Ważne, żeby ich głosy nie zamilkły. Wywiad z Anną Kwiatkowską-Biedą

Autor: Adrianna Michalewska

Harcerskie i patriotyczne wychowanie w II Rzeczpospolitej, świeża pamięć walki o niepodległość przed 1918 rokiem i związane z nią rodzinne tradycje kształtowały postawy młodych ludzi, którzy nie wyobrażali sobie zgody na ponowną utratę przez Polskę niepodległości i uczynienie Polaków obywatelami drugiej kategorii. O tajnej drużynie harcerskiej działającej w nazistowskim obozie koncentracyjnym w Ravensbrück opowiada Anna Kwiatkowska-Bieda – harcerka, instruktorka, dziennikarka, podróżniczka, autorka programów telewizyjnych i filmów dokumentalnych, m.in. Wędrowne ptaki. O polskim harcerstwie i Zdarzyło się w Mafekingu – o początkach skautingu.

Harcerki z Ravensbrück to reporterska opowieść o jedynej funkcjonującej w czasie II wojny światowej drużynie harcerskiej w obozie koncentracyjnym. Tworzyły ją więźniarki Ravensbrück, w większości przedwojenne harcerki. Odbywały regularne zbiórki, niosły pomoc innym więźniarkom, chorym i „królikom”. Drużyna miała swój sztandar – znaleziony w czasie sortowania rzeczy nowoprzybyłych do obozu. Był to proporzec 13 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Drużynę tworzyło 7 zastępów, działały w nich aż do wyzwolenia w sumie 102 osoby.

Harcerki z Ravensbrück to bardzo dokładnie opracowana historia. Proszę opowiedzieć, jak wyglądało zbieranie materiału do tak obszernej książki.

Materiały do książki zbierałam przez trzy lata. Bardzo ciekawe i owocne było zgłębianie zbiorów Muzeum Harcerstwa w Warszawie, które posiada najbogatszą dokumentację drużyny „Mury”. Harcerki „Murów” przekazały do Muzeum nie tylko powojenny sztandar drużyny, ale także swoje kroniki, wspomnienia, artykuły. Właściwie każdy z tych dokumentów otwierał nowe ścieżki poszukiwań, choćby w archiwum IPN, w innych muzeach, dawał tropy do ludzi kultywujących pamięć o harcerkach z Ravensbrück. Bardzo ważne było dla mnie uczestniczenie w spotkaniu na Jasnej Górze, które każdego roku zgodnie z przyrzeczeniem, jakie dały sobie jeszcze w obozie, organizowały harcerki „Murów”, podczas którego miałam okazję rozmawiać z żyjącymi jeszcze wówczas druhnami. Bezcennym źródłem informacji okazały się dokumenty zgromadzone przez Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich po wojnie oraz wspomnienia więźniarek obozu Ravensbrück – także tych nie będących harcerkami – spisane w latach 60 i 70. W tych wspomnieniach znalazłam ciekawe informacje dotyczące harcerek i ich działalności w obozie, choć kobiety, które je wspominały, często o istnieniu drużyny „Mury” nic nie wiedziały.

Praca nad tą książką była przede wszystkim pracą na dokumentach i wspomnieniach. Jej trudność polegała na tym, że niemożliwe było skonfrontowanie tego, co zostało zapisane z opowieściami żyjących świadków historii. Nie miałam już kogo dopytać o szczegóły, poprosić o wyjaśnienia. Pracy nie ułatwiało także to, że więźniarki z reguły niechętnie rozmawiały ze swoimi najbliższymi o obozie i o tym, co się w nim działo. Na szczęście zostawiły po sobie spisane wspomnienia. Takim niezwykłym źródłem okazał się pamiętnik drużynowej „Murów” harcmistrzyni Józefy Kantor pt. Szary człowiek w pasiaku, który nigdy nie ukazał się drukiem.

Czy kwerenda wymagała podróży na miejsce KL?

Miałam w planach podróż do Ravensbrück, niestety, pokrzyżowała je pandemia. Opisy obozu rekonstruowałam na podstawie filmów dokumentalnych, amatorskich materiałów kręconych w Ravensbrück i materiałów Muzeum.

Tajna Drużyna Harcerska „Mury” była jedyną tego typu organizacją działającą w nazistowskich obozach koncentracyjnych. Co o tym zadecydowało?

Sądzę, że osobowość pomysłodawczyni i drużynowej Józefy Kantor. Wspominała, że najgorszy był obozowy brak nadziei, odczłowieczenie, odebranie tego, co człowieka definiuje – nazwiska i zastąpienie go numerem, ubrania wyrażającego indywidualność, ale przede wszystkim godności. I o ile na numery i obozowy reżim nie można było nic poradzić, to jednak można było zachować człowieczeństwo w wartościach, religii, ale także wartościach harcerskich. W tarnowskim transporcie wraz z Józefą Kantor przyjechało kilka harcerek, które znała. Tak już w czasie kwarantanny powstał szalony pomysł stworzenia konspiracyjnej drużyny harcerskiej. Szalony, bo wszelkie formy pomagania innym więźniarkom czy tworzenia jakichkolwiek ugrupowań były surowo karane – nawet śmiercią. Samo funkcjonowanie drużyny w obozie – zbiórki, przyrzeczenia, spotkania i akcje, które harcerki organizowały – to wszystko było śmiertelnym zagrożeniem. W czasie kwarantanny więźniarki były bite nawet za to, że próbowały ze sobą rozmawiać.

Kobiety, o których Pani pisze, były doskonale wykształcone. Znały nie tylko języki obce, ale dysponowały też wiedzą uniwersytecką. Czy to pomogło im w przetrwaniu koszmaru lagrowej rzeczywistości?

Niewątpliwie, w wielu wspomnieniach pojawia się choćby wspólne odtwarzanie wierszy, dzieł polskiej i światowej literatury, które podnosiło na duchu, pomagało przetrwać w czasie nocnej pracy w szwalni. Ważnym działaniem harcerek, ale nie tylko ich, było obozowe tajne nauczanie. Dzięki temu zarówno nauczycielki, jak i uczennice odnajdowały w działaniu sens, te lekcje były namiastką wolności, dawały także poczucie wspólnoty, a to w warunkach obozu koncentracyjnego było bezcenne. Znajomość języków była nieoceniona w nawiązywaniu obozowych kontaktów. W Ravensbrück przebywały więźniarki praktycznie z całej Europy. Wiedza, także ta harcerska, nieraz ratowała życie. My już dziś zapomnieliśmy i chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ważny jest wspólny kod kulturowy. Ja całkiem niedawno ze zdumieniem odkryłam, że choćby szkolne lektury, na których ja się wychowałam, są dziś zupełnie inne i na przykład trzydziestolatkowie nie rozumieją pewnych cytatów, żarcików, które ze znajomości tych lektur wynikają. No i nie bardzo pamiętamy, że wiedza i umiejętność korzystania z niej naprawdę ułatwia życie.

Czytając Harcerki..., nie sposób nie odnieść wrażenia, że „Mury” były organizacją, która dawała się we znaki nazistom. Ale jak rozumiem, kobiety działały w pewnym zakresie, obejmującym wzajemną pomoc, dywersję i próbę przetrwania?

Harcerki „Murów” organizowały zbiórki, biegi harcerskie, był nawet kurs dla drużynowych. Odbywały się przyrzeczenia harcerskie, ale przede wszystkim działania harcerek koncentrowały się wokół pomocy innym więźniarkom. Już sam sposób rekrutowania do drużyny o tym świadczył. Drużyna była zakonspirowana i, oczywiście, żadna rekrutacja typu „kto chciałby się zapisać do harcerstwa?” nie wchodziła w grę. Druhny wypatrywały więc wśród więźniarek tych kobiet, które wyróżniały się harcerską postawą, chętnie pomagały innym, choćby nosiły za starsze i schorowane więźniarki kotły z poranną kawą, nie traciły ducha, potrafiły, jak kiedyś napisał Robert Baden-Powell, śmiać się w najtrudniejszej nawet sytuacji. Tak do drużyny trafiały byłe harcerki, ale nie tylko one. Wiele z druhen „Murów” właśnie w obozie po raz pierwszy wstąpiło do harcerstwa. Dzięki tym na pozór błahym akcjom były możliwe bardzo konkretne i ważne działania na rzecz współwięźniarek. Choćby wykradanie z kuchni żywności, która następnie była dzielona wśród najbardziej potrzebujących, pomoc doświadczalnie operowanym i innym chorym w rewirze czy przemycanie za mury obozu informacji o zbrodniach popełnianych przez hitlerowców w obozie.

Nie należy chyba także odnosić wrażenia, że przynależność do „Murów” gwarantowała kobietom przetrwanie obozu? Pytam o to, ponieważ obecnie zdarzają się uproszczenia, prowadzące do mylnego przekonania, że obóz można było przeżyć, jeśli tylko należało się do jakiejś „grupy”. Takie wyobrażenia są pochodną filmów, odbiegających często od rzeczywistości.

Oczywiście, że przynależność do „Murów” ani żadnej innej grupy nie gwarantowała przetrwania obozu. Ale bycie w grupie dawało nadzieję, poczucie wsparcia ze strony innych. W obozie zabójcą równie skutecznym jak kula czy gaz były zwątpienie, utrata chęci życia, dojmująca samotność w tłumie innych anonimowych więźniarek. To dobrze obrazuje przytoczona w książce opowieść Janiny Węgierskiej, lekarki i harcerki, o tym jak ważne było dla niej przyjęcie do tej obozowej wspólnoty. Przynależność do grupy, wspólne działanie na przekór opresyjnemu obozowemu systemowi było niezwykle istotne. Mogła być to drużyna harcerska, grupa modlitewna czy tajne nauczanie. Nie musiała być to drużyna, jaką były „Mury”. Taką nieformalną grupę tworzyły harcerki i kobiety z lubelskiego transportu. To dzięki pisanym przez nie sympatycznym atramentem listom świat dowiedział się o doświadczalnych operacjach w Ravensbrück. Dzięki nim przetrwały wiersze Grażyny Chrostowskiej. Nie tworzyły drużyny, były po prostu grupą przyjaciółek. Przyjaźń, wsparcie, uśmiech, ciepłe słowo to było bardzo ważne.

Do Ravensbrück kierowano „osoby niebezpieczne dla Rzeszy”. Dlaczego polskie harcerki były niebezpieczne dla narodu dowodzonego przez Adolfa Hitlera?

Anna Burdówna – jedna z harcerek „Murów”, która pracowała w szkole w Ełganowie na Pomorzu – w dokumentach ze śledztwa prowadzonego przez Gestapo miała wpis „fanatyczna Polka”. Wiele z harcerek „Murów”, także drużynowa Józefa Kantor, przed wojną było nauczycielkami, które pracowały na dawnych ziemiach zaboru niemieckiego, które po wrześniu 1939 roku zostały wcielone do Reichu.

A zamieszkujący tam Polacy wysiedleni…

Naziści na Śląsku, w Wielkopolsce czy Pomorzu dążyli do całkowitego wyeliminowania polskości i uczynienia tych ziem niemieckimi w znaczeniu kulturowym i etnicznym. Polacy z tych ziem byli wysiedlani. Polska inteligencja, patrioci, działacze organizacji patriotycznych, w tym harcerze – eksterminowani. Jednych mordowano w masowych egzekucjach, inni trafiali do obozów. Harcerskie i patriotyczne wychowanie w II Rzeczpospolitej, świeża pamięć walki o niepodległość przed 1918 rokiem i związane z nią rodzinne tradycje kształtowały postawy młodych ludzi, którzy nie wyobrażali sobie zgody na ponowną utratę przez Polskę niepodległości i uczynienie Polaków obywatelami drugiej kategorii. A taki przecież był cel hitlerowskich Niemiec. Harcerskie ideały: równości, pomocy bliźnim, wzajemnego szacunku, służby ojczyźnie były całkowicie sprzeczne z celami i wartościami totalitarnego nazistowskiego państwa. Większość więźniarek politycznych, w tym harcerek, do Ravensbrück trafiała za działalność w polskim ruchu oporu i strukturach polskiego podziemia.

Szczególnie bolesny fragment historii Ravensbrück stanowią opisy doświadczeń, przeprowadzanych na kobietach przez Carla Gebhardta. O eksperymentach medycznych słyszeliśmy w kontekście przede wszystkim Josepha Mengele w KL Auschwitz – Birkenau.

Karl Gebhardt był uznanym niemieckim lekarzem, profesorem, który zasłynął ze stworzenia przed igrzyskami olimpijskimi w Berlinie najnowocześniejszego w ówczesnej Europie centrum medycyny sportowej. Prowadził także bardzo udane programy rehabilitacji osób po wypadkach. Dlatego w 1942 roku do prowadzonej przez prof. Gebhardta kliniki w Hohenlychen trafił ranny w zamachu Reinhard Heydrich, hitlerowski protektor Czech i Moraw. Przez tydzień umierał w nowoczesnej klinice, bo prof. Gebhardt nie potrafił mu pomóc. W rany wdało się zakażenie, a Niemcy w owym czasie nie dysponowali penicyliną, którą mieli Brytyjczycy. Kulisy medycznego wyścigu zbrojeń między Niemcami i aliantami szczegółowo opisane są w książce. Po śmierci Heydricha prof. Gebhardt popadł w niełaskę i dostał zadanie przyspieszenia prac nad opracowaniem skutecznej alternatywy dla penicyliny. Prace mogło przyspieszyć eksperymentowanie na ludziach. I tu z pomocą Gebhardtowi pospieszył jego przyjaciel Heinrich Himmler, któremu podlegały obozy koncentracyjne.

Pozwolono mu na pseudomedyczne eksperymenty…

Pierwszymi więźniami poddanymi eksperymentalnym operacjom byli mężczyźni z Sachsenhausen, ale żeby obniżyć koszty i ryzyko ujawnienia eksperymentów, „królikami doświadczalnymi” zostały więźniarki z położonego w pobliżu Hochenlychen obozu w Ravensbrück.

Eksperymentalne operacje to jedna z największych i najbardziej nieprawdopodobnych zbrodni dokonanych przez nazistów. To, jak bardzo starali się je ukrywać i tuszować, świadczy, że prawo i normy etyczne łamali z pełną premedytacją. Medyczne eksperymenty były prowadzone w szpitalu obozowym w Ravensbrück od sierpnia 1942 roku. Ich ofiarami były przede wszystkim młode Polki z lubelskiego sondertransportu. W zeznaniach w procesie norymberskim profesor Gebhardt utrzymywał, że nic nie wiedział o planach wykorzystania do medycznych eksperymentów kobiet, a decyzja o tym zapadła, kiedy leżał chory w łóżku i nie pracował. Jednak fakty świadczyły o tym, że kłamał. Został po wojnie skazany na karę śmierci.

Ile kobiet przeżyło obóz i doczekało wyzwolenia 30 kwietnia 1945 roku? Jak Pani opisuje, to wyzwolenie było trudne i bolesne.

Przez obóz w Ravensbrück przeszło ok. 132 tys. kobiet i dzieci. Zginęło ok. 92 tysięcy. Polek było ok. 40 tys., przeżyło 8 tys. Szacuje się, że przed wyzwoleniem w obozie było ok. 45 tys. więźniarek. Wiele z nich trafiło do komór gazowych, bo hitlerowcy starali się tuszować swoje zbrodnie. Opisy tragicznych dni poprzedzających koniec wojny znajdują się w książce. Niezwykła w historii obozów koncentracyjnych była akcja ewakuacji więźniarek zorganizowana przez szwedzki Czerwony Krzyż. Hrabiemu Folke Bernadotte udało się zorganizować nie tylko autobusy ale także pociąg, którym wiele Polek, wśród nich harcerki „Murów”, opuściły Ravensbrück i zostały przetransportowane do Danii i dalej promem do Szwecji. W obozie zostało ok. 3 tys. chorych, zbyt słabych, by uczestniczyć w marszu śmierci, w którym hitlerowcy wyprowadzili z obozu pozostałe przy życiu więźniarki. Niezwykłe jest to, że do opieki nad chorymi zostały zdrowe kobiety i lekarki, w tym m.in. harcerki „Murów” - dr Janina Węgierska, Anna Burdówna czy Kamila Janowicz. Znały plotki o tym, że obóz jest zaminowany, a jednak – choć mogły opuścić znienawidzone Ravensbrück – zostały, by nieść pomoc tym, które tego potrzebowały. Smutne jest to, że Polki, które zostały w Ravensbrück, wiele miesięcy czekały na transport do ojczyzny.

Jakie były dalsze losy harcerek?

To temat na kolejną książkę, choć losy niektórych z druhen starałam się przedstawić, by pokazać różne drogi i różne powojenne losy. Dla tej opowieści ważne jest to, że drużyna „Mury” nigdy nie została rozwiązana. Przestałą istnieć wraz ze śmiercią ostatniej z harcerek. Druhny co roku spotykały się na Jasnej Górze i z okazji marcowych imienin drużynowej. W latach 70-tych stworzyły krąg instruktorski, po to, by swoje doświadczenia i memento wynikające z obozowych czasów przekazywać kolejnym pokoleniom harcerzy. Do końca się wspierały i pomagały sobie wzajemnie. Wspólnie spędzały wakacje, jeździły na wycieczki i pielgrzymki. Dla mnie znamienne jest wspomnienie komendantki łódzkiej chorągwi ZHP, która spodziewała się steranych losem, zgorzkniałych kobiet, a znalazła pełne werwy i humoru instruktorki, kipiące radością życia. Sądzę, że właśnie to jest najważniejszym przekazem „Murów” i powodem, dla którego napisałam tę książkę. Ważne jest, żeby ich głosy nie zamilkły. One nigdy nie chciały być bohaterkami, nie chciały pomników. Były zwykłymi kobietami i dziewczynami, które nawet w niewyobrażalnych dla nas czasach terroru i śmierci znalazły siłę, by zachować godność, przeżyć i pomagać innym, chciały tylko, by ich głos został usłyszany.

Dziękuję za rozmowę.

Książkę Harcerki z Ravensbruck kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Harcerki z Ravensbruck
Anna Kwiatkowska-Bieda

Warto przeczytać