Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NIŻE U INNYCH
Notatkę dodano:2014-01-14 22:51:45

Dokonaj wyboru, bo na wszystko nie starczy czasu. Prawda od wieków znana i od wieków powoduje stawanie przed dylematem co wybrać. Coś zaniedbuję aby uszczknąć czegoś innego. Jeśli poświęcę czas na jedno, coś zaniedbam. Jak zaniedbam, będzie mną jakiś wyrzut sumienia targać. Najlepszym rozwiązaniem może okazać się zupełne nic nierobienie. Odpuścić sobie, machnąć ręką. Niech zadają pytania dlaczego nie robisz tego, co się dzieje na tamtej niwie. A jeśli nie chce się odpuszczać, nie pozostaje nic innego jak okrajać czas z czegoś innego. Można jeszcze zrobić po łebkach, na pół gwizdka, nie dać z siebie wszystkiego tylko część. Jednak traci to sens, to jakby uprać jedną skarpetkę. Można mieć nadzieję, będzie pięćdziesiąt procent szans że nikt nie zauważy. Ale świadomość tego, że jedna jest brudna u właściciela obu nóg istnieje. Tworzy dyskomfort i ciągłą presję że jednak zauważą... Ja też powinnam dokonać wyboru, nie daję czasami rady pogodzić chcę z mogę, mogę z muszę. Może chciałabym coś jeszcze, gdzieś więcej, rezygnuję. I choć szkoda, to wiem, że to jedyne racjonalne rozwiązanie. Nie zawsze góry dają się przenosić, a tak by się chciało mieć tej mocy na tyle, aby przestawiać to, co samemu się chce, w miejsce które samemu się wybierze.

Staram się mieć sił na tyle dużo, aby nie poddawać się, nie załamywać, i jakoś to się udaje. Mąż mówi, że ja jak mam problem to tu pogadam, tam wyleję frustracje, i rozchodzi się po kościach. Nie tłamszę w sobie i dzięki temu łatwiej się otrząsnąć. Zapewne jakiś ułamek prawdy w tym jest. Inaczej odchorowuję swoje problemy. A może jestem z odgórnego namaszczenia takiej konstrukcji, jak terminator. Niby plama, już krzyżyk na nim stawiamy a ten ponownie się podnosi. Tylko jak pamiętam szczątkowo treść, to i na niego przyszła przysłowiowa kryska. Nie jestem tytanem choć pewne pokłady odradzania się po porażkach posiadam. Zawsze sądziłam, że taka słabizna ze mnie, psychiczna niedojda. A okazuje się to tylko pewnym niedowartościowaniem ze strony samej siebie. I co z tego, że czasami krzyknę, że walnę pięścią w stół, że wyrzucę z siebie słowem jakieś emocje. Pozbieram się z tego stanu i rozpoczynam od nowa swoją polkę, zaliczając kolejne doły i szczyty. I nie mówię, że jest mi tak źle, że nie dam rady się dźwignąć bo wiem, że muszę się podnieść, pomóc wstać jeszcze komuś, przez jakiś czas niczym poręcz przy schodach stać się oparciem, przyjąć na siebie parę spraw a później się otrząsnąć i dalej iść tak po swojemu w wewnętrznych podskokach. Słabość dosięgnęła kogoś ważnego i stanę się opoką, bo tak trzeba, bo tak chcę, bo mi zależy na nim najbardziej na świecie. I dla niego muszę być silna.

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163025
Osób: 145480