Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

OKRUCHY MINIONYCH SMAKÓW
Notatkę dodano:2014-08-08 20:51:25

Wczorajsza notatka choć rozpoczęta, zdezaktualizowała się, wiadomości bez większej ważności przeterminowały się i zostały tylko jako znak dla mnie, gdzieś w otchłani mojego komputera. Tu i teraz, dziś i w tej chwili, bez zbytniego wyprzedzania ani cofania się w czasie. Czas goni i swoim mijaniem powoduje, że to co mi się przydarza dobre do opisania bez zwłoki. Przynajmniej wydarzenia w których obecnie lub za niewielką chwilę się znajdę chcę aby były aktualnie opisywane.

Jeszcze parę godzin do wyczekiwanego wyjazdu nad morze. Spakowane torby straszą ogromem tego, ile w nich upchane. Każda ewentualność pogodowa wzięta pod uwagę. Tydzień innego życia, w innym miejscu, odmiennego od całorocznej codzienności. Ostatni nasz dłuższy wyjazd miał miejsce sześć lat temu. Późniejsze lata grały nam na nosach, musieliśmy brać urlopy osobno, aby pogodzić nasze wolne z opieką nad Kleszczykiem. Ten rok okazał się przełomowy i teraz wyczekujemy momentu wyjazdu. Za parę godzin rozpoczniemy nasza wędrówkę przez odmienny czas następnego tygodnia. Jesteśmy gotowi, upieczony chleb, kruche ciastka nafaszerowane ogromem zdrowotnego śmiecia, upieczone udka z kurczaka. Głodowi nie dam pokonać mojej rodziny. To jedno jest pewne, choć przegrywa z tym co w wielkiej niepewności. Poczynając od pogody, poprzez wielorakie przypadki losowe jednak mam ogromną nadzieję na dobry czas, który nas czeka.

Liczę na spokój szumu fal, leniwe przesypywanie miałkiego piasku, długie spacery, zachody słońca i konfrontację swojej małości z ogromem natury. Tak naprawdę to mi osobiście nawet nie jest potrzebna piękna słoneczna pogoda. Nie jadę tam po brąz opalenizny, nie pragnę zgiełku plażowiczów. Być może zagalopujemy się w miejsca, które zbyt daleko aby mrowie ludzkie do niego dotarło. Tam chłonie się ten spokój przesycony energią mającą wystarczyć na kolejne miesiące, a kto wie, może i lata. Energii zapewne na lata nie wystarczy, jednak pobyty nad naszym morzem dają coś jeszcze. Każdy z nich pozostawia coś w pamięci, jakiś szczegół, jakieś wspomnie, drobiazgi okruchów dla pamięci.

Mój pierwszy prawie namacalny kontakt z wielką wodą miał miejsce kiedy metrykalnie wkraczałam w dziesiąty rok życia. Zielona szkoła. Październik, nie pozwalał na przyjęcie całej mocy doznań, pozostało patrzenie. Zapewne jak prawie każdy widzący po raz pierwszy taki ogrom wody byłam zaskoczona. Nie pamiętam, choć nawet dziś przypominam sobie taki stan oczekiwania, kiedy się wie, że już za chwilę, bo ktoś tak mówi i temu komuś wierzymy z jakąś nutką powątpiewania, bo bardziej się czeka niż klarowna jest ta obietnica tego, co się zobaczy. Szliśmy grupą, przed nami były wydmy, a tego wyczekiwanego morza ciągle nie było widać. Pod nogami piasek, po którym tak niewygodnie szło się w ciepłych butach. Wąskie przejście pnące się pod górkę, oczekiwanie narastało, i kiedy już zwątpienie brało górę nad nadzieją, ukazała się szaraoniebieska woda, ciągnąca się po kres widoczności. Z tamtego pobytu pamiętam ulicę przy której był nasz ośrodek – Leśna – jakoś prześladuje mnie ta nazwa, parę razy w życiu w podobnej formie przeplotła mi się z jakimś znaczeniem. Pamiętam liście drzew co rano wyglądające niczym zatopione w szklanej powłoce, pamiętam meduzy wielką ilością wyrzucone na brzeg. Pamiętam nieszczęsną rybę po grecku oraz często goszczącego znienawidzonego śledzia w śmietanie, oraz coś widzianego po raz pierwszy: owoc granatu, który mojej koleżance kupiła gdzieś jej mama. To było takie inne od naszych rodzimych jabłek, takie egzotyczne. Obecnie taką egzotykę mamy w wielu sklepach, meduz wyrzuconych na brzeg niewiele, wyjazdy raczej nie jesienią tylko letnią porą. Życie zmienia wiele i my te zmiany przyjmujemy jednak dobrze jeśli zapamięta się coś co ma miejsce po raz pierwszy i ten smak nowości niesie ze sobą w dalsze lata. Ten wyjazd postaram się zapamiętać, kto wie, czym nowym mnie uraczy. A inne moje podróże nad nasz największy akwen może kiedyś przytoczę ich minionymi smakami. Moimi smakami z czasu przeszłego. Teraz pora na wyjazd. Chwila odpoczynku przed drogą i......


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŻYCIE UCZY OBCYMI LUDŹMI
Notatkę dodano:2014-08-06 21:47:13

Czekałam, udając obojętność, zewnętrznie przybrałam pozę całkowitego pogrążenia w tym co teraz i tu. W środku każda komórka mogąca myśleć i odczuwać aż krzyczała wyliczając dzielące mnie od urlopu tygodnie, dni, a kiedy przyszła pora nawet godziny i minuty. I już mogę powiedzieć a nawet zaśpiewać za „Elektrycznymi gitarami” : „... to już jest koniec.....” . Teraz na inne wydarzenia będę czekać, i każde nadejdzie, przeminie i stanie się wspomnieniem. Coś znajdzie się po stronie przeżyłam, mam w pamięci, tylko po to, aby zrobić miejsce następnym wyczekiwanym sprawom. Jutrzejszy dzień będzie najprawdopodobniej leniwym dniem bez pośpiechu, aby móc rozkoszować się powolnym zanurzaniem w pozbawione pracy zawodowej dni. To zapewne teoria, która przekuje się w zupełnie odmienną praktykę. Pracoholik weźmie mnie w swoje objęcia i miast leżeć czytając książkę, wymyślę jakieś zajęcie, które choć przydatne zarazem w oczach innych możliwe było do ominięcia. Kleszczyk kiedyś stwierdził : „ ty mama, ciągle pracujesz, ciągle coś robisz”. Zepsuty model, nawet czasami chciałabym inaczej, jednak jakoś nie wychodzi. Obiecuję sobie rozprzężenie, a z góry wiem, że ono przybierze znajomą formę utkaną z czynności, których mogłoby nie być. A może takie wypełnianie czasu to jakiś sposób na szybsze doczekanie tego co w perspektywie tej bliższej i tej odrobinę dalszej.

Ostatnie godziny pracy za mną, a dzięki jednej osobie coś na wzór tematu dzisiejsze notki przyszło mi do głowy. Są ludzie, których praca choć wykonywana bez zastrzeżeń pewnym stopniem egoizmu mogłabym określić. Nieliczenie się z pracą innych. Swoje zrobiłem, a czy to zazębia się z pracą innych, czy koliduje to mam w głębokim poważaniu. Swój kawałek mam za sobą, niezbędne minimum zaliczone.

Staram się szanować pracę innych. Nie zdepczę umytej świeżo przez kogoś podłogi, postaram się mokrą powierzchnię ominąć, bo przecież nim ona wyschnie niewiele po czyjejś pracy pozostanie. Nie rzucę papierka, nie zgaszę papierosa ( taki wkręt historyczny bo od pięciu lat nie palę), na schodowej klatce, bo wiem, że czyjąś pracą ten porządek okupiony. Jeśli coś robię zwracam uwagę aby z pracą innych to nie kolidowało, aby mogło pomóc. Staram się robić tak, jak sama bym chciała aby wobec mnie robiono. To wygodne podejście, dzięki któremu można więcej wymagać i od innych dając z siebie wcale nie wiele więcej. Niektórzy ludzie jakby nie dostrzegali tej międzyludzkiej zależności na wielu niwach. Czasami trzeba im otworzyć oczy czyniąc na ich sposób. Jednak bywa, nawet to nie pomaga. Trzeba zebrać w sobie odwagę i wprost dać do wyraźnego zrozumienia, a później czekać na efekty. U niektórych twardogłowych można się nie doczekać spodziewanej reakcji. Jednak w większości odnosi taka nauka skutek.

Ktoś z pewnym uporem podrzuca mi do pustego, wypucowanego zlewu swoje brudne talerze, chwilę przed końcem pracy. Nie mój obowiązek je po nim myć, jednak zlewy mam zostawiać czyste, więc albo nauczę delikwenta zachowań społecznych albo sama będę myć te zaschnięte talerze po nim.

„P. pokaż ręce” - proszę z pewną stanowczością. Lekkie zdziwienie, jednak dłonie zostają wyciągnięte w moją stronę.

„ A teraz poruszaj palcami...” , na tę moją komendę, zaskoczenie, już dosyć spore. Palce poruszają się nieśmiało, bo ich właściciel nie do końca wie co mi po głowie chodzi.

„Jeszcze odwróć dłonie ...” . Tego jest już za wiele, i z pewnym zdziwieniem P. pyta : -„ale o co chodzi?”. Myślę, że wystarczy, i teraz w ramach wyjaśnienia : „ popatrz, ty masz sprawne ręce, więc możesz po sobie talerz umyć a nie mi podrzucasz”. Wystarczyło.... . Nie wiem czy na długo w pamięci pozostanie. Czasami tak trzeba. Aby otworzyć oczy na to co źle robimy, co innych może mierzić, irytować, a nas samych niewiele kosztuje zmiana przyzwyczajeń.

W podobny sposób można uczyć nawyków w wielu dziedzinach. I taką naukę zapamiętuje się niejednokrotnie do końca życia. Nie boli, a odciska się na pamięci lepiej niż codzienne powtarzanie, lub prośby. I bywa skuteczniejsze w swoich efektach, przypominając się w różnych podobnych sytuacjach, nawet w wieloletniej rozpiętości czasowej. Życie uczy nas za sprawą spotykanych ludzi, tego co je upraszcza, tego co umila, sprawia że łatwiej przez nie przejść.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POZÓR OSZCZĘDNOŚCI
Notatkę dodano:2014-08-04 21:06:51

Jestem gotowa uwierzyć w syndromy wszelakie. Może to taki dzień, że przyjmę akurat takie wytłumaczenie wewnętrznego rozdrażnienia. Niech tylko coś się objawi, zaczynam iskrzyć. Skomasowanym atakiem jakieś kontrreakcje na małe sprawki z mojego życia. Odliczanie czasu do urlopu zapewne też ma swoje znaczenie. Już w zasięgu ręki, tuż, tuż, a zarazem uzbrojona w cierpliwość mam wytrzymać udając, że to przecież nic, żadne halo. Jednak czuję, że jednak dla mnie halo. Kleszczyk utwierdza mnie w przekonaniu, że to wielkie wydarzenie, i to się w jakiś sposób udziela. Dodatkowo prozaicznie coś co w moich oczach ociera się o pewien poziom głupoty, z którą nie mam broni lub zrozumienia do walki. Kupiłam na allegro babską cześć garderoby. Zresztą czy warto się krygować z ukrywaniem cóż to takiego, skoro świat o wiele większymi perwersjami kłuje w oczy. Babski niezbędnik przy nadmiarze obfitości kobiecych. Biustonosz, zwykła rzecz. Akurat dla mnie zakupienie odpowiedniego rozmiaru wiąże się z wydatkami dosyć sporymi, bo obwód „pod” przyzwoicie przed setką, a obwód ponad ocierający się o piękną cyferkę sto. Kobiety wiedzą z czym to się je, oraz z czym wiąże. Tyle w ramach wprowadzenia. Zakupiłam u kogoś, u kogo wcześniej już miałam okazję sprawdzić zarówno poziom transakcji jak i sam towar. Nie jest to „Triumph” ale i cena pozwalająca zwielokrotnić ilości w ramach jednej sztuki wspomnianej firmy. Niestety bywa, że my kobiety jesteśmy zmuszone więcej za mniej i cóż, że chciałoby się, ekskluzywnie atrybuty otulić, natura obdarzyła i na tym jej udział się zakończył, reszta stanowi już udział właścicielki i jej zmartwienie. Tak więc zakupiłam sztuki dwie. Przyszły nawet szybko, cóż skoro jedna z nich to nie to, co miało być. A ja uparcie chciałam akurat to co widziałam. Telefony, kontakty i schody. Okazuje się, że nie ma tego co widzę ale mogę odesłać a oni w zamian coś innego, podobnego, coś doszyją, żeby było jak chcę. Moja logika podpowiada, rozmiar dobry, zostawię. Wysuwam propozycję : to co kupiłam zostawię, i kupię jeszcze raz, kolejne dwie sztuki, a oni mi to co widzę i chcę przyślą z podkreśleniem : NA WŁASNY (ICH) KOSZT. Perturbacje nie zakończyły się. Okazało się, że znowu nie to wybrałam co powinnam, bo zdjęcia się różnią od tego co mają, ale oni zrobią wszystko bla, bla, bla. Czułam się jakbym rozmawiała z Węgrem, lub Chińczykiem. Za daleko na gestykulację, a nie potrafimy się na dwóch końcach telefonicznego kabla zrozumieć. Oni czują, że coś kręcę, że chcę czegoś za wiele. A ja chcę tylko to za co zapłaciłam. Po wielu tłumaczeniach, mojej narastającej irytacji, męża wcale nie ukrywanego rozbawienia, piszę kolejną mam nadzieję ostatnią wiadomość: „Przyślijcie model, który chcecie, tylko niech będzie taki jak na zdjęciu”. To był skraj przepaści, moja cierpliwość wyczerpała się w starciu z brakiem porozumienia. Dziś otrzymałam kolejną wiadomość. Towar wysłano, listem zwykłym!!!. Tutaj właśnie dotarłam do pewnego sedna mojego wywodu. Pomijając fakt, że opłata za polecony w ich cenniku to osiem pięćdziesiąt, które to w naiwności swojej miałam zaoszczędzić, jednak za zakupiony towar płaciłam pięćdziesiąt jednostek płatniczych obowiązujących w naszym kraju. Jeżeli ten zwykły list zginie, kto tak naprawdę stanie się winowajcą całej tej sytuacji. Winowajcą będzie oszczędność. Chciałam pominąć galimatias ze zwrotem, z dodatkowymi kosztami zarówno ich jak i swoimi. Chciałam przy okazji zaoszczędzić te mizerne osiem pięćdziesiąt. Jednak mam wrażenie, że moja oszczędność została pokonana przez oszczędność sprzedawcy. Chciałbym aby jednak wszystko dotarło bez uszczerbku i na to liczę, bo po ludzku mam już dość kontaktów z tym sprzedającym. Parę razy w życiu ktoś nadmierną oszczędnością powodował w konsekwencji spory wzrost kosztów. Czasami po prostu nie warto oszczędzać. Trzeba machnąć ręką na złotówkę czy dwie, aby nie stracić kolejnych trzech. Tylko niektórym ludziom, z wiekiem trudność wielką sprawia odstawienie pozornej oszczędności. Zatracają się w oszczędzaniu, zapominają o logice, nie widzą konsekwencji i chyba tak naprawdę nie podliczają kosztów szukania tego co będzie taniej. Okazuje się niestety, że czasami taniej znaczy drożej. W pogoni za taniej wypalimy więcej paliwa aby dojechać, przeprowadzimy więcej rozmów telefonicznych, stracimy ogrom czasu, czasami nie swojego, bo bywa, w chaotycznym biegu za oszczędnością angażuje się rodzinę lub znajomych. Liczę na to, że mój zakup na allegro u podrzędnego sprzedawcy nie będzie kosztował jak w salonie „Triumph-a”.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


EGOIZM MRÓWKI
Notatkę dodano:2014-08-03 21:23:49

Przeskoczyłam w kolejny miesiąc ze świadomością, a zarazem będąc w pracy, zupełnie tego nie czując. Poza domem, wybór ciszy bez telewizji, opcja wstecznictwa w kwestii wiadomości z kraju i ze świata. Nie pomogę nikomu ani tutaj, ani w wielkim świecie. Zresztą z wzajemnością. Mam swoje mrówcze zadanie do wykonania, niczym robotnica, której znaczenie niezauważone w jej pojedynczym bycie. Jest sobie, robi co do niej należy, czasami próbuje się stawiać, jednak zna miejsce w szyku i przed ten szyk nie wybiega, ani zbytnio nie pozostaje w tyle. Wykonuje swoją życiową normę, za którą na niewiele może liczyć. Kiedyś wypełni zadanie, zniknie i w tym wielkim mrowiu nawet ten fakt nie zostanie zauważony. Jaki więc sens zgłębiania globalnych spraw mrowiska oraz otoczenia poza nim? Ciekawość? Widocznie nie jestem ciekawa. Co widać w tym większym świecie? W tym maleńkim, mrowiskowym widać mrówki, które chcą zostać zauważone. Wybierają przedziwne sposoby na to zauważanie. Ostatnio jedna kobieta próbowała popełnić samobójstwo skacząc z bolesławieckiego wiaduktu. Obrała sobie dobre miejsce, wysokość odpowiednia, podłoże znakomite na zakończenie mrówczego żywota, tylko czas jakby na bakier w porze największej oglądalności, pogodzie spacerowej i biwakowej. Zauważyli gapiowie, wezwali służby mające desperatkę wybawić z opresji. Rozłożono skokochron, wykonano skok, koniec atrakcji.

Mija parę dni, kolejna mrówka choć chwilę chce wyrwać z popularnością w tle. Inny obiekt wybrany, zresztą nie pierwszy już raz. Milenijny krzyż w tej samej miejscowości, może ma sprawić bliskość duchową z zarządcami z góry. Do akcji zaangażowano wszystkie odpowiednie służby, notatka w miejscowej gazecie zaistniała. Anonimowa mrówka dalej ciągnie swoje mrówcze życie... To sprawki z mojego mrowiska, czym różnią się od tych spoza? Waga jednych i drugich w zależności od przedstawiających periodyków zapewne niejednokrotnie skalą będzie się różnić. Występujące osoby anonimowe lub określane z imienia. Później sprawy przyschną, zapomnienie weźmie górę. Do tych konkretnych spraw podchodzimy z pewną dozą obojętności. Komuś coś podpowiadało spacer po wiadukcie, innemu zmianę ciśnienia na wysokości krzyża. Czy chcieli skrócić mrówcze życie, czy tylko przez chwilę zostać zauważeni? Stawiam na drugi wariant. Do podjęcia decyzji trzeba pewnego stopnia desperacji, jakiejś iskry, która coś w mrówczym życiu spali, spowoduje poczucie bezsensu tego bytu. Jednak od tej iskry do wypełnienia droga do której potrzebna spora odwaga. W moich oczach tak to wygląda. Przecież załamania przechodzi każdy z nas, bezsens też wielu z nas chwilowo odczuwa, a jednak dalej wiedziemy robotniczy żywot w mrowisku. Nie wiem jak wielki musi być stopień odczuwania nieważności swojego bytu aby wykonać zamierzony krok, który zakończy tę tutejszą drogę. Myślę, że ogromny, i sądzę, że tego, kto powziął decyzję nikt nie powstrzyma. Wybierze odpowiedni czas i miejsce, nie chcąc chwilowej popularności, jego zamiary nie patrzą w to co poza tym krokiem. Być może nie widzi już nic dalej co warte byłoby rezygnacji z zamierzeń.

Ci co zostają roztrząsają po fakcie: „dlaczego?”, szukają wytłumaczenia, próbują zrozumieć. Nie mieści się to w głowach. Dorabia się ideologię, aby dało się zrozumieć. Inne mrówki pożyją tą sprawą, zapomną i tylko od czasu do czasu, ktoś sobie przypomni, że miał miejsce taki fakt. Inne fakty z małego i wielkiego świata przykryją były mrówczy żywot. Codziennie dodawane nowe wiadomości, nowe bulwersujące lub podnoszące na duchu sprawy odwracają nas od własnego życia. Zapominamy że dla nas ono jest najważniejsze, bo nasze. Może nie chcę zaśmiecać go nieistotnymi dla mnie tak naprawdę sprawami innych. Egoizm, aspołeczność, bezduszność, a może normalność mojego życia bez natłoku chwil popularności innych.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Z DRUGIEJ STRONY USTAW
Notatkę dodano:2014-07-31 22:54:23

Niczym akuszerka jestem przy narodzinach kolejnych dni, rozpoczynają się w mojej całkiem aktywnej obecności. Widzę ich powstawanie, rozwój i staję się świadkiem powolnego zamierania. Mrok rozpoczyna mój każdy dzień, i zbyt wcześnie kończy. Już odległość od początku do końca coraz mniejsza, i choć jeszcze to nie listopad, nie grudzień, odczuwalny brak tego odciętego czasu. Tak wiele lat człowiek drepcze od początku roku do końca i jakoś nie potrafi przywyknąć do tego, że lato ze swoimi długimi dniami tak szybko ucieka. Dziś ostatni dzień Kleszczyka w przedszkolu. Nasze puzzle poukładane tak, aby opieka przez sierpień była zapewniona. Kolejne wakacyjne dni będą zaliczone, następny w kolejności etap za nami.

Ten dzień był także dniem zmierzenia się z otaczającymi nas nonsensami, którym trzeba się poddać. Głupota podana w sposób wykwintny, ozdobiona kolorowymi akcentami niczym bażant na srebrnej tacy, ma być odbierana jako coś oderwanego od codziennej rzeczywistości, nie dla wszystkich podniebień do przyjęcia. Nie potrafimy do tego wykwintu podejść z rutynową odwagą, przyjąć bez oporu. Minęło już kilka tygodni od wypadku, któremu uległ w pracy mój mąż. Nieszczęśliwym trafem złamał sobie jedno żebro. Nie wiedział, że w oczach ustawodawców, orzeczników ZUS, i pewnie paru jeszcze urzędników różnej maści aby jego cierpienie było uznane za byłe, za coś wartego ich uwagi, żebra należy łamać w liczbie mnogiej. Wymagane minimum to sztuki dwie. Stanął przed orzecznikiem, z pewną nadzieją na jakieś odszkodowanie. Cierpiał on, cierpiała rodzina, przez pierwsze dwa tygodnie pozostając wyłączony z normalnego funkcjonowania. Dalszy czas również nie przebiegał bezboleśnie. Mąż, medyczny laik, prawniczy ignorant, nie posiadał wiedzy, że stawianie się przed ZUS nie ma jakiegokolwiek sensu, prócz poniesienia kosztów dojazdu do siedziby w której odbywało się przedstawienie. Najpierw nie umiał w odpowiedniej ilości tych żeber sobie uszkodzić, poszedł w detal miast uderzać od razu w ilości hurtowe, a później jeszcze w naiwności swojej stawiając na równi swoje cierpienia z cierpieniami innych delikwentów ze zwichniętymi czy skręconymi kończynami, chciał wyłudzić odszkodowanie. Są tabele, są wykazy, jasne wytyczne i ciemna strona tej zimnej kalkulacji. Może w całej swojej głupocie nie potrafię ogarnąć tej logiki, zresztą nawet w szkole sukcesów w tym akurat dziale matematyki u mnie nie było. Być może stąd moje niezrozumienie, a co za tym idzie niepogodzenie z pewnym stopniem bezduszności. Nawet pomijając fakt, że sprawa dotyczy mnie w sposób dosyć osobisty, nie umiem pojąć w czym różni się skręcona noga od złamanego żebra. Czym kierują się nasi ustawodawcy określając pewne ramy w które wciska się ludzkie przypadki. Być może są uzasadnienia medyczne jasno mówiące, że jedno złamane żebro to betka w porównaniu z przykładowo potraktowaną skręconą nogą. Nie mam doświadczeń, praktyki wyłudzania odszkodowań, jednak kłóci się we mnie ta logika z życiem. Przestają dziwić dowcipy o głowach pod pachą osób stających przed orzecznikami ZUS, tylko nie przestaje mnie zadziwiać jak można dokonać takiej łatwej segregacji tego co ważne, co bolesne, co spowoduje uszczerbek, a co jakby bez jakiegokolwiek znaczenia dla naszego organizmu. Jak w dowcipie o muszce, której wyrywano po jednej nodze za każdym razem powiązując ich utratę ze słuchem. Po utracie jednej jeszcze chodziła czyli zanotowano słyszy hasło „mucha idi”. Za każda następną urywaną nogą powtarzano „mucha idi” i ona coraz oporniej się poruszała. Kiedy pozostała jej jedna noga, jeszcze słyszała, wykonując jakiś ruch kończyną. Brak ostatniej nogi spowodował również brak reakcji na polecenie. Mucha przestała słyszeć.

Ciekawe czy jeśli jedno żeberko zniknie z naszego ciała nic wielkiego się nie wydarzy? Kostka bez znaczenia? Nie odpowiem na to pytanie choć w oczach ustawodawcy, kto wie jakie ona ma znaczenie. Chyba nie chcę się tego dowiadywać.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


OSKAROWE AKTORSTWO W ŻYCIU
Notatkę dodano:2014-07-30 22:03:12

Środek tygodnia, środek wakacji, czy jeszcze jakiś aktualnie będący środek czegoś trwa, nic nie przychodzi mi go głowy. Moja głowa odbiera inną miarą. Drastycznie koniec lipca, i za chwilę początek urlopu. Sześć pracujących dni, które dzielą mnie od wyczekiwanego wolnego. Będę udawać, że nie interesuje mnie ta miara, choć nie tylko pod skórą, ale i na całej jej powierzchni mrowienie oczekiwania. Na nic to moje udawanie się zda, na nic obojętność, świadomość niczym jakiś pewnik ciągle przypomina i odlicza te mające nastąpić dni. Tak się czeka na dłuższe dni wolne, nawet nie bardzo chcąc, coś się sobie obiecuje, jakieś plany robi, a one przelecą i znów w którejś podskórnej warstwie odczucie, że za szybko, że za mało. Obiorę inną taktykę. Będę udawać obojętność. Nie pokażę po sobie jak bardzo czekam, ile z tymi dniami wiążę nadziei, jak odliczam. Udawanie to czasami zachowanie, które pozwala nam przetrwać gorsze dni, cięższe miesiące. Nie chcemy narazić się na wytykanie palcami, udajemy. Chcemy przyjęcia przez grupę – udajemy. Kiepskie zdrowie – antidotum udawanie, strata kogoś – próby udawania, kłopoty sercowe, rodzinne, i wielkiej mnogości rodzajów – sposób ułatwienia przejścia tychże – udawać. Wiele lat temu pewien mój kuzyn, w ramach poprawienia sobie życiowego startu, kondycji finansowej, czy z jakichś innych powodów wyruszył w świat całkiem nieodległy, bo w granicach ziemi ojczystej. Wielkie miasto dawało nadzieję, jednak to wielkie miasto swymi równie wielkimi pokusami było krwiożercze. Kuzyn co zarobił, w wielkiej części wydawał, roztrwonił, lub przeznaczył na przeżycie. Przyjechał pewnego dnia w swoje strony, długą drogę od przystanku do rodzinnego domu pokonywał taszcząc wielką walizę, uginając się pod jej ciężarem, przystając co parę kroków. Ciekawscy sąsiedzi, co mieli zobaczyć zobaczyli. Za drzwiami domostwa okazało się w całej mocy jak wiele potrafimy w kwestii udawania, aby usatysfakcjonować obce oczy. W przepastnej walizie nie było nic więcej ponad męski kapelusz z wielkim mozołem targany. Co udowodnił, wracając z dobrowolnego wygnania w ten specyficzny sposób? Ten sposób był ukazaniem sukcesu, który został odniesiony gdzieś daleko. I niech Iksińska, czy Igrekowski snują domysły cóż za bogactwa niesie ten, który w jednej koszuli wyjechał. Oni może zazdrościli, on poprzez to udawanie poprawiał swoją pozycję w ich oczach. Prościej przyznać się z niepowodzenia przed swoimi niż przed obcymi. Panuje w ludziach jakiś rodzaj zawiści, który każe nam się cieszyć z czyichś porażek. Nie udało mu się – dobrze mu tak, powinęła się noga – ironiczne „ ooooo, jak mi przykro”. Może to taka nasza przypadłość, może cecha ludzkiego gatunku. Nie lubimy prawdy, która obnaży nasze mankamenty. Łatwiej jest udawać. Udawaniem wytrącamy z ręki broń zawiści, lub właśnie tę broń w dłoń umieszczamy. W zależności od sytuacji. Udawaniem można uspokoić czyjeś wyrzuty sumienia wobec nas, lub też je wzbudzić. Jak bardzo będzie nasze udawanie posunięte i oderwane od szczerości, co nim osiągniemy to już zależy od umiejętności. A te potrafią być wielkie kiedy nam na czymś naprawdę zależy. Może z wiekiem ta nasza cecha się pogłębia, trafiając na podatne grunty, okoliczności i widzów naszego przedstawienia. Jednak posiadamy ją od lat najmłodszych. Wystarczy poobserwować małe dzieci bawiące się na placu zabaw. Uderzy się ten niepełnoletni obywatel, jeśli mamusia siedzi i pilnuje go sama, ryk słychać w ościennych miejscowościach. Nie ważne czy utrata zdrowia była na tyle pokaźnych rozmiarów aby wart był ten wrzask poniesionej rany. Jeżeli na placu będzie więcej dzieci i mamuś, już mniej wylewnie traktuje dziecię poniesione straty na zdrowiu. Uderzy się w piszczel, poskacze na jednej nodze, łypnie okiem oceniając reakcje wokół i stopień zauważenia. Syknie i bawi się dalej. Następnego dnia, siniak wypukły w fakturze, wielkości sporej a przecież żadnej łzy nie było. Udawał niepełnoletni bo tak mu było wygodniej. Bo coś sobie tym udawaniem załatwił. Uczy się dopiero, długa droga w edukacji udawania, jednak jak pokazuje ogół społeczeństwa do pokonania w celu przekonania. Coś sobie ugrywamy tą grą. Nawet najbardziej lubiący życie w prawdzie bywają zmuszeni okolicznościami do pewnych epizodów aktorskiego rzemiosła. Może taka nasza natura, a może tylko pewien sposób na ułatwienie przejścia życiowych zakrętów i krzywizn.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NAJWAŻNIEJSZY OSTATNI PUNKT
Notatkę dodano:2014-07-28 21:43:24

Parę kartek książki, kilka wydarzeń z własnego życia, nic szczególnego. Toczą się sprawy, plany spełniają, lub nic z nich nie wychodzi. Norma codzienności. Staram się nie popadać w niższe partie, a może to nie tylko sam fakt starania ma tutaj znaczenie, tylko to jak mnie skonstruowano. Jeden konstrukcji ażurowej altanki, delikatny, chybotliwy, inny niczym most Poniatowskiego, samą swoją budową daje poczucie stabilności i niezachwianej mocy. Zdajemy sobie ze swoich walorów sprawę, znamy je, przez życie poznajemy mocne, i słabe strony. Z niektórych wyrastamy, inne własną pracą oswajamy, coś w sobie potęgujemy, coś wygłuszamy. Do czegoś się nie przyznajemy, ukrywamy przed innymi, bo przecież nie lubimy być postrzegani jako słabi. Łatwiej budować obraz potęgi, zwłaszcza kiedy widzowie tego budowania nie skonfrontują stanu faktycznego z wydumaną wizją. Nie każdy potrafi powiedzieć: kiepskie mam życie, nie wiedzie mi się. Takie powiedzenie wprost odstrasza, lubimy mieć wokół siebie ludzi sukcesu, niesionych powodzeniem, bo ten z sukcesem raczej niewiele będzie od nas chciał. Natomiast porażka i „nieudacznik” możliwe, że wyciągnie rękę licząc na nasze wsparcie. Teoretycznie chcemy być w oczach innych postrzegani jako pomocni, ułatwiający komuś życie, a zarazem lepiej przecież jeśli ta pomoc wypełni się czyimiś rękoma. My tak bardziej z boku, ustronne miejsce obierając będziemy obserwować. Może zanim sami się wyrwiemy przed szereg ktoś już zdąży nas ubiec, i pomoc zanieść tam, gdzie ona jest potrzebna. Nie każdy potrzebujący wszem i wobec będzie rozgłaszał, niektórzy właśnie woląc fałszywy obraz swoich sukcesów nie ukazują prawdziwego oblicza. Inni wiecznym czarnowidztwem obarczeni choćby nawet mieli dobrze, zawsze narzekaniem i jęczeniem będą zagęszczać swój wielce nieudany świat. Każdy z nas innej konstrukcji i jeśli nawet materialnie powodzenie lub jego brak, fałszywie przedstawione lub prawdziwie rozdmuchane w sukces, jakoś radzimy sobie. Czasami obok pojawi się ktoś, kto naprawi chybotliwą altankę wspierając ją i wzmacniając. Lub jakiś konserwator przyjrzy się usterkom mocarnego mostu. I te życiowe zwyczajne sprawy zawsze się jakoś układają. Skłóceni może się pogodzą, milczący porozmawiają, ci bez pieniądza, jednak jakoś ciągną. Jest od tych życiowych prozaicznych spraw pewien wyjątek, w którym nie powinno się udawać obojętności. To walka o ludzkie życie. W tej walce prawie każdy z nas może chociaż próbować pomóc. Nikt nie każe dawać jałmużny wbrew sobie, patrzeć na cierpienie, poświęcać swojego cennego czasu, lub pozbywać się gotówki. W tej walce możemy pomóc cząstką siebie, dzieląc się małym kawałkiem siebie, nie czując zarazem braku tego co oddaliśmy. Pisałam kiedyś o Fundacji DKMS -(Bazie Dawców Komórek Macierzystych). Dziś ponownie o tym wspomnę. Wiem, że przekonanych przekonywać nie trzeba, a nie każdego nieprzekonanego argumentami przekonamy. Jednak cóż mogę więcej ze swojej strony uczynić? Kiedyś przy rozmowie znajoma powiedziała, że jeśliby w potrzebie znalazł się ktoś z jej rodziny, nie wahałaby się. Dla obcych na takie poświęcenie nie byłaby gotowa. A jeśli obcy miałby podobne zdanie w czasie, kiedy potrzebującą byłaby jej córka i tylko on mógłby być ratunkiem? I myślałby podobnie, bo przecież jej dzieci dla kogoś niespokrewnionego to „tylko obcy ludzie”. Zakładamy, że nasze wyjątkowe dzieci nie będą w tej potrzebie, a jeśli jednak będą...? Rozumiem stanowisko niechęci, względy religijne, przyjmuję nawet do wiadomości argumentację w stylu : „nie bo nie”. Tu każdy podejmuje decyzję sam, ma możliwość przemyśleć wszystkie za i przeciw, tylko na dole tego zestawienia w kolumnie plusów niech będzie mały podpunkt nadziei na życie. Nawet tej obcej osoby. I ostatni punkt z wykrzyknikiem po prostu „Życie”.

 

Rejestracja: http://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MAM ZA PASEM WIZJĘ SIERPNIA
Notatkę dodano:2014-07-26 21:20:45

Piąta rano, mgła niczym mleko. Mija godzina żadne zmiany nie zachodzą. Przecież mam dziś wolny dzień. Czyżby nic nie miało się zmienić. Cierpliwość prowadzi mnie do godziny siódmej, mgła może odrobinę rozrzedzona ciągle wisi nad wszystkim wokół. Dylemat, który przeważnie mną targa w te moje wolne dni, kiedy coś zaplanowane a pogoda próbuje powstrzymać moje zapędy. Czekam kolejną godzinę, mgła już mniej z pełnotłustego mleka, a więcej z uczciwie odciśniętej serwatki w wyglądzie i moim postrzeganiu. Dzwonię do męża, dzielę się wątpliwościami bo przecież tak jesiennie u mnie, jakby nic i nigdy nie miało się w krajobrazie zmienić. - Nie wiem czy mam jechać, nie wiem w którą stronę się ta pogoda rozwinie. Mąż niczym z drugiego końca świata, zupełnie inną aurę opisuje. Przecież dzieli nas tylko osiemnaście kilometrów. Wysyłamy sobie zdjęcia i faktycznie moje mgliste, jego pełne słońca na błękitnym niebie. Krótka decyzja – jadę. I po raz kolejny jakoś udało się w ten wolny dzień poświęcić czas na to co się lubi, choć nie do końca jest tak jak bym chciała. Nie jesteśmy w komplecie, mąż w pracy i po raz kolejny cierpliwość wystawiona na próbę. Tylko parę godzin, żadna to próba. Zaganiam młodego do prac w sposób typowej marchewki na długim kiju. Najpierw wymyślam coś, co nie cieszy się zamiłowaniem z jego strony, aby w perspektywie już roztoczyć wizję tego co wiem, że stanowi niezłą zabawę. Obetnij oregano - już przekwitło, przy ziemi, i sprzątnij na kompost, to jak skończysz zmyjesz naczynia. I tak małymi kroczkami każde czymś zajęte. Altanka sprzątnięta, worki z posegregowanymi śmieciami czekają na transport, troszkę przejaśniało, naczynia pomyte, dywaniki wytrzepane. Nie wiemy kiedy mijają nam godziny bez taty. Wszystko pozarastało, jednak po deszczach z ostatnich dni, łatwiej o pozbycie się niechcianych chwastów. Za mało tego czasu poświęcam, za krótko bywam. Nie zawsze zgramy się z pogodą, nie zawsze z chęciami. Dziś się udało wycinek swojego czasu spędzić, kiedy nastąpi ponowna okazja nie wiem. Przecież ani moje planowanie na nic się zda, jeśli pojawią się przeciwności ani największe chęci, które wobec nich okażą się czymś nieistotnym. Powoli zagęszczają się sprawy i mające nastąpić wydarzenia, na które już zaczynam czekać. Urlop, za dwa tygodnie, może jakiś wyjazd, a później spotkanie z kimś nie widzianym dziewięć lat. Telefon od koleżanki ze szkolnej ławy i wizja tego spotkania z osobą zamieszkującą inny kraj. Kroi się babski spęd, i cieszę się na to ogromnie. Jeszcze wizja, a ja zaczynam snuć plany. Muszę z tą osobą się spotkać, coś wyjaśnić. Czasami latami coś się nosi i brak okazji do wytłumaczenia. List, telefon czy inny niż osobisty sposób kontaktu nie wchodzi w grę. Niektóre sprawy powinno załatwiać się tylko oko w oko. Widzę jak reaguje osoba z którą rozmawiam, jaki odbiór tego co mówię, i możliwość wyjaśnienia wszystkiego od razu, bez domysłów, bez podtekstów błędnych rozumowań i nadinterpretacji. Listy czy maile mogą nie do końca oddać to, co chcemy przekazać, mogą zakłamać, spowodować fałszywy odbiór. Jestem zwolenniczką bezpośredniej rozmowy. W odpowiednich warunkach, bez postronnych, bez presji chwila poświęcona tylko temu konkretnemu problemowi, tylko z tą jedną osobą i można dojść do ładu z zadawnionymi sprawami. Liczę na to, że uda mi się coś wyjaśnić, że znajdzie się po temu odpowiednia sposobność. Aby nasze spotkanie po wyjaśnieniu sytuacji było beztroskie. Zapowiada mi się pełen wydarzeń sierpień, zobaczymy ile z moich wyobrażeń znajdzie odzwierciedlenie w życiu. Zaczynam odliczać dni, wystawiam cierpliwość na próbę, i już czekam.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


HIPOPOTAM MA ŁATWIEJ
Notatkę dodano:2014-07-24 20:14:28

- „Zagotowałem ci wodę na kawę”..... Nie wiesz, o której wstanę, ale wiesz, że ta poranna kawa to mój zwyczaj, z którego nie rezygnuję od wielu lat. Wstałam, jednak nie wykorzystam tej przegotowanej, gorącej wody. Dziś zwyczaje przeinaczę, a raczej zmuszona jestem poprzestawiać ich kolejność. Nie długo muszę uzbrojona w cierpliwość poczekać, raptem parę godzin inaczej przebiegnie. Kolejny etap „leczenia” nadmiaru czegoś, czego tak naprawdę nie odczuwam. A może nic już z nadmiaru nie pozostało, jednak aby się o tym przekonać muszę poddać się badaniu krwi na poziom cholesterolu. Skoro pani doktor, całą sobą chce pomóc, nawet jeśli ja jako pacjentka tej pomocy nie czuję potrzeby, zaordynowała leki i działania, wykonam wszystkie kroki. Nie wychodzą mi tak do końca poddańcze działania, kiedy mam pilnować aby przyjąć o czasie lekarstwo, pojawić się na wizytę. Zapominam o tabletkach, budząc co wieczór śmiech politowania ze strony małżonka, wizyty załatwiam jego osobą jako całkiem godnym zastępcą. Przecież skoro tego cholesterolu nie widać, to co za różnica kto stawi się na wizytę. Zresztą może nawet mój mąż lepiej załatwi tę misję. On jest w naszym związku tą osobą, która więcej poświęca dla swojego zdrowia, przynajmniej farmakologicznie. Wizyty u lekarzy to dla mnie udręka, konieczność z którą zwlekam do ostatniego momentu. Mąż inaczej z troską jakąś, przykładnie zarówno stawiający się na wezwania, łykający garść pigułek o wyznaczonych godzinach, i wzbogacający ten zestaw co róż o nowe okazy. Bateria antidotum na przypadłości. A ja niesfornie z jedną maleńką pigułeczką nie potrafię się pogodzić ani czasowo ani w ogóle z jej obecnością. Nie nauczyłam się, aby ona stała się moim zwyczajem. Nie mam obyczaju wnikliwego wyszukiwania schorzeń, nad którymi przechodzę lub częściej przebiegam do porządku dziennego. Wolę pozostać przy swoich od dawna stosowanych metodach niewidzenia lub udawania braku chorób. Tak mi łatwiej. Poranna kawa o ustalonym składzie, śniadanie w porze kiedy często inni jeszcze śpią, ranek ze swoim rytmem. Dziś ten rytm zakłócony, i wbrew sobie kawy nie wypiję, śniadanie poczeka na maksymalne burczenie w brzuchu. Karnie zastosuję się do poleceń. Jednak chyba tylko dlatego, że ktoś inny poświęca mi swój czas i chce pomóc. Nie chcę kogoś zawieść swoją nieodpowiedzialną postawą. Stawiam się w tutejszym ośrodku zdrowia. Przed lekarskimi gabinetami sześć czy siedem osób siedzących na wygodnych krzesełkach. Przed zabiegowym nikogo. Krótkie „dzień dobry” i nie przypuszczając jak wielkiego grzechu właśnie się dopuszczam idę w drzwi przed którymi nikogo nie ma. Pielęgniarka wypisała, co było do wypisania, wzięła fiolkę, nakleiła kod kreskowy, i w tym momencie wpada do gabinetu jedna z osób wcześniej siedzących na krzesełkach. -„A pani dlaczego bez kolejki weszła”. Przepraszam z całą skruchą choć kolejki przed drzwiami nie było, nikt słowa nie powiedział. Chcę opuścić gabinet, pielęgniarka nie pozwala, bo już ma wszystko przygotowane. Pobieranie krwi trwało z całymi szykanami minutę, jednak sumienie mnie gryzie. Jest mi głupio, bo przecież choć nie celowo, to jednak zrobiłam coś co mi samej by się nie spodobało. Wychodzę, staję przed krzesełkami niczym plutonem egzekucyjnym i z całą pokorą i skruchą przepraszam osoby, przed które bez kolejki się wepchałam. Nie chciałam tego zrobić, zrobiłam. Czuję swoją winę, i szczerze próbuję wytłumaczyć i swoje rzadkie wizyty, i nieznajomość tutejszych zwyczajów, i błędny wniosek, że oni wszyscy czekali na lekarza, nie na bytność w zabiegowym. Część z siedzących osób, pominęła milczeniem mój nietakt, część próbowała moralizować, przyjmuję tą formę, choć mleko wylane, czasu nie wrócę. Jednak w tym szacownym gronie emerytek, które przecież spotykam w kościele, kłaniam się, choć znam tylko z widzenia, zdarza się zamienić słowo, znalazła się osoba która na moje karne przepraszam sykiem półszeptanym wyartykułowała „SIEROTA!!!”, już prawie wychodziłam i akurat to dane mi było usłyszeć. Odwróciłam się, zrobiłam krok w jej stronę i patrząc w twarz, odpowiedziałam - „ na szczęście tylko półsierota”. Oczy mi się zaszkliły. Krótkie „do widzenia”, choć w tej chwili nie pragnęłam spotkać nikogo z tego forum.

Przecież mogłam opuścić budynek udając że nic się nie stało, ja przeprosiłam, próbowałam sytuację wyjaśnić. Przecież nie chciałam, tak się ułożyło i wyszło zupełnie wbrew mnie. Gdybym była gruboskórnym osobnikiem nie obeszła by mnie ta sytuacja. Nie jestem.... I tak sobie myślę, że czasami nie potrafimy przyjąć szczerego przepraszam inaczej niż wdeptując przepraszającego mocno w ziemię. Ukorzył się, zdobył na odwagę i skruchę to doskonała okazja aby go zgnoić. Miałam na tyle odwagi aby przyjąć winę, musiałam przyjąć wrogość. Nie jestem gruboskórna, źle mi z takimi sytuacjami. Mąż mówi, że jestem za grzeczna. Czy tylko argumenty chamskie i pozbawione kultury do naszego społeczeństwa potrafią dotrzeć. Jeślibym rzuciła paroma k..,ch.., j.. i p.., łatwiej byłoby przyjąć moje słowa? Nie chcę akurat takiej formy, stanowi coś wbrew mnie. Choć potrafię kląć jak szewc, ale nie wtedy, kiedy przepraszam.

„Sierocie” było przykro nie tylko z powodu zaistniałej sytuacji, jutro mija dziewiąta rocznica śmierci mojego Taty.... .


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


AURA, OBY NA LATA
Notatkę dodano:2014-07-23 20:46:45

Wyczekiwany, z tęsknotą wypatrywany wolny od zajęć zawodowych dzień. Musiałam, choćby nawet pośród gromów i burz wyrwać dla siebie odrobinę czasu. Żadne niesprzyjające pogodowe anomalia by mnie nie powstrzymały. Nic takiego, co kazałoby mi zostać w domu nie nastąpiło. Mogłam i wykorzystałam dla siebie dwie godziny z wieczności, lub dwie godziny z tego ograniczonego przecież a danego mi czasu. Trzy kilometry, które dały mi więcej niż innych czterdzieści. Ten dystans, a raczej sposób pokonania wyzwolił we mnie pełnię energii. Na ten tydzień wystarczy, co będzie później, kiedyś, zobaczymy. Wracam taka przepełniona pozytywnymi myślami, lekka, jakby parę lat ubyło. Mam parę luźnych minut, więcej widzę, uszy przepełnione muzyką wybieraną tak, aby tej energii dodawać. Okulary zasłaniają oczy przed nadmiarem słońca, a jednak nie zasłaniają mi tego co chcę widzieć. Obserwuję, wyłapując coś co mijane wtedy, kiedy prawie biegiem pokonuję odległość dzielącą mnie od przystanku. A może po prostu nie każdego dnia na swoje drodze spotkałabym akurat taki jak dzisiaj widoczek.

Oni dwoje przed dwudziestym rokiem życia, ona drobniutka, on tyczkowaty przy tym swoim chłopięcym jeszcze, nie do końca męskim wyglądzie. Właśnie się spotkali, może byli umówieni, może było to spotkanie nieprzewidziane. Najpierw on ją przytulił, czuło choć nie do końca namiętnie odcisnął na ustach dłuższy pocałunek. A później odsuwając na długość ramion z pełnym podziwem w oczach otaksował jej wygląd, coś powiedział. To były słowa wyrażające coś na wzór hołdu. Ta scena była dla mnie niczym niemy film. Byłam w oddaleniu, nie chciałam peszyć nadmiernym gapieniem się, choć moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem dziewczyny. Posłałam jej pełen aprobaty uśmiech, i idąc dalej minęłam ich pozostawiając samych w tym pełnym ludzi rynku. Krótki fragmencik ich życia, o którym być może za jakiś czas zapomną. Może zmienią się osoby tego przedstawienia, już będzie ona z innym nim lub on z inną nią. Nie przyglądałam się im, choć zauważyłam. Tacy młodzi, może coś w sobie dopiero odkrywający. W jej twarzy widziałam radość ze spotkania, on wyrażał sobą pełnię podziwu. Nie widziałam tego jonizującego powietrza, które ich otaczało. Być może nie jest ta aureola widoczna dla postronnych. Jednak wiem, że zakochani widzą tą jasność która bije od osoby, którą nas kocha. Nawet w największym tłumie bezbłędnie się po tej poświacie trafia do swojej prawdziwej połówki. A może nie u każdego ta jasność od drugiej osoby bijąca jest widoczna. Ja miałam to szczęście aby widzieć, jakby wielkie zakochanie wychodziło poza ciało w postaci światła. Kiedyś dane mi było przeżyć jako młodej dziewczynie, widzenie światła, które wygasło, wraz z zamierającym zakochaniem. Później nadszedł czas budzącej się nowej miłości do innego mężczyzny, i ponownie ktoś dla mnie zajaśniał. Ta błyszcząca poświata trwa, od dwudziestu pięciu lat, nie wygasła, choć zakochanie zmieniło się w dojrzałą miłość. Nie wygasła pomimo mijających lat, widzę ją kiedy spotykamy się po osobno spędzonych chwilach. Widzę tą codzienną akceptację i uwielbienie. Nawet wtedy, kiedy rankiem poodgniatane, potargane włosy, pognieciona od snu twarz, zwiotczałe atrybuty kobiecości, dla których historią stała się sprężystość i jędrność, tworzą zupełnie nieapetyczny w moim mniemaniu obraz. On patrzy z podziwem, jakby widział zupełnie kogoś innego niż ja sama. Czuję to uwielbienie, na każdym kroku małymi gestami wyrażone, w oczach wyczytane. I jakby czas się dla nas zatrzymał, każdego mijającego dnia pozostajemy tymi samymi chłopakiem i dziewczyną, którymi byliśmy ćwierć wieku temu. Czy młodzi z mojego dzisiejszego spotkania będą jaśnieć za rok, dwa, pięć? Nikt tego nie wie, jednak życzę im aby lśnili dla siebie podobnie jak mój mąż dla mnie.

Ta piosenka to ciemność po minionej jasności zakochania, przynajmniej dla mnie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163313
Osób: 145768