Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

CODZIENNY TOAST
Notatkę dodano:2014-05-07 21:36:33

Dopiero trzeci dzień z dziesięciodniowego maratonu a już czuję znużenie i niechęć do wszystkiego, co choć troszkę idzie nie po mojej myśli. Kleszczyk i jego dzisiejsze marudzenie podkreślone łzami bez jakiegokolwiek powodu wzmaga irytację i złość. Pogoda szykuje jakieś zmiany, które już zaczynają być przez nas odczuwane. Ciśnienie niewidoczne, irracjonalne oddziałuje zarówno na mnie jak i na młodego. Jadąc z pracy, będąc już w pobliżu mojej miejscowości ogarnia mnie senność, tak wielka, że czułam jakbym za chwilę miała odpłynąć w ten specyficzny niebyt. Odczucie kiedy człowiek łapie się na tym stanie, i w jakiejś panice zastanawia się czy zdążył chrapnąć, czy też to były tylko sekundy przez nikogo nie zauważone. Dobrze, że moja droga kończy się po dwudziestu minutach, gdyż jeśliby do przejechania pozostało jeszcze parę kilometrów niechybnie bym poległa w starciu z wygodnym fotelikiem i kołysaniem towarzyszącym jeździe. Chwila otrzeźwienia a nawet jakiejś pełnej aktywności i zwiększonej uwagi, tuż po odebraniu młodego z przedszkola. Jeszcze popołudniowa kawa, coś do jedzenia dla małego, przegląd poczty i ponowne odczucie senności. Chmurny dzień, przez całe swoje trwanie zbierający siły na opady deszczu powoduje, że oboje odczuwamy chęć przytulenia się do miękkiego kocyka. Pół godziny, to norma, na którą bez obaw możemy sobie pozwolić. Nie będzie nam ta krótka drzemka kolidować w wieczornym zaśnięciu, nie rozbije nas. Jednak nie przewidziałam, że odbiór pogody jest dla małego aż tak negatywny. Mija pół godziny, pikanie budzika, wzrost intensywności próbującego budzić dźwięku. Dziecko nie reaguje, twardy sen nie chce odejść, trzyma mocno. „- Pawełku, wstawaj”. Głębsze nakrycie kocem, niechęć do powrotu w rzeczywistość. Kolejne pół godziny mija zanim ponaglane do wstania dziecko z krokodylimi łzami, naburmuszonym obliczem i wielką obrazą na cały świat ze mną na czele, podnosi się bez jakiegokolwiek entuzjazmu. Staje się rozmemłanym małolatem z pretensjami o wszystko i do wszystkich. Bez powodu pojawiają się łzy, których opanowanie jest poza moimi możliwościami. Bezsilne prośby, nie na wiele się zdają, natomiast granica mojej wytrzymałości staje się coraz cieńsza. Zaczynam odliczać chwile do momentu, kiedy młody pójdzie spać. Bywają takie dni jak dziś, kiedy sił na normalność współdziałania z siedmiolatkiem po prostu brakuje. Gdzieś znika cierpliwość, umiejętność dogadania się i dojścia do wspólnego zrównoważonego poziomu staje się niemożliwa. Takie dni nie budują mojego matczynego ego. Czuję się byle jaką rodzicielką, nic wartą i zupełnie nie umiejącą się dogadać z własnym dzieckiem matką. Wiem, że takich dni będzie więcej, co wcale nie znaczy, że je polubię czy też zmienią one mój stosunek do siebie. Doświadczenie nauczyło, że to co mam w naszych koślawych relacjach to jeszcze nic w porównaniu z tym, co może mnie czekać za parę lat. Powinnam się cieszyć, że to nie jest najgorsze, co stanie się moim udziałem. Choć może nie powinnam zakładać, że tak będzie, to jednak wolę być przygotowana na pewne scenariusze i warianty. Niestety przed nami bunty, wojenki, starcia i to wszystko, co wraz z dorastaniem swojego dziecka będę musiała przejść. Te dzisiejsze bezpodstawne łzy to przecież nic w porównaniu do całego wachlarza możliwości. I choć „przerobiony” został już pod kątem swoich zachowań jeden potomek, zdaję sobie sprawę, że życie zapewne nie raz zaskoczy i na nic się zdadzą moje przygotowania. Nie ma gotowych schematów, a i do rozwiązań czasami prowadzą różne drogi tak jak i rozwiązania bywają różne. Ten czas i przyszłe dylematy przede mną, choć chciałoby się ominąć bez własnego udziału, nie da się tak jak na nic zdadzą się prośby o odsunięcie tego kielicha. To co mam w przeznaczeniu będę musiała wypić czy tego chcę czy nie. Każdy z nas ma to swoje metaforyczne naczynko z życiem do wypicia, choćbyśmy się krzywili, z odrazą próbowali odsuwać, lub z cwaniactwem się wymigać, wypijemy do dna. Nie pozostaje nic innego jak codziennie wznosić toast i małymi łyczkami próbować delektować się nawet najbardziej kwaśną życiową polewką. Jutro inny będzie smak, i z większą radością każdy haust przyjmiemy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE UMIEM, LUB NIE CHCĘ....
Notatkę dodano:2014-05-05 21:46:21

Ostatnimi czasy, nie każda moja notatka idzie w świat. Bo i cóż może kogoś obchodzić co mi się w głowie roi, jakie są moje obserwacje, zdania na temat. Codzienne zapiski znajdują ustronne miejsce w ledwo zipiącym laptopie, który bez obrazy jego technicznego majestatu powinien odejść już na pewien rodzaj emerytury. Z całkiem prozaicznych materialnych przyczyn nie dzieje się tak jak powinno. Powiedzmy sprzęt dopracowuje do zasłużonego wypoczynku jak wielka część naszego dorosłego społeczeństwa. Dzięki temu moje zapiski trafiają w swoje docelowe miejsce a raz na jakiś czas z tegoż miejsca wypłyną na szerokie wody sieci. Cóż takiego się wydarzyło, że skłoniło mnie to do wypuszczenia akurat tej notatki poza bezpieczne swoje terytorium. Z pozoru niby nic ważnego a jednak jak dla mnie coś co daje chwilę zastanowienia i zadumy. Wspomniałam jakiś czas temu, że moja mama wybiera się na zabieg mający za zadanie przywrócenie pełni funkcji dłoni. Jakieś nerwy się zbiesiły, coś źle działa i należy to poprawić aby działanie obecnie bolącą i drętwiejącą ręką wróciło do normy. Przygotowuję się na obecność mamy w szpitalu, odpracowuję jakieś dni, które po zabiegu odbiorę jako wolne, aby być przy niej wtedy, kiedy będę potrzebna. Jednym z tych przygotowań jest także objaśnienie całej sytuacji Kleszczykowi. Może się zdarzyć sytuacja, że razem będziemy któregoś dnia u babci, że nie pójdzie do szkoły. Zwyczajne przyzwyczajenie do mającej nastąpić sytuacji. Klaruję, tłumaczę, wyjaśniam. Nic szczególnego, ani zaskakującego. I podobnie sama odbierałabym całą sytuację gdyby nie wczorajsze pytanie Młodego.

A gdzie będzie pies babci jak ona umrze?". Jak dalece mnie zamurował taki tok myślenia siedmiolatka, to tylko ja sama wiem. Śmierć, choć każdy z nas dorosłych wie, że jest nieuchronna, czekająca każdego, w naszych z dzieckiem relacjach bywała często pomijana, lub przedstawiana jako coś z dalekiej przyszłości. Oczywiście wizyty na cmentarzu u dziadków są tłumaczone jak najbardziej w ugładzony sposób. Jakoś wychodzimy z założenia, że trzeba czasami na ile się da temat omijać. Mój, dorosłej osoby stosunek do faktu śmierci jest jakoś fałszywie innymi sprawami przykrywany. Wiem, ale jak przysłowiowy struś, chowam głowę w piasek. Dziecko zadało mi najbardziej przyziemne pytanie, a ja nie potrafiłam lub nie chciałam na nie odpowiadać. Nie chcę się przygotowywać na nieuchronne, a ten mały człowiek podszedł do tego jakby była to najnormalniejsza sprawa na świecie. Okazał się w swojej dziecięcej ciekawej szczerości bardziej dojrzały ode mnie. Wstrząsnęło mną to pytanie, jego prostota i uświadomiło zarazem moją w materii śmierci nieporadność i jakiś strach. Strach, że choć nie chcę tego przyjąć do wiadomości to każdy dzień przybliża nas do drugiej strony. Obawa, że coraz mniej czasu dla mnie i mojej mamy. Zdaję sobie sprawę z wielu tych trudnych dla mnie problemów, a zarazem nie robię nic, aby przygotować na zetknięcie się, na łatwiejsze przejście, na ułatwienie przyjęcia. Zachowuję się tak, jakby moje życie miało nigdy się nie skończyć, jakby nieuchronne było bardzo, bardzo daleko. Nie chcę mówić, aby nie zmniejszyć tego dalekiego dystansu, bo łatwiej mi żyć nie myśląc o sprawach ostatecznych. Nie potrafię żartować ze śmierci, ale też jakimś mankamentem swojej osobowości po prostu w tym wyjątkowym przypadku zamieniam się w strusia głęboko tkwiącego głową w podłożu. Może nie pragnę umartwienia i smutku, który towarzyszy sprawom ostatecznym. Mam świadomość obecności, a zarazem odsuwam na ile się da wszelkie sprawy powiązane ze śmiercią. Zwykłe pytanie powoduje panikę, choć przecież nie powinno. Nie potrafiłam stanąć na poziomie dorosłości i normalnie na to pytanie odpowiedzieć. Przecież nikt nie oczekiwał wymyślnej odpowiedzi, a moja głowa włączyła wyobraźnię, strach i paraliż racjonalizmu. Nie potrafiłam, nie umiałam bez emocji a może po prostu nie chciałam.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZWIĘKSZONA SZANSA NA WYGRANĄ
Notatkę dodano:2014-04-29 22:30:02

 

Stałam się pełnoprawnym potencjalnym dawcą szpiku. Do sześćdziesiątego roku życia mogę się przydać. To dobra wiadomość, jeszcze trzynaście lat jest dla mnie nadzieja na podarowanie komuś życia. Podarowanie nie jako prokreacyjna kontynuacja siebie i swojego partnera. Tu darczyńcą byłabym sama, całkiem świadomie i z pełną do tego darowania chęcią. Jest to marzenie, którego spełnienia pragnę chyba najbardziej na świecie. Dać kawałeczek siebie, a dzięki temu być może zmienić bieg czyjegoś życia. Kiedyś pisałam o marzeniach, i moim do nich podejściu, że to coś, co przez samo nazwanie jest zupełnie nierealne do spełnienia. Przy tak wielu różnych wariantach naszych genów i mnogości zróżnicowania każdego z nas prawdopodobieństwo, że trafimy na swojego bliźniaka, który akurat potrzebuje naszej pomocy jest małe, jednak nie niemożliwe. Moim ogromnym pragnieniem byłoby abym mogła pomóc. Może w łaskawości swojej decydenci na górze dadzą taką szansę. Mają trzynaście lat i ja dzięki tej decyzji też mam przedłużoną młodość skoro przez ten czas ciągle będę mogła podarować komuś życie. To wspaniałe mieć taką możliwość. Cząstka nas, która może być dla kogoś kluczem do otwarcia drzwi na oścież do dalszego życia. Tak mało potrzeba, a tacy jesteśmy obojętni, zagonieni za czymś zapominamy o tym co jest najważniejsze. Widzimy krok obok siebie, ale już parę metrów dalej to dla nas za daleko, za ciężko, za niewygodnie. Fakt, łatwiej siedzieć w swoich opłotkach, cieszyć się z tego co się ma, ze zdrowia, z udanej rodziny i z tego co przez lata budujemy. Tylko czasami ta nasza budowla może być nie warta włożonego wysiłku, może runąć w jednej chwili niczym domek z kart. Odrobina wyobraźni, wystarczy aby z tęczowej teraźniejszości stała się czarna rozpacz i nagle znajdujemy się na samym jej dnie, z którego nie możemy liczyć na żadną pomoc. Nagle jesteśmy skazani na samodzielne borykanie się z chorobą swoją lub członków rodziny. Nie wiele trzeba aby taka tragedia dosięgnęła każdego z nas. Nie wiemy, kto tasuje te karty, nie wiemy co w ironii losu dane nam będzie wyciągnąć, z jakimi szulerami gramy to rozdanie jakim jest nasze życie. A może tuż za ścianą jest ktoś, kto mógłby pomóc, tylko zabrakło wyobraźni, zabrakło czasu, chęci bo przecież on, tak jak my nie dostrzega i nie jest mu potrzebne. Każdy z nas może, a nawet powinien dać możliwość na szansę dla potrzebujących innych, bo nie wiemy czy jutro sami nie staniemy się członkami tego potrzebującego grona. Czy tak wiele trzeba? Może wystarczy otworzyć oczy, przemyśleć, postawić w wyobraźni swojego syna, swoją córkę, męża w miejsce potrzebującej osoby. Czy w dalszym ciągu będziemy myśleć, że nasza pomoc jest niepotrzebna? Każdy sam podejmuje decyzję. Mając wolną wolę dodajmy do niej szczyptę wyobraźni i bądźmy po ludzku ludźmi, a może dzięki temu parę osób będzie miało szansę radości bycia dłużej wśród swoich bliskich.

http://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRÓŻNY CHWAST ...JA?
Notatkę dodano:2014-04-23 19:37:36

Przebiegłam kolejny dzień w tej gonitwie, która wydaje się być bez końca, a czasami jej sens gdzieś po drodze się gubi. Może to jakieś zmęczenie, może brak od dłuższego czasu moich godzin, kiedy zarówno ciało jak i środek w cudowny sposób się regeneruje. Po świątecznym obżarstwie odczuwam rozprzężenie i wiem, że muszę jakoś pozbierać się do przysłowiowej „kupy”. A tak się nie chce, tak opornie wszystko idzie. Ciężko ze znalezieniem stawiającej do pionu motywacji, która będzie prawdziwym motorem, aby nawet przy braku chęci jednak zadbać o systematyczne działania. Jedna rzecz, która w perspektywie oczekiwana czasami wystarcza za wszystko inne. I jakoś łatwiej o znalezienie czasu, o wykonywanie żmudnych lub nielubianych czynności. Żebym miała tę jedną wydumaną motywującą mnie sprawę w podskokach każdą narzuconą sobie normę bym osiągnęła. A tak, zapału wystarcza na parę dni, rozleniwienie, celowe zapominanie aby ponownie coraz słabszym zrywem poczuć kolejny słomiany płomień rozniecony na krótką chwilkę. Minęły święta i sama się zastanawiam, na co teraz będę czekać. Urlop niczego szczególnego sobą nie przyniesie, żadne wyjazdy nie wchodzą w grę. Nawet nie bardzo chce mi się o tym myśleć, bo to tylko do jakichś frustracji doprowadza. Nie czekam na urlop, muszę szukać czegoś innego. I nie potrafię znaleźć sprawy, na którą mogłabym czekać. Nie planuję nie oczekuję, łapię tylko to, co akurat spadnie. Po drodze jakieś sprawy się wydarzą, za trzy tygodnie mama będzie mieć zabieg na rękę, co spowoduje pewne dysfunkcje a zarazem trzeba będzie więcej spraw pogodzić. Ale na to nie czekam, to trzeba będzie przyjąć i przejść. Brak mi motywacji, nawet to codzienne pisanie gdzieś zatraciło sens. Bywa, że ktoś tu zaglądnie, może omyłkowo, przypadkiem. Nikomu te moje teksty nie służą, na nic się nie przydają. Może ich miejsce to tylko mój komputer a nie szerokie wody na których w potopie wielu słów nikną. Zastanawiam się nad przerwą w nadawaniu, nad schowaniem się we własną skorupkę. Zapewne będę sobie pisywać tylko szufladka przez czas jakiś pozostanie zamknięta. Rozważam, w którą stronę mam się teraz skierować i jeszcze nie obrałam kolejnego celu.

Teraz jest czas kwitnącego mniszka, całe połacie żółtych kwiatów jeszcze przed staniem się dorosłymi dmuchawcami, których nasiona wiatr rozwieje gdzieś w świat. Te świetliście żółte pół pomponiki rażą swoją barwą tylko w pogodne dni. Jest ich w tym roku ogrom, po paręnaście kwiatów z jednej rośliny. Mniszkowa potęga, na łąkach, ugorach, poboczach i rowach. Jednak ten chwast ma pewną przypadłość. Lubi błyszczeć, lubi być zauważany i tak jakby wiedział, że ludzie w pogodne dni wychodzą bardziej otwarci na otoczenie zauważą także i tę panoszącą się w wielu miejscach żółć ich kwiatów. I w piękne pogodne dni stoją kwiaty mniszka pełną otwartością i kolorystycznym odcinaniem się od zielonego tła łąk. Niech jednak tylko spadnie deszcz, znikają żółte łatki, kwiaty zamykają swoją mnogość płatków i tylko uniesione, skulone główki są oznaką próżnego mniszka, na którego niewielu w deszczową porę wzrok kieruje. Może mam coś z mniszka, a teraz nadszedł mój deszczowy czas, w którym najlepszym przybraniem będzie skrycie się gdzieś w zieloność otoczenia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JEJ I MOJE PRAWO TAKIE SAMO
Notatkę dodano:2014-04-21 21:21:03

Poniedziałkowy wieczór. Już za nami Święta, które tak jak przewidywałam w tempie ekspresowym staną się czasem przeszłym. Wielkie przygotowania, zamieszanie i już jest po wszystkim. Przez miniony czas zupełnie pozbawiona dostępu do netu po części na własne życzenie. Cała sobota w pracy, powrót z ogromnym zmęczeniem, oraz chęcią nicnierobienia. Piękny słoneczny dzień, z którego niewiele uszczknęłam przeleciał niewiele pozostawiając. Święta w rodzinnym domu, który coraz większą pustką zieje. Starszy syn z rodziną ideologicznie oddalony, przekornie udowadniający że jego życie to już nie nasza sprawa. Wielkanocne śniadanie, łzy babci za nieobecnym, ukochanym wnukiem. Moje podejście pewną obojętnością naznaczone, może nawet ulgą, gdyż nie wyobrażam sobie wspólnej obecności razem z młodymi po ich wcześniejszych słowach i gestach. Lepiej jak nie widzę, lepiej jak nie słyszę. Wielkanoc to mój dzień wolny od pracy, niech będzie spokojny, leniwy. Późne świąteczne śniadanie, które nasyca nas aż za bardzo, ale tak zgodnie z niezdrową tradycją jest co roku. Nie oczekujemy po tych świętach za wiele. Każdy ma swoje przemyślenia, refleksje. Leniwe godziny przecięte spacerem, którego za mało i nie ten kierunek, który obralibyśmy idąc sami. Wiosenny dzień, kwitnące owocowe drzewa, jakieś wspominki minionych lat, ludzi. Coraz więcej mam tych wspomnień, i takie dni uświadamiają niesamowity upływ czasu, który nie wróci pozostawiając po sobie tylko parę zapamiętanych scenek. Poniedziałek mimo świątecznej, na czerwono zaznaczonej daty w kalendarzu zaczynam bladym świtem normalnym dniem pracy. Nie daję szansy na całkowitą normalność, przecież to święto, trzeba je potraktować wyjątkowo. Mój mężczyzna przyjeżdża po mnie, za chwilę wszyscy troje pojedziemy do kościoła. Msza z trzema chrztami, odczytanym listem zamiast kazania. Nic szczególnego a jednak wychodząc z kościoła coś we mnie pękło.....

Trójka dzieci, dwie dziewczynki i chłopczyk powodują pewien podwyższony poziom dziecięcego rozgardiaszu. Nie budzi to niczyjego sprzeciwu ani odczuwania złości. Wiadomo, dzieci mają to do siebie, że czasami popłaczą, czasami te starsze znudzone po wielokroć będą pytać, „kiedy koniec?”. Minuty mijają, dzieci przyjęte do grona chrześcijan. Całkowita norma, zupełnie dla mnie jako obcej tym chrzczonym dzieciom bez wielkiego przejęcia i podniosłości. Czas na komunię, jeszcze grzesznicy nie zdążyli bałaganu w swoich duszach poczynić, spory tłumek przystępuje. Trzech księży rozprawia się ekspresowo z tym podniosłym zadaniem. I kiedy już ostatnie osoby wracają do swoich ławek zauważam pewną osobę. Pamiętam ją sprzed kilkunastu lat, kiedy była dziewczynką odznaczającą się pewną delikatną w moich oczach urodą. Już wtedy, jeszcze ten kościół był moją parafią, i tylko tu uczestniczyłam we mszach, zauważyłam ją, choć co właściwie spowodowało to zainteresowanie naprawdę nie potrafię powiedzieć. Zauważyłam w tłumie wiernych, może tę urodę kojarzącą mi się z młodą Anną Dymną, a może lekkie utykanie, które choć w niewielkim stopniu, jednak zauważalne było. Taka sobie ładna dziewczynka, która sobą jakoś umiała przykuć moją uwagę. Przez kilkanaście lat tylko sporadycznie w tym kościele bywałam, miniony czas zatarł pamięć o niektórych widywanych twarzach. Dziewczynka stała się kobietą, choć tego nie widziałam. Pewnie bym o niej nie pamiętała, gdyż miniony czas sprawiał rozmijanie się nasze, spowodowane może bywaniem na mszach o innych godzinach, a może nieobecnościami. I dziś zobaczyłam tę już piękną kobietę, urodą szczególną dla mnie zapamiętaną. Rysy jak kiedyś, tylko przemiana z małej w dużą z czymś jeszcze, co nie dało się nie zauważyć. Dwie kule bez których ta młoda kobieta nie potrafiłaby utrzymać się na własnych nogach. Tamtejsze delikatne utykanie widocznie było tylko wstępem do latami trwającej, posuwającej się i degradującej ruchowo choroby. Zrobiło mi się strasznie smutno. Mam tak wiele, nie zawsze o tym pamiętam, bo przecież należy mi się. Przyjmuję jak coś normalnego wychodząc z założenia, że tak powinno być, bo …. . A przecież ta młoda kobieta ma takie samo prawo jak ja, a jednak jej życie jest pozbawione wielu spraw do których ja nawet czasami nie przywiązuję wagi. Stoi koło mnie mój mąż, mój syn, jest tak dobrze, jesteśmy zdrowi a przecież wszystko mogłoby być inaczej.

Ksiądz nie wygłaszał kazania, a ja wychodziłam z kościoła ze łzami w oczach.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


„JESTEM TYLKO TŁEM” WIELKOPIĄTKOWE PRZEMYŚLENIA.
Notatkę dodano:2014-04-18 21:26:03

Dziś dzień szczególny, refleksyjny, bardziej górnolotny niż pozostałe dni w roku. Zapewne nie dla wszystkich, i nie każdego roku odczuwany jednakowo. Moje dzisiejsze zapiski będą może zbyt osobiste, może wejdę w tych przedstawionych słowem pisanym przemyśleniach w zaułek bez wyjścia, może dojdę do ściany nie do przeskoczenia i nie do ominięcia. Może wcale, nigdzie te słowa nie opuszczą mojego komputera. Jeszcze nie wiem ani w którą stronę to wszystko pójdzie, ani jak dalece zagalopuję się w myślach. Pierwsza taka prześladująca mnie od rana myśl to było krótkie: „ nie każdego Mistrza da się przerosnąć”. Od niej w pewnym tłumaczeniu siebie szłam dalej i dalej. Mistrz, dla katolika nawet tak marnego jak ja, to Jezus. Tylko cóż jemu po takich jak ja wątpiących wyznawcach, którzy nie potrafią powiedzieć „ tylko Ty”. Stworzono mnie na podobieństwo niewiernego Tomasza, zajętej domowymi pracami Marty, czasami w zachowaniach niczym zapierający się Piotr. Każdego z nich mam po kawałku. Tym gorszym, tym, który dla katolika jest wadą. Ktoś powie, masz życie na naprawę tego wszystkiego, dostałaś szansę aby zmienić. Tylko jeśli dano mi być akurat taką, że nie potrafię, a może za mało we mnie chęci ku całkowitej przemianie. Może ten mój sposób wygodniejszy, prostszy i zgodnie z tym jaką mnie stworzono a nie wbrew. Nie potrafię powiedzieć „tylko Ty”, bo dano mi inne powołanie.

Dziś przy okazji telefonicznego składania życzeń z pewną dobrą znajomą ze szkolnej ławy w kontekście po życzeniowej wymiany wieści padły słowa :” każdy ma swój krzyż”. Frazes, pewna przenośnia do naszych maluczkich życiowych problemów. I tak jak każdy ma swój krzyż, tak każdy dla jakiegoś powołania tu się pojawił. Jakieś talenty, jakieś dary, umiejętności i odgórnie wyznaczona droga. Może moją drogą będzie chwianie się w stronę tego co powinnam, a co robię, przy dużej stanowczości do pewnych czysto życiowych spraw, akurat stanowczości w tym jednym konkretnym kierunku brak. Zapewne nie szukam dróg w stronę Mistrza, bo dobrze mi w tym co dostałam, co mam. Łatwo w ten sposób się wytłumaczyć i dalej nie robić za wiele ze swoimi mankamentami wiary. Ale też ilu tak do końca prawdziwie stałych, wartościowych, będących przykładem, którzy mogliby stać się widocznym wzorem. Zdarzało się spotykać takich ludzi na swojej drodze, którzy częściowo w moich oczach tak wyglądali, sprawiali wrażenie tak dalece dobre, że chciałam, że zaczynałam podziwiać. Dla niewiernego Tomasza z którego wiele mam tacy stąpający po mojej drodze dobrzy ludzie to impuls w stronę zawierzenia. Tylko tak się przeważnie plotło, ze z moich oczu spadała zasłona i tutejsi bliscy „świętości” okazywali się w owczej skórze wilkami. Czysto po ludzku w ludzkich sprawach zawodzili, spadali z piedestału a ja pozostawałam z coraz większym zwątpieniem. Dano wolną wolę, obdarzono namiastką rozumu, puszczono na szerokie wody wolnych wyborów i dylematów, które po swojemu pokonuję. Czy byłoby mi łatwiej gdybym potrafiła bezkrytycznie zawierzyć? Jeślibym tak została skonstruowana, zapewne moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, ale nie dano. Zostawiono jako poszukiwacza, który być może nigdy nie znajdzie. Nakierowano na inne cele moje istnienie, postawiono przede mną wyzwania innego typu, a ja staram się aby życie choć pełne wątpliwości jednak przejść tak, aby nikomu krzywdy nie uczynić. Może życie w myśl zasady : „żyj tak aby nikt przez ciebie nie płakał”, nawet jeśli w przemyśleniach daleko od Mistrza, ma sens i jest akurat moją drogą wyznaczoną abym była tłem dla jednostek świetliście od całej reszty odcinających się świętością. Taką drogę mi przypisano, i nią będę taka wątpiąca podążać zapewne aż ku kresowi. Ten, który zna myśli, kieruje czynami wiedział, że będę dobra w takiej marszrucie przez życie, jeśli kiedyś zechce ten stan zmienić na nic zdadzą się moje wolną wolą asekurowane uniki. Póki co moją rolą być tu i teraz, przy tych, których postawił na mojej drodze. Jeśli nic tego stanu nie zmieni właśnie tak będzie wyglądać już zawsze, że Wielkopiątkowe przemyślenia dadzą poczucie małości wobec Mistrza, któremu nikt nie ma szans dorównać.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ELASTYCZNE RAMY
Notatkę dodano:2014-04-17 21:42:17

Krótkie wycinki dnia pozostałe do mojej własnej dyspozycji nie dają zbyt wielkich możliwości. Jutro wreszcie z wielkim utęsknieniem wyczekiwane wolne od pracy. Tej zawodowej, która mieszcząc się w pewnych czasowych ramach, nimi ograniczona w przeciwieństwie do domowych zajęć. Te dla odmiany mieszczą się w ramach mało sztywnych, elastycznych do granic możliwości. Zarówno ramy czasowe jak i podejście osobiste do pozazawodowej działalności na niwie domowej powodują czasami istne szaleństwo budzące zaskoczenie lub zdziwienie u domowników. Wczorajsza moja działalność po powrocie z pracy do domu obrała właśnie takie, nie do końca zrozumiałe oblicze. Najpierw udeptałam grunt do dalszych działań. Telefon do męża i gdzieś pomiędzy zwyczajną naszą rozmową utknięte krótkie :”obierz i usmaż dużo cebuli, tak z sześć, siedem”. Niezwykła czujność która spowodowana dziwnym sformułowaniem w moim małżonku się obudziła, kazała zacząć się domyślać na co, po co, do czego mi potrzebne takie ilości wzmagającego płacz warzywa. Na nic zdały się moje wymijające odpowiedzi, słowotok, który miał zasłonić sobą już wypowiedziane słowa. Małe kroczki, domysły, obserwacje odkryły tajemnicę. Moje plany zakładały zrobienie „paru” pierogów, aby kolejne dni nie stanowiły już wyzwania kulinarnego łamania głowy i nie zaprzątały mojej, kwestią co zrobić na obiad. Małżonek pierogi ruskie uwielbia chyba najbardziej jako następne po swojskiej kiełbasie, a może one nawet tę kiełbasę deklasują. Nie ważne to, ważniejsza była jego reakcja na moje chęci wieczornego zaaferowania tym absorbującym zajęciem.

-„Daj spokój, przyjdziesz zmęczona i będziesz robić pierogi zamiast sobie odpocząć”. Cóż, wiem, że zajmie mi to trochę czasu, jednak skoro wszystkie składniki są i aż się proszą o wykorzystanie, potrzeba tylko iskry z mojej strony, a plan już powzięłam, to z całą przeogromną chęcią do spokojnego polegiwania i odpoczywania, zrobię to co sobie ubzdurałam. Przed dziewiętnastą wpadłam jak burza, pomiędzy łykami wieczornej kawy niczym popędzany normami akordu przodownik pracy w przeciągu dwóch godzin przeszło sto dwadzieścia sztuk było gotowych do kąpieli we wrzątku. Oczywiście gdyby nie wydatna pomoc męża, zajęła by mi cała operacja dłuższy czas. Zaliczyłam kolejny punkt wydumanego przez siebie planu i jedyne o czym udawało mi się myśleć to embrionalna pozycja pod ciepłą kołderką. Wycisk na własne życzenie. Dzięki tej formie wczorajszej aktywności dziś oprócz spokojnej, co do obiadu głowy, pewne symptomy odczuwania mięśni zawładnęły moim ciałem. Zmęczenia nie do końca udało się pozbyć. Być może za wysokie obroty, za krótki nocny wypoczynek, zresztą mało to istotne skoro nie daje się wyeliminować, trzeba przejść do porządku dziennego. Ciało nie w pełni formy, ale przynajmniej po paru deszczowo- wietrznych i pochmurnych dniach dzisiejszy ranek dawał nadzieję na całkiem pogodny rozwój. Błękit nieba z odcinającą się soczystą seledynową zielenią brzozowych listków był dla mnie pięknym tego dnia preludium. Znowu wizualna namiastka wiosny, może zadomowi się ona już na dłużej, przecież półmetek kwietnia za nami, istnieje nadzieja że coraz więcej będzie tego wiosennego piękna niż zimowych nawrotów. Dzień zaczynał się wspaniałą grą barw, które udało się dostrzec, w całej świeżości i odmianie po zimowej szarości. Teraz trzeba to zapamiętać, ukryć na przyszłość w zakamarkach pamięci, aby mieć do czego wracać kiedy świat opanuje szarość. Szkoda, że tak mało ostatnio czasu na spacery, i rowerowe wyprawy. Kwitnie rzepak, gdzieś na zerwanie czeka szczaw, to wszystko jest, tylko czasu jak na lekarstwo. Może po świętach...może rzepak poczeka, szczaw nie przerośnie a ja zdążę, jak z wczorajszymi pierogami i znowu dam radę, po raz kolejny poszerzyć gumowe ramy mojej codzienności.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DORĘCZYCIEL FRANCISZEK.
Notatkę dodano:2014-04-15 22:28:22

Patrzę na kalendarz, nie powinnam a jednak czuję pełne zaskoczenie. Przecież nie przesypiam żadnego z mijających dni, normalnie funkcjonuję, zgodnie z wytyczonym harmonogramem. większych wzlotów i upadków nie doświadczam, spokojne godziny, dni. Może to właśnie ten spokój wytłumia postrzeganie, szczegółowe zauważanie i nic nie znaczący rzut okiem na kalendarz doprowadza do niejakiego szoku. Jutro środa i właściwie nie ma co odliczać dni do świąt. One już jakby były. Ponownie okazało się że ostatnie dni przelatują w ekspresowym tempie. Kolejny rok obędzie się bez świątecznych kartek, z całą premedytacją ich po raz kolejny nie wysłałam. Nieliczni wytrwali jakby na przekór mojemu niewysyłaniu jednak do mnie karteczkę puszczą, mnie przez chwilę będą męczyły wyrzuty sumienia i w kolejne święta sytuacja się powieli. Nawet nie wiem czemu tych kartek nie wysyłam. Nie jestem jedyną, która porzuciła tradycję na rzecz paru słów elektronicznie doręczonych po niezrozumiałych dla siebie samej łączach. W zasadzie uwielbiam listy pisywać, dostawać, ozdobić całkiem ręcznie kopertę aby adresat wiedział, że ta właśnie pochodzi ode mnie. Swego czasu potrafiłam na samo adresowanie poświęcać więcej czasu, niż na tworzenie treści. Moje koperty, które szły gdzieś w świat choć ich wymiar standardowy, były znaczne, jedyne w swoim rodzaju. Rysowałam roślinne ornamenty czarnym tuszem, z niewielkim znacznikiem monogramu. Co dalej działo się z tymi wytworami nie wiem, zapewne jeśli trafiły na obojętnego adresata zasiliły stertę wytwarzanej w domu makulatury. Kto przechowuje niepotrzebne koperty, tylko bardzo sentymentalni dziwacy. Ja jestem w tym mało szacownym gronie i zdarza mi się zajrzeć gdzieś w swoje archiwa. Uzmysławia mi to zaglądanie pewną minioną epokę, która nie powróci, bo ani ci, co kiedyś do mnie pisywali już raczej pisać nie będą, ani w odwrotnym kierunku tradycyjna koperta nie wyjdzie. Łatwiejsze wydaje się korzystanie z nowoczesnych udogodnień, prostsze, bez wysiłkowe. I korzystam z tego choć zarazem tęsknię za namacalnym doręczonym przez listonosza listem, który swoją materialną wartością jakoś cenniejszy od wszystkich maili i SMS- ów. Te same słowa, ale to papierowa oprawa stanowi o dużo większej dla mnie cenności tradycji nad nowoczesnością. Mój rewir ma pewien listonosz, przemiły człowiek, który dostarczając do mnie przeróżne przesyłki poświęca zawsze krótką chwilę na parę słów ze mną. Bywają tygodnie, że jest u mnie codziennie, są takie, kiedy nie musi zbaczać do moich drzwi. Jednak jest on przeważnie doręczycielem całej maści przeróżnych przesyłek z wyłączeniem właśnie tych odręcznie, starannie pisanych, na które najbardziej zawsze czekałam. Dawno temu z listami przychodził pod inny mój adres pewien pan Franek. Od poczty, gdzie obarczano go korespondencją miał spory kawałek drogi do moich drzwi. W tamtych czasach nasilenie korespondencyjne przypadało na okres świąt zimowych i wiosennych. Pozostała część roku podzielona na miesiące dostarczanymi emeryturami, rentami i normalną korespondencją. Jednak pewnego roku pan Franciszek poczuł, że jego normalny rytm doręczania poczty stanął na głowie. Zapukał do moich drzwi z wyrzutem w głosie zakomunikował mi, że on nie wie co też ja wyczyniam ale musi codziennie często tylko dla mnie pokonywać tę odległą trasę, i jeśli jest to możliwe to aby odrobinę zmniejszyć ten nawał korespondencyjny. Mijający czas poczynił zadość panu Franciszkowi, który i tak już z tej zmiany się cieszyć nie może. On nie może, choć zapewne by się cieszył, a ja znów na przekór doręczycielowi Franciszkowi cieszyłabym się na krótki powrót tamtych chęci do korespondencji oraz zapomnianym dawno specyficznym pocztowym nawałem. Fajnie byłoby dostać parę kartek....parę listów...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PRZYRODA W ROLI GŁÓWNEJ
Notatkę dodano:2014-04-14 21:30:00

Tak gwałtownych zmian pogodowych chyba tej wiosny jeszcze nie było. Popołudnie dzisiejsze zaskoczyło wielorakością swojego zmiennego oblicza. Burza, gradobicie, z wiosny w przeciągu paru chwil stała się gradowa zamieć, aby już za moment zajaśnieć na szaro-granatowym tle odcinającą się jedną częścią tęczy. Gdzieś drugi koniec tego barwnego widowiska się zapodział i te niepełne arkady nadziei przez chwilę mogłam podziwiać przez zaparowane szyby busa. Nim doszłam na swój przystanek natura pokazała swoje moce, choć doskonale wiem, że w bardzo okrojonej i cząstkowej postaci. Błyskawice przeszywające pociemniałe nagle niebo, ogromne zimne krople deszczu, niesione porywistym wiatrem próbowały ataku z każdej strony. Ja niczym muszkieter próbująca obronić się przed tym żywiołem parasolką, jednak broń ta okazywała się niczym, w starciu z niewidocznymi mocami, których zamiaru nie dane było przewidzieć. Zresztą aby zaplanować skuteczną obronę musiałabym stać się niczym Kasandra widząca to, co się wydarzy parę chwil wcześniej. Krople deszczu zmieniły swój stan skupienia i już jako centymetrowe kuleczki twardego gradu w parę chwil czerń mokrego asfaltu zmieniły w jakiś zmarznięty biało szary sorbet. Grad topniał równie szybko jak się pojawił, stając się wielkimi kałużami rozchlapywanymi przez przejeżdżające samochody. Z wielką ulgą weszłam do swojego busa, było mi zimno, tak bardzo, że dłuższą chwile po wejściu do domu nie miałam ochoty pozbywać się kurtki. Gorąca kawa już na mnie czekała, kochany mężczyzna wiedział, czego będę najbardziej w chwili powrotu pragnęła. Drugi po swojemu wyraził entuzjazm z mojego pojawienia się w domu. Obserwuję to swoje dziecko i widzę, jak bardzo mogą się między sobą różnić dzieci tych samych rodziców. Porównuję, oceniam i czekam co będzie dalej, jak bardzo ich charaktery będą się zbliżać lub oddalać od siebie w podobieństwie. Nie jestem zaślepioną matką, potrafię ryknąć, skarcić. Zobaczymy co z tej mąki za chleb wyrośnie. Póki co Kleszczyk, w niejakiej identyfikacji z tym aprobowanym przez siebie i nas przezwiskiem, potrafi przyczepić się takim pełnym uwielbienia przyklejeniem, przytulić, jakby ciągle tej bliskości rodziców potrzebował. Zgrywanie twardziela nie zawsze jeszcze wychodzi, czasami jakby wbrew charakterowi, lub w celu wypróbowania wytrzymałości, czy też wyznaczeniu coraz większych granic samodzielności. Jednak niech tylko tato z mamą, gdzieś w krzyżujących się drogach z pokoju do kuchni lub mijając w peerelowskim, za wąskim przedpokoju przystaną na krótki moment przytulenia, już gdzieś na wysokości metra czterdziestu słychać, „ A mnie czego nikt nie przytula, ja też chcę” lub skrótem „ A ja?”. I już Kleszczyk pomiędzy nami, szczęśliwy samym faktem, że dla niego jest miejsce, że nie jest to zarezerwowane tylko dla nas, dużych. Te małe, choć sporej ważności gesty okazują się być bardzo istotne. Dotyk, pogłaskanie, czułe znaki to pewnego rodzaju domena kobiet, tylko jak się okazuje nawet dorosłe, siwe twardziele są na to łase, to cóż mówić o siedmiolatku, któremu do twardziela brakuje i okrzepnięcia i doświadczenia. Kiedyś ja uczyłam pewnych zachowań jego ojca, pozbawionego wcześnie matki, może kiedyś on wskaże jakiejś dziewczynie ten sposób na wyrażenie bez słów tego co się czuje do drugiej osoby. Zobaczymy kiedyś co z tego zaczynu powstanie, dużo mam czasu na obserwacje.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZNÓW MANIFESTUJĘ....
Notatkę dodano:2014-04-13 21:58:25

Usłyszałam krótką opowiastkę. Ot, życiowa przypowieść, jak jest, a w moich oczach nie powinno. Jak dalece posunęliśmy się w kapitalizm, który zębiskami wielkimi wyżuwa z maluczkich ile tylko chce, doprowadza do wypaczeń, w pełnym poparciem działań, które z moralnością mają mało wspólnego. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest odosobniony przykład, że podobne zachowania rozpowszechniły się i są rozgrzeszane, tylko.... .

Młoda osoba poszukująca pracy, bez doświadczenia, po szkole średniej. Po licznie roznoszonych CV, wreszcie dostaje sygnał, zostanie przyjęta. Nikt z nią nie podpisuje umowy, bo takie czasy, że prawo mówi swoje, pracodawcy robią swoje. Najpierw praca, umowa za jakiś czas. Pełen entuzjazm młodej osoby, wreszcie się udało. Wielki dzień, pierwszy dzień pracy. O wyznaczonej porze stawia się na miejscu, przez parę godzin sprząta magazyn, aby nie podpaść, żadnego śniadania, przerwy na siku... chce się pokazać z dobrej strony. Magazyn wysprzątany, z czterech przybyłych dziewczyn trzy zostają odesłane. Były tłem dla jednej, która miała być przyjęta. Bez kwitów dostały po pięć złotych za godzinę pracy, pokazano drzwi. Nie tego dotyczyła ustna umowa, nie tak miał wyglądać ich zawodowy wstęp na samym początku tej długiej drogi. Młode osoby, bez doświadczenia, z chęcią do pracy zostały potraktowane jak... mi nasuwa się słowo śmieć. Czego nauczy je to doświadczenie? Że tak ma być, że należy spodziewać się różnokierunkowego rozwoju sytuacji, że jest się nikim, lub może kimś, kim potencjalny pracodawca ma prawo pomiatać? Nie będę generalizować, że wszędzie tak jest, ani że jest to odosobniony przypadek. Dane mi było zaczynać pracę, w tych pogardzanych, gorszych czasach. Nie powiem, że każdy znajdował się na właściwym miejscu, że pracowało się tak jak powinno. Zarzucano w tamtych czasach pogardę dla ludzi pracy, nie liczenie się z nimi. Tylko nim rozpoczęłam pierwszy dzień pracy dostawałam do podpisania czytelną umowę. Zakład nie dopuszczał mnie na stanowisko nim nie załatwiłam wszystkich obiegówką zwanych spraw, nim mnie nie wyekwipowano w przysługującą odzież, nim nie zaliczyłam potwierdzonej lekarską pieczątką przydatności do pracy. Głupie, prawda? Człowiek szedł do pracy z pewnością że czeka na niego okres próbny w którym ma się wykazać, że go będą obserwować, a on po prostu będzie pracował !! Co można powiedzieć o tym co wyprawia się obecnie? Śmieciowe umowy, lub praca bez jakichkolwiek papierów. Cała masa uchybień ze strony pracodawców. Mała miejscowość z jej zapleczem wakatów, nie dających równych szans daje możliwości dla szarej strefy. Wykształcenie nie zawsze z górnej półki, tylko mam dziwne przekonanie, że do wykonywania niektórych prac wcale nie potrzebne fakultety, tylko chęci oraz wraz z doświadczeniem zdobywane umiejętności. Na jak długo tych prawdziwych chęci oraz zaufania do pracodawcy będzie wystarczać ?. Z jednej strony staram się zrozumieć wyjeżdżających, ich motywację, która po podobnych doświadczeniach stygnie w zapale. Jak długo można łykać zawodową gorycz, bez żadnego posmaku jej osładzania? I w końcu, czego uczymy tych młodych ludzi skoro na samym wstępie spotykają się z podobnym traktowaniem?. Podobne sytuacje budzą mój sprzeciw, nic nie wart, bo przecież jestem mało istotnym trybikiem w tej wielkiej maszynerii. Czy takiej maszynerii spodziewali się ci, którzy kiedyś w podniosłym celu skakali przez płot? Czy chcieliby być trybikami w takiej maszynerii, szkoda, że nie dane zaznać im tego miodu bycia przeżutym i wyplutym. Bardzo szkoda.....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163408
Osób: 145863