Andrzej Dybczak z Nagrodą Kościelskich!

Autor: slk
News - Andrzej Dybczak z Nagrodą Kościelskich!

Tegorocznym laureatem jubileuszowej – przyznanej po raz 50. – Nagrody im. Fundacji Kościelskich został Andrzej Dybczak, nagrodzony za książkę reportażową Gugara - podaje Wydawnictwo Czarne. 

 

Jak napisano w uzasadnieniu: Jury nagrodziło debiutancką książkę o podróży na syberyjską Północ i życiu wśród ewenkijskich pasterzy na skraju cywilizacji i poza historią. Wykraczająca poza ramy reportażu, ukazująca codzienność rzeczywistości postsowieckiego Wschodu opowieść Andrzeja Dybczaka niepostrzeżenie zmienia się w fascynującą przypowieść o ludzkim losie.

 

Nagroda Kościelskich przyznawana jest od 1962 roku przez Fundację im. Kościelskich – jedną z najstarszych polskich instytucji kulturalnych, działającą w Genewie. Celem Fundacji jest wspieranie rozwoju literatury polskiej poprzez przyznawanie nagród młodym twórcom.

 

Wręczenie nagrody nastąpi 13 października 2012 roku w Miłosławiu – dawnym majątku rodziny Kościelskich.

 

Publikujemy fragment nagrodzonej w tym roku książki: 

– Wiesz, jaki jest najlepszy piosenkarz na świecie? – zapytał Dymitrij Nikolajewicz. Oderwał przy tym wzrok od ogniska i spojrzał na mnie kątem oka. Reszta rodziny wygodnie rozparła się w cieniu z lekka tylko rozpraszanym przez światło słabego płomienia.

– No jaki?

– Najlepszy jest Toto Kotunio – stwierdził.

– O tak… Toto jest najlepszy – gorliwie przytaknęła Tatiana, gładząc pędzelek na końcu cienkiego warkocza.

– Coś słyszałem.

– To Włoch… – oznajmiła tonem sensacji, po czym delikatnie dołożyła szczapkę do ognia. Na chwilę zrobiło się jaśniej, kociołek nad paleniskiem rzucił olbrzymi cień na brezentową ścianę, błysnęły czarne ślepia.

– Sułtan, cholero, znowu się tu pchasz? – wykrzyknęła Tatiana. – Paszoł won! Co za pies, no co tak siedzisz? Wyrzuć go! Na mnie się przecież rzuci.

Dymitrij powtórzył coś energicznie kilka razy i włochaty łeb wycofał się spod rozchylonej szczeliny między ścianą a podłożem. Nie obeszło się jednak bez skomlenia i pokazywania długich, żółtych kłów. Przy końcu sierpnia nawet psy wieczorami marzną. W środku czum nie był zbyt duży, może wielkości małego pokoju w bloku. Koliście osadzone długie żerdzie schodziły się wysoko nad naszymi głowami, gdzie sterczały całym pękiem i gdzie przez szeroki otwór uchodził dym. Kiedy pierwszy raz wszedłem do wnętrza, wypełniało je popołudniowe światło, a podłoga, wyścielona puszystymi gałązkami modrzewia, zieleniła się jak świeżo umyta sałata. Z miejsca chciało się położyć i tak zostać. Obchodząc palenisko, żeby usiąść tam, gdzie zwykle siadają goście, musiałem schylać głowę pod skośnymi ścianami z grubego materiału. Psy szczekały jeden przez drugiego. Paliliśmy gapiąc się w ogień, od którego nie sposób było oderwać wzroku. Tatiana z podkurczonymi nogami i głową opartą o kolano wypuszczała kłęby dymu przez zwiędłe wargi. Wyglądała jak skrzat w czarnej wełnianej czapce i zielonym swetrze. Dymitrij, także spowity białymi kłębami, przymykał oczy. W porównaniu do ich kanskich prymek, moje „Trojki” to były superlight. A prymki, poza mocą, miały i inne zalety. Kosztowały 6 rubli za paczkę, smakowały podobno niepowtarzalnie i zostawały po nich pety, których kilka zawsze starczało jeszcze na skręta. Teraz też parząc wargi wypalili je do najdalszej możliwej granicy, po czym zgasili i odłożyli do wypełnionej już w połowie, przeciętej butelki po keczupie. Na czarną godzinę.

– Czasami w tajdze zostajemy bez kurzenia – wyjaśniła Tatiana.

– Nie ma lekko – dodał Dymitrij. – Za kołchozu przywozili fajki helikopterami. Człowiek palił do połowy i rzucał. Wyobrażasz sobie?

– W ogóle kiedyś to było… i po dwanaście czumów stawało na postoju. Wesoło było – rozmarzyła się jego żona.

– No i przyszła pierestrojka i wszystko się rozpadło. Przyszedł Gorbaczow… – zaczął Dymitrij.

– Co ty mówisz? – obruszyła się Tatiana. – Jaki Graczow?

– Gorbaczow! – odkrzyknąłem.

– Aha – przytaknęła. – Jakby normalnie nie można było powiedzieć – dodała ciszej, do siebie, odwracając wzrok. Była przygłucha i czasami trzeba było mówić głośniej.

– Przecież mówię, Gorbaczow – ciągnął gospodarz. – Andrze, dobrze mówię? Potem był Jelcyn.

– Ale pijaczyna podobno z niego była, że hej. Dymitrij zastanowił się chwilę.

– Nie to, co Suworow.

– Suworow? – zdziwiłem się.

– Suworow – powtórzył – ale on to jeszcze nikt przy Aleksandrze Makedonie.

– To fakt.

Dymitrij odwrócił do mnie rozpromienioną, posiekaną zmarszczkami twarz. Tatiana straciła trochę wątek, więc dla niepoznaki zaczęła krzątać się koło kolacji, szurać rzeczami. Wszystko to robiła na siedząco. Cała kuchnia znajdowała się w zasięgu jej ramion zajmując kąt po lewej stronie od wejścia. Składała się głównie z niewielkiej walizeczki, obciągniętej brązowym skajem i mieszczącej w sobie kredens, szafki i szuflady. Od wewnętrznej strony teraz otwartego wieka, porozlepiane miała wycinki z kolorowych gazet.

– A co najważniejsze – podkreślił dobitnie palcem – Makedon dał radę nawet Spartakom.

Obok siebie sąsiadowało tam zdjęcie gubernatora Ewenkijskiego Okręgu Autonomicznego, obelisku na jeziorze Wiwi znaczącego geograficzny środek Rosji i pożółkłe przepisy wycięte jeszcze z „Gospodyni Czumu”. Z kanistra po benzynie napełniła czajnik i zawiesiła nad ogniem.

– Andrze, dobrze, że przyjechałeś, gada jak dwudziestolatek. Aż miło posłuchać – powiedziała.

Dymitrij żachnął się trochę.

– Tak, tak. Jak odejdziemy w tajgę, zacznie się milczenie, ledwo dwa słowa na dzień można wtedy z niego wydusić. I żyj tu sobie, sama jedyna w lesie z takim mrukiem.

Jej mąż słuchał tego, gorzko potakując.

– Maksima trzeba wołać, herbatę będziemy pić – napominał.

W tym momencie płachta pokrywająca wejście uniosła się i stanął w niej wyżej wspomniany razem z Nikitą.

– Dorowa Baje – przywitali się.

– O, i Nikita popije z nami – stwierdziła Tatiana. Tamten przytaknął lekko. Usiedliśmy w półkolu, którego centralnym miejscem był mały, drewniany stolik, podobny do tych na śniadania w łóżku. Gospodyni podała podpłomyk, otwarła konserwę, rozlała herbatę do kubków. Po kolei każdy maczał swój kawałek chleba w puszce z olejem i z umiarem zakąszał konserwą.

– No i jak? – z pełnymi ustami zagadnął Nikita. – Kiedy jedziemy do wioski?

– Jak pojedziemy? – cicho, nie patrząc na niego, odpowiedział Dymitrij.

Nikita podrapał się po głowie.

– No… można by tak jak w tamtym roku, tratwy zrobimy i spłyniemy – utkwił niepewny wzrok w twarzy gospodarza jakby spodziewał się aprobaty. Tamten tylko pokręcił głową.

– Kola powiedział, żeby czekać na niego.

Kilometr stąd leniwie płynęła rzeka, następne czterdzieści w dół jej biegu leżała wioska. Nikita siorbnął z kubka.

– Mało jedzenia – zauważyła Tatiana.

Potrzebna była łódź i to większa od tej, na której Kola parę dni temu mnie przywiózł. Łodzie były u Ruskich w wiosce, więc pozostawało wierzyć, że uda mu się którąś skombinować. W ciągu najbliższych dni powinien załatwić transport, może od naczelnika Hjejkuriego albo pożyczy od ludzi. Naczelnik dostał niedawno nowiutkiego „Merkurego” od administracji do wożenia obywateli na grzyby i jagody, ale czy akurat ci tutaj to obywatele? Dowodu nie mają, adresu nie mają, jedyne co, to na wioskę ogromną ochotę. Tam już są prawie wszyscy i jak się te parę razy w roku w niej jest, to można zaszaleć. Kola obiecał, że przyjedzie za jakiś tydzień z dwoma łodziami i wszystkich zabierze, ale w końcu pewności nie było. Kola mówił, że podobno benzynę skądś ma, ale jak załatwi dwie motorówki? Wątpliwości rysowały się na twarzy Nikity. A jak przypłynie tylko jedną łódką? Zabierze wtedy swoich rodziców i brata, więc on z Alekiem faktycznie będą musieli przeprawiać się na tratwach, a nie jest to sport dla dwóch. Nikita był człowiekiem ostrożnym, więc jego czoło marszczyło się pod zaczesaną grzywką, a usta mlaskały w zadumie. Dał w końcu spokój zmartwieniom, gawędząc na luźne tematy wypalił papierosa, po czym otarł ręce o spodnie i wyszedł.

– Wpadnij do nas – rzucił do mnie, stojąc już na zewnątrz.

Skończyliśmy jeść. Okruszki i resztki Tatiana zsypała na gałązki koło ognia. Pewnymi ruchami, mimo mroku, dekonstruowała jadalnię. Maksim jednym wielkim haustem wypił herbatę, zrobił – Ehhhh!!! – i otarł usta rękami.

– Mamo, idę do Alka, co? – nie doczekawszy się odpowiedzi, wstał i zaczął nakładać gumowce.

– Idę z tobą – powiedziałem i też zawiązałem trampki. Wyszedł przede mną, ja za nim. Kiedy opuściłem za sobą ciężki materiał, znalazłem się w całkowitych ciemnościach sierpniowej nocy. Dookoła panowała zupełna cisza, żaden gwałtowny dźwięk nie naruszał jej. Z głębi lasu, który otaczał mnie ze wszystkich stron, wydobywał się jakiś trudny do zidentyfikowania odgłos — nieodgłos, jak stłumione echo szmeru wielkiej rzeki płynącej tuż za wzgórzem lub echo wszystkich rzek razem wziętych, układające się w jeden, przekazywany od źródła do źródła szept. Powietrze było jak nóż, ostre i zimne. Tym samym chłodem ciągnęło od ziemi. Lekki wiatr zawiewał od północy i czuło się, że to właśnie tam biło serce tego lodowatego tchnienia. Odszedłem kilka kroków i spojrzałem za siebie, gdzie w mroku srebrzył się niewielki stożek namiotu, ledwie widoczny między drzewami. Wydawał się bardzo mały i samotny w tym wielkim, pustym lesie. Postawiony między dwiema lichymi sosnami, był podobny do kamyka albo spróchniałej, porzuconej gałęzi. W środku siedziało się jak w przenośnej dziupli rozpiętej przy pomocy wilgotnego brezentu. Idąc, co chwilę gubiłem efemeryczną ścieżkę prowadzącą do czumu braci Mukto i wpadałem w wilgotne od rosy borówki. U moich stóp coś zawarczało głośno. Żołądek podszedł mi do gardła, lecz to był tylko Sułtan. Leżał zwinięty w kłębek na środku ścieżki i szczerzył kły. W końcu mnie poznał, bo wstał i podszedł. Złapałem go za czarny, kudłaty łeb. Zostawił gdzieś połowę spiczastego ucha, a pysk miał już całkiem siwy.

– Nianakin, aja nianakin – na dźwięk ewenkijskiego zaczął jakby wachlować ogonem. Miałem już tylko parę kroków do zrobienia. Obok zewnętrznego paleniska, zwieńczonego solidnym trójnogiem, uniosłem płachtę wejściową. W środku było tłoczno, oprócz gospodarzy Nikity i Aleka był jeszcze Sława, traktorzysta na urlopie bezpłatnym.

– Masz fajkę? – zapytał Maksim. Dałem mu, nie bez zdziwienia patrząc, jak odpala sobie od żarzącego się patyczka. – Ukrywam się przed rodzicami – wyjaśnił zmieszany.

Sam gospodarz leżał wyciągnięty i podpierając ręką policzek uważnie lustrował szachownicę. Sława klęczał z drugiej strony i obgryzał paznokcie.

– Ja ci zrobię tak – mruknął Nikita i z namaszczeniem przesunął gońca. – Miałeś wieżę, bracie.

Grali jeszcze przez chwilę, niezbyt długo, bo w końcu ile można grać bez wieży? Nikita zatarł ręce, Sława splunął.

– Grasz ze mną? – zapytał mnie Maksim tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– A co, dawno z nikim nie wygrałeś? – zażartowałem, lecz on wzruszył tylko ramionami. Wszyscy wiedzieli, kto jest najlepszy w tej sześcioosobowej lidze. Zwykle tłumaczyli to genami, że z takim bratem jak Kola to nietrudno. Zaczął rozstawiać figury.

– Gdzie jest czarny pionek?! – wykrzyknął poirytowany. W poprzedniej partii jego rolę odgrywał ułamany patyczek. Wszyscy zaczęli rozglądać się wokoło i sprawdzać, czy nie przysiedli. Mimo że szachy były specjalne, z magnesem, pionki i tak gubiły się w ściółce. Zwłaszcza czarne.

– Jest! – syknął Sława, podnosząc go z ziemi.

– Dobra, gramy! – zakomenderował Maksim.

Początkowo trzymałem się nawet nieźle, a przed kilkoma fatalnymi błędami ustrzegły mnie głośne porady mojej części czumu, która swoimi wieloma oczami uważnie przyglądała się rozgrywce. Bardzo szybko partia przerodziła się w grę zespołową, właściwie mecz: Maksim kontra reszta świata. Chłopak cieszył się tu ugruntowaną renomą. Słynniejszym szachistą był w okolicy chyba tylko Kola, ale to cała historia, którą tutaj wszyscy znali na pamięć.

W wieku lat siedmiu Kola, tak jak reszta dzieciaków, powędrował zgodnie z przepisami do internatu w wiejskiej szkole. Las się dla niego skończył i rodzinę widywał tylko latem, kiedy rodzice zabierali go do siebie na wakacje. W szkole miał same problemy, a to nie chciał się na początku myć, a to popadał w odrętwienie ciągnące się całymi dniami, wtedy można go było przesuwać jak mebel. Kiedy w końcu mu przeszło, zbliżała się czwarta czy piąta klasa i nauczyciele zaczęli mu już załatwiać miejsce w szkole specjalnej. Tymczasem któregoś pięknego dnia, matematyk, Gruzin, w gruncie rzeczy porządny człowiek, tknięty jakimś przeczuciem pokazał mu szachy i zaczął uczyć zasad. Efekty przyszły szybko i były nieoczekiwane, bo mały zaczął ogrywać każdego, łącznie ze swoim mistrzem. Z biegiem czasu chłopak stawał się coraz lepszy. W końcu nauczyciel z niemałym trudem wystarał się o zezwolenie na grę z najlepszym ruskim dzieciakiem, o dwa lata starszym, grubym Dimą, szkolnym czempionem i synem kierowniczki lisiej fermy. Specjalnie w tym celu zorganizowano wioskowy turniej szachowy, którego finalistami okazali się Kola i Dima.

Gruby był pewny zwycięstwa, nic więc dziwnego, że aż poczerwieniał z wściekłości czy wstydu, kiedy mały autochton bezlitośnie go pobił. Wszyscy nie mogli wyjść ze zdumienia do tego stopnia, że niedługo potem zorganizowano spotkanie rewanżowe. Cała wioska postawiła podobno sporo pieniędzy. Gruby Dima po raz kolejny poniósł porażkę, tym razem jednak wlazł pod stół i się rozryczał. W ten sposób Kola został niekwestionowanym mistrzem. Skończyły się jego kłopoty w szkole, w ocenach szybko prześcignął średnią ewenkijską na tyle, że trafił do Tury, stolicy okręgu, uczyć się dalej. Tam dopiero rozpostarł szachowe skrzydła wygrywając wszystkie możliwe zawody i olimpiady. Za to wszystko dostał stypendium na AWF w Chabarowsku, na rosyjskim Dalekim Wschodzie, parę ładnych tysięcy kilometrów od Tury w linii prostej. Linia ta przykryta jest gęstym dywanem tajgi, więc jedynym możliwym środkiem transportu był samolot, a że był to transport niezwykle drogi Kola skorzystał z niego tylko dwa razy. Jadąc do Chabarowska i wracając z niego cztery lata później, już jako magister wychowania fizycznego. W czasie studiów wieczorami rozładowywał statki, w dzień studiował. Podobno mógł zostać nawet chirurgiem, szef katedry medycyny lubił grać w szachy, ale Kola nie chciał, bo brzydził się dotykać ludzkich wnętrzności. Obronił dyplom dwa miesiące przed terminem i ruszył w drogę powrotną, żeby być w domu na wiosnę. Stało się jednak tak, że koniec jego studiów splótł się z końcem ZSRR. Musiał pracować jeszcze kolejne sześć miesięcy, zanim zarobił na bilet do Krasnojarska i dalej do Tury, gdzie spędził kolejną zimę, oczekując na dogodny transport do wioski. Nie był to najszczęśliwszy okres w historii Ewenkiji, ludzie nie dostawali pensji, odcięto prąd i wszystko zamarło w oczekiwaniu na dalszy bieg wydarzeń. Ostatecznie dotarł na miejsce, dostał posadę wuefisty i zaczął się urządzać, ale po tych pięciu latach nieobecności nic nie było już takie jak dawniej.

Partia szybko zamieniła się w obronę Częstochowy. Na odsiecz ruszył mi Alek, który podsunął sobie szachownicę, pochylił nad nią

głowę i uważnie lustrował majaczące w nikłym świetle figury. Nikita, czający się za nim, w napięciu odpalił papierosa i z pokerową miną wydmuchiwał dym nosem. W kilka chwil Alek stracił ostatniego gońca, zatrzepał ręką jak poparzony, reszta pokręciła głowami.

– Cieniaczek – skomentował Maksim. – Mam was – zachichotał. Będąc dzieckiem cieszył się jak dziecko.

– Uspokój się, jebany – warknął Sława.

Szachy poszły w odstawkę i wszyscy sięgnęliśmy po papierosy. Przysunęliśmy się bliżej ognia, bo chłód zaczynał przenikać przez brezent, połatany i poprzecierany w wielu miejscach.

– Trzeba wracać do roboty – westchnął Sława. – Ciekawe, co tam w klubie. Na wiosnę Rusłan tak dopierdolił temu, no, Łapuszkinowi, mówię wam.

– Rusłan jest niezły – zgodził się Maksim.

– Ostatnio siedzieli przy stoliku i Antonow tylko popatrzył. Co się, chuju, gapisz, mówi Rusłan. A tamten pijanienki był, coś tam skakał, no to Rusłan mówi: co, kurwa? Chodź, wyjdziemy, to cię zajebję – kontynuował Sława, aż ślina z tych emocji zaczęła mu zraszać wydęte wargi.

– Antonow kiedyś skopał tego Stjepana – wtrącił się Maksim.

– Głupiego? – zaciekawił się Alek.

– No – Maksim smarknął głośno – przed klubem, aż wszyscy wyszli popatrzeć.

– No i co? – wojowniczo zwrócił się w jego stronę Sława. – Rusłanowi można naskoczyć. No i mówił mu Rusłan, idziemy, chuju, ale gdzie… Coś tylko zaczął bredzić.

– I poszli?

– Myślisz, że mu się chciało z Antonowem szarpać?

– Rusłan to jest… – zgodnie zamruczeli zebrani. Przez cienkie ściany przenikał szum lasu i kołysał słabe światło do snu, a ono gasło łagodnie pogrążając nas w gęstniejących ciemnościach.

– Oj tak… – westchnął Nikita leżąc oparty o zebrane pod ścianą drewno na ognisko. – To co, jutro na szyszki? – Odpowiedziało mu zgodne potakiwanie głowami.

– Przejdę się z wami – powiedziałem.

– Tylko się nie zgub – roześmiał się Nikita, a za nim reszta – złośliwe gnomy w poświacie pulsującego jeszcze żaru. Widać wciąż żywa jest historia sprzed roku, kiedy to jeden wioskowy wybrał się na grzyby. Pomylił jakoś strony i zaczął kierować się na północ, w kierunku przeciwnym do wioski. Po piętnastu dniach, gdy był już u kresu sił, natknął się na dwóch myśliwych i dzięki temu wyżył. Gdyby nie oni, biedak miałby szansę zawędrować niczym Kamiński, na sam biegun. Podobno trochę od tego sfiksował. Wioska wioską, ale te dwa namioty to tutaj igła w stogu siana. Wróć tu sobie do nich, kiedy każdy kierunek wydaje się równie dobry i nic nie przypomina czegoś, co już się kiedyś widziało. Jak oni się tu orientowali, pozostawało dla mnie tajemnicą, a mętne wyjaśnienia Koli o słońcu i jego ruchach po niebie definitywnie zniechęciły mnie do kwestii.

– Najważniejsze to wiedzieć, gdzie jest wschód – tłumaczył mi kiedyś Dymitrij i pokazywał to tu, to tam, raz za siebie, raz przed siebie, w prawo. Po lewej też był w pewnym momencie wschód.

– Taak, pokaż w kółko – roześmiała się Tatiana. – Ja tam wiem tylko, gdzie jest północ, ale za to na pewno – mówiąc to, wskazała palcem. – Stamtąd ptaki uciekają przed zimnem.

Wyszedłem na zewnątrz, para szła z ust. Wracałem powoli do domu, starając się nie zamoczyć w lodowatej rosie trampek i nie wpaść w borówki, co nie do końca się udawało. Miałem z górki, dzięki czemu bez konieczności zadzierania wysoko głowy widziałem miliony gwiazd. Na wprost mnie czarne drzewa atakowały tę świetlistą ławicę niczym rekiny. Nagle ciszę statycznego widowiska rozdarł charkot, gdzieś z ciemności, tuż przede mną. Zamarłem.

– Kurwa! – galopujące serce trudniej było jednak zatrzymać niż skląć Sułtana, który gapił się i szczerzył kły. – Sułtan, aja nanakin – powiedziałem i minąłem go ostrożnie, całego zjeżonego w chwilowym stresie. Słyszałem, jak się ponownie układa, mrucząc i wzdychając. Przed wejściem do namiotu przywiązany leżał Malczik, powinien się lepiej nadawać na stróża, bo młodszy, a spał słodko. Odszedłem kawałek między drzewa. Szum moczu, rozpryskującego się w tej ciszy na wilgotnym mchu, przypominał odgłosy Niagary. Tak jak zwykłe chrapanie w środku miasta, nocą, dobiegające przez otwarte okno potrafi wypełnić pustą ulicę hipnotycznym drżeniem. Dokładnie na wysokości oczu, na lichej brzózce, wisiała wilcza szczęka ozdobiona kilkoma wyblakłymi wstążkami. Cytadela czumowej linii Maginota, strach zostawał na zewnątrz niej. Wróciłem do środka. Dymitrij i Tatiana leżeli przykryci po uszy w skóry i różową kołdrę, tylko oczy im jeszcze błyszczały szkliście.

– To co? Czas spać – zamruczał Dymitrij.

(...)

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy