Wierzę, że dla dzieci zabawki są żywe. Wywiad z Martą Dębowską

Data: 2022-11-23 12:55:40 Autor: Magdalena Galiczek-Krempa
udostępnij Tweet
Okładka publicystyki dla Wierzę, że dla dzieci zabawki są żywe. Wywiad z Martą Dębowską z kategorii Brak kategorii

– To my nadajemy znaczenie przedmiotom. O skrzypcach mówimy, że mają duszę. Z szacunkiem dotykamy starych fotografii. Smucimy się, kiedy zgubimy obrączkę, którą nałożyła nam ukochana osoba. A dziecko płacze, gdy ulubiona przytulanka wpadnie do kałuży. Zawsze chodzi o to, jakie uczucia w te rzeczy wkładamy i co od nich dostajemy. Wierzę, że dla dzieci zabawki są żywe – mówi Marta Dębowska, autorka książki Szczęściarz

Pajacyk z kwiaciarni Florian i Róża był sklepową dekoracją. Czy pamięta Pani ze swojego dzieciństwa taką zabawkę, która wszystkich zachwycała, a której nie można było kupić lub dotknąć? Co to było? I czy był to „pierwowzór" książkowego pajacyka?

Sporą część dzieciństwa spędziłam na wsi. Nie było tam zbyt wielu sklepów, a te, w których bywałam, sprzedawały głównie jedzenie. Zabawki widywałam w zasadzie jedynie w kiosku. Wszystkie były dla mnie nieosiągalne, bo żyliśmy bardzo skromnie. Nigdy nie miałam jednak wrażenia, że czegoś mi brakuje. Kiedyś pojechaliśmy z rodzicami w góry i tam w sklepie zobaczyłam dużego, pluszowego krecika. Bardzo mi się podobał. Nie chciałam go dla siebie, a dla moich młodszych braci, ale był drogi. Postanowiłam wtedy, że spróbuję sama takiego im uszyć. Nie był to jednak „pierwowzór” książkowego pajacyka – ten jest zupełnie nowym tworem mojej wyobraźni.

Zabawki mają uczucia? Tęsknią do dzieci?

To my nadajemy znaczenie przedmiotom. O skrzypcach mówimy, że mają duszę. Z szacunkiem dotykamy starych fotografii. Smucimy się, kiedy zgubimy obrączkę, którą nałożyła nam ukochana osoba. A dziecko płacze, gdy ulubiona przytulanka wpadnie do kałuży. Zawsze chodzi o to, jakie uczucia w te rzeczy wkładamy i co od nich dostajemy. Wierzę, że dla dzieci zabawki są żywe.

To trochę podobnie, co w popularnej animacji Toy story. Stanowiła ona dla Pani swego rodzaju inspirację? 

„Toy Story” to klasyk i jedna z moich ulubionych animacji! Świetnie zdaje egzamin czasu. Kiedy zastanawiałam się nad tym, co chcę napisać, doszłam do wniosku, że zależy mi na stworzeniu czegoś ponadczasowego, czegoś, co dziś będzie czytało się równie dobrze teraz, jak za kilkanaście lat. Szczęściarz dlatego właśnie porusza tematy, które zawsze będą ważne i aktualne. A sam motyw ożywienia przedmiotu i nadania mu uczuć jest znacznie starszy. Widzimy go na przykład w innym klasyku – Pinokiu.

Kiedy ożywają zabawki? Gdy nikt z ludzi na nie nie patrzy?

Wręcz przeciwnie! Gdy nikt na nie nie patrzy, stają się jedynie obiektami kolekcjonerskimi.

Zew przygody tkwi w każdym z nas? Nawet w gałgankowym pajacyku?

W wielu z nas tkwi może nie tyle zew przygody, ile strach przed nudą i brakiem perspektyw na jakąś odmianę. Są ludzie, którym pozostawanie w tym samym miejscu przez długi czas daje poczucie stabilizacji, bezpieczeństwa i nie chcą tego zmieniać. Ale są i tacy, których ciągnie w stronę nowego i którzy nie zaznają spokoju, dopóki nie ruszą w nieznane – przy czym tym „nieznanym" może być zarówno odkrywanie nowego lądu, jak i przeprowadzka czy nowa praca.

Taka przygoda może nas spotkać na przykład w Boże Narodzenie. To szczególny czas dla wszystkich, nawet dla zabawek?

Boże Narodzenie to szczególny czas z wielu powodów. Jednym z nich – nie najważniejszym, ale dla dzieci na pewno bardzo istotnym – jest obdarowywanie się nawzajem. W tym kontekście czas świąt jest pewnie tym bardziej wyjątkowy, im mniej się posiada. Myślę, że inaczej reaguje się na prezent, kiedy ma się kilka zabawek, a inaczej, kiedy ma się ich tyle, że uginają się pod nimi półki. Chciałabym, żeby moje dzieci miały wspomnienia takiej jednej zabawki, która towarzyszyła im przez wiele lat, przewijając się przez ich kolejne święta. Gdy tych zabawek czy prezentów jest dużo, wspomnienie się rozmywa.

Otrzymała Pani kiedyś taką zabawkę?  

Miałam bardzo mało zabawek. Pochodziły one głównie z darów. Do żadnej nie przywiązałam się zbyt mocno. U mnie to książki pełniły rolę nieodłącznych przyjaciół. Mówi się o comfort foods – ja miałam moje comfort books. Nie zliczę, ile razy wracałam do Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren i Karolci. Żaden inny prezent nie sprawiał mi tyle radości, co książki. Pamiętam święta, kiedy przez przezroczystą folię – bo tak się wtedy pakowało prezenty – dojrzałam w mojej paczuszce obok pomarańczy i gorzkiej czekolady, które chyba już zawsze będą kojarzyły mi się ze świętami, Tytusa, Romka i A’Tomka. Omal nie oszalałam ze szczęścia. Pamiętam też bardzo wyraźnie dzień, w którym dostałam karton używanych książek od mojej starszej kuzynki. Mama kazała mi zamknąć oczy i wystawić ręce, a potem kładła na moich rękach książkę po książce, aż nie byłam ich w stanie udźwignąć. Co to była za radość! 

Kiedy nie czytałam, bawiłam się często bez udziału klasycznych zabawek. Umiałam bawić się zwykłymi, codziennymi przedmiotami – klej w tubce grał rolę króla, dywanem był mech zebrany gdzieś na dworze. Dużo majsterkowałam, robiłam witrażyki z kawałeczków szkła i płatków kwiatów. I spędzałam mnóstwo czasu na dworze – na łące, w lesie, na stadninie, wisząc na trzepaku albo spacerując z przyjaciółką. To była najlepsza zabawa.

Dzieci nie lubią starych zabawek? Liczy się tylko wrażenie nowości i intensywne, przykuwające wzrok kolory?

Tak. Nie okłamujmy się, my dorośli też chętniej sięgamy po to, co nowe, lśniące i kolorowe. Nie bez powodu dla firm zabawkowych pracują armie psychologów. Wiedzą, co przyciągnie naszą uwagę. Zainteresować dziecko zabawką niepozorną z wierzchu to prawdziwe wyzwanie. Dopiero kiedy z którąś się zwiąże, staje się ona dla niego niezastąpiona, niezależnie od tego, jak wygląda. Może być poplamiona, może brakować jej ucha – i tak jest tą jedyną i ukochaną. 

Pajacyk chciałby się „odnowić", jak zabawnie mówi: „wyremontować". Ale czy wtedy nadal będzie sobą?

Dobre pytanie. To trochę jak ze statkiem Tezeusza. Ten statek miał kilkaset lat, mimo że był drewniany. A było to możliwe, bo stare, przegniłe deski wymieniane były stopniowo na nowe. I teraz pytanie – czy jest to nadal ten sam statek? Jeśli nie, to w którym momencie przestaje nim być? I gdyby z tych starych, przegniłych desek zbudowało się drugi statek, to który byłby statkiem Tezeusza?

Mówi się, że w człowieku co siedem lat następuje przemiana. Gdyby tak się nie działo, to zostałby na zawsze w tym samym stanie – lub gorszym. Zmiana to naturalny proces, którego często nie zauważamy lub zauważamy dopiero po jakimś czasie. Nie ma w nim nic złego. Grunt to nie zmieniać się na siłę, wbrew sobie lub dla trendów.

Każda zabawka w końcu znajduje przeznaczone jej dziecko?

Nie każda. Tak, jak nie każda książka zostanie przeczytana, nie każdy film obejrzany, nie każdy ciuch założony. Jest ich zbyt wiele.

Czterolistna koniczynka na czapeczce pajacyka przynosi mu szczęście. Znalazła Pani kiedyś taką koniczynę? Albo ma Pani amulet przynoszący szczęście? 

Jako dziecko często szukałam czterolistnej koniczynki i do dziś jej wypatruję, kiedy siedzę na łące. To silniejsze ode mnie! Kiedy byłam na studiach, dostałam przed którymś egzaminem małą czekoladkę na szczęście. Miała kształt biedronki siedzącej na czterolistnej koniczynce. Egzamin zdałam. Od tamtej pory takie czekoladki zawsze mi w tych dniach towarzyszyły. Była też piosenka, która mnie wspierała, nazywałam ją piosenką zwycięzców, a było to „Stayin’ alive” Bee Geesów. I ona też nigdy nie zawiodła. Wierzyłam w jej moc do tego stopnia, że kiedy czułam się źle przygotowana do egzaminu, bałam się jej słuchać przed wyjściem z domu, żeby jej czasem nie „odczarować”!

Mam też bardziej klasyczny amulet – medalik znaleziony w miejscu wypadku samochodowego, w którym uczestniczyłam jako pasażer. Poza tym, że najedliśmy się strachu, nikomu nic się nie stało. Wysiadłam z samochodu na miękkich nogach i ten medalik leżał na drodze. Jest na nim anioł.

Na swojej drodze pajacyk spotyka mysz, gołębia, psa i kota, które pomagają mu w potrzebie. Dzielenie się z innymi to sekret prawdziwego szczęścia?

Myślę, że nie jest to jedyna droga do szczęścia, ale na pewno jedna z najprostszych i najpiękniejszych. Happiness is only real when shared, napisał w swoim pamiętniku Chris McCandless, zanim umarł samotnie w dziczy Alaski. Tylko dzielone szczęście jest tym prawdziwym.

Czym dla Pani jest szczęście?

Stanem zgody z sobą samą. Pewnością w byciu tu i teraz. Dłonią ukochanej osoby w mojej dłoni. Przebywaniem na łonie natury. Dobrze wykonaną pracą. Wdzięcznością za to, co mam – dach nad głową, zdrowie, kochającą rodzinę, przyjaciół, ale i za rzeczy małe – poranny spacer po cichym lesie, widok morskich fal, zapach ziemi po deszczu, dobra książka, mruczący kot na kolanach.

Gdzie takiego szczęścia szukać?

Najpierw trzeba je sobie zdefiniować, bo ta definicja będzie dla każdego z nas inna. Łatwiej jest je znaleźć, gdy wie się, czego się szuka. Ta definicja będzie się pewnie co jakiś czas zmieniać, bo nasze potrzeby i oczekiwania się zmieniają, podobnie jak warunki, w jakich żyjemy. Czasem trafimy pewnie w ślepą uliczkę, nie znajdując na jej końcu tego, czego sobie po niej obiecywaliśmy, ale z wiekiem i większym bagażem życiowych doświadczeń będziemy w stanie lepiej i pewniej sprecyzować rzeczy, których potrzebujemy do szczęścia.

Czy poznamy nowe przygody pajacyka? Planuje Pani kontynuację historii Szczęściarza?

Raczej nie – nie tli mi się w głowie żaden pomysł na kontynuację. Wprawdzie bardzo polubiłam bohaterów książki i przez jakiś czas myślałam o napisaniu o przygodach Gusta lub Maestra, ale ostatecznie zabrałam się za projekt zupełnie niezwiązany ze Szczęściarzem. Mam sporo nowych pomysłów i chcę dać im szansę. Ale... nigdy nie mów: „nigdy"!

Książkę Szczęściarz kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.