Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

POJEDNAWCZY WRZESIEŃ
Notatkę dodano:2015-09-06 20:57:10

Przeniosło nas w pogodowy zenit tego co jeszcze tydzień temu trwało. Przygotowywałam się na tę zmianę. Synoptycy każdego dnia naświetlali czekające nas przemiany. Po trwających przez wiele tygodni upałach nie chciało się tak do końca wierzyć, choć z drugiej strony świadomość wrześniowych praw w nas istniała. Chłodniejsze wieczory, mgliste poranki, zimno odczuwalne przez stopy od wychłodzonej ziemi utwierdzały w zmierzających ku jesieni prawach. Jednak jeśli jeszcze w zeszłą niedzielę mogłam w pełni korzystać z dobrodziejstwa odkrytych basenów, wszystko, co wiąże się z kolejną porą roku było tak bardzo odległe, że w całym swoim racjonalizmie nie mogłam uwierzyć, że to już, że na pewno. A jednak wszystko w przyrodzie rządzi się swoimi prawami i nawet anomalie pogodowe kiedyś się kończą robiąc miejsce normalności. I przyszła normalność wcześniej wyczekiwana a obecnie jak się okazało zupełnie nie upragniona. Padający z niewielkimi przerwami deszcz, szarość, porywisty wiatr, wirujące opadłe liście, które podobnie jak ja nie potrafią sobie znaleźć w tej rzeczywistości miejsca. Nagle okazuje się, że przyzwyczajeni do lekkości odzienia nie potrafimy dostosować się do tej nagłej zmiany. Obuwie dotychczas składające się z jakichś szczątkowych paseczków utrzymujących podeszwę przy stopie, jest zupełnie nie adekwatne do panującej aury. Skromne koszulki ustępują coraz bardziej zabudowanym i więcej zakrywającym bluzom. Młody wciśnięty w przedwakacyjny polar wydaje się nadmiernie wyciągnięty, rękawy z ledwością zakrywają nadgarstki. Spodnie też jakby zbiegły się od panujących wcześniej upałów i ich przydatność spadła poniżej stanu, który prowokowałby użycie. Dziecko urosło jeden centymetr a ręce i nogi jak u pająka wyciągnięte ponad miarę. Znowu trzeba będzie korygować zawartość szuflad i szaf. Powtórka corocznych ceregieli, której nie lubię a którą trzeba przejść. Jedno z praw zbliżającej się jesieni.

Za oknami panuje szarość powodująca, że zapomniawszy o uciążliwościach wcześniejszych upałów już zaczyna się tęsknić za słońcem. A przecież to tylko przedsmak równi pochyłej w pogodzie, która prowadzi w częstszą szarość, zimno i niechęć do wychodzenia z domu.

 

Mijający właśnie mój wolny weekend zdominowały dwie rzeczy, dzisiejsza kiepska pogoda i wczorajsza sytuacja z żoną mojego syna. Zapewne to co było wczoraj jest ważniejsze i bardziej istotne od aury. Po prawie dwu latach nastąpiło spotkanie, twarzą w twarz. Żadna z nas nie spodziewała się akurat w tym momencie drugiej na swojej drodze. Tak wyszło, jak to w życiu, kiedy plecie się coś niejako poza naszym udziałem. Tym razem nie drogą elektroniczną, tylko jak najbardziej realnie, młoda kobieta zdobyła się na pewien poziom odwagi z pełną skruchą przeprosiła za swoje wcześniejsze zachowanie wobec mnie. Nie mogłam jej wgnieść w glebę. Szanuję ten rodzaj odwagi, skruchy i przyznania się do całej swojej głupoty. Zobaczymy jak potoczą się dalej nasze relacje. Świadomość, że gdzieś pod skórą na zawsze pozostanie pewien rodzaj niedowierzania, że zaufanie raz nadszarpnięte nie będzie stanowić monolitu, może będę rozpatrywać drugie dno każdego zachowania. Teraz wstępujemy na nową drogę pewnej poprawności stosunków między nami. Jak dalece w tej poprawności wytrwamy, czas pokaże. Mam nadzieję, że raz dana nowa szansa nie zostanie kolejną głupotą przekreślona. Byłoby to ostatnie przekreślenie, bo w całej swojej konstrukcji bywam pamiętliwa, a i nie bardzo kocham być traktowana jak ktoś, komu można wedle uznania grać na nosie. Zobaczę na ile prawdziwa była skrucha i jaką wagę będzie miał gest pojednania. Pożyjemy, zobaczymy. Mam nadzieję, że chmurna, durna młodość okaże się naznaczona pewnym rozsądkiem, który pozwoli na dogadanie się i relacje, które przecież wcale nie muszą być jak w dowcipach o strasznych teściowych i biednych synowych. Ale na to przyjdzie czas w cierpliwie oczekiwanej przyszłości.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KAMIENNY SEN
Notatkę dodano:2015-09-04 20:32:39

Kiedy byłam małą dziewczynką, w dziecięcych zabawach wyznaczaliśmy odległość specyficzną miarą długości. Aby była jak najbardziej miarodajna, dokładna, cały proces odbywał się z wielkim namaszczeniem i skupieniem. Liczyło się głośno, aby nie było żadnych przekrętów, a może pomyłki spowodowanej zbytnim chaosem. Ówczesna dziecięca miara to „tiptopek”. Nawet mój wewnątrz komputerowy słownik nie zna takiego pojęcia. Widocznie było to albo bardzo temu, albo twórcy mieli inne miary. Nasz „tiptopek” to nic innego jak długość stopy mierzącego. Pięta dostawiana z wielką koncentracją do palców i powtarzanie operacji aż do satysfakcjonującego zakończenia mierzenia. Dawne czasy, miara mało miarodajna a jakoś dziwacznie przyszła mi do głowy w zestawieniu z piorunująco biegnącym czasem. Każda minuta, każdy dzień może być właśnie takim „tiptopkiem” w moim życiu. Tylko czy każda z tych jednostek jest podobnie jak w dzieciństwie z wielką koncentracją odliczana. Mijają dni, przelatują nieporównywalnie szybciej niż ówczesne liczenie. Nie skupiam się na nich. Upalne lato, jedyne i niepowtarzalne od stuleci, też przeleciało pozostawiając po sobie tylko nikłe wspomnienia. Temperatury sięgające czterdziestu stopni, których uciążliwość nie dawała normalnie funkcjonować już także poza nami. Susza powodująca wysychanie rzek, klęskę i nieurodzaj, ciągle jeszcze trwa i choć zapewne nastąpi drastyczna zmiana z możliwościami powodzi czy podtopień nie odwróci minionego czasu. „Tiptopki” ciągle są odliczane tylko bez skupienia. Częściej wstając chce się mieć dzień już za sobą. Nie zastanawiamy się, że w ten sposób, takiego bezsensownego biegu donikąd znika nasze życie. Nie widzimy, nie chcemy zauważać zbyt pochłonięci faktem, by już minął kolejny dzień, by się doczekać wieczoru i by przez chwilę zgubić świadomość wszystkich przytłaczających spraw. Zasypiając pojawia się szansa na oderwanie. Oczywiście z lekką głową śpi się łatwiej. Kiedy coś nas gryzie na jawie, potrafi się przenieść i w senne godziny. Są koszmary, senne wizje, których się nie pragnie. Fizyczne zmęczenie na jawie też nie jest gwarancją dobrego snu. Nie zawsze zmęczonemu śpi się twardo. Niektórzy w snach żyją równie aktywnie co na jawie, może im mało dnia, a może akurat taka konstrukcja. Ja w przeważającej większości nocnych „tiptopków” nie śnię. Wyłączam się i przez parę godzin nocy po prostu nie istnieję. Może nie zapamiętuję swoich snów, a może jakimś defektem nie dane mi obrazotwórczo przejść kolejnych godzin własnej doby. Czasami chciałabym coś odtworzyć, coś wytworzyć, czymś w nocy móc pożyć bez konsekwencji na rzeczywistość. Nie udaje się i śpię jak kamień. Może dzięki temu mniej mi potrzeba tego snu do funkcjonowania. Nie rozpraszam się, nie muszę rozwiązywać dylematów także w trakcie własnego niebytu. Parę razy w życiu coś śniło mi się tak wyraźnie, że zapamiętywałam dokładnie fabułę proroczych czy też fikcyjnie twórczych snów. Być może wraz z wiekiem powoli zanikła we mnie zdolność bywania w innym wymiarze, stetryczałam , utonęłam w rzeczywistości. Istnieje też ewentualność, że z rzeczywistego życia znikła normalna rzeczywistość, na której miejsce wcisnęła się tak niepojęta fikcja, że sny nie mogą już niczym dziwnym zaskoczyć. Człowiek w całej swojej nieobliczalności w wielu dziedzinach potrafi dokonywać rzeczy niemożliwych, niepojętych, niemieszczących się w zwyczajnie poukładanych rozsądnych głowach. Ludzie chorągiewki, ludzie makabryczni zbrodniarze, ludzie podli i chytrzy, ich codziennymi zachowaniami można się na jawie przesycić więc po cóż jeszcze przeżywać podobne traumy we śnie? Lepiej tak jak ja, zasnąć snem kamiennym w którym nie ma niczego, ani dobrego ani złego. Czarodziejski guziczek mojego snu wyłącza odbiór czegokolwiek, kolejny odcinek realnoweli zakończony, następny „tiptopek” dostawiony do tych już odliczonych. Czas na antrakt.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BŁĘDNY GŁUPIEC
Notatkę dodano:2015-09-01 16:29:27

Chronologicznie podchodząc do mijającego czasu mogłaby rozpisywać się niczym kronikarz o tym co było, co za mną, co minęło. I zapewne z tych mało ważnych epizodów powstałoby paro stronicowe opowiadanko. Tylko czy ma to sens. Nieistotne sprawy, bez znaczenia tuż po ich minięciu, a może ważne tylko dla mnie, bez jakiejkolwiek wagi dla innych. Po urlopie przeważnie nadchodzi kolejny etap, który w jakimś kontraście do letniego rozprzężenia nie daje się zapamiętywać z tej dobrej strony. Nim wejdziemy w głęboką prozę szarej normalności jeszcze chcielibyśmy odrobinę tego urlopowego luzu. Nie chcę pisać, że tragedia, bo jej nie ma ale w euforyczne uniesienie także mijającymi paroma dniami nie weszłam. Zwyczajność, którą trzeba przejść. W środku jakiś bunt, na który lekarstwem byłaby zmiana. Tylko prościej przeczekać niż rzucać się na głęboką wodę bez chęci pływania. Liczenie na przysłowiowy łut szczęścia czy fuksa nie jest dobrym rozwiązaniem. Przeczekam, starając się zbyt głęboko nie myśleć o tych maluczkich podstawiających nogi czy wbijających „noże w plecy”. Sytuacje, które powodują mój wewnętrzny bunt muszę jakoś całą siłą woli przetrwać. Nie jest to łatwe, kiedy okazuje się, że wszechobecna wazelina aż dusi, a jednak nie jest potępiana. Obłuda i fałsz gładko się przyjmują i wbrew wszelkim złotym myślom i sentencjom mają się dobrze, zupełnie nie przeszkadzając. Nie ważna jakość człowieka, jego umiejętności czy pracowitość. Te kategorie poza medalowe. Wywyższą tego co lepiej się sprzeda, który gładko pięknym kłamstewkiem schlebi w pozycji pokornie skulonego gnoma. Obywatel Piszczyk nim przyduszą go mocniejsi w pochlebstwach przejdzie swój czas triumfu.

 

Właściwie nie chciałam pesymistycznego tekstu. Miało być pogodnie, gładko. Cóż nie zawsze wychodzi. Nie potrafię na zawołanie wykreślić korektorem lub odgrodzić się grubą krechą od tego co daje się zapamiętać ze złej strony. W niektórych przypadkach to byłaby całkiem fajna umiejętność. Coś mnie zezłości – trach i wymazane. Ktoś samym widokiem przywołuje kiepskie skojarzenia, wykasowuję z pamięci to, co chcę i pozostaje poznawać od nowa, od nowa znielubić by ponownie móc wymazać. Może stałoby się to niczym dawanie nowej szansy, może nie znielubiło by się kolejnym razem, i ktoś okazałby się odrobinę wartościowszym okazem. Choć nie bardzo w to wierzę, nie przeczę, że istniałaby taka szansa. Z drugiej strony po kolejnym wykasowaniu i ofiarowaniu następnej szansy mogłoby się okazać, że jednak sztuka nie warta zachodu, bo ponowna porażka i kolejne zdeptane zaufanie. Moja synowa, choć słowo to niejako w naszych relacjach na wyrost i chyba tylko jako charakterystyka faktu, bycia żoną mojego syna, by pominąć tłumaczenia kim jest w rodzinnych relacjach, widocznie już weszła na poziom wymazywania. W tym matriksie, w którym przebywa, ma taktykę specyficzną. Nabałagani, wrogo nastawi wszystkich wokół, wymaże, zapomni i jakby nigdy nic chce być traktowana jak najukochańsza istota pod słońcem. Coś nie pójdzie po jej myśli znowu nabruździ, wymaże i interes się kręci. Tylko w całej ograniczoności nie pojęła faktu, że nie każdy posiada tę wspaniałą umiejętność. Niektórzy bywają pamiętliwi, i nie ważne czy zostaną obrażeni słowem w twarz, SMS-em czy wypowiedzią na społecznościowym portalu. Obrażenie ma tą samą wartość, i nie daje się wymazywać w ten cudowny sposób. Moja mama próbowała pojednania z dziwną moją synową ( ja chyba rozgryzłam raz na zawsze jej specyfikę, tracąc nadzieję na porozumienie) i ponownie doznała zawodu przebaczania. Bismarck, niechlubna postać w naszej historii, powiedział ponoć, że człowiek mądry uczy się na błędach innych, głupiec na własnych. Nie zawsze udaje mi się nie być głupcem, nie zawsze daję radę stanąć na wysokości bycia mądrym, ale skutecznego wymazywania jak do tej pory się nie nauczyłam.  


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


KURTYZANA Z POBOCZA
Notatkę dodano:2015-08-24 18:32:39

Coraz częściej moje poranki lub też kolejne części doby powinny być podkreślone słowami wyśpiewanej przez Czesława Niemena piosenki „Dziwny jest ten świat”. Nie pamiętam, czy będąc sporo młodszą osobą ten świat w podobny, gwałtowny sposób mnie zaskakiwał jak to dzieje się obecnie, czy po prostu było normalniej, że całej tej dziwności nie zauważałam. Nie będę roztrząsać, bo i pewnie nie rozwiążę dylematów dotyczących własnej spostrzegawczości. Jeśli nie zauważałam to może powinnam w ten stan ślepoty powrócić i tkwić w nim zadowolona ze spokoju, prostoty i normalności. Chyba wolałabym nie wszystko dostrzegać oraz nie we wszystkim uczestniczyć, nawet jako obserwator. Mniej wiesz lepiej śpisz. Sporo w tym powiedzeniu racji. Życie z „czystą głową” okazuje się łatwiejsze. Ostatnio w moją drogę wlazła „kurtyzana Polityka”. Może nawet nie całkiem się na niej rozpanoszyła, jednak gdzieś na poboczu próbowała moim postrzeganiem świata lekko się zabawić. Doszło do polemiki między mną a jedną osobą. Niewinne słowo sprowokowało coś, co sprawiło, że z ten człowiek nagle ze spokojnego poczciwca stał się gwałtownikiem gotowym do wszelkich działań byle tylko obronić cześć i chwałę swojego politycznego ideału. Nigdy nie miałam okazji próbować rozmowy z kimś tak zacietrzewionym, z kimś zupełnie głuchym na jakiekolwiek inne racje, niedopuszczającym żadnych argumentów. W jego ustach pojawiła się masoneria, żydzi, partia oszustów, złodzieje, prounijni krętacze. Słowotok szkalujący wszystkich przeciwników i mający przekonać nieprzekonanych. Cóż, próbowałam, starałam się, chciałam stonować. Fanatyczny Mr. Hyde nie miał zamiaru powrócić do spokojnego Dr Jekyll-a. Widział tylko to co sobie umyślił, i za nic miał inne racje. To tylko prosty człowiek, znajomy, potykający się w swoim normalnym życiu, nie zawsze będący na tyle silny by samemu się podźwignąć z upadków. A kiedy kurtyzana dorwie w swoje ręce wychodzą z takich zwykłych ludzi demony odbierające rozum i chłodne myślenie. Wyłącza się klapka pozwalająca na dopuszczenie innego sposobu postrzegania, innych racji czy argumentów. Szczelnie zamknięta głowa nic nie przyjmuje. W zwyczajnych relacjach pojawia się rysa wrogości. Nie z mojej strony, ja mam odmienne zdanie więc stanowię element niebezpieczny. Może nawet w mojej krwi płynie jakaś domieszka żydowskiej, masońskiej czy jeszcze jakiejś innej rasowo i ideowo obcej. Skoro bronię Żydów, zapewne jestem formą podejrzaną. Tylko w mojej mentalności nie istotne jest czy ktoś jest innej nacji, rasy, wyznania czy politycznych poglądów. To przecież jest taki sam człowiek jak ja. Boli go tak samo jak mnie, swędzi podobnie, jak jest głodny to burczy mu w brzuchu, kocha, cierpi. Tak zwyczajnie i nie przeszkadza mi ten człowiek jako człowiek dopóki będzie zachowywał się po ludzku. Na wydumane unijne koryto z którego czerpią przedstawiciele politycznych przeciwników mój argument, że przy tym korycie są przecież wywodzący się z jedynej, nieomylnej preferowanej partii, i nie słyszano by któryś głośno się sprzeciwiał wnioskom czy ustawom, by wzbraniał się brać brudną kasę z unii, został zakrzyczany dalszymi szkalującymi słowami. Zrozumiałam, a może po raz kolejny sobie przypomniałam, dlaczego nie chcę rozmawiać z kurtyzaną. Bo ona tak naprawdę nie potrafi rozmawiać. Jeśli ktoś nie robi jej odpowiednio dobrze, zaczyna krzyczeć nie dopuszczając do słowa. Jej interes jest tu najważniejszy, a czy na tym poboczu weźmie kasę od unijnego pachołka czy od swojskiego to już mało istotny drobiazg. Każdy ze spółkujących z tą niewiastą wcześniej czy później na czymś tracą. Czasami jest to stracona twarz czasami obita d... .

 

Wolę zejść z drogi i pozostać w całości swojego człowieczeństwa. Niech nawet będzie, że jestem głupią, niewyrobioną politycznie babą. Chyba takie rozwiązanie jest dla mnie lepsze.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


DZIEŃ DZIĘKCZYNIENIA
Notatkę dodano:2015-08-19 11:20:06

Najpierw długo się wyczekuje, kiedy już nadejdzie tęsknie wyglądany czas okazuje się, że czekanie trwało nieadekwatnie do tego, co się otrzymało. Mija wyczekiwane zbyt szybko, nie dając pełni nacieszenia się, pozostawiając pewien niedosyt. Okazuje się, że na coś zabrakło czasu, czegoś nie zdążyliśmy, coś przeszło nim złapaliśmy. Może zbyt wiele się oczekuje, wyobraźnia za bardzo się panoszy i później w starciu z rzeczywistością pozostaje niedosyt. Wydaje się tyle czasu, jutro coś zrobię, coś zobaczę, gdzieś się wybiorę. Przecież mogę pozwolić sobie na lenistwo, na wolniejszy krok więc zdążę. Mija dzień, drugi i już nie da rady wszystkiego co się planowało zrobić. Może tak trzeba, by zostało na kiedyś, na następne wyczekiwane i wyglądane urlopy. Ten już prawie za nami, wyjazd, powrót i czas pomiędzy nimi stanowią przeszłość. Możemy sobie powspominać, pooglądać zdjęcia, o czymś zamienić parę słów. Nic więcej, przecież teraźniejszość zbyt mocno daje o sobie znać, by wciąż cofać się do przeszłości choćby nawet tej najbardziej beztroskiej i tak niedawnej. Oczywiście ja, wbrew wszystkiemu nie potrafię odciąć się od minionego czasu. Niczym w przeogromnym magazynie mieszczą się wszystkie chciane i niechciane wspomnienia. Coraz dłuższy szereg zapełnionych tym towarem półek, to chyba najbardziej pasujące do mojego gromadzenia wspomnień porównanie. Taka moja konstrukcja, i niewiele mogę na to poradzić. Pamiętam i tyle. Dziś kolejna data, która powoduje zaglądanie do mojego magazynu. Nim się obejrzałam przeleciał rok i dołożył swój czas do minionych już dwudziestu sześciu lat mojego bycia mężatką. Chcę czy nie, skłania mnie ta rocznica do jakichś przemyśleń, do podsumowań, i chyba najmocniej odczuwanego pewnego poziomu dziękczynienia. Jeśli było by gdzieś na górze, tuż obok pokoju scenarzystów mojego losu biuro podawcze, to powinnam zanieść tam swoje pismo dziękujące za przydzieloną mi połówkę. Nie pisałabym peanów o tym moim ideale na wspólną wędrówkę przez życie. Bo przecież ani on, ani ja ideałami nie jesteśmy. Bardzo przyziemni, czasami słabi, marudni, irytujący, wkurzający. Tacy zwyczajnie po ludzku zwykli. Upadający i podnoszący się z tych upadków z podkreśleniem, że zawsze przy podnoszeniu się pomaga ta druga osoba. Nie patrzy z radością że leżysz, nie czuje satysfakcji, że coś się nie udało, tylko wspiera i podnosi kiedy tak trzeba. Nauczyliśmy się siebie, prawie nie ma w nas tajemnic nieznanych dla drugiego, prawie nie potrafimy się zaskoczyć. Wciąż gdzieś tutaj przekrada się słowo „prawie”, bo przecież jest w nas jeszcze jakiś kawałeczek, który potrafi jednak spowodować, że sprawiamy swoim zachowaniem zdumienie. Nie stetryczeliśmy w tej nudzie tak do końca, nie jesteśmy jak stały wystrój miejsca. Obecni w związku przez zasiedzenie. I choć czasami jakieś gromy grzmią, błyskawice zmieniają cały widok, to wszystko po tych zawirowaniach wraca do spokojnej, pełnej zaufania normy. Czy to powód do dziękowania, myślę, że duży. Umiejętność bycia przy tej samej osobie przez tyle lat nie jest nam ofiarowywana. Rozpoczynając wspólną drogę nie wiemy czy uda się dotrzymać słowa, choć obiecujemy. Składamy obietnice bez pewności ich pokrycia. Życiowe obiecanki cacanki, bo młodość nie jest dobrym składnikiem pewności. Młodość potrafi zmienić kierunek, potrafi się znudzić, z wrzątku zmienić w lodowaty chłód. I nie zawsze się udaje nie rzucać słów na wiatr życia. Może nasza pewność była bardziej pewna, może zdobyte wcześniej doświadczenia nauczyły stałości, a może po prostu dano nam więcej sił do przetrwania gorszych czasów. A może wszystko tak się ułożyło, by było po prostu dobrze akurat nam dwojgu, bez wnikania w przyczyny i bez szukania powodów. By było tak, jak jest nam i by czuć potrzebę dziękczynienia za to co się przytrafiło.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JUŻ PRAWIE MNIE NIE MA
Notatkę dodano:2015-08-07 21:10:13

Oboje jesteśmy pełnoprawnymi urlopowiczami. Mi nie wiadomo kiedy minął pierwszy tydzień urlopu, mąż dopiero przekroczył ten wyczekiwany próg oczekiwania i doczekania się. Walające się dotychczas puste torby zmieniły swą objętość i w karnym szyku już gotowe do wyjazdu. Za chwilę zmienią swoje miejsce postoju na bagażnik samochodu. By to nastąpiło czekamy na odrobinę ochłodzenia, co w obecnym czasie znaczy spadek temperatury poniżej trzydziestu stopni. Ten panujący ukrop męczy chyba każdego, nawet tych, którzy lubią ciepło, którym ono nie przeszkadza. Tym razem grono zafascynowanych podzwrotnikowymi wskaźnikami najwyraźniej się kurczy. Coraz nas więcej, tych pragnących orzeźwienia. Ludzie są zmęczeni, zwierzęta, rośliny. Nie trzeba głośno o tym mówić, wystarczy spojrzeć na pożółkłe brzozy, na płowe trawniki, na wrony spacerujące z rozdziawionymi dziobami. Pośród tego wszystkiego my, rozumne istoty, które lepiące od potu nie potrafimy sprawić sobie wyraźnej ulgi, by za chwilę znowu nie narzekać. Pomijając fakt, że nasza nacja ma w swoich przypadłościach coś takiego jak chroniczne narzekanie, tym razem jest ku temu powód.

Parę godzin czeka nas od wędrówki w miejsce, które bliżej północy daje szansę na tak upragnioną odmianę. I jak już się tam znajdziemy a odmiana pójdzie zbyt po naszej pragnącej chłodu myśli, ponownie będziemy mieć powód do narzekań. Przecież nie możemy odstawać od większości społeczeństwa. Co jak co, ale powód do narzekania zawsze się znajdzie, a to za ciepło lub za zimno. Urlop za krótki albo w złym czasie, towarzystwo też może być powodem do niezadowolenia, jak wszystko. To chyba kwestia wrodzonej wprawy, którą w dużej swojej części posiadamy. Postaram się nie zanarzekać tego czekającego nas czasu. Choć.... nie, nie będę nawet zaczynać.

 

Czas na powolne wynoszenie bagażu, parę godzin snu i … .  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TĘDY, OWĘDY
Notatkę dodano:2015-08-05 21:11:27

Pod nogami walają się gotowe do wyjazdu torby. Jeszcze nie wypełnione, samą swoją obecnością wprowadzają chaos i tworzą bałagan. Moi mężczyźni jakby chcieli ten wyjazd przyspieszyć. Już w niedzielę powyciągali z wszystkich możliwych skrytek mające nam dopomóc w podróży sakwojaże. Część powoli się wypełnia, budząc ciągłe rozterki czy akurat to co już spakowane na coś się przyda. A ja omijając ten bałagan udaję niewidzenie. Mając sporo wolnego czasu swoją torbę po cichu spakowałam tylko po by mieć to z głowy. A może podobnie do chłopaków już chciałabym być gdzieś indziej? Na zewnątrz panują tropikalne upały. Statystycy obliczają, który z mijających dni będzie najgorętszy, który przebije jakieś rekordy sprzed stu lat. W tym wszystkim jedno mnie odrobinę cieszy, fakt, że nie muszę w ten gorąc być zmuszona do obowiązku pracy. Mogę sobie pozwolić na siedzenie w domu, który niczym termos choć trochę chroni przed znienawidzoną duchotą. Opuszczone rolety, pozasłaniane story, sprawiają lekko zatrważający półmrok, ale dzięki temu palące słońce ma utrudniony dostęp a ja ułatwione życie. Generalnie nie lubię kiedy w pomieszczeniach jest tak przytłaczająco ciemno. Jednak w bloku to chyba jedyne rozwiązanie pozwalające utrzymać dający żyć poziom temperatury. Na zewnątrz panuje coś na wzór piekarnika, a tu może nie pełny ale jednak komfort do przyjęcia. Na balkonie wieszam kolejną turę prania, która nim się obejrzę wyschnie, jednak póki co, jeszcze daje kolejną izolację swoją szybko wysychającą obecnością. Piorę wszystko co mi wpadnie w ręce. Nawet wiecznie mnie irytujący dywanik nie został w tych operacjach ominięty. Tu już nie pralka działała tylko ja osobiście. Nie było ekonomicznie ani oszczędnie, było tradycyjnie i wyciskająco pot. Teraz schnie ta zawalidroga na długim kiju od szczotki przeszkadzając w normalnym poruszaniu po ograniczonej rowerami powierzchni balkonu.

 

Mijają mi urlopowe dni, przeskakują cyferki w kalendarzu. Czas przelewa się pomiędzy palcami. Wypełniam ten czas, bo tak trzeba, bo powinno się, a może by skrócić oczekiwanie. Mąż pierwsze zmiany, wraca zmęczony gorącem na które był skazany i najbardziej ze wszystkiego zadowolony jest podmuchem wentylatora i bezczynnością z wyboru. W moim życiu też pewien poziom bezczynności. A może nie pragnę niczego więcej na tę chwilę. Siedzenie w czterech ścianach zabiera możliwości obserwacji, bo i cóż można zauważyć. Sąsiadkę spacerującym ze swoim durnym psem, młodzież siedzącą na ławce wbrew zakazom spożywającą piwo w miejscu publicznym? Żadne to novum, każdy widzi, że tak jest na co dzień i nikomu nie przyjdzie do głowy cokolwiek z tym robić. Zresztą co można w tym oddaleniu od stróżów prawa? Zwrócenie uwagi stanie się powodem do zachowań dalekich od jakiejkolwiek obyczajowości, człowiek staje się wrogiem. Inaczej jeśli ktoś zapłaci mandat, wtedy oczywiście taki „niewinny delikwent” szuka użalających się nad jego nieszczęściem. I co najfajniejsze znajduje. A żeby było jeszcze śmieszniej w tym gronie współczujących jest nie tylko sfora równolatków, ale też wielu z dorosłych, którzy nie rozumieją, że zostały zachwiane pewne normy. Przecież cóż to szkodzi, że sobie dzieciarnia patrzy na spożycie, że za parę lat zacznie naśladować. Skoro pewne zachowania przyjmuje się jako normę, która otoczona jest przyzwoleniem, nie dziwmy się, kiedy za jakiś czas nastolatek będzie tę granicę przekraczał. Wówczas podniesie się larum, jak to, dlaczego, kto tu jest winny? Pozwala się na palec nie dziwmy się sięganiu po całą dłoń. Tak to działa w wielu kwestiach. Nie mówię, że cała młodzież jest zdeprawowana, wszyscy dorośli źli, jednak gdzieś pozacierały się wyraźne granice tego co dobre a co zupełnie nie stosowne, co przystoi a co powinno budzić wstyd, gdzie jest moment na zatrzymanie a skąd rozpoczyna się pochyła równia, której droga prowadzi w karkołomną przepaść. Ciekawe, czy dozwolenie wszystkiego spowodowałoby przerzedzenie naszej populacji czy też w konsekwencji pozwoliło przyjść po rozum do głowy i ograniczyć to, co z niewinnego biernego obserwowania staje się czynnym, zabójczym działaniem.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KU PRZESTRODZE
Notatkę dodano:2015-08-01 22:12:11

Jeszcze nie w pełni czuję rozpoczęty urlop. Zwyczajna sobota, przepełniona pracą doprowadzającą naszą nędzną działeczkę do pozornego ładu. Ta aktywność nie daje odczuć, że na coś się szykuję, że gdzieś, za chwilę się rozpocznie. Jeszcze nie przestawiłam się na inne funkcjonowanie. Zresztą zapewne nie uda mi się przełamać własnego ciała, które z głębokim piętnem naznaczone jakimś schematem nie do przemiany. Będę budzić się wczesnym świtem, z większym lenistwem moje poranki i wieczory potraktuję. Jednak środek nawet po zarwanej nocy i tak będzie rozkazywał by otworzyć oczy wtedy, kiedy inni jeszcze pogrążeni w błogim śnie. Pełna gotowość, jakaś niepoważna obowiązkowość nawet w czasie pozbawionym przymusu. Może specjalnie jestem tak skonstruowana, by pełniej móc przeżywać urlopową labę. Jeszcze jej nie czuję. Ten tydzień zapewne spędzę na szykowaniu się do wyjazdu, jakichś porządkach, zaniedbanych obowiązkach. Takie zwyczajne te moje obowiązki, przyziemne, zupełnie nie górnolotne. Wczoraj korzystając z pustego wieczoru, samodzielnego dysponowania sprzętem telewizyjnym, wygodnie się ułożyłam, i oglądając to co serwowała mi publiczna telewizja, zamarłam w pewnym unieruchomieniu. Oderwałam się od własnej rzeczywistości, stając się widzem kadrów z Powstania Warszawskiego. Nie mnie oceniać stopień artyzmu czy niuanse tego co widziałam. Film zmontowany z oryginalnych taśm, współcześnie oprawiony kolorem oraz słownym podkładem, zapewne w oczach fachowców posiada jakieś mankamenty, jednak to co widziałam ja, wstrząsnęło mną głęboko. Może moja wyobraźnia karmiona lekturą, nie potrafiła na tyle wejść na wyżyny by widzieć tragiczny realizm tamtego czasu. Obrazy filmów fabularnych kręconych w latach powojennych także pozostawiały widzowi pewien margines niedopowiedzeń. Jednak tutaj jakiś optymista we mnie nakazywał dopowiadanie lepszych zakończeń. Moje chcenie dobrego końca zawsze starało się by właśnie taki wplatać w niedopowiedzenia. Współcześnie kręcone filmy dla odmiany zawierają w sobie przeogromne pokłady dramatycznego realizmu, doprowadzające mnie do przedwczesnego wyłączania odbiornika telewizyjnego. Nadmiar przemocy przedstawianej bez jakiegokolwiek zawoalowania, która wiem, że miała miejsce powoduje, że nie potrafię przez parę dni dojść do siebie, jestem podminowana, przytłoczona faktami. Nie żartuję, mój śmiech staje się niepełny, a moja wyobraźnia podpowiada jeszcze więcej tragizmu. Nawet radość z faktu, że przecież moje życie przebiega w bezpiecznym czasie, że ominęły mnie zawirowania, których udziałem byli młodzi ludzie siedemdziesiąt jeden lat temu, nie do końca jest radością pełną. Są sprawy, które mnie głęboko poruszają. Przypadki na które nie mam wpływu, a które każdego dnia gdzieś się dzieją. Zdaję sobie sprawę, że moja awersja do przyjmowania takich faktów nie wymaże ich z historii, one i tak miały lub mają miejsce. Nie chcę stwarzać pozoru, że jestem wydelikatnioną istotą, zdaję sobie jednak sprawę, że nie mam żadnego wpływu na to, czy podobne dramaty będą miały miejsce, czy też nie. Film „ Powstanie Warszawskie” sprawił, że oglądając go w jakiś sposób zostałam porażona, do tego stopnia, iż dopiero zdrętwienie mojego ciała w niezmienionej od początku pozycji sprawiło powrót do własnej rzeczywistości. Wcześniej znalazłam się bardzo blisko dwójki uczestników powstania, których bronią nie był karabin tylko kamera. Byłam niemym widzem, porażonym tym co dane mi było zobaczyć. Gdyby nie fakt, że film został zmontowany z autentycznych powstańczych taśm, trudno byłoby momentami uwierzyć że tamci bohaterowie to przecież tacy sami ludzie jak ja. Że żyli przecież normalnie, mieli rodziny, zwykłe ludzkie sprawy podobnie jak i my mamy, z tą różnicą, że ich życie przypadło w bardzo złym czasie. Czy współcześnie my Polacy potrafilibyśmy przyjąć na siebie taki ogrom tragedii, stać się ze zwyczajnych ludzi bohaterami? Może lepiej nie zadawać takich pytań bo odpowiedzią można by się przerazić. Można ten obraz przyjąć za ostrzeżenie, za przestrogę, tylko czy zostanie on właśnie tak przyjęty? Czy młodzi są na taką przestrogę przygotowani, są gotowi uwierzyć w prawdziwość tego co zobaczą, i docenić spokój własnego czasu? Ja doceniam choć zarazem bardzo wstrząsają mną minione karty naszej własnej historii. Historii narodu do którego należę i choć czasami budzą się we mnie wielkie dylematy, czuję też pewien poziom dumy z faktu bycia Polką.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OWOCOWE MARZENIA
Notatkę dodano:2015-07-29 22:09:34

Zbliża się sierpień, końcówka lipca wydaje się być zupełnie bez znaczenia. Całkiem nieistotna, polegająca na wyczekiwaniu kolejnego miesiąca. Moje odliczanie zmierza ku końcowi. Ochłodziło się być może tylko po to, bym mogła liczyć na ocieplenie. Skoro teraz jest chłodno, to może za parę dni będzie inaczej. Nie mam żadnej gwarancji, jednak siłą rzeczy gdzieś w zakamarkach mojej głowy taka konsekwencja zepsutej pogody istnieje. Raz na wozie, raz pod wozem. W skrytości ducha nawet odrobinę liczę na pogodną pogodę. Zwłaszcza w czasie, kiedy wyruszymy w swoją eskapadę. I ponownie na coś czekam. To oczekiwanie zagryzam owocami. Różowy w pewnej soczystej intensywności arbuz, który pomimo wyraźnego już sobą nasycenia wciąż powoduje, że moja ręka sięga po kolejny pozbawiony grubej skórki kawałek. Czarne pestki zatopione w soczystości w jakiejś fazie przejrzałości wydają się być zupełnie zbędne. Arbuz ma za sąsiadki nektaryny, które choć pozbawione tradycji i wspomnień, sprawiają, że te dwa odmienne smaki wypełniają moje czekanie. Akurat dziś te owoce mną zawładnęły. Nic nie wyszło z planowanych zakupów szerszego asortymentu. Moreli nie było, grejpfruty nie zadowalały mnie swoim wyglądem. Pamiętam, że będąc dzieckiem nie darzyłam owoców takim uwielbieniem jak obecnie. Oczywiście arbuz swoją egzotyką, sporadycznym występowaniem i trudnością zakupu był zawsze wyczekiwany. Jego skórkę ogryzałam w jakiejś dziecięcej nadziei na objawienie w niej słodyczy. A może czyniło się tak, by starczyło jak najdłużej? Coś co rzadko zdarzało się na stole było szanowane, oszczędzane i niesamowicie wyczekiwane. Do krajowej porzeczki, agrestu, wiśni nie można było mnie przekonać. Jednym niewinnie brzmiącym „ nie lubię”, ucinałam namowy do jedzenia. Zresztą będąc dzieckiem przeważnie czegoś nie lubiłam. To takie proste, a zarazem magiczne słowo za które udawało się kupić spokój od ciągłego „ zjedz”. Dodatkowo wcale nie ruszały mnie święte „przecież to zdrowe”. Moje „nie lubię” pełne uporu i jakiejś dziecięcej desperacji oraz obojętności na fakt obfitości krajowego produktu powodowało, że jedynie jabłka i czereśnie jakoś udawało mi się jadać ze smakiem. Oczywiście wszelkie z rzadka pojawiające się banany, pomarańcze, arbuzy czy brzoskwinie kusiły mnie bardziej niż wąż Ewę w raju . Krajowe nie lubię, nie do zmiany w importowane uwielbiam. Dziecięca przypadłość jakoś z wiekiem częściowo minęła, choć może byłoby to przekłamaniem. Wraz z otwarciem na świat, na półkach sklepowych coraz więcej zaczęło się pojawiać egzotyków, które z czasem spowszedniały. Zapomnieliśmy, że kiedyś nie było na naszym rynku czegoś takiego jak kiwi, melon, mango. Żal czasu na wymienianie. Nie było i tyle, a obecnie to, czego nie było jest, w wielu gatunkach i odmianach. Małymi kroczkami poznawałam smaki, poszerzałam doznania, co wcale nie znaczy, że ta droga już za mną. Wiele jeszcze do spróbowania. I nikt nie namawia, nie nakłania, nie wyciąga wszelkich „za” , a ja sama chcę. Nie wiem, czy dorosłam do takiej przemiany, czy siedziała ona we mnie cały czas, tylko z uwagi na niepodatny grunt nie mogła się objawić. Co prawda rodzimy agrest całkowicie zdeklasowany obcymi owocami, porzeczka na dalekiej pozycji w tym rankingu, jednak sam fakt, że owoce polubiłam i nie mogę się bez nich obejść stanowi o sporym postępie żywieniowym. Czasami wybiegając wyobraźnią w obce strony, w egzotyczne kraje myślę, że gdybym się w takim miejscu znalazła trafiając na ojczyznę owoców jeszcze nie spróbowanych, z jakąś dozą szaleństwa chciałbym poznać te wszystkie smaki, których jako dziecku nie dane mi było zaznać. Kto wie, zresztą co mi pisane, przecież jako dziecku też nie przyszłoby mi do głowy, że tak polubię wszelki owoc, że kiedyś będąc dorosłą bez żadnych namów spokojnie siedząc w lipcowy wieczór będę oczekiwać sierpnia.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WĘDRÓWKA DŁUGÓW
Notatkę dodano:2015-07-28 15:53:57

Co niespodziewane przychodzi w najmniej odpowiednich momentach, co spodziewane może być wyczekiwaną niespodzianką. Na spodziewane wyczekuję, odliczając dni. Trzy dni do tegorocznego urlopu. Parędziesiąt godzin do odpoczynku od zawodowej konieczności. Niespodziewane poniedziałkowe niezapowiedzianie objawiło się bólem zęba u Kleszczyka. Przygotowuję się na wydatek w tak nagłych sytuacjach w zasadzie nieunikniony. Jednak nie czekam na rozwój wypadków, szybka decyzja, dogłębne przygotowanie młodego do różnych możliwości. Nie owijam w bawełnę, moje dziecko wykazuje spore bohaterstwo w kwestiach wizyt stomatologicznych i choć wiem, że czuje obawę, jest przepełnione strachem, to jednak aby nie cierpieć i aby nie okazać się słabeuszem dzielnie siada na fotel. Moje wizje były na wyrost, zarówno w sprawie przewidywań w zakresie dentystycznych działań jak i finansowego obciążenia. Nie każdy stomatolog łoi swoich pacjentów, gdy ci w ślepym zaułku konieczności przymuszeni do wizyty. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest odosobniony przypadek, choć wiem też, że łatwość wykorzystania takiej sytuacji tworzy pewną pokusę zarobkową, na którą nie każdy jednak się łakomi. Rodzic zapłaci za brak cierpienia swojego dziecka choćby miał wysupłać ostatni pieniądz, z tego zdają sobie sprawę obie strony. Rodzic się przygotowuje na wydatek i zdarza się tak jak mi wczoraj, zostaje zaskoczony pozytywnym rozwiązaniem. Jak się okazuje można. Można znaleźć miejsce na wizytę na fundusz, można nie wykorzystać tego przygotowanego na wiele rodzica. Świat się nie zawala, jak się okazuje nie przybywa ale i nie ubywa. Bilans zamyka się może nie finansową prosperitą ale ludzkim odruchem, który będzie zapamiętany, będzie gestem, do oddania. Im dłużej maszeruję po tym świecie tym bardziej wierzę w pewne krążenie zachowań, jakąś oddawalność naszych złych i dobrych zachowań. Co ja komuś dobrego to i mi coś dobrego, co ja gdzieś złego zostawię podobnie zło odnajdę, lub ono mnie odnajdzie. Jeśli nawet nie ma w tym krzty prawdziwości, jest to irracjonalne i pozbawione jakichkolwiek podstaw, mi taka forma krążenia po świecie naszych dobrych i złych czynów oraz ich powrotu do „pierwotnego właściciela” pomaga nie tylko w zrozumieniu zachodzących w moim życiu sytuacji ale też staje się przestrogą. Nie tylko „nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe” ale też właśnie „powroty dobrego i złego” w jakiś sposób potrafią zahamować zakusy na pewne zachowania, które czasami aż się proszą by je zastosować. Przychodzi opamiętanie, bo przecież wróci do mnie w dwójnasób, doczekam się zapłaty, więc czy warto? Wiara w tak krążące nasze dobre i złe zachowania powoduje, że dochodzę do wniosku, że jednak nie warto. I wcale nie jest tak, iż robię coś z wyrachowania by kiedyś się zwróciło, że czekam na ten zwrot jak na jakiś dług. A jeśli nie wróci to pomstuję na czym świat stoi bo zainwestowałam i straciłam. Zgoła inaczej to wygląda. Czynię jakiś gest, bez przyczyny, czasami w odruchu samego faktu, aby ktoś poczuł, że świat jest lepszy, by rozwiać chmury, by dać odrobinę radości sobie i tej osobie. Nie czekam na rewanż, a on przychodzi. On pojawia się za jakiś czas, nie oczekiwany, niespodziewany a ja łapię się na tym, że wróciło do mnie coś, co kiedyś gdzieś zostawiłam. Tę swoją teorię rozszerzyłam na parę aspektów życiowych, coś sobie wytłumaczyłam akurat nią. Stało się dzięki temu przejrzyściej w moim odczuwaniu i zupełnie mnie nie rusza, że przeznaczenie, że scenarzyści i odgórni reżyserzy, ja wiem swoje i chyba dobrze mi w takim przekonaniu. Dzięki niemu okazuje się czasami, że całkiem niespodziewanie, kiedy wydaje się że sytuacja mnie przytłacza, że siedzę w kłopotach po uszy, że brak jakiegokolwiek wyjścia z patowego zaułka, z najmniej oczekiwanej strony przychodzi ratunek, obca ręka wyciąga się z pomocą, a ja mam do spłacenia nieistniejący w żadnym banku dług na kiedyś, dla kogoś...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163107
Osób: 145562