Oto sensacyjny "Dzień kłamstwa"!

Autor: slk
News - Oto sensacyjny

Ojciec Anselm to niezwykły mnich z zakonu gilbertynów. Pewnego dnia odwiedza go przyjaciel z dawnych lat i opowiada mu mrożącą krew w żyłach historię kobiety, która została zdradzona przez czas, los i kogoś bliskiego... 

 

Kogoś, kto wciąż pozostaje w ukryciu. Anselm będzie musiał zbadać historię tej kobiety oraz tajemnicę, której korzenie sięgają wydarzeń rozgrywających się we wczesnych latach 80. w Polsce, znajdującej się w żelaznym uścisku zimnej wojny. Przedzierając się przez meandry historii, dekady tajemnic i pół wieku kłamstwa, odkrywa on prawdę, która może zniszczyć komuś życie. Prawdę tak szokującą, że niejedna osoba mogłaby zabić, aby tylko nie wyszła ona na jaw.

 

Nakładem wydawnictwa Hachette ukazała się właśnie sensacyjna książka Dzień kłamstwa To podobno najlepsza jak dotąd powieść Williama Brodricka, z fabułą i tempem akcji jak u Toma Roba Smitha oraz atmosferą i głębią rodem z książek Johna le Carré. Jeśli chcecie przekonać się, czy tak jest rzeczywiście, sięgnijcie po premierowy fragment powieści, który publikujemy poniżej: 

 

Tylko nie to – burknęła Róża. – To znowu on. Prawnik wysłał już formalne pismo do pani Róży Mojeskiej. Dzwonił rano i wieczorem. Zostawił kilka krótkich wiadomości na automatycznej sekretarce. Wysyłał kolejne listy. Jeździł za Różą po całej Warszawie swoim rozklekotanym niebieskim citroenem 2CV, wychylając się z okna i próbując przekonać ją do rozmowy. Róża ciągle odmawiała, a on obstawał przy swoim. Kolejny raz pojawił się ni stąd, ni zowąd i zapukał do jej drzwi. Oparł się o framugę, ale Róża zatrzasnęła mu je przed nosem. Przez szparę wsunął swoją wizytówkę. Późnym niedzielnym popołudniem podjął jeszcze jedną próbę.

– Och, do diabła. Róża tylko przypadkiem wyjrzała przez okno w kuchni. Właśnie wychyliła kieliszek żubrówki – zalecenie lekarza – i zabierała się do mycia naczyń, kiedy ze swego trzeciego piętra zauważyła kątem oka jego auto zaparkowane przy głównej ulicy. To oznaczało, że prawnik jest w drodze.

– Facet nie daje za wygraną – mruknęła do siebie. Przyniósł śpiwór; nie pójdzie sobie, dopóki się nie poddam. Nie wzięła płaszcza i nawet nie zastanowiła się, dokąd idzie – po prostu zatrzasnęła za sobą drzwi i pobiegła przez korytarz do tylnego wyjścia z kamienicy, które prowadziło na podwórko zawalone koszami na śmieci i starymi workami. Miała już co prawda osiemdziesiąt lat, ale dobrze się trzymała. Codziennie spacerowała po mieście. Ruch pozwalał jej zachować kondycję, a poza tym pozbywała się całej tej energii, która brała się z nieopowiedzianych wspomnień. Obrazy z przeszłości przeskakiwały jej przed oczami, kiedy przemykała przez podwórze do ciemnego tunelu łączącego jej dom z sąsiednimi budynkami. Trzymała się blisko ściany, wzrok wlepiając w promienie jesiennego słońca sączące się przez bramę okoloną brudnym betonem. W jej głowie powoli kiełkował plan... Pójdzie do miasta i pospaceruje dookoła Pałacu Kultury i Nauki. Lubiła sobie wyobrażać, jak buldożery wyburzają ten prezent od Sowietów. Kiedy wyszła na ciepły, zalany słońcem dziedziniec, przystanęła. Na podwórku bawiły się dzieci. Dwie dziewczynki kręciły liną, podczas gdy trzecia skakała. Miała na sobie czyściutką białą sukienkę, która falowała na wietrze niczym chorągiew. Na stopniu siedział znudzony, ponury chłopak w dresie, rzucając dziewczynkom to porady, to wyzwiska.

– Czy one znają pani historię? – zapytał głos.

Róża obróciła się powoli znużona. O ścianę opierał się prawnik. Nogi miał skrzyżowane, a dłonie trzymał w kieszeniach sfatygowanych dżinsów. Wciąż miał na sobie swoje eleganckie buty. Róża zawsze zwracała uwagę na buty i ubranie. Spędziła dzieciństwo w sierocińcu, a tych bezkształtnych ciuchów po starszych wychowankach i ciągłego łatania dziur na łokciach nie dało się zapomnieć. Butom prawnika przydałoby się jednak porządne polerowanie.

– One muszą usłyszeć to, co ma pani do powiedzenia.

– Czy kiedykolwiek dasz mi spokój? – zapytała Róża cicho.

– Nie sądzę. – Prawnik nie uśmiechał się, ale jego twarz wyrażała współczucie. – Wszyscy inni już odeszli. Jest pani ostatnia. Tylko pani wie, co stało się wtedy w więzieniu. Tylko od pani zależy, czy uda nam się rozliczyć tamto bezprawie. Róża zamknęła oczy. Wsłuchiwała się w dźwięki liny uderzającej miarowo o ziemię. Zmarszczyła brwi tak, jak dziewczynki triumfalnie liczące skoki na przekór zblazowanemu, drwiącemu z nich chłopakowi w dresie. Jakaś niewielka część Róży się poddała. Sebastian Voight, nieogolony trzydziestoparolatek obdarzony równie irytującym co rozbrajającym czarem, pracował w Instytucie Pamięci Narodowej. Instytucję tę powołano, aby pielęgnowała pamięć o narodowym sprzeciwie wobec tyranii, a także w celu ścigania oficjeli dawnego reżimu komunistycznego za popełnione przez nich przestępstwa. Tym właśnie zajmował się Voight. Zbrodni poprzedniego ustroju nie dotyczyły przepisy o przedawnieniu, więc winni nie mogli liczyć na uniknięcie sądu; jednak aby prawo mogło zadziałać, potrzebni byli świadkowie. Róża nie wiedziała, dlaczego Sebastian znów opowiada jej o tych wszystkich formalnych sprawach. Czytała już o tym wcześniej w jego listach, słuchała, kiedy gadał do niej z okna samochodu i nagrań z sekretarki. Być może, opowiadając o działaniach rządu, chciał jej wmówić, że współpraca jest jej obowiązkiem. Przyglądała się więc temu szczupłemu, młodemu mężczyźnie, rozdrażniona jego naturalną pewnością siebie, ale jednocześnie zauroczona jego swobodnym, spokojnym sposobem bycia. Bawiło ją, że mówiąc, usiłował ukryć to, że bacznie ją obserwuje – w końcu udało mu się przyprzeć ją do muru i zastanawiał się, czy taka stara ryba ma jeszcze w sobie tyle siły, aby uwolnić się z haczyka.

 

Wrócili do niewielkiego mieszkania Róży. Na stole pojawiła się herbata. Umyte czereśnie piętrzyły się w salaterce. Siedli naprzeciw siebie po obu stronach stołu; Róża niczym pacjentka, nieco sztywno, Sebastian jak lekarz na wizycie domowej, ze splecionymi dłońmi opartymi o blat. Widać było, że poza kołnierzykiem jego biała koszula była niewyprasowana, a niebieska lniana marynarka była luźna i pognieciona. Mówił niskim, uspokajającym głosem.

– Pół roku temu weszliśmy w posiadanie pewnych zagubionych dokumentów. W latach osiemdziesiątych zbierała je bezpieka – nasza i niemiecka. Teczki tworzą wspólne archiwum opisujące działania obu krajów wymierzone przeciwko pewnym wyjątkowo ważnym dysydentom. Jedna z tych teczek dotyczy „Szewca”. Sebastian zawiesił głos, czekając na reakcję Róży. Wszyscy słyszeli o „Szewcu”. Był jednym z liderów myśli opozycyjnej, intelektualistą aksamitnej rewolucji, pisarzem, który przyczynił się do powstania idei i taktyk, dzięki którym w końcu obalono komunizm. Zbiór jego esejów był lekturą obowiązkową na każdej uczelni, ale pisma „Szewca” nie straciły na popularności również tam, gdzie pojawiły się po raz pierwszy – na ulicy. Jednak w przeciwieństwie do innych królów-filozofów Europy Środkowo-Wschodniej, po transformacji „Szewc” nie został uhonorowany żadnym urzędem w wielkiej polityce. Jego tożsamość pozostała tajemnicą. Znaczące milczenie Sebastiana się przedłużało; Róża nie dała się nabrać i nie zamierzała wyjawić mu nazwiska „Szewca”. Sięgnęła po czereśnię.

– „Szewc” był głosem „Wolności i Niezależności” – podjął Sebastian, tak jakby Róża tego nie wiedziała. – Gazeta publikowała jego eseje co dwa tygodnie, począwszy od 1939 roku. Dwanaście lat później, bez żadnego wyraźnego powodu, „Szewc” zamilkł... To było w 1951 roku, w czasach stalinizmu.

 

Róża przytaknęła, czując, że zasycha jej w gardle. – Wielu ludzi myśli, że „Szewc” po prostu powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia, ale przecież nagle, ni stąd, ni zowąd, znów się odezwał. Trzydzieści jeden lat później, tuż po ogłoszeniu stanu wojennego, na ulicach jak gdyby nigdy nic pojawiła się „Wolność i Niezależność.” Tym razem „Szewc” zamilkł po ośmiu miesiącach.

– To prawda – powiedziała Róża, odzyskując głos. Uznała, że najlepszym sposobem obrony będzie bierny udział. Zjadła czereśnię, bo tak robią zwyczajni ludzie, kiedy się nie denerwują.

– I tu znów historycy i krytycy uważają, że nie było już nic więcej do dodania. „Szewc” był twórcą oszczędnym, nie marnował słów. Nie powtarzał się. Dlaczego miałby dalej pisać? Zasiał już swoje idee i pozostało mu tylko czekać na plony.

– Właśnie tak – powiedziała Róża.

– Nikt tak naprawdę nie zastanowił się nad tym, że „Szewc” mógł zostać po prostu zdradzony. W pięćdziesiątym pierwszym i w osiemdziesiątym drugim.

– To prawda. – Znów zaschło jej w gardle.

Sebastian przerwał na chwilę, pozwalając powszechnie obowiązującej wersji historii samodzielnie rozpaść się na drobne kawałeczki. Sączył herbatę, bo chciał, żeby Róża odsłoniła się przed nim, żeby wyjawiła swój sekret.

– „Szewc” nie działał sam – rzucił od niechcenia. – Cała operacja opierała się na skupionej wokół niego grupie ludzi, tak zwanych Przyjaciół. Nikt nie wie, jaka była struktura grupy ani jak organizowano druk i dystrybucję bibuły. Właściwie to nikt nie wie nawet, ile osób było zaangażowanych w tę działalność ani kim byli. Tak jak „Szewc” pojawili się z gazetą i znikli z gazetą. Trop prowadzi mnie z powrotem do odnalezionego w Dreźnie archiwum... I teczki „Szewca”. Róża przytaknęła. Jej opór powoli miękł; samo brzmienie słów wypowiadanych przez Sebastiana zdawało się wywierać na nią niezwykły wpływ.

– W teczce znajdują się dokumenty zgromadzone podczas przeprowadzonej w 1982 roku operacji, która miała na celu jego aresztowanie po tym, jak postanowił przerwać swe długie milczenie.

– Tak. – I znów sam akt mówienia dawał Róży jakieś oparcie, pozwalając jej skryć się za słowami.

– Operację prowadził Otto Brack.

– Tak.

– Nazywała się „Polana”.

Róży zaczynało już kręcić się w głowie. Zmarszczyła brwi, słysząc nazwę operacji. Poczuła się, jakby ktoś lekko pociągał za żyłkę, której haczyk tkwi gdzieś głęboko w przeszłości. Coś drgnęło, aby po chwili się wymknąć.

– Operacja się nie powiodła – powiedział Sebastian.

– To prawda.

– Złapał tylko panią... Jedynego znanego „Przyjaciela”. W dokumentach fi guruje pani jako „najważniejszy Przyjaciel”. Została pani zdradzona. Róża milczała ze wzrokiem skupionym na ustach Sebastiana. Wyłowił plasterek cytryny ze szklanki i zjadł go, krzywiąc się lekko od kwaśnego smaku. Następnie położył skórkę na podstawce i powiedział:

– Ale widzi pani, pani Różo, nie przyszedłem rozmawiać z panią o wydarzeniach z 1982 roku. Interesuje mnie rok 1951. Ten naprawdę mroczny rok, o którym nikt nic nie wie. Nikt poza panią i Ottonem Brackiem.

 

Róża zamarła. Tego się nie spodziewała. Listy, telefony i wiadomości wspominały ogólnikowo o sprawiedliwości, zapomnianych winach i mocy prawa. O rozprawieniu się z przeszłością. Wyobrażała sobie, że Sebastian znalazł przypadkiem jakiś świstek papieru, na którym widniało jej nazwisko; że chciał, aby pomogła mu uzupełnić luki... Tego się jednak nie spodziewała. Mężczyzna znalazł drogę do lochów Mokotowa.

– Pani Różo, w IPN-ie mamy obszerne archiwum – powiedział Sebastian tonem człowieka wykładającego karty na stół. – To zapisy papierkowej roboty dawnego aparatu bezpieki. Archiwa jednak zostały wyczyszczone. Oficerowie tacy jak Brack skorzystali z okazji, żeby pozbyć się obciążających materiałów, zanim ostatni raz zgaszą za sobą światło w biurze. Wrócili do domu z uśmiechem na ustach. Teraz jednak część zaginionych dokumentów się odnalazła, a to zmienia postać rzeczy. Albo, gwoli ścisłości, zmienia postać rzeczy w pani przypadku. Dokumenty „Szewca” z 1982 roku zawierają załącznik – teczkę, którą założono pani w roku 1951. Znajdują się w niej protokoły z przesłuchań prowadzonych na Mokotowie, kiedy to pytano panią o „Szewca”. Widziałem te dokumenty. I czytałem między wierszami. Wiem, że protokoły nie opisują całego zła, do którego tam doszło. Róża obawiała się unieść szklankę, bo mogłaby jej zadrżeć ręka. Nagle poczuła się strasznie stara, za stara na to wszystko. Sebastian nie rozumiał, że żaden prawnik nie mógł zbadać tych utraconych lat. Nikt nie był w stanie przebić muru, który wzniósł Otto Brack.

– Pani Różo, prawie wszystkie osoby, które przetrwały stalinowski terror, już nie żyją – powiedział cicho. – Jest pani jedyną osobą, która wie, co stało się w 1951 roku. Stręk nie żyje. Tylko pani wie, do jakich zbrodni dochodziło, kiedy kończyły się pytania... Pani i Otto Brack. On też tam był. To był początek jego kariery. Brack wciąż żyje.

 

Ich spojrzenia się spotkały. Dla Róży było to niespodziewane oparcie; uczepiła się tego spojrzenia, jakby miała upaść.

– Czy wie pani, co robił Otto Brack po upadku komunizmu? Róża potrząsnęła głową. Często się nad tym zastanawiała. Jednocześnie nie chciała i chciała wiedzieć. Emocje parzyły ją jak ogień.

– Przeszedł na wcześniejszą emeryturę i zaczął zbierać znaczki. – Sebastian pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć, że rozumie zdumienie Róży, choć jej pusty wzrok niczego nie wyrażał. – Tak, właśnie to robi, żeby jakoś zabić czas. Zbiera małe obrazki z dawnych, minionych lat, ze starych, dobrych czasów komuny. I robił to wtedy, gdy poprosiłem go o komentarz do zapisów z pani przesłuchań. Przeglądał swoją kolekcję znaczków. – Sebastian pochylił się nieco bliżej. – On niczego nie żałuje, pani Różo. Wciąż jest przekonany o słuszności swojej sprawy i o tym, że cel uświęca środki. Zachowuje się, jakby nie zrobił nic złego... 

 

Bez najmniejszego skrępowania spojrzał na lewą dłoń Róży. Oboje przypatrywali się dwóm obrączkom ślubnym na jej środkowym palcu. Było to jedyne publiczne świadectwo tego, co stało się na Mokotowie, kiedy Róża miała zaledwie 22 lata.

– Pani Różo, proszę mi pomóc doprowadzić go przed sąd.

– Dlaczego? – To ciche pytanie było ostentacyjnie nieszczere.

Róża rozpaczliwie starała się nie dopuścić do siebie odpowiedzi.

– Za morderstwo i tortury. Tortury zadawane pani. Oraz za zabicie dwóch mężczyzn... W tym Pawła, pani męża. Słońce skryło się już za horyzontem. Różowe światło rzucało ciepłą poświatę na mieszkanie, lekko opadając na wytartą brązową kanapę, krzywo zawieszony obraz, do połowy pustą etażerkę, owalny stół i trzy krzesła z kompletu – pozostałości po życiu złamanym przez bezpiekę. Róża ze spokojem spojrzała na swego nowego prześladowcę. Nieraz była już w takiej sytuacji. Po chwili wyczerpania, jakie wywołuje unikanie odpowiedzi na natarczywe pytania, przychodzi moment dziwnego ożywienia, które daje poczucie, że przynajmniej na jakiś czas wygraliśmy. Róża wiedziała, kiedy należy ostrożnie udzielić paru informacji. Ten czas właśnie nadszedł. Mogła przekazać odrobinę tego, co wiedziała, aby móc zachować dla siebie o wiele, wiele więcej.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy