Wojna nie wygląda jak w filmach. Wywiad z Anną Wojtachą

Autor: Sławomir Krempa

– Jeździliśmy z kolegami na wojnę po prostu po to, żeby pokazać zło, które dzieje się nie tak przecież daleko od nas. By ludzie się o nim dowiedzieli. A potem przyszło uzależnienie od adrenaliny i wielu z nas nie potrafiło już inaczej żyć – mówi Anna Wojtacha, korespondentka wojenna, autorka książki Ćpuny wojny. Tego nie zobaczysz w relacjach z frontu

Zawsze chciałam być Waldemarem Milewiczem...

Zawsze chciała Pani takiego życia?

Od kiedy pamiętam. Wszystko zaczęło się od zainteresowania dalekimi podróżami. Potem, już w latach, kiedy uczyłam się w liceum, emitowano program Waldka „Dziwny jest ten świat". Byłam nim zafascynowana, sama chciałam robić taką telewizję.

Ale to przecież nie jest robota dla kobiet!

I tata wtedy wyjaśnił mi to w kilku prostych słowach. Wtedy w Polsce rzeczywiście praktycznie nie było korespondentek wojennych, jeździła chyba tylko Maria Wiernikowska. No i nieliczne dziennikarki, które towarzyszyły ministrom podczas wyjazdów na spotkania z żołnierzami na misjach wojskowych. Ale – nie ujmując im niczego – czym innym jest lądowanie na terenie polskiej bazy, a czym innym wyjście do miasta czy próba dotarcia na tereny ogarnięte wojną.

W telewizji też powiedzieli Pani, że tereny ogarnięte wojną to nie jest miejsce dla kobiet?

Tak, ale tak długo prosiłam i męczyłam moich przełożonych, że w końcu się zgodzili. Pojechałam do Afganistanu – na próbę. Jeśli dam ciała – nigdy więcej nie poproszę o drugą szansę. Jeśli się sprawdzę – nikt nie będzie robił mi trudności. Chyba się sprawdziłam...

Usłyszała też Pani: „Niczego dobrego na wojnie nie znajdziesz, ale na pewno zobaczysz rzeczy, które odmienią cię na całe życie”...

Podczas wyjazdów bardzo często jesteśmy świadkami okrucieństwa w każdej postaci. Czasami, rozglądając się wokół, zastanawiamy się, jak człowiek mógł coś podobnego wymyślić.

Na wojnie widzimy rzeczy przerażające, patrzymy na rannych i zabitych. Te obrazy zostają w człowieku do końca życia, trudno wyprzeć z głowy całe to zło. I musimy się z tym mierzyć.

Nie wszystko to można pokazać w telewizji.

To w dużej mierze zależy od medium, które przekazuje. Pamiętam obrazy Al Jazeery – świetnej telewizji, choć kojarzonej głównie z nagraniami odcinania głów zakładnikom. Tamtejsi reporterzy zawsze przygotowywali wiele materiałów, na które w polskich mediach nie byłoby zgody ani miejsca. Może po prostu nie mieli skrupułów? My nigdy nie pokazywaliśmy samego momentu śmierci danego człowieka, ostatniego tchu. Uważaliśmy, że to nieetyczne. Nie prezentowaliśmy też zbliżeń ciał zabitych ludzi – operator czasem nawet nagrywał taki materiał, ale później go cięliśmy lub pikselowaliśmy. To, że obrazy te są w nas, nie znaczy, że muszą radzić sobie z nimi także widzowie.

Można się do nich przyzwyczaić?

Na swój sposób na pewno. Na przestrzeni lat poznałam wiele osób, które bardzo chciały pracować jako korespondenci wojenni, a potem były bardzo rozczarowane same sobą, bo okazywało się, że nie wytrzymują tego wszystkiego, że to jednak nie jest film, że ta praca wygląda inaczej, niż sobie wyobrażały. Na wojnie nie można zrobić sobie przerwy na herbatę czy podgrzać zupy. Ta rzeczywistość jest inna – pełna zapachu krwi, prochu. Na wojnie funkcjonuje się zupełnie inaczej niż tutaj.

Nie będę kłamała, że za każdym razem, gdy widzę krew czy ciała, jestem zszokowana i nie mogę sobie z tym poradzić. Po tylu latach pracy człowiek jest już oswojony z podobnym widokiem. Ale nie znaczy to, że jestem nieczuła – kontakt ze śmiercią zawsze robi na człowieku wrażenie. Szczególnie w przypadku dzieci jest to bardzo trudne.

A potrafi się Pani powstrzymać, by nie biec z pomocą?

Mieliśmy z kolegami wiele dyskusji na temat tego, czy jeśli jesteśmy na wojnie, powinniśmy zajmować się pomaganiem ludziom. Waldek Milewicz wychodził z założenia, że jeśli jest w pobliżu ktoś inny, kto może pomóc, to on się skupia na pracy. W innym wypadku będzie natychmiast interweniował. My też reagowaliśmy, wyciągaliśmy ludzi spod gruzów, wieźliśmy ich do szpitala. To, że widzieliśmy za dużo, nie znaczy, że jesteśmy potworami i wyzbyliśmy się naturalnych ludzkich odruchów.

Tego jednak nie znajdziemy w książce...

Podczas jednej z naszych interwencji, gdy próbowaliśmy zawieźć dziecko do szpitala, zmarło ono w naszym samochodzie. Był to dla nas duży wstrząs. Nie chciałam pisać o tym w książce, nie chciałam za wszelką cenę wywoływać łez. Nie chciałam też tworzyć obrazu reportera, który heroicznie ratuje życie ludzi.  Jest wiele rzeczy, które zostawiłam dla siebie.

Na wojnie jednak zdarzały się też rzeczy dobre...

Wojna uruchamia w ludziach najgorsze instynkty, ale czasem budzi w nich to, co najlepsze.

Widzieliśmy, jak ludzie sobie wzajemnie bezinteresownie pomagali, my również często otrzymywaliśmy taką pomoc od miejscowych. 

Na przykład od Lewana, który był dla Państwa kimś więcej niż tylko przewodnikiem czy kierowcą w Gruzji... 

Jest naszym przyjacielem do dzisiaj – to wspaniały człowiek. Zawsze, kiedy przyjeżdża do Polski – a wpada raz na parę lat – spotykamy się i nie możemy się nagadać. Świetnym człowiekiem jest też Hełat, mój tłumacz z Afganistanu. Choć pochodzi z zupełnie innego kręgu kulturowego, zaprzyjaźniliśmy się i mamy sporadyczne kontakty.

Dlaczego ludzie chcą pomagać reporterom?

Na pewno nie dla pieniędzy. Myślę, że zależy im na tym, byśmy pokazali światu, co dzieje się w ich ojczyźnie. Mają nadzieję, że opinia publiczna wymusi na rządzących interwencję czy zakończenie konfliktu.

Wierzą, że to coś zmieni?

Im dłużej trwa konflikt, tym mniej wierzą. W Czeczenii, Iraku, Afganistanie wojna trwała wiele lat. Widzieliśmy, że z czasem dominować zaczęła rezygnacja i poczucie beznadziei. Tracą wiarę.

A Pani ma ją jeszcze w sobie?

Mam. Zapytano mnie o to na spotkaniu autorskim i będę naszego zawodu bronić jak lwica. Korespondenci wojenni są potrzebni, tylko ich rola nieco się zmienia. Teraz, podczas wojny w Syrii, było bardzo wiele przekazów od miejscowych, udostępnianych w mediach społecznościowych – na Facebooku, Twitterze. Nam dotrzeć do sedna konfliktu jest o wiele trudniej. Ale możemy próbować. Być na miejscu. Rozmawiać z ludźmi. Próbować zrozumieć. A potem wytłumaczyć ludziom, którzy oglądają relacje z wojny tu, w Polsce.

Tylko czy to wszystko jeszcze kogokolwiek interesuje?

Wszystko zależy od skali konfliktu. Zainteresowanie mniejszymi wojnami wśród widzów wygasa bardzo szybko. W przypadku takich konfliktów, jak ten w Iraku czy Afganistanie, zainteresowanie było dłuższe, a podsycał je jeszcze fakt, że walczyli tam polscy żołnierze.

Dziś na relacje z zagranicy miejsca w polskich mediach jest coraz mniej. Nazwaliśmy to zjawisko trupokilometrami – im wojna jest bliżej, tym bardziej interesuje społeczeństwo. Im dalej, tym mocniej widz traci zainteresowanie.

Bywa przecież, że ludzie nie do końca wiedzą, o jakim rejonie świata mówi się w telewizji. Jestem ciekawa, ile osób nie wiedziało nawet, gdzie leży Syria czy Jemen.

No i nie każdy wie, co właściwie Państwo tam robią.

Dlatego w 2012 roku napisałam Kruchy lód, który teraz – uzupełniony, zmieniony, ukazuje się jako Ćpuny wojny. Chciałam pokazać, jak wygląda od kuchni praca korespondenta. W telewizji, kiedy się robi newsy, można odnieść wrażenie, że wpadamy do widza tylko na chwilę, że nie ma czasu, by porozmawiać z ludźmi, chwili, by na dłużej usiąść, głębiej pokazać dany temat. Chciałam przedstawić historie dotąd nieopowiedziane, bo nie było dla nich czasu ani miejsca w telewizji.

Powiedziała Pani, że ta praca i związana z nią adrenalina uzależnia – podobnie jak alkohol czy papierosy. Jest jakiś nałóg, którego Pani nie ma?

Trochę mi ich zostało – nigdy na przykład nie brałam narkotyków, nie jestem uzależniona od hazardu i nigdy mnie to nie kręciło. Ale od adrenaliny rzeczywiście uzależniłam się bardzo szybko.

Teraz jest Pani na odwyku....

Niestety, przymusowym.

Powiedziała Pani: „niestety"...

Z adrenaliną jest jak z każdym uzależnieniem: można na chwilę od niego odstąpić, ale wewnątrz już zawsze pozostanie się nałogowcem.

Można – jak byli alkoholicy – nie stosować już jakichś używek, nie pić, nie palić, ale kiedy nastąpi impuls, sygnał, to wszystko wróci ze zdwojoną siłą. Tak jest też ze mną: gdyby ktoś zadzwonił i zapytał, czy pojadę relacjonować konflikt na drugim końcu świata, ruszyłabym bez wahania.

Książkę Ćpuny wojny. Tego nie zobaczysz relacjach z frontu kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2020-02-12 16:48:13
0 +-

Na pewno ciekawa, ale i niebezpieczna praca. No i ta adrenalina...

Avatar użytkownika - Justyna641
Justyna641
Dodany: 2020-02-10 21:48:18
0 +-

Książka raczej nie w moim guście.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2020-02-10 16:33:24
0 +-

Twarda babka!

Avatar użytkownika - lenka83
lenka83
Dodany: 2020-02-10 15:07:48
0 +-

Ciekawy wywiad, jest o czym poczytać.

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2020-02-10 13:06:41
0 +-

Ciężki temat...

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Dzieci, których nie ma
Renata Piątkowska;
Dzieci, których nie ma
Zamieć
Gabriel Dylan
Zamieć
Raptus
Magdalena Kulus
Raptus
Złodziejka truskawek
Joanne Harris
Złodziejka truskawek
Piętno dzieciństwa
Katarzyna Kielecka;
Piętno dzieciństwa
Indigo
Patrice Lawrence
Indigo
Baba Blaga
Joanna Wachowiak
Baba Blaga
Pokaż wszystkie recenzje