprawią, że łatwiej pogodzić się z niektórymi niesprawiedliwościami.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TERAPEUTYCZNE DZIAŁANIE
Notatkę dodano:2015-05-12 08:32:29

Z pewną częstotliwością, nie do przewidzenia, bez harmonogramu i przewidywania wydarza się coś, co jest zarzewiem dzikości i furii. Nic nie zapowiada mającego nastąpić kataklizmu, żaden instytut nie jest w stanie go w zarodku zauważyć. Odgórni scenarzyści wprowadzają w moje życie zachowania burzące normalność i spokój. Dobry humor gdzieś pryska, jego miejsce zajmuje wściekłość i frustracja. Narastają te czynniki kolejnymi warstwami niczym cebula i podobnie jak ona doprowadzają do łez. Taki moment wyzwala chęć znalezienia się daleko od przyczyny. Nie wyjście z wspólnego pomieszczenia, nie odejście o parę metrów tylko znalezienie się gdzieś setki kilometrów od powodu zamieszania. Kobieca logika, wadliwość jakaś powoduje dziwne podejście do całej sytuacji. Coś wybucha, następuje złość, bezsilność a w następnej kolejności dochodzą do tego poczucie niedocenienia i bezwartościowość odczuwana na wielu poziomach i w oczach wielu ludzi. Nagle z incydentu okazuje się, że cały świat sprzysięga się przeciwko mnie, nikomu nie jestem potrzebna, mało ważna i nieistotna, a co za tym idzie, tak naprawdę po cóż niby mam tu tkwić, skoro nic moja osoba nie znaczy. Zniechęcenie do wszystkiego i wszystkich rośnie niczym dobry zaczyn na chleb, pączkuje niczym świeże drożdże. Za chwilę, kiedy osiągnie poziom największego rozrostu wystarczy delikatny ruch by całe to rozrośnięte ciasto opadło. Jednak nim emocje skapcanieją jeszcze chwilę potrwa mój stan zniechęcenia i przemożna chęć ucieczki na koniec świata. Daleko od pojemnika z kanapkami, niezadowolonej miny że trzeba wstać do szkoły, pełnego bębna pralki, porozrzucanych zabawek, piasku na podłodze przedpokoju, obowiązkowego gotowania i całej bzdurnie ułożonej konieczności by funkcjonować. Znaleźć się na tyle daleko by nie myśleć o codziennych punktach do załatwienia, mieć czas na leżenie, czytanie kolejnych książek, bycie pępkiem świata, który nie musi tachać codziennych zakupów i nie głowi się kolejnym dniem, galową koszulą do odprasowania i koncertem za który trzeba wśród klepaków wysupłać trzy złote. I ogarnia mnie wielki żal, że wraz z naszym przyjściem na ten świat nie wyposażono nas w czarodziejską różdżkę, mogącą parę razy w życiu dokonać uszczęśliwienia nas przeniesieniem na bujający się pod palmą hamak, gdzie miast blokowiska i zmęczonych twarzy codziennie mijanych ludzi nie będzie nic prócz błękitu czystego oceanu z jednej strony i soczystej nigdy nie znikającej zieloności po przeciwnej. Wraz z osiąganiem dorosłości taka różdżka przydałaby się zapewne niejednej osobie, co prawda obawiam się na swojej wymyślonej plaży nawału innych sfrustrowanych niewiast, które mogłyby w podobnym terminie doznać przypływu chęci do oderwania od swoich szczęśliwych rodzin. Być może myśl o takim wcale nie upragnionym tabunie podobnych sobie skutecznie wyciszy moje emocje, których powodem był niesubordynowany ośmiolatek, a którego zachowanie sprawiło całą lawinę mojego złego humoru i chęci ucieczki. Jeszcze chwilę poobserwuję te tysiące hamaków z wkurzonymi babami w środku i gdzieś rozmyła się ochota na bycie tysiące kilometrów od pojemnika z kanapkami, niezadowolonej miny że trzeba wstać do szkoły, pełnego bębna pralki.....  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZAKOCHAJ SIĘ BEZPIECZNIE...
Notatkę dodano:2015-05-08 22:16:22

Podstawowa wiedza w zakresie podziału roku na miesiące jak wiadomo znana każdemu od dzieciństwa. Maluchy uczą się kolejności poszczególnych nazw, z różnymi trudnościami czy też metodą prostych skojarzeń. Dorośli posiadając już nie tylko zakres nazewnictwa, ale i mając doświadczenia życiowe w różnoraki sposób podchodzą do każdego z miesięcy. Jeden smętny, inny optymistyczny, wyczekiwany lub znienawidzony. Pośród nich maj to miesiąc budujący, pozytywnie nastrajający, sympatycznie dający nadzieję i pełen werwy. Dobry miesiąc dla pracusiów i dla leniuchów. Wszystko wokół pachnie, kwitnie, zieleni się i żyje pełnią. Kasztany dały sygnał startu matur, bzy pośpieszyły się przed Dniem Matki, konwalie i chrząszcze zgodnie z drugim członem nazwy po prostu nie mając wyjścia z różną aktywnością ukazują własną obecność. Ja pośród tej całej rozedrganej zieloności pełna dobrego samopoczucia nie mam innej alternatywy niż najzwyczajniejsza radość życia. Codzienność choć bez szczególnych wydarzeń pogania mnie, by jak najwięcej wyszarpnąć z tego pięknego miesiąca. Pośród zwyczajnych godzin i dni, łapię minuty na zerknięcie w nowoczesną skrzynkę na listy. Zaglądanie do skrzynki wiąże się zawsze z pewnego rodzaju nadzieją na korespondencję. Zarówno tradycyjna jak i nowoczesna forma skrzynki to oczekiwanie. Oczekiwanie na słowa, na odpowiedzi, na kontakty. Jest gdzieś pod skórą nadzieja każąca sprawdzać czy coś przyszło, czy też pustką zionie nasza skrzyneczka. Nowoczesne formy pocztowe obficiej zarzucone korespondencją niż tradycyjne. Boom ulotek papierowych w szczątkowej postaci, natomiast elektroniczny chłam przeciska się w ilościach dosyć sporych. Umieszczanie w folderach spam czy też blokowanie nadawców nie daje pewności, że kolejnym razem nie zaśmiecą naszej skrzynki. Nie zawsze i nie wszystko w pierwszym spojrzeniu potrafimy ocenić z uwagi na przydatność, czasami jakaś ciekawość powoduje otwieranie zawartości od nieznanych nadawców. I mi pośród ostatnich wiadomości przychodzących na mailową skrzynkę trafił się kwiatek, który wzbudził moje zainteresowanie. Nadawca nie zablokowany przeze mnie, pojawił się w folderze odebrane ze znamienitym tytułem swojego listu „ zakochaj się bezpiecznie”. Być może fakt trwania miesiąca zakochanych, moja ciekawość, czy też inne przyczyny sprawiły, że otworzyłam, weszłam w link i doznałam pewnego oniemienia napotkaną treścią. Z czym kojarzy mi się stan zakochania? Pomimo minionego dosyć długiego czasu od kiedy w takowym stanie się znajdowałam, wspierając się dosyć dobrą pamięcią zupełnie odmiennie podchodzę do formy zakochania z którą miewałam do czynienia. Czy można zakochać się bezpiecznie? Nobel dla umiejącego w jednoznaczny sposób odpowiedzieć na takie pytanie. Zakochanie z samego faktu pewnej formy otępienia uczestników całej „zabawy” nie jest bezpieczne. Zachodzi w nas pewnego rodzaju blokada na rzeczywistość, liczy się tylko on lub ona, którzy postrzegani są bez wad i przywar, wyidealizowani i otoczeni pietyzmem, stając się najważniejszym punktem całego świata. Każdy, kto choć w szczątkowym mruknięciu próbuje zrzucić nasz ideał z piedestału staje się wrogiem, którego jesteśmy gotowi usunąć z własnej drogi do szczęśliwości wiecznej dzięki lubej lub lubemu. Zakochanie rozwijało się, pęczniało, rosło, małymi kroczkami lub gwałtownym skokiem jednak nigdy nie było przeze mnie rozpatrywane w kierunku „bezpiecznie”.

Być może właśnie taka forma tytułu wzbudziła moje zainteresowanie, chęć rozwikłania zagadki i choć może po nie w czasie, spóźnionej, to jednak jakiejś życiowej wiedzy. Może dzięki temu mailowi uda mi się rozwikłać przyczyny porażek moich zakochań, otworzą mi się po wielu latach oczy na moje „mało bezpieczne zachowania” ? Nadzieja moja na wiedzę uniwersalną, na nowoczesne poglądy i sposoby na zakochanie jak bardzo się rozbudziły, tak równie prędko zostały zgniecione w zarodku. Dzięki wnikaniu w dalszą część wiadomości miałam możliwość konfrontacji jak bardzo jestem w kwestiach sercowych opóźniona, jak wiele zmian w tych sprawach zaszło przez minione lata, i jak dalece moje poglądy nie przystają w tej wychwalanej nowoczesności.

Dalsza, rozwinięta część tematu bez żadnych wstępów, owijania w bawełnę, czyniąc krok milowy dotyczyła ni mniej ni więcej antykoncepcji. Nie powiem, że ta kwestia nie jest ważna, że gdzieś po drodze nie wystąpi, jednak w moich oczach kawałek jej od zakochania. To tak jakbym dziecku nie znającemu liter kazała napisać stronicowy tekst. Nim ten tekst powstanie, małymi kroczkami trzeba pokonać podstawową wiedzę o literkach, głoskach, sylabach i wyrazach.

 

Zakochany, pomijając „zaświrgolenie” i „klapki na oczach” pośród piękna przyrody, upojnych wieczorów ma czas na poznanie tego napotkanego ideału. Niech sobie chodzą wieczorową porą po parkach, niech siedzą na ławce przytuleni, ale niech nie wskakują na głęboką wodę nie umiejąc pływać. „Zakochaj się bezpiecznie” okazało się tekstem nie mającym z zakochaniem zbyt wiele wspólnego, tylko czy jeślibym dostała wiadomość o temacie „ kochaj się bezpiecznie” to czy miałaby ona szansę być w ogóle otwarta?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIEDOSYTY I PRZESYTY
Notatkę dodano:2015-05-06 22:00:38

Na języku mam cierpki smak ostatniego grejpfruta. Dlaczego cierpki jest sprawą oczywistą. Cierpkość i grejpfrut idą w parze. Więcej tej goryczki, mniej, kwestia odmiany i naszego odczuwania. Fakt ostatniej sztuki, niczym jakiś pewnik, jakby ktoś nałożył embargo na import akurat tych owoców. Skończył się sezon, w dostawach nastąpił poślizg, a ja nie zdążyłam się nasycić przez ten czas, w którym odkryłam szczególną potrzebę akurat tych cytrusów. Być może, kiedy w sklepach ponownie one się pojawią już mnie do siebie nie przyciągną. Powinno się wstawać od stołu z uczuciem niedosytu, cóż kiedy nie lubię takiego stanu. Częściej bywa czuję przejedzenie niż niedosyt. Jedno jest pewne po paru tygodniach codziennej konsumpcji, z powodu niezawinionych przeze mnie braków handlowych skazana jestem odgórnie na niedosyt.

W różnych życiowych sprawach zdarza mi się czuć niedosyt lub przesyt. Czegoś mi za mało, innego za wiele. I jak życie pokazuje każdy z nas chętnie wyciągnąłby dłoń po dokładkę, choć jej nie dostanie.

 

Jedna moja znajoma gospodarzy w domu własnej teściowej. Wyjazd teściów spowodował konieczność opieki nad inwentarzem, i tymi sprawami miał zająć się syn z własną żoną. Żona energiczna kobieta czując moc i całkowite pełnomocnictwo, na opiece nad inwentarzem nie poprzestała, wystąpił niedosyt. Prócz obowiązków które w umowny sposób miały być przyjęte przez młodych, moja znajoma wzięła samowolnie na własne barki misję ogarnięcia całego domostwa. Sposób gromadzenia dóbr materialnych starszej kobiety rozbieżny z metodami młodej. Jakaś szczególna pasja do gromadzenia przez starszą przeróżnych przydasiów, drobiazgów, niepotrzebnych klamotów, wzbudziła w młodej inwencję ogarnięcia i doprowadzenia do ideału wedle jej gustu. Teściowa nieświadoma tego co zastanie spokojnie spędza czas poza domem, synowa działa wedle własnej metody. Porządkuje niepotrzebne według siebie przedmioty pozbywając się ich w sposób stanowczy i ostateczny. Starsza miała niedosyt przedmiotów, młoda ma przesyt. Nie wiem jak gospodyni przyjmie ten remanent połączony z kasacją po powrocie, jedno jest pewne może nastąpić przesyt synową i jej sposobami wypełniania prośby opieki nad inwentarzem. Jeśli starsza kobieta należy do nieziemsko cierpliwych może udawać, że nic się nie stało, że nie zauważyła, lub w skrajnym przypadku nawet podziękować za poczynioną inwentaryzację. Jednak jeśli była w szczególny sposób przywiązana do wytworzonego przez lata otoczenia, sentymentem darzyła wszelkie drobiazgi może zaistnieć sytuacja niedosytu dobrych zachowań, niedosytu zrozumienia i pewnego przesytu młodą synową oraz jej sposobami na życie. Nie wiem jak zakończy się porządkowanie, choć wiem, że sama nie zdobyłabym się na tak dogłębną ingerencję w czyjś bałagan. Zresztą sama też nie pogodziłabym się z faktem decydowania o tym, co mi potrzebne a co nie. Są dziwaczne przedmioty, które powinny wylądować na śmietniku a tam jeszcze nie jest ich czas. Ołowiany słoń z utrąconą trąbą, który miał przynieść szczęście wciąż jeszcze pomieszkuje moją szufladę, widuję go raz na parę lat, może nawet jest przyczyną pewnych szczęśliwych sytuacji, a może zupełnie obojętny jego wpływ na moje życie, jednak to, czy przebywa w swoim miejscu pobytu powinno zależeć ode mnie. Nie od mojej synowej, nie od męża, nie od syna ani nikogo z bliskich lub dalekich powinowatych. Własne klamoty, sentymentalne śmieci i swoiste przydasie to tylko mój interes. Jakakolwiek w ten świat przedmiotów ingerencja spowodowałaby przesyt emocji z mojej strony wyrażonych gwałtownie niczym majowa burza. Są rzeczy dla mnie „święte”, których nawet mój małżonek w amoku porządkowania nie ośmieliłby się wyrzucić. I nie za przyczyną słów, które kiedyś w formie groźby rozwodem w konsekwencji zabrzmiały, po prostu wie, że znaczą dla mnie te rupiecie coś więcej niż dla kogokolwiek innego. Tolerancja w tej kwestii na zasadzie równowagi pomiędzy przesytem i niedosytem zapanowała i póki nie wyrażę innej dyspozycji moje drobiazgi będą pomieszkiwać tam gdzie pomieszkują.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŚMIERĆ NA ŻYCZENIE
Notatkę dodano:2015-05-04 16:53:22

Są w moim życiu sprawy, do których mniejszą wagę przykładam. Coś jest istotnego, coś o nikłym znaczeniu, jedno lubię inne nieszczególną atencją przeze mnie darzone. Jak u każdego, choć akurat nie to samo przez każdego w takim samym stopniu na życie się odciska. Pośród tych wielu, bardziej i mniej istotnych spraw jakąś niszę zajmuje coś nazwane ogólnym słowem „sport”. Niewielkim znaczeniem ogół spraw związanych z tym szerokim tematem dla mnie samej one podbarwione. Nigdy nie przepadałam za wszelkiego rodzaju rozgrywkami, nie darzę jakąś sympatią żadnej z dyscyplin. Ot, czasami z niejaką ciekawością zerknę okiem, gdy „nasi” biorą udział, jednak nie przykładam do samego zjawiska nic ponad jakąś ciekawość czy też identyfikację narodową z zawodnikami. Może gdzieś w genotypie jakaś luka akurat w tej kwestii. Nie wyklucza to oczywiście podziwu dla prawdziwych sportowców i ich osiągnięć. Tu także będą zastrzeżenia bo już w moich oczach nie każda dyscyplina godna wysławiania i boks jakoś nie chce w tych hierarchiach wyjść poza określenie „mordobicie”. Nie podoba mi się coś co kojarzę z walką, gdzie krew się leje a połamane nosy żadną pierwszyzną. Mam prawo do swojego zdania i mam też świadomość, że by być najlepszym nawet w tej dyscyplinie potrzeba lat treningu, wytrzymałości i techniki. Zapewne grono zainteresowanych sportowymi zmaganiami, z moim własnym małżonkiem na czele miałoby zdanie przeciwne i zmasowanym atakiem przypuściłoby na mnie szturm celem zmiany moich przekonań. Nic z tego, przez tyle lat nie popadłam w sidła kibicowania, a że stała w uczuciach raczej pozostaję, to i nikła szansa na mój odwrót od dotychczasowych poglądów. Mam w swojej życiowej historii epizody związane z próbami kibicowania. I mam też swój pogląd na sprawy związane z tymże tematem.

Dni majowego długiego (dla niektórych), weekendu zamiast w swoim przebiegu przejść w atmosferze podniosłej radości miały też drugie oblicze, które z tą radością niewiele wspólnego miało. Prócz drogowych tragedii, wybuchów gazu w paru miejscowościach, spraw ocierających się o narodowe wybory, w pewnej miejscowości zginął „kibic”. Rozpętała się nagonka na policję, dysputa o sens tej śmierci, zamieszki i ataki. A ja ze swojego mało związanego z kibicowaniem punktu widzenia postrzegam takie sprawy w sposób jednoznaczny i ganię z całych sił podobne zachowania. Dzięki paru bydlętom nie jest możliwa rozrywka spokojnego oglądania rozgrywek. Na widowni nie ma miejsca dla rodziców z dziećmi, które mogłyby naocznie i niezakłócenie uczyć się zasad fair play. Nie ma miejsca dla prawdziwego kibica, który choć identyfikuje się ze swoją drużyną, potrafi przyjąć z godnością porażkę. Bo w sporcie chodzi także o to, by wygrał najlepszy. Taką wygraną czy przegraną należy po prostu przyjąć i dzięki temu zmobilizować się do kolejnych zwycięstw lub działań na przyszłą wizję sukcesów. Fakt, że ktoś jest przeciwnikiem mojego faworyta nie powinien stwarzać nienawiści skierowanej ani do zawodników, ani do kibiców drużyny przeciwnej. Piłka nożna, siatkówka, rugby, koszykówka czy im podobne, na tym polegają, że muszą być na murawie czy boisku dwie drużyny, tę prostą sprawę rozumiem nawet ja, laik w sportowych rozgrywkach. Tych spraw nie ogarniają kibole, którzy pojawiają się na meczach w jednym celu: wzniecenia zadymy. Zwyrodnialcy z chamskimi okrzykami na ustach wychodzą na murawę stadionu, pytam po co? Czy to stado baranów będzie skubać trawkę? Nie, ich cel jest jeden: narozrabiać. Dzięki ich obecności na meczach nie może obyć się bez sił porządkowych. Bo jakiś „pastuch” musi to bydło pilnować by nie weszło w szkodę. A skoro już w szkodę wejdzie nie rozumiem zaskoczenia sytuacją, że ktoś, komuś zrobi kuku. Wielkie larum jeśli poszkodowanym staje się kibol, bo przecież to był atak, celowo go zabito. Jeśli wataha pseudokibiców zrobi kipisz na boisku, dokona zniszczeń w sektorach widzów, użyje różnorakich narzędzi w kierunku policji to powinno się na to przymknąć oko? Nie, nie powinno być przyzwolenia na podobne zachowania. Powinny być z całą surowością karane. Pobłażanie w tej kwestii powoduje, że normalne rodziny chcące spokojnie uczestniczyć w widowisku sportowym nie mają takiej szansy. Tuż obok czai się strach o własne bezpieczeństwo.

 

Swego czasu musiałam czekać półtorej godziny na wyjazd z Wrocławia, bo cały skład pociągu, którym planowałam wrócić do domu pod eskortą policji był zajęty przez pseudokibiców. Niczym ważne persony byli potraktowani, a zwyczajni pasażerowie musieli to tolerować, że w upale i tłoku muszą ustąpić miejsc tej pożałowania godnej bandzie. Czy ma mi się to podobać, czy mam płakać nad śmiercią jednego z bojówkarzy, który na własne życzenie znalazł się tam gdzie się znalazł i spotkał to na co po części własną butą zasłużył. Z całym szacunkiem do ludzkiego życia, nie będę płakać nad tą tragedią, bo nastąpiła ona może ku przestrodze kolejnych, którym się wydaje, że są czymś ponad prawo i zwyczajowo przyjęte normy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE GRZESZĘ POWAGĄ
Notatkę dodano:2015-04-29 21:48:19

Nie będę rozprawiać o tym, jak szybko minął mi ten miesiąc. Żadna nowina. Kolejny do odkreślenia, co prawda jeszcze kilkanaście godzin jego trwania przede mną, jednak zakładam, że nic nowego mi one nie przyniosą. Nie chcę aby przyniosły. To co jest obecnie, nie wymaga poprawek. Bez wzlotów, bez upadków, błogostan, którego wartość doceniam. Teraz czeka mnie parę godzin całkowitego spokoju. Wróciłam z pracy do pustego mieszkania. Mogę robić wszystko na co przyjdzie mi ochota. Moich chłopców nie ma, a co za tym idzie, zupełnie inaczej wygląda ten zaczynający się wieczór. Tyle bym chciała, a z góry wiem, że na wszystko zabraknie miejsca. Coś wytnę, coś usunę, z czegoś zrezygnuję. Nie często mam „luksus” samotności. Może z uwagi, że takie chwile przypadają niezmiernie rzadko, tak bardzo wiele bym w nich chciała zmieścić. Teraz mam swój dobry czas. Czas chęci i zapału. Rozkręcam się niczym ta wiosna za oknami. Panuje we mnie pewien rodzaj chaosu. Wszystko naraz chce się robić. Ktoś mi mówi: kiedy ty zdążysz pomieszkać w domu?. Nie wiem, kiedy, może dziś. Mam parę godzin na „mieszkanie”. Jutro od rana zakładam tempo, które będzie narastać. Po sześciu dniach pracy, ten jeden dzień wolnego nie może mi przejść na smętnym łażeniu w szlafroku po domowych kątach. Nie będę odsypiać, nie będę leniuchować, żal na to czasu. Nie wiem kiedy wybuchła wszechobecna zieloność, jakoś pomimo szeroko otwartych oczu umknął mi moment zamiany gołych gałązek brzozowych w seledynową firankę na białej nodze. Płowość zeszłorocznych traw coraz mniejszymi plamami przypomina o minionym czasie. Żółć forsycji już tylko gdzieniegdzie widoczna spod przykrywającej ją zieloności. Owocowe drzewka zaczynają kwitnąć wedle własnego harmonogramu. Dzieje się tak wiele, i tak szybko, że mam wrażenie jakbym sama poruszała się pośród tego w zwolnionym tempie, coś mi umyka, nie nadążam za zmianami. Może stąd wynika ten mój bieg, którym próbuję dogonić upływający czas. Ułożyły się moje sprawy, i z taką uporządkowaną głową dużo łatwiej o próbę sił w życiowych potyczkach. Teraz wydaje się silna moja głowa, wszystko w niej na własnym miejscu. Ten ład emanuje na całą resztę, i wiem, że mogę więcej. Łapię to swoje więcej na ile starcza czasu. Tolerancja małżonka czasami nadwyrężona, za mało mu mnie. A mnie pędzi w różne strony. Wiem, że nie będzie ten stan trwał wiecznie, że przyjdzie czas w którym spowolnieję. Nie zakładam takiej opcji ale z czystego porządku rzeczy przyjdzie pora na inne tempo. Zacznę „mieszkać”, zwolnię bieg?. Nie wiem ile mam czasu na ponadstandardowe zachowania, jednak póki daję radę, póki sił starcza nie chcę, aby moje życie polegało tylko na obowiązkach i bezbarwnej codzienności. Chcę łapać tę odrobinę czegoś innego, co powoduje, że oddalam czas spowolnienia. Ktoś kiedyś napisał, że moje pokolenie to ludzie nie chcący się pogodzić z dojrzałą dorosłością. Coś w tym jest. Kiedy popatrzę na zdjęcia swoich rodziców będących w moim wieku, to widzę poważnych, statecznych ludzi. Jakby to były przeźrocza sprzed wielu, wielu lat. Różnica jednego pokolenia a dzisiejsi czterdziestolatkowie i odrobinę starsi to ludzie z młodszą mentalnością niż ich równolatkowie z „wcześniejszego wypustu”. Nie wyrośliśmy z trampek, adidasów, jakiegoś sportowego codziennego odzienia. Mężczyznom niejednokrotnie nie po drodze z garniturami i ich szykowną sztywnością. Jest w nas jakiś gen odpowiedzialny za niechęć do powagi wieku. Zresztą kto nas traktuje poważnie. Rodzice wiecznie widzą w nas dzieci, dzieci w poważaniu mają poważanie nas. W takim zawieszeniu trudno o stateczność. Pięćdziesięciolatki latają na siłownię, jeżdżą na rolkach, nie chcą łykać pigułek dla starców, zajadają się suplementami diety. Mają świadomość, że ich życie podobnie jak każde inne w jednym kierunku podąża, jednak chcą by inaczej ono wyglądało niż życie własnych, poważnych rodziców. Nie chcą powagi, chcą różnorodności i aktywności. Może kolejne pokolenie przyjmie schematy dziadków, i będzie poważne bo przecież chce się mieć inne życie od rodziców, a skoro oni powagą nie grzeszą...  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DALECY OD KARALUCHÓW
Notatkę dodano:2015-04-26 21:33:41

Coraz rzadsze migawki tu pozostawiam. Dzieją się sprawy wokół, ja pośród nich tak mało istotna, tak niewiele mogąca. Łatwiej zamknąć oczy, odwrócić się, odgrodzić szczelną kotarą. Rzucenie się w wir, poświęcenie w całości nie wchodzi w grę, a szczątkowe działania tak mało mogą zmienić. Mam tę świadomość, nie ułatwia mi ona życia. O ile prościej jest nie widzieć, nie porównywać, nie mieć wyobraźni ukierunkowanej w sposób „co by było gdybym to ja...”. Są sytuacje, które powodują pewien stopień wrzenia we mnie. Bunt, który może być niezrozumiały. Powinnam potrafić odgraniczyć swój kierunek patrzenia od innych sposobów. Każdy z nas inaczej bywał wychowywany, inne wzorce miał stawiane, więc i poglądy mogą być rozbieżne. Staram się tonować emocje, zrozumieć te inności i podejścia. Cóż jednak mogę poradzić skoro niektóre zachowania powodują rozrost emocji i pełne niezrozumienie. Lata wędrówki, które mam za sobą sprawiły, że inaczej postrzegam otaczający świat niż parę dziesiątek lat temu. Inna koncentracja patrzenia na siebie, inne wnioski z tego, co widzi się wokół. Coraz większa pewność nieuchronności o której w młodości tak mało się myślało. Możliwe, że wszystkie te czynniki wyostrzają sposób widzenia. Nie ubrałam się dzięki minionym latom w nieprzepuszczalny pancerz. Czasami szkoda, bo przydałaby się chitynowa osłona nie dająca tak łatwo zranić. Choć z drugiej strony czy nie upodobniło by to mnie do jakiegoś ludzkiego karalucha, którego żadne deptanie nie jest w stanie zniszczyć. Zapewne karaluchowi byłoby łatwiej, nie bolałyby przycinki, nie cierpiałby od kłujących słów, od gestów. Przyjmowałby na chitynowy pancerzyk ludzką nieprawość i chamstwo, obojętna byłaby nieuczciwość. Napotkawszy na przeszkodę odwróciłby się zmieniając kierunek, nie męcząc niepotrzebnym ścieraniem z życiowymi porażkami. Fajne życie prowadzą niektóre ludzkie karaluchy, jednak widocznie inny gatunek reprezentuję. W karaluszym świecie nie potrafię się odnaleźć, bezchitynowa golizna nie pozwala na przystosowanie się do takiego życia. I dobrze, choć bywa trudno, boleśnie, rany łatwiej się zadają i goją dłużej. Świat to mieszanina gatunków także w ludzkiej skórze. Wydawałoby się w obrębie jednej rodziny botanicznej zmutowania prowadzące do zupełnych gatunkowych przeinaczeń. A może przyrównać do flory gdzie szlachetne sztuki dalece odmienne od dziko rosnących pierwowzorów. Różnorodność pomiędzy nami, ludźmi nie zawsze wpływa budująco na postrzeganie całego gatunku. Czasami nie chciałoby się mieć z nim nic wspólnego. Nie mieści się w głowie, że z jednych korzeni się wywodzimy. Jednak bywają też sytuacje, które podbudowują i niwelują złe odbiory. Kiedy na własnej drodze spotka się przedstawiciela tej samej botanicznej rodziny. Podobna wrażliwość, morale, widzenie i postrzeganie. Takie odkrycia dają nadzieję, że nie jest się odmieńcem, że więcej nas w populacji. Różni choć podobni, dalecy od karaluchów, nadzy bez pancerza a zarazem z jakimś orężem własnej siły. Dobrze mieć tę świadomość, że stąpają po świecie bliskie gatunkowo jednostki. Napotkanie takiego osobnika pozwala na nadzieję, że jednak nie wszystkie genetyczne krzyżówki prowadzą do mutacji. Będą na świecie zawsze podobni nam, z którymi w pół słowa dogadujemy się i nie kończąc myśli i tak wiemy, że pojęta ona zostanie w lot. Z karaluchem się nie dogadam...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POMÓŻ UCIEC OD BÓLU
Notatkę dodano:2015-04-22 22:14:45

Tej notatki miało nie być. Nie była w planie. Nie będzie dotyczyć mnie, nie będę nudzić swoim życiem, choć zapewne jakiś wtręt zupełnie niezamierzenie może się pojawić. Chciałabym by te dzisiejsze słowa stały się impulsem do pewnego zwartego człowieczego odruchu. Nic on nie będzie kosztował, a zarazem może być bardzo pomocny.

Każdy z nas, zanurzonych we własne problemy, zabieganych za czymś w kierunku dokądś, z oczyma patrzącymi a nie zawsze przekazującymi widziany obraz do naszego ludzkiego środka może tym razem poświęci parę sekund na zatrzymanie się by pomóc. Jesteśmy ludźmi, czujemy, kochamy, złościmy się, emocje wywołują nasze łzy lub śmiech. Jesteśmy w różnym wieku, nasz bagaż doświadczeń pozwala na głębsze zrozumienie otaczającego nas świata, czasami wolimy zamknąć oczy by udawać niewidzenie. Dziś proszę o otwarcie oczu i serca.

Jakiś czas temu oglądałam „Wiadomości” na publicznej jedynce. Nie robię tego z jakiejś własnej zasady, tym razem tak na górze pokierowano mną, że znikła zasada, a ja po parominutowym reportażu byłam zryczana i wstrząśnięta najgłębiej jak to jest możliwe. Bohaterką wiadomości była mała dziewczynka, siedmioletnia Zuzia. Nie pokazano szczęśliwego dziecka, pokazano dziecko strasznie cierpiące od urodzenia. Ból, który ta mała istotka przeżywa każdego dnia, każdej godziny i minuty swojego krótkiego życia jest czymś niewyobrażalnym dla nas, zdrowych. Boimy się bólu, jego perspektywa jest dla nas czynnikiem paraliżującym. Oprawcy wiedzieli jak zmusić katowaną osobę do różnych spraw. Ból jest czymś co złamie najsilniejszych. Jeśli nawet czujemy się mocarzami to karlejemy przed bólem. Uśmierzamy, zapobiegamy, ostrożniejemy byle tylko nie przechodzić fizycznego cierpienia.

Zuzia nie może uciec. Ona cierpi, nie zna życia bez bólu. Każda minuta to ból. Czy ktoś z nas potrafi sobie wyobrazić rany, które się nie goją. Takimi ranami jest pokryte ciało tej dziewczynki. Nie będę opisywać tej choroby, kto chce zasięgnie szczegółowych informacji. By tego bólu nie było potrzeba jest ogromna suma pieniędzy. Tu można nic nie dając dać, tylko tyle i aż tyle. Chwila przemyślenia, moment na człowieczeństwo. Chciałabym by moje słowa spowodowały parominutowe zatrzymanie się, pomoc na którą stać każdego z nas. Do końca kwietnia trwać będzie zbiórka, jedno kliknięcie doliczy dziesięć groszy. Przeczytajcie tekst, pomyślcie o swoich przejściach z bólem, popatrzcie na poważne oczy tej dziewczynki i po prostu pomóżcie na ile możecie. Tu każdy grosz ma znaczenie, niech ból opuści tą małą istotkę, niech jej oczy się zaśmieją, niech jej mama nie przeżywa cierpienia swojego dziecka. Pomóżmy, bardzo proszę.

 

http://dobryklik.pl/cele-akcji.php

 

https://www.facebook.com/zuzia.macheta.eb

 

 

http://wiadomosci.tvp.pl/19749810/szlachetne-serce


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NORMALNOŚĆ TU I... KIEDY?
Notatkę dodano:2015-04-21 20:53:10

To miał być taki mój dzień. Spokojny, bez żadnych wyjazdów, żadnych pozaplanowych działań. Odrobina lenistwa, kawałek dla siebie, cząstka obowiązków. Po sześciu dniach pracy, które nie dawały wypoczynku, zresztą za sprawą własnego zabiegania, liczyłam że dziś będzie zupełnie inaczej. W moich planach miał się znaleźć czas na powolne wszystko. To miało być moje święto. Mój czas postoju, który sobie umyśliłam w tym trwającym od jakiegoś czasu na własne życzenie biegu. Przecież nie wszystko tak naprawdę muszę, jednak ciężko jest zrezygnować z czegoś co się chce. A jak można umieścić to upragnione, jak nie zwiększając tempa? W całej swojej bezmyślności nie zwalniam. Skręcona noga nie ma szansy na dojście do pełni kondycji. Jakieś opatrunki z elastycznego bandaża czy też opaski niewiele mogą pomóc skoro właścicielka nogi miast siedzieć z kopytkiem w bezruchu wciąż gdzieś lata. Widać taka moja natura, która po przymusowych miesiącach marazmu teraz chce wszystkiego na zapas. Mąż na zwolnieniu lekarskim jakby dla utwierdzenia mnie w przekonaniu, że w każdym roku coś musi się z nim wydarzyć. Tym razem dla odmiany naderwany mięsień. Dzięki jego boleści inaczej wyglądają moje dni, więcej w nie mogę upchnąć. I zamiast zwolnić tempa, ja z maniakalnym uporem łapię te cenne chwile dla siebie. Nie przeszkadzają zawodowe obowiązki, coś zmieszczę przed nimi, coś urwę po nich. Dziś miało być szczególne, bez szarpania na lewo i prawo. Wolne tempo, do którego nie nawykłam. Może dla przypomnienia, czy sprawdzenia jak to bywa tak bez pośpiechu. Zaplanowałam zwolnienie tempa. Zaplanowałam... Przecież zdaję sobie sprawę, że nikła jest realizacja moich planów. Że nie powinnam, że brak w tym sensu. I kolejny raz plan rozsypał się w proch marny. Niczym filip z konopi wyskoczyła wizyta na komisariacie celem, no właśnie, tak po prawdzie to sama nie wiem celem czego. Nie byłam naocznym świadkiem, nie uczestniczyłam, jednak przesłuchana zostałam. Wcale dzięki temu nie wzrosło moje ego, nie poczułam większej ważności. Sprawa sprzed niemal pół roku, jednak nie umywam rąk, zapowiedziałam że jeśli trzeba... Widać wedle przedstawiciela wymiaru trzeba. Runął dzięki tej wizycie w oddalonej siedzibie policji mój plan na spokój dnia wolnego. Pan policjant odfajkował kolejny punkt działalności zawodowej, podobnie jak odhaczają różnorakie punkty przedstawiciele innych profesji. Wykonywanie pracy polegające na udawaniu działalności. Niewiele z tego pożytku, nie można przełożyć na materialne dobra, nic dzięki temu tak po prawdzie nie powstaje. Zrobiono kawał, dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Niektóre podejścia nie zmieniają się od lat. Żeby nikt się nie przyczepił zrobiono wedle wytycznych, a czy ma to sens czy też nie...

 

Robiąc krok w którąkolwiek stronę mamy szansę na natknięcie się na sprawy, które w konsekwencji dają odczucie, że kraj w którym żyjemy to bardzo dziwne miejsce. Prości ludzie chcący tu żyć godzą się na te wariackie realia, obojętnieją, sami wariują lub uciekają. Jest jeszcze w niektórych nadzieja na normalność, choć coraz jej mniej jakby z każdym dniem karlała ograniczana warunkami. Ktoś powie: wyjeżdżaj skoro nie odpowiada, dzięki temu nam może będzie łatwiej. Tu jest moje miejsce i tu chcę być, tylko coraz duszniej w tym przyjmowaniu wszystkich wariactw jako normy. Nie chcę mnożyć przykładów na jawę niczym sen wariata, choć ona z każdego miejsca sączy się i przeciska. Jeśli napotka opór przyklaskujemy odważnej jednostce. Jednak tych odważnych stawiających sprzeciw jak na lekarstwo, nie każdy opór odpowiednio wyeksponowany. A może my jako naród zobojętnieliśmy, zanikła w nas wola walki. Godzimy się na wiele z życiowych głupot dla świętego spokoju, dla iluzji normalności, przymykając oczy na coś, co mieć miejsca nie powinno mieć nigdy i nigdzie. Nie wyciągamy szabelek do walki z wiatrakami coraz gęściej wyrastającymi tu i teraz. Bywa jedyną naszą reakcją wzruszenie ramion, odwrócenie wzroku, pobłażliwe przyjęcie z nadzieją na opamiętanie i normalność. Normalność w lecznictwie, w sprawiedliwości, w relacjach międzyludzkich. Normalność w zwykłym życiu każdego z nas.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162838
Osób: 145293