Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

MELANŻ MINIONYCH PARU DNI
Notatkę dodano:2013-06-10 08:54:42

 

Poczucie szczęścia, wewnętrzne zadowolenie, zmęczenie fizyczne w miksie z osiągnięciem relaksu śmiechoterapią. Jeszcze parę słów mogłoby opisywać mój dzisiejszy stan. Wróciłam ze spotkania ze swoimi koleżankami oraz kolegami ze szkolnej ławy. Postarzeliśmy się czego oznaką są nasze dzieci, siwe włosy, mniejsza wytrzymałość fizyczna na zabawę do białego rana. A zarazem gdzieś w nas jest ten lub ta dwudziestolatka która jednak nie zapomniała jak można się bawić, śmiać, i czerpać radość. Czerpię tę radość całymi garściami z takich spotkań, buzuje we mnie niczym w perlistym szampanie. Teraz jeszcze ta radość niczym pianka przelewająca się przez kieliszek, wypływająca poza naczynie, nie może się we mnie pomieścić. Dzielę się nią z całym otoczeniem.

Z każdym upływającym dniem unoszących się do góry banieczek gazu szczęścia z tego konkretnego powodu będzie coraz mniej, mniej aż po jakimś czasie pozostały płyn całkowicie się wygazuje i będzie stonowaną cieczą, bez szaleństwa gazowanych pęcherzyków. Humor sytuacyjny, trafność sformułowań do okoliczności, cała paleta radosnego odbioru tego w co przez parę godzin wszyscy uczestnicy spotkania wdepnęli i w czym przestawiając epokę byli. To takie moje krótkie resume minionego zjazdu.

Moim przewoźnikiem były Polskie Koleje Państwowe. Z tej drogi i jazdy, z tego co zastałam też wysnułam wnioski, popatrzyłam i bez większej wnikliwości zauważyłam odmienność od PKP sprzed przeszło dwudziestu lat. Były pozytywy jak odrestaurowany wrocławski dworzec, który odmieniony pomimo nowoczesności zachował styl epoki w której powstał. Terkot walizek ciągniętych przez śpieszących do swoich pociągów pasażerów, megafony z których zapowiadane połączenia albo na nas czekają albo się opóźniają, specyficzny gwar podróżnych dają obraz współczesności tego miejsca. Fasada zewnętrzna oraz najbliższe otoczenie w porównaniu do tego sprzed lat stanowi pozytywną przepaść oraz daje poczucie, że komuś zależało na upiększeniu tego miejsca, na poprawie wizerunku oraz ogromie pracy i nakładów, które zostały poniesione.

Ale warto było, jest co podziwiać i miejsce w dalszym ciągu posiada swoją duszę zrozumiałą dla podróżnych.

Jednak nie samo dobro nastąpiło u naszego przewoźnikowego molocha. Cóż z tego, że zaczyna wymieniać pojazdy, podstawia nowocześniejsze, wygodniejsze wagony, skoro drastycznie okraja ich ilość w składach. Już na początkowej stacji umiejscowienie się w pozycji siedzącej graniczy z niemożliwym. Podróż w pozie pionowej sardynki umieszczonej w puszce PKP dla starszych i młodszych nie jest doznaniem pozytywnym. Zasługuje na potępienie i takowa przygana jest słyszalna w rozmowach, komentarzach i wnioskach pasażerów. Inna niedopuszczalna w moim mniemaniu, naganna ze wszech miar sytuacja dotycząca PKP to zakup biletów. Jeśli mamy to szczęście, że trafimy na „człowieka” w kasowym okienku, który ma dobrą wolę pomocy pasażerowi to gorycz odczuwalna przy pozbywaniu się gotówki w trakcie zakupu biletu będzie zniwelowana. Jednak jeśli takowego szczęścia nie posiadamy a trafimy na „kasową królową” to możemy doznać nie tylko zawodu ale poczuć napływ gorąca wściekłości oraz samoistnie odczuć fizycznie zaciskające się pięści. Wymogiem takowej „królowej” będzie podanie przewoźnika konkretnego składu, jakieś ćwierć wieku temu nieznane wymogi, kiedy wystarczył komunikat : „proszę normalny osobowy do Brzegu”. Pani bez mrugnięcia okiem wiedziała jaki kartonik ma mi podać , kasowała pieniądze i było po sprawie. Obecnie muszę być mobilna z techniką i moja prośba o bilet brzmi:

„Proszę o bilet do Brzegu ,wyjazd z Bolesławca o 8,24 osobowy, Koleje Dolnośląskie, z przesiadką we Wrocławiu o 10,21 „Piast” interREGIO Przewozy Regionalne.”

Proste jak budowa cepa.

Ja jako pasażer mam odczuć, że przygotowałam się do drogi w całym majestacie, zarówno pakując walizkę jak dokładnie sprawdzając co , gdzie i jak między torami piszczy. Będąc pasażerem bez szczęścia muszę być pasażerem nowoczesnym, z dostępem do internetu, z umiejętnością poszukiwania. Przyjmijmy jednak, że jestem bez szczęścia i mam dziesięć minut do odjazdu oraz siedemdziesiąt lat na karku i brak nowoczesnego podejścia do życia. Cóż czeka mnie pechowca przy okienku kasowym PKP? Frustracja , żal do całego świata i cywilizacyjnych osiągnięć bo „królowa kasy” fuknie, że moim obowiązkiem jest wiedzieć czego chcę i jej to podać. A jeśli nie podam i zabraknie dobrej woli to ...nie kupię biletu, nie pojadę, osłabnę z nerwów, dosiądę klaczy wściekłości na której na oklep szybciej się dostanę na miejsce niż zakupię upragniony bilet.

W czasach realnie nierealnego socjalizmu umieszczano hasła propagujące różne idee, przypominające o odpowiednich do sytuacji zachowaniach. Zachodzę w głowę jakie hasło powinno przyświecać obecnym kolejom państwowym. A może tym razem to nie oni a my, pasażerowie w celu przypomnienia przewoźnikowi o naszej skromnej roli w tym biznesie powinniśmy jakieś hasełka umieszczać na czas przejazdu na swoich bagażach, koszulkach i czapeczkach. Niech „kasowe królowe” wiedzą, że istnieje pojęcie detronizacji, że czasami historia źle traktowała monarchinie, że czasami zdarza się znaleźć alternatywne połączenia u drogowej konkurencji. Kwestię haseł pozostawiłabym fachowcom od PR.

Sama będę obserwować i przelewać nieporadnie na te stronki swoje wnioski.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WYJAZD W „STARE” KĄTY
Notatkę dodano:2013-06-07 22:32:32

Przez jakiś czas mnie tu nie będzie, wskoczę w inną wodę czasu. Potaplam się we wspominkach, zaczerpnę energii bycia nastolatką, a później wrócę. Wejdę na powrót w teraźniejszość. Problemy, które są, nie znikną, przez chwilę zostaną odłożone na inną półeczkę, do której odwrócę się plecami udając, że nie istnieją. Zapomnę o pracy, o wielu sprawach, które nawet kiedy mnie osaczają nie stanowią priorytetu w moim życiu. A kiedy miną godziny na które tyle miesięcy czekałam ponownie stanę się czterdziestoparolatką, mniej szaloną wersją tego co było kiedyś. Choć może młodość ma właśnie ten walor bycia bardziej szaloną niż dojrzałość, która staje się stonowaną wersją tej samej osoby. Czeka mnie doba, inna niż te których przeszło trzysta w roku, inna niż przez ostatnie cztery lata, bo tyle czasu minęło od ostatniego naszego spotkania. Spakowana torba czeka, budząc jak zawsze przed wyjazdem pytania czy wszystko zostało wzięte. Najchętniej ponownie bym ją niczym kret przekopała, a później ponownie zastanawiała się czy wszystko jest. Zawsze tak mam nie ważne czy wyjazd będzie na chwilę czy na dłuższy czas. Wątpliwości, choć przecież nawet jeśli okaże się, że czegoś mam brak nic się nie stanie. Z drugiej strony czegóż potrzeba na przeżycie doby poza domem? Tym razem dobrego humoru, paru osób z którymi kiedyś łączyła nas jedna klasa, a przecież tego nie spakuję do swojej podróżnej torby. Jeszcze tylko jakaś niefrapująca lektura, do niej okulary, i mogę wyruszać . Jak wrócę zaleję słowotokiem męża, po raz kolejny dowie się co w mojej starej klasie piszczy. Będzie musiał przetrzymać, przyjąć z wyrozumiałością, aż dojdzie do mojego wyciszenia i całkowitego powrotu w normalność. Chociaż, przecież wszystko co robimy, co się dzieje w naszym życiu jest normalnością, tylko czasami bardziej radosną lub odświętną. Moje święto już jutro a radość z niego trwa od jakiegoś czasu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TOWARZYSKA DZIAŁALNOŚĆ STRÓŻA
Notatkę dodano:2013-06-06 23:01:01

Nie wiem kiedy zrobił się późny wieczór, w normalnych warunkach, kiedy następnego dnia wstaję do pracy, jest ta pora dla mnie nocą. Jutro nie muszę wstawać, mogę sobie pozwolić na lenistwo, na byczenie się. Czy pozwolę, pewnie jak zawsze nie starczy czasu. Moje plany zakładają,

sporo zajęć przed kolejną dwudniową wyprawą. W tej chwili moja głowa zaprzątnięta jest tym wyjazdem, czekam, odliczam godziny, staję się niecierpliwa.

Za chwilę z pracy wróci mój mąż, i nie wiadomo kiedy zrobi się północ. Teraz jeszcze mam krótką chwilę zupełnej ciszy. Moment temu, opędzlowałam jakiś serek wiejski, z wielką ochotą choć z pełną premedytacją łamiąc dziwną zasadę, że kolację należy oddać wrogowi. Po cóż takowego szukać w najbliższym otoczeniu, a skoro nie pojawił się dobrowolnie, z wielkim smakiem zjem to na co pojawiła się chętka, z którą walczyć od początku nie miałam zamiaru.

I proszę, od zwykłego serka zaczętego przez moje dziecko, a dokończonego przeze mnie, niewielki krok do wrogów. Dziwne to moje tematyczne przeskakiwanie, nigdy nie wiem w jakim kierunku rozpocznę i gdzie skończę. Ale skoro już o wrogach, choć jeszcze wczoraj o przyjaciołach było, to jeśli się zastanowić trudno jednoznacznie dać odpowiedź, czy się takowych posiada. Zrobię kiedyś lustrację swojego otoczenia, jednak czy odkryję w szeregach znajomych prawdziwego swojego nieprzyjaciela? Musiałby być dobrze zakamuflowany, abym nie odkryła jego złej dla siebie natury. Gdzieś odgórnie dano mi pewną przypadłość, pomagającą w życiu i dającą pewne zdolności w odkrywaniu tych, których powinnam omijać, i tych w których będę mogła mieć oparcie. Nie wiem jaki jest mechanizm działania tej właściwości, jednak widząc lub poznając jakąś osobę, coś mi mówi UWAGA...ZACHOWAJ ODSTĘP. To nie jest żaden konkret, symptom, patrzę i dostrzegam, z tej mąki chleba nie będzie. Nie muszę do tej osoby nic mówić, ona też może sobie słowa darować, choć wymiana zdań pomaga i potrafi utwierdzić w tym pierwszym wrażeniu. Występują trzy stany emocji, które we mnie wywołuje dana osoba.

Jedna osoba, i jedno odczucie.

Jedno z trzech.

Lubię,

           toleruję

                        i nie tędy droga.

Może być, że kogoś toleruję i z biegiem czasu polubię, lubianego będę traktować na wyższym tego lubienia poziomie, jednak ostatnia wersja jest nie do przerobienia. Nie lubię i szanse na odmianę tego stanu są w zasadzie niemożliwe. Oczywiście bywają sytuacje, kiedy nie możemy wyeliminować ze swojego kręgu takiej nielubianej osoby. Będę ją tolerować bo muszę, ale nie polubię. Łatwiej też o zaognione sytuacje z takim kimś. Mniej się wybacza temu człowiekowi, łatwiej zauważa błędy. To normalne, jednak relacje nasze jeśli nie staną się wrogie to tylko dlatego, że trzeba zachować pewien ich poziom. Kiedy musimy pracujemy razem, wykonujemy co trzeba, pomagam jeśli wymaga tego sytuacja, jednak z chwilą zakończenia wspólnego zadania rozchodzimy się bez żalu. Nie zdążę polubić, bo coś na to nie pozwoliło.

Najfajniejsze w tym co nie pozwala, co daje wytyczne, co jakoś tymi moimi z ludźmi relacjami kieruje, że się nie myli. Pierwsze wrażenie, może z biegiem czasu złagodzić kontury, jednak nielubianego od pierwszej chwili raczej nie polubię, jakoś się nie da. I nie dlatego, że jestem źle od początku nastawiona, bo próbowałam kiedyś ze swoimi intuicyjnymi wrażeniami walczyć i zmieniać postrzeganie osoby, co przeważnie kończyło się mało radośnie, utwierdzając mnie w tym, że lepiej słuchać tego wewnętrznego głosu. A może to z ukrycia mój Anioł Stróż daje niemy znak, wskazując z kim nie warto iść wspólną drogą, bo może ta droga być cierniem usłana. Do tej pory dobrze radził więc w dalszym ciągu będzie miał u mnie posłuch.

Dobrej nocy mój doradco.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DLA A.... R... i K...
Notatkę dodano:2013-06-05 19:50:35

Wszechogarniająca wilgoć powoduje niechęć i gorsze humory. Codzienne deszcze, brak pogodowego uśmiechu, na który każdy z nas czeka z wielkim wytęsknieniem. Czerwiec stwarzający pozory zupełnie innych miesięcy ze skrajnych stron kalendarza.

Kleszczyk zapalenie krtani przytargał do domu, i siedzi w nim już kolejny dzień. My z mężem łatamy obowiązki aby jedno z nas było w domu. Krzyżówka życia z polami do wypełnienia. Jakie nagrody za jej prawidłowe rozwiązanie będą? Tak mi się nasunęło przy okazji wspomnianych nagród. Nie tych nierealnych, daleko gdzieś przez kogoś otrzymywanych, tylko takich w zasięgu ręki, które niczym dar spadają od losu. Nie chcę zbytnio pokręcić tego tekstu, więc najlepszym rozwiązaniem będzie rozwinięcie tematu od początku do jego finału. Jakiś czas temu z ciekawości, z odgórnie wytyczonych kolei mojego losu czy też zupełnie innych przyczyn, trafiłam na pewien portal zajmujący się konkursami. Odrobinkę wsiąkłam, choć z pewną dozą nieoderwania od rzeczywistości. Popróbowałam różnych konkursów i tych na zbieranie głosów i kreatywnych, i losowanych. Jedne mnie rozczarowały, inne dały zdobyć parę nagród. Materialnie ich wartość mniejsza od wartości emocjonalnej. Podbudowywały moje ego, dały wiarę w możliwości, pozwoliły uwierzyć w umiejętności, o których nie zawsze miewałam pojęcie. Nie zatraciłam się, nie oderwałam od swojego prawdziwego życia, umiałam podejść z rezerwą, choć nie powiem bywały emocje, troszkę nerwów, paru nieuczciwych graczy, plagiatorów. Ja starałam się aby prace powstawały na konkretny konkurs, aby były poparte moimi umiejętnościami. Nie zawsze bywały doceniane. Ale takie jest życie, że nasze wysiłki nie za każdym razem przynoszą owoce adekwatne do tego ile daliśmy z siebie. Jednak czy te moje konkursowe zmagania były warte poświęconego czasu ? Pokrętnie powiem były warte, a nawet jeśli nic by nie przyniosły dały mi coś więcej, coś po ludzku wartościowego. Dały mi parę znajomych osób, które choć nigdy w realu nie widziane, pewnie w mijanym tłumie, nie byłyby przeze mnie rozpoznane, a jednak jakaś pokrewność duchowa, nić porozumienia, coś głębszego między nami powstało. Mamy różne doświadczenia, z różnych miejscowości pochodzimy, odmienne roczniki urodzenia, i jest tych różnic sporo a zarazem potrafimy napisać do siebie po tygodniach milczenia i rozumiemy się w mgnieniu oka. Jedna z tych wspaniałych osób potrafi sprawić mi radość niespodzianką, jakąś wygraną podarowaną mi bez okazji i przyczyny. Inne, która niczym siostry pocieszą dobrym słówkiem, dają świadectwo, że nie trzeba się znać aby umieć porozumieć w pół słowa. Te czysto ludzkie wartości ludzi w ludziach z mojego konkursowego epizodu w życiu są dla mnie największym atutem, że warto było wejść do tej wody, która choć czasami mętna i paskudnie brudna daje możliwość znalezienia ludzkich perełek. To był mój największy sukces. Gdzieś odgórnie znają mnie doskonale, wiedzą, że nie jestem materialistką, że coś innego powoduje mój uśmiech i pozwolili na taką akurat wygraną.

I może to jest właśnie mój największy trumf i w konkursach i w życiu.

Dobrzy ludzie na mojej drodze.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZNACZĄCA DATA
Notatkę dodano:2013-06-04 20:49:45

 

Środki przekazu, przypominają datę, która miała miejsce dwadzieścia cztery lata temu. Przełom, wyzwolenie, nastanie nowego, upadek komunizmu...wiele synonimów tamtego dnia. A ja pamiętam tamten czerwiec całkiem z innego powodu. Oczywiście pamiętam rozklejone afisze, których strzępy walały się po polskich ulicach długo po przeminięciu tego ważnego w naszej historii dnia. W tamtym czasie przebywałam na doszkalającym kursie w okolicach Warszawy, wysłana przez ówczesny zakład pracy. Za dwa miesiące miałam stanąć na ślubnym kobiercu, więc moją głowę zaprzątały inne niż polityka myśli. Mój przyszły mąż był parę setek kilometrów ode mnie, a ja nie mogłam doczekać się kiedy kurs się skończy a ja wpadnę w wytęsknione ramiona narzeczonego. I potrafiłam jechać całą noc aby się z nim zobaczyć, a za parę godzin wracać. Pogodowo to był piękny czerwiec. Pamiętam warszawskie sklepy, które dużo lepiej zaopatrzone od sklepów w mojej miejscowości robiły na mnie wrażenie jeśli nie dobrobytu, to lepszego dostępu do dóbr doczesnych. Prowincjuszka w stolicy, nie miałam poczucia bycia kimś gorszym, otaczający mnie tłum warszawiaków niczym nie różnił się od moich ziomków. Może mniemaniem o wyższości bycia tam a nie gdzieś w mieścinie, na dolnym śląsku. Pamiętam jak obiecywano, dawano nadzieję na poprawę, w perspektywie kilkunastu lat i jak zwykli ludzie wierzyli w te obietnice. W końcu upadł socjalizm, miało być lepiej. I mija prawie ćwierć wieku, ja wydoroślałam, pamięć jeszcze u mnie całkiem przyzwoita a jakoś nie doczekałam tego lepszego bytu. Po etapie przestawienia przez byłą nomenklaturę na biznesmenów, po momencie dla cwaniaków, czasie hochsztaplerów, jakoś nigdy nie nadszedł obiecywany dobry czas dla tej mniej odważnej, mniej ryzykującej, chcącej normalności i uczciwej pracy większości społeczeństwa. Nie udało się doczekać, choć wystawy sklepowe w mojej mieścinie pewnie niewiele różnią się obecnie od stolicznych, problemy się przewartościowały, zmieniły kaliber. Jedno pokolenie wkroczyło w dorosłość, czy jest im lepiej, łatwiej? Niż nam startującym w dorosłe życie w pięknym lecie przemian ze złego socjalizmu w dobry kapitalizm. Młodzi są inni, bardziej otwarci, odważniejsi niż my w ich wieku. Mniej ograniczeń zarówno tych wewnętrznych, wpojonych przez starszych jak i inne podejście do otaczającej rzeczywistości. Świat stoi prze nimi otworem, więc niektórzy poszukują swoich miejsc poza granicami kraju, bez skrupułów rzucają to co tu, i próbują tego co gdzieś tam. Za kolejne dwadzieścia parę lat sami podsumują zyski i straty, oczekiwania i to co będzie osiągnięte, obietnice i ich wykonanie. Jednak czy będą pamiętać i kojarzyć sławetny czwarty czerwca 1989 roku? Wątpię aby ta data robiła na nich jakiekolwiek wrażenie. Ich pamięć nie sięga takiej przeszłości, poglądu nie mają, skonfrontować nie było z czym. Coś ich ominęło tak jak omija każde pokolenie coś ważnego, znaczącego, historycznego. I patrzymy na minioną historię z pewnym niedowierzaniem, zdumieniem słuchając przekazu naocznych świadków, tylko jak przekazać tym młodym skoro oni zajęci tym co teraz a miniona przeszłość dla zgredów pozostała. Więc zgredy powspominają przy okazji dzisiejszej daty to co całkiem świeże jeszcze w pamięci.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MELDUJĘ , ŻE JESTEM...
Notatkę dodano:2013-06-03 20:55:35

Wróciłam ze swojego dobrowolnego wygnania, migracja w tym tygodniu po części zakończona. Żadnej zagadki tu nie ma, jeszcze jeden wyjazd w sobotę zaliczę. Innego typu niż te moje sobotnio- niedzielne, czasami dodatkowo poniedziałkowe, do rodzinnego domu. Te moje wyjazdy niejaką konieczność stanowią, pomagają organizacyjnie w ułożeniu i zazębieniu życia zawodowego z rodzinnym. Nie powiem, powodują pewne zachwianie i dysonans w tym co by się chciało, a tym co niejednokrotnie w efekcie jest. Jednak są dla mnie sporą pomocą i choć miast wspólnych chwil z moimi chłopakami mam wspólne chwile z moją mamą. Tak to już w życiu bywa, że jednemu coś się odbiera aby drugiemu dać. Trudno pogodzić wszystkie roszczenia. Coś za coś. A wspomniany, czekający mnie w sobotę wyjazd to spotkanie ze swoją ukończoną dwadzieścia pięć lat temu klasą. Pisałam kiedyś, że taki zjazd ma nastąpić. Wtedy był to termin tak odległy, że aż nierzeczywisty. A obecnie, kiedy zostało parę dni wydaje się aż nierealne, jak szybko ten czas przeleciał. Jak szybko przeleciał czas od kiedy rzuciliśmy pierwsze hasło dotyczące przyjazdu, ale też jak wiele lat w tym ekspresowym tempie minęło. Utopijnie nierealne, a wydaje się, jakby to było wczoraj. Niektóre momenty ze szkoły pamiętam z takimi szczegółami, jakby to było chwilę temu. A przecież czas nie stał w miejscu. Obrośliśmy w dzieci, niektórzy we wnuki. W czymś się zmieniliśmy, pozostawiając też niezmienną cząstkę siebie z tamtego, dwudziestoletniego, młodego człowieka. Ile w nas tej cząstki pozostało, będę miała możliwość sprawdzić już za parę dni. I tak czekamy na spotkanie, na wejście do minionej dawno wody czasu. Zdajemy sobie sprawę, z niemożliwości pobytu w czasoprzestrzeni oddalonej ćwierć wieku, a zarazem niejako poza wszystkim przez moment stajemy się młodsi wskakując we wspomnienia z tymi samymi ludźmi, z którymi niegdysiejsze wydarzenia miały miejsce. Przez parę godzin oderwiemy się od zwyczajnej codzienności, od rodzin, od tego co tu a wskoczymy w to co kiedyś było tam, z innymi bohaterami bajki zwanej życiem w rozdziale pt. „Szkoła średnia”. Z trzydziestu kończących pojawi się szesnaście osób, czy to wynik duży czy mały, trudno ocenić. Może w pełnym naładowaniu emocjami i radością ze spotkania jeszcze parę słów tu zawrę. Na dziś wystarczy. Choć zapewne będę oscylować obok tematu, momentami dotykając, delikatnie muskając bo i moja obecna rzeczywistość troszkę się kręci wokół tego wydarzenia. Zakładałam w naiwności swojej piękną czerwcową pogodę, a jak nic się nie zmieni najlepszym obuwiem będą kalosze, a wierzchnim odzieniem sztormiak. Pada. Ciągle pada. W niedalekich okolicach mojej miejscowości zaczynają wylewać rzeki. Komuś nie w głowie radosne spotkania, są ważniejsze życiowe katastrofy. Maleńkie strumyczki stają się groźnymi pochłaniaczami dobytku, sieją grozę i zniszczenie. Nie dają spokojnie spać, każąc czujnie patrzyć w odmęty brudnej wody, która może w każdej chwili podejść za blisko, zabrać za wiele nikogo o zgodę nie pytając. Nie zabiera sprawiedliwie, nie działa racjonalnie, jest żywiołem nieokiełznanym , nieprzewidywalnym i zostawiającym po sobie łzy i pustkę. Człowiek w swojej naiwności, pysze sądzi, że jest nadrzędnym władcą i panem, ponad wszelkimi żywiołami natury. Żyje w tym swoim błędnym mniemaniu, że wszystko może, wywołać deszcze, nawodnić pustynie, policzyć gwiazdy, a jedno strzelenie palcami ze strony natury i cała małość niby wielkich rozumów idzie wniwecz. Nie potrafimy sami sobie pomóc, zabezpieczyć się, zatroszczyć, wzmocnić co słabe, pogłębić co za płytkie, aby zwykli ludzie nie musieli z trwogą spoglądać na rzeki przepływające obok ich domostw. Zawsze znajdzie się wytłumaczenie, za mało gotówki, inne potrzeby. A czy ci mali, szarzy ludzie nie zasługują na pomoc i wsparcie? Cóż znaczą moje niedoszłe, z przymrużeniem oka wspomniane gumowce w konfrontacji z życiowymi problemami po zwykłych wydawałoby się opadach. Niech już nie pada, niech przestanie, nie dla mnie ale właśnie dla tych żyjących w strachu, zagrożonych powodzią ludzi.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POWIAŁO NUDĄ, ZMOCZYŁO DESZCZEM.
Notatkę dodano:2013-05-30 20:34:50

Święto a u mnie praca, choć nie do końca daje doznawanie zwykłego dnia. Nieodparte wrażenie niedzieli w środku tygodnia, myślę, że każdemu zdarzają się takie odczucia. Tylko ja mam je zapewne częściej niż ludzie pracujący w nienaruszalnym cyklu poniedziałek- piątek. Moja praca przewraca codzienność w dzień świąteczny a święto w codzienność. Dziś było podobnie odczuwanie niedzieli z jej specyfiką, pomimo trwającego czwartku. Czasami zastanawiam się czy potrafiłabym przestawić się na normalną pracę bez takich zwichrowań. Kiedy niedziela byłaby nienaruszalnie wolna, piątek dawał nadzieję na zbliżający się weekend a poniedziałek psuł humor wizją pięciu dni pracy do załatwienia. Pewnie nauczyłabym się, przestawiła i stanowiłoby to dla mnie normalność, jak teraz normalność stanowią takie poszatkowane tygodnie, kiedy każdy dzień może być wolnym i każdy może być roboczym. Bywa, że jest to wygodne, zdarza się też że frustruje i psuje humor. Kwestia przyzwyczajenia i dostosowania. Raniutko , kiedy wybieram się do pracy, a wszystko wokół pogrążone we śnie, cisza otacza całe osiedle, mijanych na drogach samochodów niewiele, mieszane odczucia. Nie zazdroszczę tym, którzy śpią, ale pewnie tylko dlatego, że ranne ptaszki snu nie zazdroszczą, nie czuję zawiści, że inni otuleni cieplutkimi kołderkami pogrążeni w sennym niebycie, nie mają świadomości mojego wczesnego wyjścia do pracy. Kiedy ich aktywność dopiero zaczyna się rozbudzać, ja już na nogach od wielu godzin. Wracam w porze obiadu, a dziś dodatkowo wyprzedzając mającą nastąpić procesję. Udało się przejechać i przed procesją i przed deszczem. Nic mnie nie zatrzymywało, dotarłam do domu i czekając na swoich chłopaków oglądam wilgotniejący z każdą minutą świat za oknem. Początkowo maleńkie kropelki nieśmiało krasiły okolicę, wraz z upływającymi godzinami zaczynało padać coraz intensywniej. Świat poszarzał, humory się zważyły, powiało nudą, ogarnęła senność i zniechęcenie do czegokolwiek. Takie dni nie mobilizują, siedzenie w domu nie daje zbyt wielu alternatyw. Po sytym obiedzie miast wyjść na długi spacer, pojechać rowerem gdzieś w nieznane, lub znane, pomiędzy kwitnący rzepak, zielono-srebrne łany zbóż siedzimy w domu. Nikt nie ma ochoty moknąć, marznąć. Nie żebym się czepiała, jednak tegoroczny maj wybitnie zimny i nieprzyjemny. Najpierw nierozpieszczająca zima, a obecnie kontynuacja pogodowych anomalii. Gdzie te maje, kiedy zaczynało się wystawiać do słońca coraz bardziej rumieniejące ciała, kiedy karnacja niepostrzeżenie zmieniała się na brzoskwiniową, z coraz głębszą poświatą brązu. Ten rok próbuje nas hartować swoją surowością pogody, na cztery dni zimne jeden odrobinę łaskawszy, wszystkim poprawia humor, aby kolejnego dnia przywrócić do smętnej, zimnej rzeczywistości. Jutro przed pracą tę rzeczywistość sobie ubarwię, choćby wiało i padało. Wstanę raniutko, zbiorę swoje basenowe manatki i jeśli nic szyków nie popsuje oderwę się na swój sposób od wszelkich anomalii. Co później? Cztery dni pracy na różne godziny i moja nieobecność zarówno tutaj jak i w domu. Mąż narzeka, choć wie, że to wyjście dzięki, któremu oszczędzimy na moich dojazdach. Trudno, przez ten maleńki wycinek naszego wspólnego życia pobędzie słomianym wdowcem. Do wielu rzeczy można się przyzwyczaić, choć nie wyklucza to przyzwyczajenie narzekania. Wrócę więc w poniedziałek i kto wie może pojawię się narzekając, a może wbrew wszystkiemu będę chwalić swoją nieobecność, tryskając wspaniałym humorem, i takiego dobrego humorku życzę wszystkim czytającym moje notatki.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIEWIEŚCIA PRÓŻNOŚĆ OD ŚWIĘTA
Notatkę dodano:2013-05-29 19:45:19

 

Wczoraj rozpędziłam się w powadze, więc dziś dla zrównoważenia nastrojów, lżejszy kaliber myśli postaram się zawrzeć w tych swoich codziennych notatkach. Wiosennie, pogodnie,zupełnie tak ,jak za oknami – to specjalnie dla zachowania meteorologicznej tradycji zapisków- po kobiecemu, ze zmiennością i niejaką próżnością poukładam literki. Cóż może kobieta, zwłaszcza próżnością otoczona napisać aby dotrzymać słowa o lekkim i niezobowiązującym tekście? Zakupy. Latanie po sklepach w określonym celu, szukanie wymyślonych fanaberiami przedmiotów, mających poprzez stanie się własnością uszczęśliwić na krótki moment, dodać endorfin, fałszywie uszczęśliwić. Nie chciałabym aby dzięki tym paru słowom pozostał mój obraz z gruntu fałszywy u potencjalnych czytających. Jednak jeśli dojdą do takiego przekonania, nie pozostanie mi nic innego tylko przyjąć z otwartą przyłbicą krytykę oraz pluć sobie w brodę, że akurat za taki temat się wzięłam.

Jak się powiedziało a...

Dziś wolny dzień, zgodnie z narzuconą sobie ideologią do życia postanowiłam po części przeznaczyć tylko dla siebie. Czysty egoizm, kiepskiej matki polki, musi czasami być w zastosowaniu dla zrównoważenia w szarej codzienności. Nikogo przekonywać do swojego sposobu życia nie zamiaruję, bo i każdego życie do niego należy i jak sobie chce może ze swoim czasem poczynać. Moje dzisiejsze działania miały dać mi wytchnienie i takowego doznałam na ulubionym basenie. Swoją drogą chyba poznałam już cały personel przybytku do którego z taką lubością się udaję, a nawet jakbym stała się rozpoznawalna przez niektórych ratowników, choć żaden z nich nie miał wątpliwej przyjemności ratowania mojego nędznego żywota. Nie ważne, najistotniejsze jest to, że udało mi się dzięki wodzie uzyskać stan niejakiej równowagi i zadowolenia. Późniejsze moje plany zakładały zakup obuwia. Ale aby nikt nie został zwiedziony prozaicznym słówkiem zakup. Mam wygórowane wymagania. Jakkolwiek to nie zabrzmi są pewne moje ubzdurane wymogi, którym pragnęłam sprostać. But miał być wygodny, bo jego żywot w założeniu na pewną dosyć ruchliwą imprezę przeznaczony, co mogłoby się zakończyć zgonem jego lub niedyspozycją moich nóg. Z tych dwu opcji wybieram pierwszą więc niech ginie jeśli musi bez uszczerbku dla mnie. Drugi warunek kolor. Wymyślny, szczególny, nieczęsty, fanaberyjny i próżny. Ten ubzdurany kolor pasuje mi do reszty kreacji i musi być akurat ten, nie inny. Cóż jak się nie ma problemów to się je tworzy. A problemy wiadomo są po to, aby je rozwiązywać.

Takim rozwiązaniem w tym przypadku ma być zakup tego co sobie uplanowałam. Kolejne moje wytyczne to oczywiście fason, wysokość obcasów, ich kształt. Ot średnio istotne a jednak składające się na całość uszczęśliwiającego przedmiotu. I zaczęła Baśka polkę po sklepach i tych droższych na skalę małego miasteczka i tych popularnych w poszukiwaniu chwilowej radości. Kolor jest, nie ma rozmiaru, rozmiar jest nie ma koloru, obcas dobry, słaba góra. Kombinacje, permutacje, coś z brakiem czegoś, brak czegoś z innym czymś. W sumie wyszły wariacje bez efektów zakupowych. Namierzyłam się, nachodziłam się, nawdychałam sklepowej atmosferki, naoglądałam pobłażliwości ekspedientek, wszystkiego sporo, dużo, wiele bez jednej małej rzeczy – udanego zakupu. Nie załamało mnie to, bo zakupowe szaleństwa nie są moim żywiołem, to była tylko odmiana od codzienności, spróbowanie jak robią niektóre inne kobiety, co jest w tym łażeniu po sklepach tak fascynującego tak porywającego, że niektóre z nich nie potrafią się bez tego dreszczyku obejść. Byłam przez krótką chwilkę w tej atmosferze, liznęłam jej, poczułam, choć nie zaraziłam. Kobieca próżność? może, a może każda z nas czasami potrzebuje szaleństwa odmiennego od gotujących ziemniaków, brudnych ciuchów rozrzuconych przez męską część populacji, niewytrzepanego od miesiąca chodnika. Iluzja stania się przez chwilę kimś innym, damą, która jeśli nawet nie kupi, to pomaca odrobiny luksusu przedmiotu, który odmieni jej odczuwanie samej siebie. Z domowej kwoczki przeistoczy się na momencik w kogoś wartego coś więcej niż rozchodzony dres i wygodne domowe pielesze. A że niektóre z nas popadają w szał, zakupów nigdy później niewykorzystanych, zarzuconych w otchłań szaf to już zupełnie inna bajka, a do niej jest mi ogromnie daleko, nawet jeśli uda mi się zakupić wydumane obuwie w szalonym kolorze.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WIARA, NADZIEJA.....
Notatkę dodano:2013-05-28 20:29:19

Coraz bliższa jestem osiągnięcia kuriozalnego, zupełnie niezamierzonego tematycznego dziwadła którym staje się moje pisanie. Zauważam anomalie w tematyce, która coraz częściej staje się notatnikiem meteorologicznym. Pogoda gra mi, oraz całej reszcie społeczeństwa, na nosie swoją zmiennością. Daje nadzieję, na poprawę, na zmianę, na coś lepszego, a ja stęskniona trzymam się tej nadziei i widzę jej oznaki nawet w najmniejszych symptomach zmian. Widzę słońce, gdzie ono tylko da iluzję, czuję ocieplenie choć termometr przeczy moim odczuciom. Nadzieja na poprawę, nadzieja na lepsze, nadzieja.... Jak bardzo potrzebna nam ona jak bardzo czasami się jej chwytamy, kiedy zawodzą pewniki, kiedy nie ma pomocy, ona jest i daje poczucie, że wbrew wszystkiemu może się udać to co nie do wykonania, że naprawi się popsute. A my się chwytamy, łapiemy się jej, choćby wszystko przeczyło naszym pragnieniom, gdzieś w nas maleńka cząstka jest przepełniona nadzieją. A my niczym dogasające ognisko próbujemy rozpalić, rozdmuchać jej płomień i karmimy się tą niewielką kruszynką. Ona nas syci, stajemy się przepełnieni jej treścią i czekamy na cud. Bywa, że cud następuje choć najczęściej nie ma, nie udaje się. Oczywiście wszystko zależy od tego na co czekamy, jaki cud ma się wypełnić, co ma się naprawić. Jednak nadzieja najczęściej odkrywa w nas pokłady do spełnienia niemożliwego, do czegoś co zupełnie nie realne, wszystko mówi, że nie uda się a my gdzieś w środku karmieni nadzieją wierzymy, że pomimo wszystko, wbrew ogółowi przeciwności akurat nam się uda. Jeśli się uda, jesteśmy w stanie góry przenosić, czujemy, że wszystkie moce są z nami, dajemy wiarę w cuda, będziemy rozgłaszać, krzyczeć, emanować radością. Cóż jednak jeśli się nie uda, jeśli nadzieja umrze wraz z tym na co czekamy?. Niektórzy tracą wiarę, mają żale do opatrzności, do świata, do tego co tu i tego co tam . Jak wiele trzeba wytrwałości, jakie pokłady wiary aby nie złamały nas nasze zrównane z ziemią wierzenia, nadzieja i niespełnione pragnienia. Ile trzeba sił aby sobie wytłumaczyć opatrznościowe wyroki wobec nas. Nie każdy potrafi podźwignąć się, zrozumieć i nie mieć żalu. Żalu czysto ludzkiego, do Tych na wysokościach, tych co tu, a ominięci przez podobne doświadczenia. Ktoś na górze wie, że nie każdemu dał na tyle sił aby wytrzymać, aby dali radę przejść wszelkie kłody rzucane pod nogi. I być może dlatego nie każdemu dawane są te złe, sprawiające cierpienie doświadczenia. Niektórych omijają, nic im w życiu złego się nie dzieje, a u innych z nasileniem, kumulacja złych przeżyć. Kogo za nie winić, czy jest sens obarczania winą kogokolwiek? Ateista przyjmie inaczej napotkane życiowe trudności, wierzący inną miarą oceni. Jednak jak wielkiej wiary wymaga aby ona przy nas pozostała, jeśli wszystko zawali się, stracimy to co było sensem życia tu, a to co tam tak strasznie odległe. Podziwiam wielką wiarę niektórych ludzi, którym ten świat się zawalił a oni pomimo wszystko dają radę, pozbierali szczątki, skleili skorupy i żyją, i potrafią się uśmiechnąć i wystarcza im optymizmu do zaczęcia kolejnego dnia, kolejnego roku. Ich siłą można się karmić, ich optymizmem grzać, i wierzyć, że to niewiadome jednak jest skoro daje tyle sił dla tych cierpiących, że nie zwątpili, że dalej wierzą i potrafią mieć nadzieję na następne nadchodzące dni. A może to nie prawda, że nadzieja umiera ostatnia....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WYZYSK CZASU
Notatkę dodano:2013-05-27 20:55:39

 

Powoli, dając nadzieję na prawdziwie wiosenną pogodę, rozstępują się stalowoszare chmury, ostatnimi czasy każdego dnia towarzyszące mojej codzienności. Zobojętniałam na ich obecność, choć z utęsknieniem wyczekiwałam na zmianę w lepszą aurę. Po minionej długiej i szarej zimie każdy słoneczny dzień staje się błogosławieństwem i prawdziwą radością, odczuwalną niemal namacalnie. Napędza nas piękna pogoda, daje pozytywnego kopa energii, chce się chcieć. Szkoda tylko, że tak sporadycznie te ciepłe i śliczne dni w tym pięknym miesiącu się zdarzają. Tym bardziej każdy z nich jest wychwalany, wykorzystany, dobrze spożytkowany. Po wczorajszym zimnym i niezachęcającym do żadnych działań dniu dziś małymi kroczkami idziemy ku przejaśnieniom. Oczywiście nie byłabym przedstawicielką tej naszej narzekającej nacji, jeślibym choć ociupinkę nie pogderała. Bo i jak nie uskarżać się skoro zaczynam pracę o dziesiątej , wyjeżdżam o dziewiątej a wracam przed dziewiętnastą. Cóż mi z przejaśnień skoro nie mogę się nimi w pełni cieszyć. Chociaż w trakcie drogi powrotnej, w szczególnie dziś nie przepakowanym busiku, popodziwiam otaczające piękno, nacieszę się prześwitującym między liśćmi słońcem. Listowie wydaje się jeszcze nie przesycone chlorofilem, słońce poprzez sporych rozmiarów liście niczym na rentgenowskim zdjęciu przegląda się dając różne cienie i grę światła. Za szybko jedzie mój pojazd, nie mogę się napawać tym widokiem na tyle ile bym chciała. Może czas na wędrówkę po okolicznych lasach. Tak bez celu, bez zbierania grzybów, jagód i tego co zaprząta głowę, chcę tę głowę mieć otwartą na zieloność, nozdrza na zapachy, uszy na dźwięki lasu. Wyciszenie, teraz o to łatwiej, grzybiarzy jeszcze nie uświadczysz, a i takich jak ja dziwaków niewielu. Tylko czas, skąd go wziąć na tyle aby starczyło na wszystkie sprawy i sprawki, na przyjemności i obowiązki, na to co by się chciało i co trzeba. Ciągle tego czasu mało, jakby każda upływająca sekunda mojego życia kurczyła się w swojej i tak już maleńkiej krótkości. Na coś czekam, sekundy wydłużają się, natomiast jak mam coś do zrobienia, ich żywot dziwnie skarlały. Anomalia czasu. Zawsze tak jest, jak się spieszę, czas goni, jak czekam wlecze się. Bywa, że chcę przyspieszyć, dogonić, swoimi działaniami dać szansę współpracy, nic z tego. Czas żyje swoim czasem, nie chce ze mną współdziałania. Jednak z mijającymi latami nauczyłam się paru spraw powiązanych z czasem. Wytrzymać do końca, jeśli coś mam zrobić, nie mogę się poddawać, nie rezygnować, wytrwać. Nie ważne, że nerwy puszczają, że już widać metę, można było dać odpust. Czasami ciężko się przełamać i ciągnąć coś co się zaczęło, bo jakiś demonek niechciejstwa namawia do pozostawienia, do rezygnacji. Nie słucham go, ignoruję, jeśli zrobię inaczej wiem, że nie wytrwam, że padnę przed metą. A jakoś z wiekiem polubiłam te swoje mety, zerwanie wstęgi, zwycięstwo. Niewielkie, te moje sukcesy ale dają poczucie, że można, jak się chce to da się radę. Pamiętam jak parę lat temu zdawałam egzamin na prawo jazdy. Tak, tak nie ma pomyłki, dokładnie to cztery lata temu zaczęłam kurs i po przejściu procedur, dojrzała pani po czterdziestce zdała za drugim podejściem egzamin. Dlaczego nie za pierwszym ? Bo dałam posłuch demonkowi luzu przed metą. Jeździłam przeszło godzinę po mieście i już miałam świadomość zaliczonego egzaminu, zbliżanie się finiszu i z tą swoją błogą świadomością poluzowałam, odpuściłam, straciłam czujność, czas upływał, dawał nadzieję szybkiego końca i wykołował mnie. Jak ostatnia krowa wjechałam gdzieś, gdzie normalnie nigdy bym nie wjechała. A byłam tak blisko.... Za drugim razem byłam czujniejsza niż saper, do końca, do ostatniej sekundy nie straciłam baczenia na wszystko wokół. Nie poddałam się do końca, przebiegłam zrywając swoją wstęgę na mecie małego zwycięstwa. I to niewielkie a zdobyte w dojrzałym wieku doświadczenie, jakoś nauczyło mnie aby nie rezygnować, aby walczyć do końca. Co sobie założyłam to zrobię, choćby czas się kurczył, choćby miało to trwać troszkę dłużej dojdę do końca z błogosławieństwem czasu lub bez niego.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162758
Osób: 145213