Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

ZACHWIANY PION
Notatkę dodano:2015-02-17 20:53:54

Moje próby dogłębnego spostrzegania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Dłuższy dzień, nic odkrywczego. Wracam z pracy niebieska szarość komunikuje mi, że przecież jest inaczej, że bliżej już wiosny. Mam tego obojętną świadomość. Jeszcze miesiąc moich prób wykaraskania się z niewiadomej sytuacji. Liczę, że później będzie normalniej, łatwiej, bardziej do przyjęcia. Zabudowuję swój czas zwyczajnymi sprawami, próbuję żyć nie zmieniając za wiele. Tylko to wszystko jakby poza mną się odbywało, jakby mój umysł przestawił się na inne tory. Nie mam nad tym władzy. A może jednak jestem słabsza niż mi się wydawało. Przez tyle lat, za każdym życiowym wyzwaniem od razu na baczność, w pełnej gotowości do walki, podnosiłam się, otrząsałam i z jakąś butą szłam dalej. Tym razem jakby zmęczenie zabrało tę siłę do podźwignięcia się się z ziemi. Jakby mi było tam dobrze i wygodnie. Nie jest, tylko nie potrafię. Niewidoczny dla innych mój własny problem ciąży mi niczym przeładowany plecak. Parę kroków da się zrobić, jednak wżynające się szelki, ciągnący ku ziemi ciężar powoduje chęć zdjęcia niechcianego balastu. Tym razem nie ma szansy na pozbycie się. Bezsilność, wściekłość na własną niemoc. Możliwe, że największą bolączką jest niewiadome połączone ze strachem. Tym razem nie umiem przeciwdziałać podnosząc się pomimo wszystko. Codzienne obowiązki nie dają przylgnąć do ziemi w błogim poczuciu że się tam zostanie. Życie musi płynąć swoim zwyczajnym tokiem, ze śniadaniami, obiadami, odrabianiem lekcji, pracą i maską na twarzy. Niewygodna ta maska. Nie lubię fałszu nawet tego koniecznego. Gdzieś muszę odreagować, jednak tym razem nawet na wyżycie się brakuje sił. Muszę trzymać pion, zaopatrzyć się w cierpliwość, przyjąć to co mi szelmy na górze wyreżyserują. W tym całym wielkim świecie, tak naprawdę ze swoimi problemami bywamy sami. Nie liczę jednej najbliższej osoby. Mam ten komfort, że choć tu czuję wsparcie i pomoc. Może jeśli napiszę próby wsparcia, będzie to bardziej zgodne z prawdą. Tak naprawdę w tej chwili nic nie mogę, ani ja, ani moja bratnia dusza. Lżej jeśli ma się świadomość, że gdyby tylko coś się dało, coś można było pomóc... Że tu nie ma tego fałszu, niedopowiedzeń i udawania. Tylko tak naprawdę to co jest we mnie nie da się powiedzieć, przekazać, wytłumaczyć aby było odebrane w mój własny sposób.

 

Jutro Popielec, tym razem nawet ten dzień nie będzie mi dawał refleksji jak co roku. Zbyt głęboko wciągnęły mnie własne sprawy, które sobą przykryły wszystko inne. Mechanicznie dam posypać głowę popiołem, i tak będzie się działo wszystko własnym tokiem, na który nie mam wpływu.  



Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DLACZEGO MANIA ?
Notatkę dodano:2015-02-12 21:52:23

Idę swoją drogą przez kogoś odgórnie dla mnie wytyczoną. Spotykam na niej ludzi, którzy stają się więcej lub mniej ważni. Krzyżują się te nasze drogi, krócej lub dłużej trwają różne znajomości. Uczymy się wzajemnie relacji, poznajemy, zdobywamy doświadczenia budzące uśmiech, zostawiające ślady łez, pełen wachlarz ludzkich zachowań. Nic z pozoru nowego, przecież każdy ma tak samo. Jeden więcej zgarnie, drugi mniej. Mijamy się, nie wnikamy w czyjeś sprawy, dyskretnie czasami rzucimy okiem i udając całkowitą niewiedzę przechodzimy dalej. I zdarzają się dni, kiedy minięcie się nie udaje, i zdobywamy więcej wiedzy i zamurowani jakimś stanem niemocy czujemy, jak bardzo niesprawiedliwie ten świat jest zbudowany. Moje ja buntuje się przeciwko temu odgórnemu porządkowi, bo nie tak powinno być, bo za wiele złego dla zwykłych ludzi. Na mojej drodze pojawiała się epizodycznie jedna osoba, krzyżówka zawodowych obowiązków dała na tyle poznać tę panią, że widziałam w niej normalną, sympatyczną kobietę. Wymieniałyśmy parę słów, przelotnie jakiś żart, dla urozmaicenia jakieś kpiny z panujących w pracy stosunków. Nigdy nie pokazywała po sobie smutku, nie dawała odczuć, że źle się dzieje. Przelotne kontakty powodowały powolne otwieranie i poznawanie losu, który im więcej szczegółów, tym bardziej swoją krętością zaskakiwał. Życie, które nie mieściło się w kanwach normalności, pełne faktów, które pojedynczo stanowiłyby mnogość, a tu w jakiejś komasacji i nadmiarze. Pierwszy mąż zabity w dniu ślubu, drugi mąż i jakieś fatum wiszące nad nimi, nie pozwalające stworzyć pełnej w potomków rodziny. Poronienia, śmierci i wreszcie kiedy pojawiło się wytęsknione dziecko okazuje się wielką niepełnosprawnością naznaczone. Ciężko pracuje kobieta jakoś łatając braki, a jeszcze opiekuje się bardzo chorą i wymagającą matką. Ogrom tego ciężaru nie pozwala jednak na narzekanie, na obnoszenie się przed światem z tymi osobistymi problemami. Znamy ją jako żartującą, wiecznie uśmiechniętą kobietę. Zawsze dobre słowa można usłyszeć. Umiera chorująca matka, wydaje się mniej obowiązków, będzie łatwiej tej steranej kobiecie. Z niepełnosprawnym synem coraz bardziej sobie nie radzi, może za wiele jednak tych ciężarów dla tej niewysokiej starszej już pani. Jakaś placówka opiekuńcza, gdzie więcej czasu mu poświęcą, może już naprawdę brakuje sił, że ten krok został podjęty. Wydaje się, przez chwilę spokojniej pożyje, jeszcze do emerytury parę lat. Jakieś objawy własnego zdrowia każą udać się po pomoc, która w naszych realiach zapewne przeciąga się, nie zawsze okazuje pełnię kompetencji. I jest wyrok – białaczka. Kolejny wyrok w jej ciernistej drodze. Drodze, która całe życie bez narzekania i słowa skargi przeszła.

 

Mam świadomość, że takich ludzi jest więcej. Nie każdego dane nam poznać, nie mamy możliwości lub chęci, a może nie obnoszą się ze swoimi bólami. Bo to przecież ich życie, nie zawsze dzielimy się nim z innymi. A czasami poznajemy ten nadmiar tragedii, który się im przydarza i nie możemy w żaden sposób pomóc. Czuję nie tylko niemoc, czuję całą niesprawiedliwość w przydziale ludzkich losów. Prowokuje mnie to do wygrażania pięścią niewidocznym reżyserom naszych losów. Dlaczego? Dlaczego aż tak wiele? Wiem, że nie mam prawa, że nie powinnam, jednak nie potrafię zrozumieć dlaczego tak bardzo można skrzywdzić takim pokręconym losem jedną dobrą osobę. Widzę zbirów, morderców, złodziei, którym nic się nie dzieje jakby ich złe życie było nagradzane i widzę tę zwyczajną choć bardzo niezwykłą kobietę, która na każdym kroku jakąś niezasłużoną karę odbywała. Nie potrafię przejść nad tym obojętnie, udawać że jest wszystko w porządku, bo nie czuję takiego porządku. Czy nagroda musi być po drugiej stronie, a jeśli nawet tam jej nie będzie?   


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JEDYNE CO MAM TO ZŁUDZENIA...
Notatkę dodano:2015-02-11 22:20:01

„Jedyne co mam to złudzenia, że mogę mieć własne pragnienia”. Po latach natrafiłam na piosenkę, która kiedyś prowokowała mnie do wielokrotnego odsłuchiwania. Podobała mi się zarówno strona muzyczna jak i tekst, który wielokrotnie powtarzany wrył się w pamięć. W tamtym czasie, kiedy byłam młodsza, inne sprawy mnie absorbowały, coś innego bywało ważne, inni ludzie mnie otaczali i na karku lżejszy bagaż doświadczeń, urzekła mnie całość. Inne muzyczne odkrycia pojawiały się w moim życiu, sprawy życiowe powodowały zawirowania i swoją ważnością nie dawały pamiętać o muzycznym zauroczeniu. Przypadek sprawił, że ponownie natrafiłam i od nowa odkryłam ten jakże prawdziwy w odniesieniu do swojego życia tekst. Uniwersalne słowa, które nie tracą na prawdziwości. Nie stanowię tutaj jakiejś odosobnionej w odczuciach jednostki, tylko niczym jeden z pionków w życiowej grze, widzę jak bardzo ten tekst ciągle jest aktualny. Na nic moja pozorna siła, która gdzieś tkwi, choć czasami w najbardziej krytycznych momentach potrafi zawieść, na nic monument charakteru, skoro tak naprawdę bardzo wiele, nie zależy od nas samych. Mamy złudzenia. Żyjemy w nich, otaczamy się, lepiej nam z nimi, i mamimy się że te złudzenia to nasza rzeczywistość. A rzeczywistość niczym bańka mydlana uzależniona jest od innych ludzi spraw, sytuacji. I okazuje się pozostajemy z wiedzą, że mamy złudzenia, że nam się tylko wydawało. W wielu dziedzinach to „wydawanie” ma miejsce. Czasami wydaje się wielka miłość, która okazuje się wielkim złudzeniem, której efektem bywa nienawiść. Prawdziwa przyjaźń, która trwając w stanie złudzenia znika pozostawiając niesmak i wrogość. Może lepiej nie kochać, nie mieć przyjaciół, aby nie stanąć na skraju przepaści o nazwie rozczarowanie? Jeśliby to było tak łatwe, zapewne nie jeden wybrałby taką drogę. Po cóż cierpieć, po co przeżywać dołujące zawody, odczuwać porażki, czyż nie byłoby łatwiej, po prostu nie musieć tego wszystkiego przechodzić? Zapewne takie jałowe życie emocjonalne w efekcie okazywałoby się prostsze, choć dodatkowo napiętnowane pewnym poziomem nudy. Tylko czy nie stałoby się w tej prostocie i bezbolesności zupełnie mdłe? Potrzebujemy zawodów, zawirowań, zmian, spowodowanych tym, że rozwiewają się złudzenia, że nie wszystko zależy od nas, że choć tacy mali i niewiele znaczący jednak każdy z nas całkiem odmiennie przechodzi własną drogę. Nasze wybory niby tak przemyślane, jedyne, najlepsze, bywają złudzeniami i borykamy się z nimi, dokonując kolejnych wyborów, ponosząc porażki, zawodząc się i odnosząc kolejne rany dźwigać się, bo mamy jeszcze coś do załatwienia tu i teraz. Trzeba przejść kolejne złudzenia, mieć kolejne pragnienia, które dodadzą, może nie zawsze słodkiego ale na pewno, wyraźnego smaku naszemu życiu.



Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NASTĄPI WYBUCH
Notatkę dodano:2015-02-09 21:08:46

Cierpliwie czekam na werdykt losu. Przy moim charakterze nie jest to bezbolesne. Oczekiwanie nigdy nie było moją mocną stroną. Pozornie przestawiałam się na spokój, jednak gdzieś drżała zawsze niecierpliwość. Obecnie też moje życie przybrało płaszczyk pozornego oczekiwania, przyzwyczaiło się, wyciszyło w tym czekaniu. W dni pracy jest łatwiej, zaabsorbowanie zajęciami zawodowymi, więcej kontaktów z ludźmi, pomaga nie myśleć. Po paru dniach właśnie takiego zawodowego oderwania od własnych spraw, jutro wolne. Już wypełniłam w planach ten dzień. Może za wiele, może nie dam sobie wypoczynku, a jest mi on ostatnio bardziej potrzebny, jednak wolę być zmęczona i padać nie myśląc, nie budzić się w środku nocy, z nadmiarem wątpliwości. Na jutro wymyśliłam sobie wiele, i to wiele pozwoli na oderwanie od pytań. Przy okazji o parę godzin będę bliżej, mniej będzie mojego świadomego czekania. Jeśli zapomnę o czekaniu przychodzi mi ono łatwiej. Oczekiwanie podcina mi skrzydła. Jakaś moja część jest strasznie w gorącej wodzie kąpana. Już chce wyskoczyć, załatwić, zrobić, zaliczyć, odfajkować i mieć z głowy. Oczekiwanie powoduje mój stres, a wraz z nim przychodzi mniejsza pewność siebie, coraz mniejsze poczucie że jestem w stanie zrobić to, co jest do załatwienia. Rozmywam się, spada moje morale i odwaga. Pojawia się odczucie, że nie dam rady, że porwałam się z motyką na słońce. Od najmłodszych lat jakieś symptomy tej zniecierpliwionej cierpliwości u mnie się pojawiały. Nauczyciel odpytywał, trzymając się kolejności nazwisk, kiepsko, gdyż zawsze gdzieś przy końcu listy się znajdowałam. Jeśli już to odpytywanie było nieuniknione wolałabym stanąć na szafocie i polec szybciej niż czekając na wyrok, na przyjście mojej dalekiej kolejki. Ustna matura, o ironio nie ominęło mnie czekanie, które sprawiło wprost proporcjonalny poziom stresu oraz odwrotnie proporcjonalne poczucie że cokolwiek wiem. Egzaminy od których coś zależy wolę przechodzić bez oczekiwania. Wiem, że nie zawsze jest to możliwe, z wiekiem łatwiej o cierpliwość, jednak akurat tym razem wcale nie jest łatwiejsze przejście tego czasu, który jest szlabanem dla mojej cierpliwości. Duży kawałek mnie wyłączył wszelkie receptory. Nie dostrzegam, nie zauważam, obojętnieję. Mając świadomość tego stanu wcale nie czuję się lepiej, mam wrażenie, że jestem jakoś okrojona z odbioru świata. Nawet jeśli coś zauważam, nie odciska to na mnie takiego wrażenia, jak miałoby miejsce jeszcze jakiś czas temu. Może kiedy cała karuzela się uspokoi, powróci wrażliwość na świat, powróci beztroska radość z faktu bycia cząstką tego co tu i ponownie zacznę relacjonować odcinki tej telenoweli, którą stanowi moje otoczenie i ja sama. Choć nim karuzela zatrzyma swój szaleńczy ruch, jeszcze nastąpi mały wybuch o który nikt nie będzie mnie podejrzewał. Sama wyobraźnia tego momentu budzi we mnie wewnętrzny, szelmowski chichot.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BĘDĘ WYKLUCZONA...
Notatkę dodano:2015-02-04 20:38:05

Drobne płatki śniegu, spokojnie opadają wprost w rozmrażanych poprzedników pokrywających cienką warstwą całą ziemię. Tu gdzie ludzkich jednostek więcej się przemieszcza breja pod nogami powstaje szybciej, na mniej uczęszczanych trasach jest szansa na krótkotrwałą biel. Bezwietrzna aura powoduje, że delikatne śnieżynki opadają dostojnie i powoli. Niektóre osiadają na moich rzęsach, gdzieś na daszku czapki tylko po to by za chwilę zmienić się w kropelkę. Z niejakim poczuciem wewnętrznego marazmu i paroma nieudanymi epizodzikami minionych godzin, obojętnie idę nie czując, że ten spokojny opad w jakikolwiek sposób mi przeszkadza. Więcej okruchów na mojej kurtce tworzy zakupiona przed chwilą bułka, którą z jakimś wilczym głodem gryzę. Nie jestem damą, jeśli głód zmusi mnie do jedzenia w środku miasta suchej bułki, po prostu to zrobię. Nie potrzebuję przyzwolenia otoczenia. Otoczenie żyje swoim życiem, ja choć stanowię jakąś część całości, żyję swoim. Jednak otoczenie nie zawsze daje spokój poszczególnym jednostkom. Gryzę tę swoją bułkę, otrzepuję się z powstałych okruchów, na rzęsach osiadają kolejne zbłąkane płatki, zatopiona w swoich myślach powoli, co nie często mi się zdarza człapię w stronę przystanku. „Czy wie pani co piszą w biblii?”. Moja wiedza opierająca się na wcześniejszych obserwacjach i różnorakich krzyżówkach losowych podpowiada mi, że osoba tak znienacka mnie zaczepiająca to jedna z wyznawczyń Świadków Jehowy. Nie mam wobec tych ludzi wrogiego nastawienia, przeważnie grzecznie dziękuję za rozmowę i idę w swoją stronę. Dziś jakoś inaczej, nie zeszłam z drogi tylko krótkim „co?” spowodowałam, że kobieta poczuła chęć przekazywania swoich mądrości. „Piszą, że w raju wszyscy będziemy piękni, młodzi i zdrowi.” Moje „ to dobrze” rozochociło kobietę do dalszych słów : „ Ale trzeba czytać i wierzyć....” . „ A jeśli nie będę czytać to nie znajdę się w raju taka piękna, nie będzie tam dla mnie miejsca?” . Lekko panią zamurowało, nie spodziewała się widocznie tak durnej logiki pomiędzy ugryzieniami suchej bułki. „ Ale trzeba...będzie”. Moje „ to jeśli nie będę czytać to najwyżej będę wykluczona”, doprowadziło kobietę do pewnego stanu zaskoczenia, dała mi spokój nie widząc szans na bez reakcyjne przekazanie mi swoich mądrości. Spokojnie dokończyłam swoją bułkę zaspokajając, całkiem nie będąc damą głód. Wykluczyłam się z grona dam zachowaniem prostackim, a do tego moje lenistwo w poznawaniu biblii doprowadzi do wykluczenia z grona pięknych, zdrowych i młodych. Tylko w całej swojej przekorze po raz kolejny zadam pytanie, jakie, ktokolwiek tutaj ma prawo do decydowania za Boga, gdzie i kto się znajdzie, kiedyś na końcu świata? Jeśli wierzy w wyznawane prawdy, jeśli żyje zgodnie z nie krzywdzącą nikogo moralnością, dobrze. Jeśli nie wierzy a żyje równie dobrze, to czy ktoś tutaj, może ustalić jego doczesne miejsce? Może Bóg w całej swojej mocy i wielkości, bez nachalności i przymusu zezwoli temu dobrze żyjącemu, choć nie wierzącemu na bycie „pięknym, młodym i zdrowym”. Jestem pyłkiem wobec wielkości wszechświata, daleko mi do wywrotowych teorii i przyjmowania jednego w sztywnych ramach kierunku, tylko czy tak naprawdę ktokolwiek tutaj, nawet posiadłszy każdą literkę świętych pism ma prawo powiedzieć, że jego wiedza jest jedyna i słuszna, nieomylna i prawdziwie odbierająca całą treść? A jeśli każdy z badaczy się myli, jeśli nie widzi innego dna? Czy zwykła kobieta z ulicy posiadła na tyle tej wiedzy by decydować o moim wykluczeniu lub przyjęciu do grona pięknych, młodych i zdrowych? Dziś może lepiej, że zeszła mi z drogi, za wiele czasu miałam, na grzeczne podziękowanie. Nikt tu nie ma prawa osądzać mojego kiedyś.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


GARSTKA PIASKU
Notatkę dodano:2015-02-03 08:25:15

Mówisz, zrób coś, zaczynam się martwić. Mówisz, nigdy taka nie byłaś, zaczynam się o ciebie bać. A ja czuję się niczym garstka piasku, którą ktoś przesypuje z ręki do ręki. Część pyłu i drobinek wraz z podmuchem powietrza gdzieś poza dłonie ucieka. Reszta spadających ziarenek nie ma żadnego wpływu na to, co się z nimi stanie. Garścią piasku bawi się ktoś leżący na plaży, to zabijająca nudę zabawa. Nie martwimy się o piasek. A ja jestem w podobnej rozsypce. Staram się zachować twarz, przybieram grymas uśmiechu i udaję. Tylko udawanie nie zawsze wychodzi. Wobec obcych łatwiej o aktorskie zagrania, dworowanie i pusty śmiech. Niech myślą, że nic się nie dzieje, że żaden problem ani zmartwienie nie ma do mnie dostępu. Jarzmo udawania ściągam przy Tobie. A Ty zaczynasz się martwić, bo nigdy taka nie byłam, bo nie potrafisz mi pomóc. To co mnie boli daje znać w każdej chwili mojego życia. Nie potrafię wyłączyć myślenia. Nie mogę spać, myślę. Milczę, myśli się zbierają czekając na chwilę do ataku. Po ludzku się boję. Nie mam wpływu na to, co się ze mną dzieje. Rozsypał się mój domek z kart, układany z mozołem. Pewniki gdzieś się niczym szklane kulko potoczyły, zostawiając wielki znak zapytania. Muszę czekać na odpowiedzi, i boję się jakie one będą. Od nich będzie zależało tak wiele. Dlaczego zakładam, że będzie źle. Bo wiem, że częściej bywa źle. Bo wbrew całemu optymizmowi, który został przytłoczony strachem nie mogę zrobić nic, aby przyspieszyć czas, aby odpowiedzi przyszły szybciej, i aby były one takie, że zmiotą cały strach i wszystkie obawy. Zbyt to osobiste? A może nie powinnam odkładać aktorstwa, tylko trwać w przybranej roli. Kogo obchodzi czyjś strach, czyjeś problemy? Tak naprawdę parę osób może z ludzkim odruchem zapyta, czy będzie próbowało dodać otuchy. Reszta z człowieczą ciekawością będzie się przyglądać stawiając zakłady: podźwignie się czy nie podniesie. Tak mamy, niby altruiści, niby współczujący, udający pomoc. Kiedy przychodzi do nas chwila próby na ilu możemy tak naprawdę liczyć? Dwie, trzy osoby, a bywa że nikt tak naprawdę. Zawsze mamy wymówkę a przede wszystkim własne sprawy, które są dla nas najważniejsze. I co mnie będzie obchodzić czyjś smutek, jakieś nakreślone problemy dalszej rodziny, skoro we mnie siedzi mój ból. Teraz on jest dla mnie ważny, on nie daje spać, lub wczesnym wieczorem powoduje całkowitą fizyczną bezsilność. Mój ból nie jest fizyczny, jest bezbolesny. Nie kłuje, nie skręca, nie piecze, zabiera chęci, powoduje ociężałość, i każe o sobie ciągle myśleć. Myślenia nie widać jeśli na to nie pozwolę. Mechanicznie przejdę kolejny dzień, zastosuję parę aktorskich min, zdobędę się na cierpliwość oczekiwania i będę udawać wobec wszystkich, tylko nie wobec Ciebie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KAŻDY MOŻE BYĆ OFIARĄ
Notatkę dodano:2015-01-29 21:04:53

Niewielki wycinek dzieli od zakończenia pierwszego miesiąca przełomowego dla mnie roku. Czas przyspiesza, a ja czuję, że zwalniam. Nie ma we mnie energii, która sprawiała, że chciało się skakać. Znikły wariackie, sztubackie zachowania, zeszło powietrze. Troszkę tu winy moich spraw a może i odzwierciedlenie upodlenia, które dzieje się pośród pobratymców. Ku czemu zmierzamy jako ludzie, skoro zachowania nasze nie licują z jakąkolwiek odrobiną moralności i etyki. Próbuję nie oglądać telewizji, nie słuchać radia, plotki szerokim łukiem omijać. Jednak żyjąc tu i teraz nie sposób ustrzec się od przypływających informacji. Jak dalece możemy posunąć się w tolerancji zwyrodnienia i brutalności, czy ta granica jest tak gumowa, że wciąż będziemy przyjmować do wiadomości bez konsekwencji czy reakcji. Nie namawiam do linczu, nie mówię : oko za oko. Choć obserwując do czego są zdolne niektóre jednostki, nie byłabym przeciwna zastosowaniom dawnych sposobów karania. Jako społeczeństwo winniśmy być humanitarni, wykazywać zrozumienie dla potknięć, jako katolikom, wybaczanie powinno stać się naszym orężem. I nagle okazuje się, że moje ego nie przypuszcza do siebie myśli, że mogłabym wybaczyć. I nie ważny staje się tu fakt, że nie ja byłam obiektem zbrodni, katowania, gwałtów i maltretowania czy też ponoszącą śmierć dzięki komuś. Jeśli postawiono by przede mną ofiarę i winnego, stanę po stronie ofiary. Nie będę bronić zwyrodnialców, pedofili czy innych zwichrowanych jednostek. Stałabym się oskarżycielem wołającym o najwyższy wymiar kary. Identyfikuję się z ofiarą, bo zdaję sobie sprawę, że właśnie nią przy niesprzyjających okolicznościach mogłabym się stać. Nie będę katem, ale ofiarą jakimś zrządzeniem losu mogę być. Szczęśliwymi zbiegami nie dane mi było dotychczas zaznać upodlenia od kogoś. I w całej swojej przekorze czy niedoskonałości nie będę wymagać wybaczenia od ofiar dla swoich katów. Mogę podziwiać takich, którzy podobną umiejętność posiedli i szczerym wybaczeniem bratają się z własnym prześladowcą. Ja nie potrafiłabym i sądzę, że żadne nauki ani przypowieści tego nie zmienią. Nie ma w moich oczach wybielenia osoby, która za zabójstwo dwójki dzieci zasługuje na łaskawsze wyroki z uwagi na to, że dobrowolnie przyznała się do winy oraz wyraziła skruchę. Cóż to za osiągnięcie, i co znaczy dobrowolne przyznanie się do winy. Czyżby inni przyznawali się łamani kołem, lub torturowani. Podobne praktyki raczej nie są stosowane w naszym wymiarze sprawiedliwości, więc samym faktem, że jakiś bydlak nie mataczy, tylko przyparty do muru, stojąc przed faktem że zbrodnia wyszła na jaw przyzna się, mam go w jakiś sposób wyróżniać i uniewinniać? Gdzie tu zasługa? Nie dostrzegam jej, być może z tego prozaicznego powodu, że mogłabym być ofiarą.

 

Inny „człowiek” właśnie odbył dwudziestopięcioletni wyrok za gwałt i zabójstwo pięciomiesięcznej!! dziewczynki. Jak wypowiadają się biegli i zajmujący się jego przypadkiem nie rokuje na normalne życie, w kwestii przestępczości nie powiedział ostatniego słowa. I ponownie stawiam się w roli ofiary, lub rodzica ofiary. Zbrodnia takiego kalibru nie mieści się w żadnym z moich sposobów rozumienia tego świata. Każdy wyrok będzie za mały. Ktoś powie, odsiedział swoje, a jeśliby miał dobrego adwokata, to „swoje” mogłoby być o pięć, dziesięć lat krótsze. Jeśliby nawet było o sto procent dłuższe czy wystarczy na zmazanie czynu, który popełnił. Wychodzi za mury więzienia, biegli mają pełną świadomość, że resocjalizacja nie nastąpiła, więc kto wie, może jutro, pojutrze czyjś syn lub córka stanie się ofiarą. Ta bomba tyka, i nikt nie wie, kiedy wybuchnie, bo że wybuchnie jest ogromna szansa wedle tych, którzy zajmowali się przypadkiem wspomnianego „człowieka”. Wobec takich „ludzi” chowam swój katolicyzm w zamkniętej na klucz komnacie, a sama żądam dla nich kary, która nie pozwoli nigdy więcej mi, jako potencjalnej ofierze bać się ciemnych zaułków, spacerów wieczorami, wypuszczania własnych dzieci na jasne, skąpane w słońcu podwórko. Nie chcę się bać i nie chcę być ofiarą paru takich, wobec których wielka reszta społeczeństwa ma w imię humanitaryzmu wykazywać zrozumienie i łaskawość. Nie będę łaskawa, bo nie chcę się bać i nie chcę być potencjalną ofiarą. To nie my mamy się bać tylko ci, którzy nie potrafią zastosować ludzkich zachowań w ludzkim mrowiu. Nie muszę identyfikować się ze zbrodniarzem, nie muszę rozumieć jego intencji, i nie muszę go uniewinniać, bo on swoim zachowaniem nie zasługuje na takie pochylenie z mojej strony. 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TOMBAKOWY ŚRODEK
Notatkę dodano:2015-01-26 21:17:09

Parę nocy, kilka dni i przywykłam do swojego problemu. Już nie stanowi szoku czy poczucia wstrząsu. Okrzepłam, przyzwyczaiłam się funkcjonuję jakby to stawało się czymś normalnym. Jeszcze wiele przede mną kroków, które zabolą czy wywołają łzy. Dla mnie ta sprawa to coś przeogromnie ważnego. Pomimo że jest czymś burzącym cały mój świat, przeinaczającym całe życie, wystarczyło parę nocy bym z większym dystansem do niego podchodziła. To mój problem, nie istotny dla otoczenia, choć otoczenie wiele będzie miało do powiedzenia. Pogadają, przyzwyczają się, stanie się normą i zaczną patrzeć jakby tak miało być. Mój nieglobalny problem a styl działania podobny do tych wielkich o których rozgłaszają, trąbią. I te wielkie początkowo wzburzają, zaskakują, budzą emocje a po czasie kiedy się do nich przyzwyczajamy patrzymy z niejaką obojętnością. Giną ludzie na Ukrainie, inaczej na to opinia publiczna patrzy niż parę miesięcy temu. Jaka nauka płynie z tych wydarzeń? Jedna, która nieodmiennie utwierdza mnie w przekonaniu, że świat może ociekać krwią, a w rezultacie nikt z tego żadnej nauki nie dozna. Nic nie nauczyły dyktatury, zawsze znajdzie się paru takich, którzy podobnie będą działać. Jakie na to są reakcje świata? Grożenie palcem, sankcje gospodarcze, gadka która ma wpłynąć a tak naprawdę nie wpływa. Co za różnica ginącym ludziom, czy ktoś to widzi czy nie, skoro nic im to nie pomaga i dalej za milczącym przyzwoleniem giną. Jeden mówi wysłałbym wojsko, drugi przeciwną opcję wybierze. Jeden przyjmie paru uchodźców, drugi to wytknie, patriotycznie wybierając własny naród. Nie ma złotego środka. Cierpimy na rozdwojenie jaźni w kwestii ukraińskiej wojny. Nie zgadzamy się z tym stanem rzeczy, bulwersuje nas, oburza i wywołuje skrajne współczucie z jednej strony. Jednak istnieje ta druga strona, która rozwarstwia społeczeństwo. Jak można pomóc by samemu nie ucierpieć, by nie spowodować lawiny, która nas pogrzebie. Wstrzymująca postawa mocarstw jest w pełni zrozumiała, choć nie dla wszystkich. My, naród wobec którego także podobna postawa miała miejsce rwiemy się by coś uczynić. Daleko nam do potężnych mocarstw umiejących przymykać oko, choć minione lata stępiły poczucie sprawiedliwości. Rozważamy. Takie przysłowiowe chciałabym, a boję się. Chcemy pomóc, tylko czy dla tej pomocy, choć doskonale zdajemy sobie sprawę, że dzieje się wielka niesprawiedliwość, potrafimy odrzucić dotychczasowy spokój osiągnięty latami poniżeń i naprawiania zniszczeń które były efektem wcześniejszej stoickiej postawy bliższych i dalszych sąsiadów. Nie ma łatwych rozwiązań, i każde będzie skutkować jakąś niesprawiedliwością. Obce mi są mordobicia wielkie na arenach międzynarodowych i te małe pod moimi oknami między małolatami, którym iskra wystarcza do rozkwaszenia nosa przeciwnikowi. Wyimaginowany problem, który za pięć lat zniknie za niepamięcią daje prawo do naparzania się. Wstrząsają mną takie widoki, jednak tak jak potrafię sobie wytłumaczyć, choć z przeogromnym trudem męską potrzebę wymiany ciosów, nie umiem zrozumieć, że na większą skalę, z lepszym technicznie wyposażeniem niż gołe pięści, ludzie dorośli nie potrafią załatwić wielu spraw normalną wymianą słów. Jeśli komuś nie dam po gębie to nie da rady uzyskać porozumienia ? Nieodłączny czynnik dojścia do normalności? Jak to dla mnie dalekie i nie do pojęcia. Nie przystaję do takiego świata, nie rozumiem tego schematu, który nieodmiennie mnie wstrząsa. Z drugiej strony przy całej niezgodzie dla takiego postępowania jaka szansa na zmianę dzięki mnie? Patowa sytuacja, bez złotego środka, brak bezbolesnego rozwiązania. Dziwny jest ten świat.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


GDY NIE MA DZIECI W DOMU – TO....
Notatkę dodano:2015-01-22 18:00:37

Ostatnie trzy dni były dla mnie czymś niesamowitym. Czymś czego nie doznałam od prawie ośmiu lat. Kleszczyk pojechał do babci w ramach ferii. W domu zapanowała cisza, miałam czas na nudę. Mogłam w tej wszechobecnej ciszy obijać się o wszystkie kąty, pić kawę bez nieustannej fonii, nie musiałam martwić się o obiady, śniadania, kolacje. Wszystko było tak inaczej niż normalnie. Początkowo ta cisza przyniosła pewne odczuwanie ulgi, która po jakimś czasie stała się brakiem. Po raz pierwszy od początku swojego życia młody był poza domem aż tyle. Zapewne sam na sam z babcią miało swoje plusy i atrakcje. Podobnie u nas, jego brak ze świadomością przebywania pod dobrą opieką, co zabrało zaniepokojenie i obawy, sprawił że choć pusto zarazem całkiem do przyjęcia. Dopiero jego wkroczenie do domu, rzucenie się na moją szyję sprawiło, że poczułam jak wielki był jego brak. Oczywiście po momencie w pełni dał zapomnieć, o jeszcze chwilę temu panującej ciszy. Wypełnił sobą w nadmiarze całe mieszkanie. Relacje, opowieści, przedzielane co rusz wilgotnym buziakiem. Ten sposób wykazywania uczuć jeszcze nie jest dla niego niczym dziwnym czy wstydliwym. Przytulas stęskniony, choć przecież u babci nic nie brakowało. Niby parę dni, a kiedy na niego patrzę jakbym inne dziecko widziała. Odskocznia nieobecności sprawiła, że nasze dni były inne. Znalazł się czas na wyjście z domu, kiedy nie trzeba było szukać opieki czy też młodego ciągnąć ze sobą. Dorośli czasami potrzebują czegoś innego niż dzieci. Nie zawsze naszym największym pragnieniem są filmy w przedziale wieku do lat siedmiu. Chcemy czegoś innego, a nie zawsze jest możliwość do skorzystania. Przez chwilę mieliśmy ten luksus i czas. Musi nam wspomnienie po nim pozostać na dłużej. To niby takie normalne, pogodzenie rodzicielstwa ze spełnieniem siebie. Jednak dopiero fakt nieobecności sprawił zauważenie że nie do końca to pogodzenie jest możliwe. Więcej w nas pogodzenia się z rezygnacją z czegoś, niż pełnego czerpania. Oczywiście jeśli ktoś ma ten luksus możliwości podrzucania swojego potomka innym, zwiększają się jego możliwości. Jednak u nas ciężar bycia rodzicem opiera się na pełnym etacie. Babcia tylko w wyjątkowych wypadkach jest alarmowo wołana. Wszystko inne załatwiamy krzyżowaniem się naszej pracy zawodowej, oraz właśnie rezygnacji z czegoś co wypadałoby robić jednoosobowo, w pojedynkę. Takie rozwiązanie kiedy stajemy się słomianym wdowcem zdarzają się sporadycznie. Zresztą jaka przyjemność spacerów w samotności, wyjść do kina solo, uczestnictwa w wydarzeniach kulturalnych czy innych imprezach. Odwykłam od bycia singlem, zresztą samotne wyjścia w pewne miejsca nigdy nie były moją pasją. Dobrze mieć przy sobie kogoś, z kim można później wymienić spostrzeżenia, podyskutować i mieć świadomość, że choć innymi oczyma, widział w tym samym momencie. Zrosłam się w swoim duecie tak bardzo, że za mało we mnie wyobraźni ku myślom o sobie jako samotniku. Nawet ciężkie decyzje, dylematy, problemy stają się płytsze dzięki tej mojej połówce. A kiedy wieczorem, już leżąc wyłapię takie spojrzenie w którym zobaczę to, co u nikogo innego, nigdy nie było aż tak widoczne, to wiem, że choć moje życie może być szare, nijakie, najzwyczajniej zwyczajne ale jest w nim ktoś, dla kogo jestem najważniejszą osobą na świecie.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SZKLARNIOWY OKAZ NA SWOJSKIEJ ŁĄCE
Notatkę dodano:2015-01-19 17:42:43

Polityka to odległy dla mnie biegun. Coś przeciwnego od miejsca w którym jestem. Jednak zarazem jeden z lepszych tematów aby zapomnieć o własnych sprawach. Nie tyle zapomnieć, ile nie pisać. Zamiennik mojego życia i moich problemów. Odskocznia tematyczna. Radiowa paplanina o poranku wprowadziła mnie w pewien rodzaj osłupienia, i już sama nie wiem czy to, co słyszałam może być prawdą, czy też moje sprawy doprowadziły do stanu niepoczytalności w odbiorze fonii dźwięczącej w przebieralni basenu. Słucham i to, co słyszę sprawia coraz większe zdziwienie. Za czas jakiś odbędą się wybory prezydenckie. Pojawiają się niczym różnobarwne kwiecie na letniej łące kandydaci mający zwrócić naszą, wyborców uwagę na siebie. Niektórzy niczym oset prężą się i puszą, kłują argumentami, rozsiewając chwastowe nasiona. Inni skromniejsi gdzieś pośród wielu traw znaleźli się niby przez przypadek, jakieś zrządzenie ramienia własnej partii, choć nie czują w sobie mocy robią dobrą minę do dziwacznej gry. Pośród tego kwiecia pojawiła się roślina z innej zgoła rabaty. Na tym polu przypadkiem, choć młody wiek oraz koloryt i pokrój zwraca uwagę i wzbudza zastanowienie. Niektóre kwiaty winno się podziwiać w ciszy, kontemplując ich wygląd i na nim kończąc. Jednak arena na której znalazły się te wszystkie florystyczne okazy zmusza do czegoś więcej. Nie tylko wygląd ma się liczyć, także coś więcej, co sprawi, że wyborcy dokonają pośród wielu, wyboru jednego. Ten wybór ma być przemyślany i nie budzący naszych wątpliwości. I kto wie, może zauroczeni barwnym, odmiennym wizualnie od pozostałych kwiatem zdarzyłoby się niejednemu wybrać właśnie ten okaz. Okaz jednak, choć wielce nauką pomazan, szczycący się tytułem, odezwał się. To co zostało wyartykułowane z pięknych, zadbanych ust, spowodowało zaskoczenie i konsternację. Takiego stanu doznałam nawet ja, osoba trzymająca się od polityki na sporą odległość. Być może dotychczas hodowany w szklarnianych warunkach kwiat, nie miał możności kontaktu ze zwykłymi polnymi roślinami, może nie przywykł do tego co na ogromnej łące te zwykłe rośliny widzą i jak czują. Propozycja kwiatu o nazwie warzywa dalekosiężna i zgoła w wielkiej mierze oderwana od tego co większość widzi i akceptuje. Jej program ma być powodem by młodzi wrócili z obczyzny, by widzieli sens życia tu, a skłonić ich ma do tego na przykład: nie karanie za przestępstwa gospodarcze przez pierwsze dwa lata prowadzenia działalności gospodarczej. Ni mniej ni więcej młody wilczek zakłada firmę, przyjmuje ludzi, i mając dyspensę na przekręty robi, co mu się rzewnie podoba. Jest pod ochroną, bo jest młody. Pogrozimy mu paluszkiem bo ma gospodarczy potencjał, niech rozwija się ku chwale ojczyzny ucząc na nieuczciwości w prowadzeniu własnej firmy. To mój punkt widzenia tego, co przekazała osoba nie mająca w jakimkolwiek poważaniu zwykłych polnych traw i ziół. Nie zgadzam się na takie traktowanie kogoś tylko z tej przyczyny że jest młody, ma pieniądze i założył firmę. Prawo powinno być równe dla każdego z nas, nie ważne czy to poseł, raczkujący fabrykant, ksiądz czy sprzedawca zatrudniony w osiedlowym sklepiku za najniższą krajową. Nie powinno być ważne czy ktoś ma fakultety, firmy, czy jest młody czy też wiekowy. Żyjemy w jednym kraju, jego prawo choć nie idealne, tworzone przez lata, niech będzie dla wszystkich jednakie. Skoro ja swego czasu byłam skazana na nalot policji o porannej godzinie, sprawdzanie mojego sprzętu komputerowego, stres i inne ubarwiające ten epizod mojego życia sprawy, tylko dlatego, że istniało podejrzenie dokonania przeze mnie przestępstwa, nie widzę przeciwwskazań dla takiego działania wobec innych. Łąka w swojej gęstwinie traw i ziół nie akceptuje nierówności prawnie ukonstytuowanej, widać tej wiedzy szklarniowy okaz nie miał okazji posiąść. Podobnie jak tego, że funkcja do której objęcia pretenduje, jest czymś co powinno jednoczyć a nie jątrzyć tylko z uwagi na wiek czy inne przymioty wyborców. Nie jestem młodzikiem, nie skończyłam wielu szkół, polityka to dla mnie coś odległego jednak moje rozumowanie i odbiór egzotycznego okazu daje pewność, że mój głos nie zostanie zmarnowany na te odległe wizje.  


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163206
Osób: 145661