Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NAJMNIEJSZY NA PODIUM
Notatkę dodano:2013-11-22 20:43:23

Krzyżówka dni z niewielkimi różnicami, pomiędzy każdym z kolejno po sobie przepływających. Jak nie mgła to mżawka, jak nie któreś z wcześniej wymienionych to dla wielkiej odmiany deszcz w różnej intensywności. Ani jeden promyk nie ma sił przebić się przez tę wiszącą nad moją miejscowością ogromną ilością chmur. Dziś mglisto, szaro. Kontury budowli rozmazane tą otulającą mgłą. W mieście odległość stu metrów równa się brakowi dalszej perspektywy. Gdzieś giną wieże kościołów, ratusz odseparowany od reszty otoczenia. Kolory przydymione, stonowane wypełniającą każdy zakamarek tą rozproszoną wilgocią. Odnoszę wrażenie, że ta wilgoć przenika moją odzież, gdzieś w głąb ciała się przedostaje. Mięśnie jakby zardzewiałe, jakoś pozbawione zapału do szybkiego kroku. Z pozoru niewyczuwalna mgła jakby pozbawiała chęci, rozleniwiała. Najchętniej po pracy, nie wychodziłabym z domu, otulona w koc siedziała w suchej i ciepłej jasności mieszkania. Niestety, nie dzisiaj, dziś trzeba było jeszcze popołudniową eskapadę do szkoły zaliczyć. Szkoła musi się wykazać jakąś działalnością więc na dzisiejszy dzień zorganizowano imprezę dla uczniów i rodziców pod hasłem : „Dzień pluszowego misia”. Każde dziecko miało przynieść ze sobą misia, tego do kochania, ulubionego. No i zaczęły się schody, bo jakoś ulubione misie już dawno przestały być ulubione, ich miejsce zajęły inne zabawki. Trzeba było zrobić miejsce, wymienić znudzone modele czymś nowym, i jakiś czas temu, kiedy nawet nie zaświtała nam myśl, że podobna impreza będzie organizowana, wywieźliśmy wszystkie niepotrzebne zabawki. Nagle hasło: musi być miś, no i wyczaruj mama dla pociechy, żeby nie odstawał od rówieśników. Przewaliłam wszystkie zakamarki, jakieś kąty, dawno nie otwierane kartony i znalazłam dwie małe poczwarki przypominające po głębszym przyjrzeniu misie. Jeden stwór to jakiś gadżet dołączany do herbaty „Saga”, drugi jeszcze mniejszy i zajechany niczym prawdziwie najbardziej ukochana zabawka. Cóż bierz choć to, bo nic innego nie wynajdę – nawet za wielu oporów nie było, i ściskane w garści dwa misiopodobne gnomy powędrowały na szkolną imprezę świętować swój dzień. Dzieciaki przytargały zabawki wielkie, kolorowe, niektóre świeżo zakupione w ilościach nie do powstydzenia się w najlepiej zaopatrzonej hurtowni zabawek. A Kleszczyk z tymi ściskanymi w garści maliznami niczym z innej planety się wydawał. Nie widać było, aby był skonsternowany czy zmartwiony akurat tymi mikrymi okazami. Jakieś konkursy, punktacje, małe nagrody i nagle konkurs na misia największego, najbardziej kudłatego i … najmniejszego. Nie muszę pisać, bo i rozumie się samo przez się, zdobył w tej jakby specjalnie dla niego wymyślonej konkurencji nagrodę, małe misie urosły do rangi zabawkowych bohaterów. Dziecko bez wysiłku, z prozaicznej przyczyny pozbycia się wszystkich pluszaków, zostało nagrodzone.

Ot ironia losu. Czasami dostajemy od losu prezent, choć się go nie spodziewamy, nie zasłużyliśmy, a on po prostu całkiem zaskakując, spada nam z nieba. I bierzemy ten dar, cieszymy się nim i nie chcemy pamiętać, że nam tak do końca się nie należy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


JA SZCZĘŚCIARA
Notatkę dodano:2013-11-21 21:57:21

Kolejna data mija zbliżając mnie do paru kolejnych wyznaczników w roku. Czerwonym drukiem w kalendarzu te oficjalne poznaczone są, a przecież każdy z nas ma takie swoje prywatne dni, których rocznice obchodzi w cichości z samą tylko świadomością, lub bardziej hucznie świętując. Dzieci czekają na zbliżające się wizyty świętego, uświadomieni dorośli innych świąt wypatrują ciesząc się nimi lub ubierając w inne stany emocjonalne. Końcówka roku to moje prywatne czerwone dni w kalendarzu. Urodziny męża i moje, imieniny mojego Taty, moje, kolejna rocznica pierwszej randki z moim mężem, choć może bardziej sensownym nazwaniem będzie tej randki pierwszym spotkaniem na gruncie prywatnym. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy jak daleko nas to spotkanie doprowadzi i czego będzie początkiem. Kiedy się odwrócę patrząc w minioną przeszłość pełna niedowierzania jestem dla tego przeszłego czasu i wydarzeń, które dzięki temu spotkaniu przeżyliśmy. I nagle okazuje się że moje życie z tym człowiekiem trwa dłużej niż to co było zanim się pierwszy raz spotkaliśmy. Przeszło pół życia z jedną osobą na życiowej huśtawce. I ta osoba codziennie utwierdza mnie w pewności dobrego wyboru, słusznej decyzji, która nie przyszła przecież łatwo. Może to tak już w życiu jest że to co dobre z pewnym trudem przychodzi, a może akurat mi jakoś tak się trafia. Ktoś dziś wobec mnie użył słowa :”szczęściara”co prawda nie w odniesieniu do życia jako takiego, tylko w związku z pewną wygraną. Tylko tak naprawdę czy tu chodzi o samo szczęście? Czy moje życie to pasmo szczęścia spadającego samoistnie z nieba czy też znalezione na prostej drodze po której kroczę? Ktoś patrzący z boku może odnieść wrażenie że wszystko się samo z siebie pięknie układa. Pozory. Nie widać tego co na to szczęście się składa. Nie widać lat chudych, problemów minionych, spraw zadawnionych nie zawsze tych dobrych, które jakoś udało nam się pokonać i pomimo trudności przejść ciągle będąc razem. Tak i z tymi moimi wygranymi bywa, one czasami się przytrafią bo komuś się spodoba mój tekst, który przecież pochłonął odrobinę mojego czasu, cząstkę siebie oddałam słowami. Ktoś mnie obdarował pewną dozą łatwości pisania, i właściwie można to nazwać szczęściem, tylko ono też tak całkiem bez wysiłku nie przychodzi. Tylko ludziom łatwiej jest ocenić krótkim : szczęściara. A ja mówię zawsze, spróbuj, twoje szanse są takie same jak moje, zrób, wypełnij, napisz. To o konkursach, a i w życiu przecież podobnie. Jestem z tym samym mężczyzną bo on mnie kocha, i ja kocham jego. Mojego czasu nie zajmują inni ludzie tylko on, i moja rodzina. Ja lgnę do domu, do niego, dla niego się staram a on mi odpłaca tym samym. Bo to że jest dobrze to nie tylko znalezienie szczęścia to także dbanie i pielęgnowanie tego daru. Czasami rezygnacja z czegoś co choć się lubi drugiemu nie sprawia przyjemności, skoro można bez tego żyć to po prostu będzie to takim maleńkim kosztem aby szczęście sobie było i trwało. Ja zrezygnuję z czegoś małego, on też coś pominie, nie ubędzie nam a nasze razem warte tego nieodczuwalnego braku. Sztuka kompromisu warta swej ceny.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SZELMOWSKI CHICHOT
Notatkę dodano:2013-11-20 18:46:02

Zgodnie z przewidywaniami, moja głowa przepowiedziała na dziś zmianę pogody, i ta zmiana nastąpiła. Z wczorajszej mgły wilgoć przepoczwarzyła się w deszcz. Przedświtowy ranek z deszczem rzęsistym, w ciągu dnia łzawe roszenie. W czasie mojego powrotu z pracy do domu, mżawka wystawiająca moją cierpliwość i lenistwo na próbę. Cierpliwy leń parasolki nie wyciągnął, łapiąc z powietrza drobinki wilgoci. Zarzucony na głowę szal niewiele w starciu z cząstkami wody przynosił pożytku, włosom nie pomógł, a one wyłapywały tę wilgoć bezbłędnie. Wiszące wokół twarzy strączki po chwili zupełnie nie przypominały pierwotnego kształtu świeżo umytych włosów. Szal gdzieś się zsunął, a ja dynamicznym krokiem idąc zatopiona w mało optymistycznych myślach oscylujących wokół młodych małżonków, postanowiłam zostawić te nędzne myśli i wbrew nim uśmiechnąć się i iść swoim życiem w stronę przeznaczenia. Kolejny raz w uszach brzmiała wczoraj odkryta muzyczka. Złe myśli precz, uśmiech i przed siebie. Nie ważna coraz bardziej moknąca fryzura, może rozmazane oczy, jakoś to dyskretnie poprawię nie zwalniając kroku. Dotarłam na swoje parominutowe miejsce w życiu, stanęłam tu, gdzie za parę chwil spodziewałam się autobusu, gdzieś z boku odczekam swoje minuty. Spokojnie nikogo nie absorbując swoją osobą, moknąc w dalszym ciągu bez chęci aby ten stan zmienić, stałam i czekałam, zatopiona w swoich myślach. Myślałam, że moje oczekiwanie na autobus przejdzie jak już nie jeden raz, w ciszy, lub spotkawszy jakąś znajomą osobę na wymianie paru zdań. Nie przewidziałam, że życie może zaskoczyć mnie w inny sposób. Starając się nie zwracać uwagi na innych i swoją osobą nie rzucać się w oczy zauważyłam w pewnym momencie zmierzającego chwiejnym krokiem w moim kierunku jegomościa. Pewnie zupełnie nie zwróciłabym na niego uwagi, jednak jego intensywne przyglądanie się mojej twarzy spowodowało, że w mojej głowie zakiełkowała myśl: „pewnie moje zabiegi retuszu niedociągnięć makijażowych na niewiele się w tej mżawce zdały, rozmazałam się na amen”. Jednak osobnik w twarzy miał wymalowaną nie naganę, ale jakieś wpatrzenie pełne intensywnego uwielbienia. Dyskretny rzut okiem, czy aby na pewno ja jestem adresatką jego spojrzeń. A on nie zważając na nic idzie prosto w moją stronę. Zatrzymał się parę centymetrów ode mnie i dalej tak intensywnie się wpatrując zaczyna mówić szeptem coś, czego w pierwszym momencie nie zrozumiałam. Nie dlatego, że jego stan był aż tak odurzony alkoholem, przyczyną była rurka w szyi. Mężczyzna szeptał bezgłośnie do mnie coś, co dopiero po ruchu warg mogłam odczytać: „piękna jesteś”....... Przyglądam się dalej bo takie słowa to raczej od obcego faceta nie są dla mnie chlebem powszednim, pewnie coś przeinaczyłam, coś pomyliłam, źle odczytałam. Jednak on dalej to samo : „ piękna jesteś”. Cóż nawet jeśli źle ten milczący szept odcyfrowałam nie zaszkodzi podziękować, działaj wyobraźnio. Widzi mnie piękną, pewnie nieźle alkohol zamroczył, tak mi podpowiada moje ja. Nadzieja, że adorator zniknie podobnie jak się pojawił, złudne. Mężczyzna nie daje za wygraną : „ takie piękne oczy”... „ piękna”...”mężatka?” Na moje odpowiedzi, kolejne słowa, które zaczynają powodować, że gdzieś we mnie jakiś szelmowski chichot zaczyna królować. Muszę przynajmniej starać się zachować choć odrobinę powagi, co nie jest łatwe. Mężczyzna w dalszym ciągu pomiędzy zupełnie obojętnymi wyrazami, wtrąca te dziwne dla mnie słowa pełne jakiejś fascynacji moją zmokniętą osobą. Rurka w szyi powodująca ten bezgłos jest utrudnieniem, chce powiedzieć więcej, szybciej, być bardziej zrozumiałym a ja jakoś skazana jestem na to intensywne wpatrywanie w celu zrozumienia, nie chcę być niegrzeczna skoro widzi mnie taką niesamowicie piękną i nawet posuwa się do stwierdzenia że mnie kocha. Szelma chichocze na całego, choć zewnętrzna powaga zachowana. Jakiś autobus zabrał nieznajomego pana, czuję się od niego radośnie uwolniona. Ot niegroźny wariat, tak w myślach o nim się wyrażam, a do tego pod wpływem. Coś jest w powiedzeniu, że nie ma brzydkich kobiet, tylko czasami wina brak.

Alkohol alkoholem ale tak sobie myślę, czy kobiety też zdobywają się wobec obcych mężczyzn na podobne oznaki odwagi w wyznaniach tak bezpośrednich i zupełnie niespodziewanych? Nie bardzo wyobrażam sobie siebie nawet po paru promilach we krwi abym zdobyła się na wyznania wobec obcego mężczyzny podobnej wagi. Pomimo największego nawet szelmowskiego chichotu gdzieś w środku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WYŻEJ, NIŻEJ, MOCNIEJ, SŁABIEJ
Notatkę dodano:2013-11-19 20:38:19

Instytut meteorologiczny w mojej głowie z większą precyzją niż jakakolwiek pogodynka przepowiada zmianę pogody. A może ten ból głowy prześladujący mnie od paru godzin to po prostu konsekwencja niewyspania, stresu, pracy na wczesną godzinę piątą rano? I mimo że stawiam na zmianę pogody, to przecież możliwe są te inne wymienione przeze mnie przyczyny. Moja dzisiejsza jazda ciemną zamgloną drogą, kiedy prawie przyklejona do przedniej szyby próbowałam dojrzeć coś odrobinę dalej, wcale nie poprawiła mi humoru. Światła nie dawały rady przebić się przez gęstą niczym mleko mgłę i momentami łapałam się na tym że jedynym punktem odniesienia w trakcie tej mojej jazdy stawały się wymalowane pasy na środku jezdni, nie widziałam niczego na poboczach trzymając się tych wyznaczników swojej drogi w zasadzie pokonywałam ją na pamięć. Wczorajszy prognosta nakłamał o temperaturze na moim terenie i miast spokojnego wejścia do samochodu, pierwszą operacją było skrobanie pokrytych cieniutką warstwą lodu szyb. Opadająca mgła pokryła je glazurą cieniutką a zarazem twardą i ciężką do pozbycia się. I w zasadzie ta mgła nie znikła przez cały dzień, zmieniała tylko swoje natężenie. Przez jej gęstość żaden promyczek słońca nie miał możliwości przebicia się w naszym kierunku. Dzień mogę odkreślić taką mglistą, szarą kreską. Szybko z tej szarości stała się ciemność i długi wieczór trzeba zabić jakimś działaniem. Odpada pieczenie ciasta, przecież wczorajsze marchewkowe jeszcze w jakiejś nieskonsumowanej części pozostało. A i kruche ze słonecznikiem zakamuflowane w tajemnej puszeczce czekają na kryzysową chęć czegoś słodkiego. To przecież bezsensem byłoby pieczenie kolejnej porcji kalorii, zwłaszcza, że jakoś spalać ich nadmiaru nie mam ostatnio ochoty. Fakt chociaż raz w tygodniu robię wyprawę na basen, czasami nawet zaskakując samą siebie przekraczaniem narzuconej normy. Jednak w te mgliste i szare dni trudniej wychodzą te eskapady. Zapał do pokonania zimnej trasy z ciepłego otoczenia staje się może pod wpływem tych niskich temperatur skurczony. Przełamuję się mimo wszystko i jak tylko istnieje możliwość wykorzystuję ją. Za parę dni odbiorę prezent w postaci dwóch godzin z tytułu przypadających urodzin. Szkoda że urodziny mam tylko raz w roku. Nie będę się z czasem oszczędzać, miast siedzieć w jakuzzi podkręcę normę, może dzięki temu przywrócę się do pewnego pionu, który u siebie lubię. Ale to za chwilę, teraz pion trzeba tworzyć siłą samej siebie. Mimozowatość jakąkolwiek odrzucam w kąt, uśmiech na twarz i niech się dzieje. Kalejdoskop zmian dobrej i gorszej formy troszkę za szybko się u mnie zmienia, a tak by się chciało dłużej tego dobrego z króciutkimi tylko momentami słabości. Chociaż może nie do końca jest ze mną tak całkiem źle. Otoczenie nie zauważa moich spadków formy. Jak mówię: „ale mi się dziś nie chce chcieć..” jakoś z automatu kolejne słowa innych do mnie brzmią : „tobie???? się nie chce???, to nie możliwe”. Z gruntu fałszywy obraz osoby, która zawsze z dobrym humorem, i pełna werwy. Może aby utwierdzić ich w tym swoim obrazie jakoś więcej się staram a może tak po prostu mam, jakaś wada wrodzona i życiem pogłębiona. Cóż tak całkiem źle mi z tym nie jest, pewnie przywykłam i do siebie z tym nadmiarem energii, i do odbioru siebie przez innych. Jednych moje podejście do życia denerwuje, narzucone tempo inne od preferowanego przez nich, mają mi za złe że jest tak jak jest, cóż jednak mogę na to poradzić. Inni lubią ten mój pęd, to, że niejako ciągnę ich tak bez wysiłku za sobą i wystarcza i dobrego humoru i siły na to holowanie. Może za parę lat spowolnieję, osiągnę bardziej stonowaną wersję, ale do tego czasu... Kto taką mnie kocha będzie kochał, kto nienawidzi będzie nienawidził, nie zrobię nic aby ten stan zmienić. Chyba po prostu pozostanę sobą taką jaką jestem.

Znalazłam kolejny utworek, który przyczepił się do mnie a i ja jemu nie odpuszczę. Będę słuchać, nucić, mamrotać pod nosem aż do znudzenia lub zastąpienia kolejnym.

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SZTUKA DLA SZTUKI
Notatkę dodano:2013-11-18 21:39:45

Zajęte wolne, zlepek wyrazów zupełnie pozbawiony sensu, a zarazem całkiem obrazowo przedstawiający mój dzisiejszy dzień. Jak za każdym razem, kiedy trafi mi się wolne od zawodowych obowiązków, lawinowo spadają na moje barki, lub sama sobie je hojnie na nie nakładam, obowiązki całkiem przyziemne i prozaiczne. Jakoś brakuje czasu na to co może piękne lecz mało przydatne. Nie pamiętam, kiedy rysowałam, kiedy robiłam coś dla samej wartości powstania czegoś cieszącego oczy a pozbawionego praktyczności. Jeśli rysowanie to jakiegoś zarysu misia dla Kleszczyka, bo potrzebne to do szkoły. Same przyziemne czy też obowiązkowe twory, nie wynikające z mojego zamiłowania czy też nagłego impulsu tworzenia sztuki dla sztuki. Może udałoby się wyskrobać chwile, aby coś na raty, w doskoku jakimiś małymi kawałeczkami stworzyć. Jednak to też byłoby wykradzenie czasu z czegoś innego, aby poświęcić na te twórcze fanaberie. I dokonuję wyboru, fanaberie odstawiam na bok a prym będzie wiodła praktyczna strona życia. I mijają miesiące, lata, pewne umiejętności się w nas wytępiają, pewność ręki gdzieś zanika, oczy widzą inaczej a może głowa wypełniona zwykłością zapomina o niezwykłościach. Osiągamy pewność wykonania w innych dziedzinach, zupę solimy bez próbowania i z solą nie przedobrzymy, drożdżówka choć bez przepisu zawsze wychodzi, farsz do ruskich najlepszy na świecie, a ich fikuśne zawinięcie nawet bez patrzenia same ręce potrafią wykonać. Ćwiczenie czyni mistrza. Choć nie takiego mistrzostwa na starcie się spodziewałyśmy, nastąpiło przebranżowienie, i zamiast rysowanych tuszem ornamentów, szkiców czy też tworzenie sznurkowych makatek, coś innego zajmuje nasz czas. A obietnice, że muszę się wziąć za to czy tamto, odkładane, przesuwane i jakoś mało kiedy realizowane. Może dlatego tworzący czynnie uznani artyści to specyficzny typ ludzi, którzy albo samotnicy albo niepogodzeni z życiem. Ich twórczość wymaga zagarnięcia całym artystą, nie ma miejsca na rodziny, które nawet jeśli gdzieś istnieją, są na jakimś drugim planie, odstawione na boczny tor z prym wiodącą sztuką. I może dlatego tych prawdziwych artystów tak niewielu, choć patrząc ostatnimi czasy takich samodzielnie przez siebie mianowanych coraz więcej. Parę dni temu mignęła mi jakaś dyskusja o sztuce z teoriami dającymi szansę stania się sztuką czegoś co jeszcze parę dziesiątek lat temu byłoby objawem szaleństwa, na które tylko prawdziwi wariaci mieliby odwagę się porwać. W podejściu do sztuki jestem niepoprawną konserwatystką, i nie przekonają mnie szokujące instalacje, bohomazy których pod żadnym kątem patrzenia nie rozumiem i przekazu nie dostrzegam. Może moja wrażliwość docenia tylko jelenie na rykowisku, ale tam przynajmniej rozumiem, że ten jeleń to żadna metafora tylko jeleń, potoczek potoczkiem zostanie a błękit nieba niczym innym nie ma w moich oczach się stawać. Jasny przekaz, prostota formy, pozbawione udziwnień treści to coś co moja konstrukcja rozumie po swojemu, albo się podoba albo nie. Podobnie jak moja dzisiejsza szczawiowa, innym może byłaby nie w smak a moi chłopcy ze smakiem zjadali. Ciasto z marchewką będzie niezrozumiałą awangardą dla smakosza sernika a u nas po prostu stanowi coś normalnego.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


UMIEJĘTNOŚĆ DYSTANSU
Notatkę dodano:2013-11-17 21:45:26

Lubię wracać do domu po tych swoich parodniowych nieobecnościach. Niby niewiele się wydarza przez ten krótki czas a zarazem coś jednak się dzieje, i u moich chłopaków i u mnie czy też tuż obok mnie. Nie tylko praca wypełnia ten mój czas. Choćby nawet największa nuda i nicnierobienie w tych godzinach miało miejsce, jest ono inne niż w domu. Czas płynie inaczej. Moje patrzenie i widzenie inne. Brakuje mi w te dni możliwości notowania na bieżąco wydarzeń, które obok mnie się stają. W głowie układa się myśl, jakieś konstrukcje słowne powstają, a ja zamiast z użyciem dyktafonu z telefonu zostawić ich jakiś namacalny ślad, odkładam na później, a z tego później okazuje się, że zapomnienie zaciera to, co w minionym czasie było ważne. Zdaję sobie sprawę, że to moje ważne, jest istotne tylko dla mnie. Obcych mało obchodzą te moje maleńkie sprawki, zresztą nie chcę aby moje zapiski były jakimś ekshibicjonistycznymi wynurzeniami. Lekki zarys tego co mnie otacza, kontury wydarzeń, czasami z głębszymi moimi przemyśleniami. Bywa, że coś drążę głębiej czy mocniej przeżyję i odzwierciedlenie tego się tutaj znajdzie.

W minioną sobotę moja synowa pojawiła się w tym samym miejscu, w którym byłam też ja. Była okazja do rozmowy, małe kroczki ku poznaniu. Ona dopiero zaczęła swoją małżeńską drogę, ja kroczę już po niej prawie ćwierć wieku. Zupełnie inaczej patrzę na to co się dzieje, inne moje podejście, większy spokój. Moja układanka z pewnymi stałymi elementami, duża powierzchnia już zabudowana, jakiś obraz zdążył powstać. Poznałam swojego męża, wiem do którego momentu mogę się posunąć, ile mogę się spodziewać, choć nie jest tak, że zupełnie bez zaskoczeń moje życie przechodzi. Jednak te zaskoczenia już innego kalibru i ich stopniowanie do przewidzenia. Młodzi dopiero się poznają, zaczynają swoją wędrówkę. Pierwsza kłótnia, i jakieś słowa, które zaskoczyły w ustach kochanej osoby. Wszystko, zanim spowszednieje dzieje się po raz pierwszy, zadziwia, czasami szokuje. Cóż krótko się znali przed ślubem i pewnych ciemnych stron swojej osobowości nie zdążyli posmakować. Dziewczyna przychodzi do mnie po ratunek, dzwoni abym jej pomogła w tej pierwszej kłótni. Nie wnikam, pewnie powód błahy, nie chcę wkładać palców między uchylone drzwi. Nie zostawię jej samej, tu w obcym dla niej miejscu, ale nie na gorąco, niech emocje wystygną. Porozmawiam na spokojnie, z wykorzystaniem całego swojego doświadczenia choć bez mentorskich wywodów i bez wchodzenia z butami w ich związek. Sami muszą pracować nad swoim życiem. Chciałabym być w dobrych relacjach z nimi jako całością, nic przeciwko któremukolwiek z nich. Staram się być obiektywna, dziewczynie nie odmówię pomocnej ręki, może w imię kobiecej solidarności, może dlatego, że znam swojego syna z każdej, także tej gorszej strony. Ale to za chwilę. Na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Nie trzeba przyspieszać tego co ma się wydarzyć, łatwiej wtedy o spokój i pewien dystans, który potrzebny. Zanim oni posiądą tak dalekie wtajemniczenie dużo wody upłynie, początkami będzie ciężko, muszą się siebie nauczyć, poznać. Jeśli będą oboje się starać, małe kroczki do przodu, wspólne ustępstwa, pozwolą im istnieć i razem trwać. Ja ze swojego miejsca na przyczajonej pozycji obserwatora pewnie nie jeden raz będę się wyrywać aby ukazywać właściwy kierunek a zarazem będę od tego swoistego włażenia pomiędzy nich się powstrzymywać. To co osiągną musi być tylko ich sukcesem lub klęską. Więcej szkody można uczynić niż pożytku choć intencje mogą być z gruntu naprawdę dobre. Moje doświadczenie,choć może być jako przykład lub przestroga. to jednak zawsze pozostanie tylko moim. Oni inną drogą idą, inne sprawy będą tworzyć ich życie. Jeśli będą chcieli słuchać będę mówić ale to z ich strony musi wyjść inicjatywa.

Nasze dzieci na zawsze pozostaną naszymi dziećmi, nie ważne czy małe czy dorosłe, podobnie boli jak widzi się głupotę którą muszą przejść zanim osiągną pewien poziom rozwagi. Tylko stopień wielkości tych małoletnich głupot inny niż dorosłych. Rodzice chyba zawsze uczestniczą w życiowych problemach potomków, jak małe to z wyrażoną dezaprobatą jak dorosłe częściej milcząc, co wcale nie wyklucza odbioru. A myślałam że osiągając pewien poziom jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mniejsze zaangażowanie z mojej strony będę odczuwać. Cóż, człowiek uczy się całe życie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


FAJNA BABKA
Notatkę dodano:2013-11-14 21:30:22

Narzekałam na listopad, jęczałam, że nie lubię, że najgorszy miesiąc w roku. A on jakby na przekór chciał mnie do siebie przekonać, ugłaskać dobrymi dniami. A może wzajemnie się czarujemy, każde na swój sposób z efektami pozytywnie nastrajającymi i łagodzącymi kanciaste siebie odczuwanie. Łyse drzewa, zimne poranki, strach przed śliską drogą stanowią tylko pewną niedogodność, takie gorsze odbicie tego miesiąca w zwierciadle całego roku. A nie jest on taki straszny, powiem nawet więcej osiągając swój półmetek okazał się całkiem do przyjęcia. Cóż z tego, że krótkie dni, że szaro i chłodno, mój odbiór otoczenia w dużej mierze zależy od mojego nastawienia. Odrzucam uprzedzenia i staram się widzieć tę lepszą stronę i widzę, bo chcę ją dostrzec, aby nie pogrążać się w niżowych odczuciach. Wracam z pracy otoczona ciemnością. Z uwagi na stopień naturalnego oświetlenia powiemy wczesny wieczór, niech taka nazwa pozostanie choć przecież w porze letniej to dopiero popołudnie. Ciemność sprawia, że inaczej się witamy czy też innymi słowy rozstajemy. Ciekawe jak zostałby rozwiązany problem z witaniem jeśliby cały dzień był ciemnością otulony. Czy na przywitanie o dziewiątej rano mówilibyśmy dobry wieczór? Przecież to ciągle jeszcze ranek. Pewnie sprowadzilibyśmy z zagranicy jakieś zapożyczenie powitania przed południem bo ten wieczór, to nawet dla największych konserwatystów chyba byłby nie do przyjęcia. Pominę rozważania powitań lub pożegnań odbywających się w godzinach ciemnością spowitych, a skoncentruję się na sobie i swoich odczuciach. Ten fałszywy wieczór, choć ruch jeszcze spory, jakoś mnie raduje całym sobą. Idę otulona szalikiem za którym kryje się mój uśmiech. Sama do siebie się uśmiecham, przecież w tym ciemnym otoczeniu nikomu nie przyjdzie do głowy aby wnikać w moje miny i grymasy. Każdy gdzieś się spieszy, i ci poruszający się pieszo i zmotoryzowani. Piesi mniej widoczni, kierowcy zostawiają po sobie świetlną smugę. I tak sobie te światła i na jezdniach i te z reklam gdzieś na wyższych poziomach grają kolorami, mienią się, zmieniają karnację i koloryt twarzy ludzi idących w sobie wiadomych kierunkach i celach. Ja gdzieś pośród tych spieszących, anonimowa dla innych i uśmiechająca się do siebie i wszystkiego wokół. Lżej się idzie kiedy odrzuci się smuteczki, czasami trzeba udawać, że ich nie ma. Niebo nade mną przykryte zakrywającą wszystko warstwą chmur. Nie widać gwiazd, księżyc którego kształt daleki od krągłego ideału, bardziej przypomina mi głowę angielskiego dżentelmena niewidoczny w ten wczesny wieczór. Brak tej nocnej scenerii godnie zastąpiony sztucznym oświetleniem ze sporą nadwyżką luksów. Jeszcze parę minut na przystanku, w oczekiwaniu na swój transport, nie chce się siadać na symbolicznej ławeczce, która zbyt ziębi siedzenie aby z niej korzystać. Wreszcie podjeżdża mój busik, całkiem entuzjastycznie jakby wbrew panującej ciemności głośne moje „ dzień dobry” na które kierowca stonowanie odpowiada. Jednak nie jest jedyną osobą, która reaguje na moje słowa. Z głębi pojazdu na moje głośne słowa, ktoś równie głośno odpowiada „ a !!dzień dobry”. Skoro ktoś aż tak się ze mną wita nie pozostaje mi nic innego tylko ponowić przywitanie tym razem specjalnie do osoby znanej z widzenia.

„To ją też znasz?”

„Pewnie... Od jakichś piętnastu lat....No tak z widzenia, ale tak w ogóle to bardzo fajna babka”. Początek wypowiedzi witającego się ze mną jegomościa zamurował mnie totalnie, bo ani nasza znajomość szczególnie zażyła ani nie znam gościa z personaliów. Jednak już dalszy ciąg wypowiedzi rozśmieszył mnie do tego stopnia, że uśmiech przykleił się do mojej twarzy do końca drogi, a „fajna babka” będzie mi się już z tym znanym – nieznanym sąsiadem kojarzyć nieodmiennie. Parafrazując pewną reklamę, powiem, zostać bardzo fajną babką w listopadzie – bezcenne. Będzie mi musiała świadomość bycia tak nazwaną osobą poprawiać humor przez kolejne dni mojej tutaj nieobecności. Zabiorę ten dobry humor ze sobą i postaram nie roztrwonić aby coś jeszcze z niego zostało jak powrócę po tułaczce za parę dni.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DOBRY FINAŁ
Notatkę dodano:2013-11-13 20:46:58

Przesada, to słówko mogące zamknąć wczorajszy dzień. Za dużo moich działań, za mało czasu. Zabrakło go na wypoczynek, choć miniony dzień był wolnym od pracy zawodowej. Zdaję sobie sprawę, że mogłam paru spraw nie zaczynać, nie kontynuować, nie kończyć. Byłoby lżej, bez komentarza małżonka, który określił moje działania paroma słowami. „Ty to jak masz wolne to zamiast odpocząć, to ciągle sobie coś wynajdujesz. Nie rób tych ciastek, schowaj margarynę, zrobisz kiedy indziej. W niedzielę...” -”Ale ja w niedzielę też pracuję....a margaryna już miękka to, tylko chwila to zagniotę, mam już wszystko gotowe...”

Mój plan zakładał te ciastka i musiałam je zmieścić we wczorajszym harmonogramie. Tak jak zamieściłam inne sprawy, które spowodowały moje zmęczenie. Kiedyś odpocznę, teraz jeszcze na to nie czas. Fakt, mogłam spasować, odpuścić, zrezygnować z czegoś. Może gdyby narastały przeszkody, coś nie wychodziło, zrezygnowałabym z wściekłością pomstując na czym stoi świat, a tak skoro tylko zmęczenie było jedyną zaporą, dałam z siebie ile mogłam. Dziś mój dzień w domu krótki, ranek wypełniony wyjściem do zerówki Kleszczyka, moment dla siebie, i praca. Ta za którą ktoś udaje że płaci a ja nie udaję, że pracuję. Choć może powinnam wreszcie się nauczyć migania. Zepsuta konstrukcja nie pozwala, choć gadam, to i tak robię tyle ile się da. Nie popadam w przesadę, co mam zrobić, robię bez wyrywania z rąk pracy innym. Są ludzie, którzy za wszelką cenę chcą pokazać, że wszystko umieją, za parę ogonów łapią sroki w postaci zajęć do wykonania. Tu po łepkach zrobią, tam coś nie do końca, ale pozory starają się utrzymywać i podkreślają swoją niesamowitą przydatność. Ekspozycja własnej osoby wypracowana do perfekcji, szkoda, że tylko to. Ja wolę zrobić jedno ale dokładnie, na drugie przyjdzie czas i też wykonam zgodnie ze sztuką, może wolniej, bez ciągłego podkreślania, bez wyskakiwania przed szereg. Nie podwyższam normy. Stachanowiec ze mnie żaden. Potrafię wejść na szczyty mobilizacji, potrafię pracować i ciągnąć innych, ale musi być sens tych działań. Malowanie trawy czy też wymyślone widzimisię nie stanowiące rzeczy prawdziwie potrzebnej będzie przeze mnie omijane szerokim łukiem i krytykowane z każdej strony, będę szukać dziury w całym aby nie czynić głupoty. Bywałam w sytuacjach nacisku, kiedy moje weto był staranowane przez kogoś stojącego szczebelek wyżej, koleją rzeczy następowało moje poddanie, ale w duchu pomstowanie na czym świat stoi odbywało się z całą mocą. Zdarzały się sytuacje, kiedy głośne wypowiedzenie zdania stawiało pod dużym znakiem zapytania moją dalszą pracę, a w efekcie okazywało się, że stanowiło zimny prysznic dla osoby ze zbyt dużym mniemaniem o swojej ważności i wadze decyzji. Życie lubi zaskakiwać swoimi zwrotami akcji. Wydaje się nędzny dzień, ospałość, nic dobrego pewnie nie przyniesie, a on pod sam swój koniec sprawia niespodziankę. Tak i mi dziś, może w spadku po wczorajszym zmęczeniu pozostały odczucia niechciejstwa totalnego. Jakoś przetrwać, to chyba hasło na cały czas w pracy. Opadające powieki, którym kolejna kawa, jakiś izotoniczny napój, któreś już gryzione jabłko niewiele pomagały w osiągnięciu normalnego stanu. Męczarnia w której odliczanie pozostałego czasu sprawia że takich dni nie lubię, są mitręgą. Ale bywają choć lekarstwa na ich łatwiejsze przejście nie ma. I ten ze wszech miar męczący dzień, pod swój koniec sprawił małe niespodzianki. Pewnie dla postronnych niezrozumiałe, naiwnie głupiutkie, nie warte wzmianki a dla mnie będące radosnym zwieńczeniem dzisiejszej bylejakości. Gdzieś, ktoś, z kim zdarzyło mi się parę lat temu dobry kontakt w zwyczajnej transakcji handlowej złapać teraz przez wzgląd na miniony czas ponownie specjalne warunki dla mnie stwarza. Utwierdzając mnie w przekonaniu, że sympatia to coś czymś kogoś darzymy bezpłatnie, ale dzięki tejże sympatii możemy wymiernie zyskać. A druga radość, która zadziała się dzisiejszego wieczoru to fakt, że ktoś ocenił pewien mój tekścik i wyróżnił jako jeden z trzech nagrodzonych jakąś książką. Mąż się pyta : jaka to książka? Nie ważne to dla mnie, istotny jest fakt, że ktoś zauważył, docenił to mnie najbardziej podbudowuje, a już co za to, to mniej istotne.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MAM PYTANIE
Notatkę dodano:2013-11-11 21:06:42

Lekkie, ciężkie, pracowite, stonowane, refleksyjne, spokojne, deszczowe, chłodne, to przymiotniki, którymi mogłabym krótko określić minione dni. Dzięki wrodzonej wadzie, którą naznaczona jestem nie skończę w ten sposób swojej notatki. Będzie szerzej, obficiej, choć może nie ciekawie, ale po mojemu. Minęły dni, które spędziłam w innym miejscu. Rodzinka mogła ode mnie odpocząć, zatęsknić lub zauważyć mój brak. Ja pracowałam i dzięki krzyżówce losowej, nie zawinionej przeze mnie, więcej niż było w planie. Nasze życie nie jest zależne tylko od nas samych. Otoczenie, inni ludzie, zbiegi okoliczności czasami sprawiają, zmianę, którą przyjmujemy aby coś, komuś, w jakiś sposób pomóc lub ulżyć aby po prostu normalniej przejść kryzysowe sytuacje. Tak i u mnie w pracy, ktoś zawalił, trzeba było podjąć decyzję, wziąć na swoje barki więcej i zamiast ośmiu godzin w niedzielę pracowałam dwanaście. Ciemnością otoczona szłam do pracy, i podobnie bez zmiany oświetlenia wracałam. Nie narzekam, choć zmęczenie fizyczne ten dzień naznaczyło. Sama zaproponowałam takie rozwiązanie, aby było łatwiej, bo ktoś zawalił. Osoba, która powinna w pracy się pojawić milczeniem zbyła trzydniową nieobecność. Nie przejęła się swoim brakiem, tym, że inni będą obciążeni jej absencją a zarazem zwiększonym nawałem obowiązków. Beztroska takiego podejścia jest dla mnie niezrozumiała, jakoś nie potrafię takich zachowań usprawiedliwić. Nie jestem wzorem czy ideałem, ale są sytuacje, kiedy zachowuję się inaczej z jakiejś wrodzonej czy też wyuczonej odpowiedzialności. Pewien poziom odpowiedzialności, sumienności jest niezbędny aby nie zapanowała anarchia. Nie tylko na poziomie ogólnonarodowym ale ten podstawowy poziom w miejscu pracy czy też w stosunkach międzyludzkich jeśli zostanie pozbawiony pewnej dyscypliny istnieje groźba zawalenia konstrukcji. Małe potknięcia jakoś przejdą, inni nadbudują swoją pracą braki czy niedociągnięcia. Jedna nieobecna osoba przy czterech pozostałych będzie zastąpiona, jednak jeśli stałoby się takie zachowanie tolerowane, mogłoby dojść do sytuacji kiedy nie przyszłyby do pracy cztery a tylko jedna by się pojawiła. Bo nikt nie ganiłby takiego zachowania, przyzwalano by na nie. I cóż w takiej sytuacji poczęłaby ta jedna? Cóż nie każdy rusza w swojej wyobraźni w takie rejony. I są tacy wśród nas, którzy z lekkością podejścia po prostu nic nie mówiąc robią sobie kolejne wolne bo....

Praca to nie wszystko, czym przez te minione chwile żyłam. Obserwowałam, zauważałam, coś mną zatrzęsło gdzieś w środku i kazało przez chwilę się zastanowić, pomyśleć.

W pewnym miejscu miałam okazję zobaczyć rodzinę, taką zwyczajną, a zarazem inną niż pozostałe. Piękną. Byli rodzice, starsza córka około dwunastoletnia, i bliźniaki, dwie dziewczynki na moje oko półtoraroczne może dwuletnie. Cóż tak pięknego widziałam w tych ludziach? Na pierwszy rzut oka nic ich nie wyróżniało, byli tacy sami jak otaczający ich inni. A jednak coś przykuło moją uwagę, i po chwili widziałam co to jest. Jedna z bliźniaczek była naznaczona rysami wskazującymi na zespół Downa. Stawiała kroki z pomocą taty, każde swoje niezadowolenie wyrażała krzykiem. Ojciec cierpliwie i spokojnie wyciszał emocje. Druga dziewczynka całkiem stabilnie się poruszając chodziła wszędzie gdzie chciała, mniejszą uwagą absorbując, i kiedy siostrzyczka z jakiegoś swojego niepowodzenia krzyczała, ona podchodziła i swoją jeszcze niewyuczoną do końca mową prosiła : „ nie płacz”. Starsza siostra pomagając rodzicom to jednego malucha, to drugiego prowadzała, tu pić, tam rzut okiem czy nic złego się nie dzieje. Ukradkiem obserwując dopiero po dłuższej chwili zauważyłam że druga z bliźniaczek ma sporą wadę wzroku.

No i cóż takiego w tych ludziach zauważyłam, że aż tyle miejsca im poświęcam? Zwyczajna rodzina choć niezwykła naznaczeniem przez los chorobą dzieci. Oni pewnie inaczej postrzegają swoje życie niż ja patrząca z boku. Ale nie chcę tu analizować jak podchodzą do swojego życia, bo nie znam go. Moje myśli skoczyły w inną stronę. Ci ludzie zapewne kochający się, bo widać z ich relacji, zachowań i gestów wobec siebie, tę miłość, obarczeni zostali utrudnieniem, ich życie poprzez przypadłości jest cięższe. Pewnie nie zawsze jest łatwo, czasami chciałoby się choć przez chwilę odpocząć, oderwać. Jeśli mają kogoś, kto pomoże, rodzinę, znajomych, pomocną dłoń wyciągnie, może jest szansa na chwile ułatwiające codzienne życie.

Tylko moje pytanie, tak przy narodowym święcie, brzmi: ile ojczyzna lekką ręką topiąca miliony w paradach i fiestach jest w stanie takim zwykłym, choć niezwykłym ludziom pomóc?. Ja pełna podziwu dla takich rodziców, pytam co mój kraj swoim zwyczajnym obywatelom potrafiłby bez wyciągania przez nich ręki dać. Łatwiej nie widzieć, prościej zamknąć oczy, zająć się głupotami i świętowaniem niż pokazać szlachetność bez przymusu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DOBRY CZASIE TRWAJ
Notatkę dodano:2013-11-08 20:33:47

Są takie dni, kiedy pomimo szarości wokół, wilgoci wyczuwalnej w każdym zakamarku i wyłażącej z każdego kącika stwierdzamy, że nie jest źle. Takie właśnie uczucie dopadło mnie dzisiejszego poranka. Wolny dzień rozpoczęłam w sposób który lubię choć wstanie o piątej rano dziś jakoś szczególnie do mnie nie przemawiało. Głośniej przemówił budzik, którego udawałam a może prawdziwie nie słyszałam przez twardość snu. Jak zawsze dźwięk dzwonka postawił mnie na nogi. Wiem, że gdybym dała możliwość decyzji swojemu lenistwu, ono kazałoby zostać pod ciepłą kołderką, przytulić się do męża i jeszcze przez jakiś czas oddać się w senny niebyt. Dziś decyzja należała do mnie i mojej stanowczości zaczęcia dnia od chwil tylko dla mnie. Choć czy one tak do końca tylko mi coś dają? Przecież moja radość staje się też w części radością mojej rodziny, moje dobre samopoczucie im się w jakimś ułamku udziela, a siły witalne które zdobędę przekładają się też w różny sposób dla pozostałych domowników. Rozpoczęłam ten dzień dla siebie i choć basenowa karta woła o zasilenie, parę klepaków na wstęp się znalazło i przez godzinę żywioł wody stał się moim miejscem. Czy warte jest to wczesne wstawanie dla jednej godziny? Na razie stanowczo powiem warte. Może osiągnę stan lenistwa, kiedy ono zacznie mną dyrygować i rządzić a wtedy zmienię zdanie i stanę się niczym koala lub leniwiec. Zanim to nastąpi robię wedle uznania po swojemu i to mnie podbudowuje. Zaczyna się pora roku, kiedy trzeba dokładniej się dosuszyć, chwilę odparować, cieplej ubrać aby nie zmogła mnie przeziębieniowa zmora. To takie chwile przymusowego uspokojenia. Poczekaj, jeszcze chwilka. I czekam a później po swojemu, słuchawki w uszy i szybki marsz. Stoję przed przejściem dla pieszych, czerwone światło spowalnia mój krok. Bardziej podświadomością niż uszami słyszę klakson, szukam wzrokiem źródła dźwięku. Choć nie czuję żadnej swojej winy, aby ktoś miał na mnie trąbić, staram się odnaleźć przyczynę. W kolejnym z szeregu samochodów, gdzieś za barierą szyby widzę znajomego, machającego z całą sympatią, jego zdziwienie moimi poszukiwaniami, które rozwiewam wskazując na wyciągnięte z uszu słuchawki. Przejeżdżając na zielonym, jeszcze przez otwartą szybę rzuca krótkie : „słuchawki to śmierć”... A ja tylko się na to uśmiecham i ponownie umieszczam tę swoją śmierć gdzie jej miejsce. I zauważam, że ten mój dzień jest całkiem dobry, choć przecież dopiero się rozpoczął, jeszcze nie powinnam go chwalić, a ja jakoś podświadomie czuję, że będzie dobry. Szybki krok i poczucie swojej wewnętrznej siły, która wydaje się aż namacalna. Lubię tak się czuć, bez większego wysiłku więcej wychodzi, jakoś samo się robi i nie przeszkadza aura, i nikt nie staje się wymówką dla słabości skoro sama w sobie czuję więcej sił i mocy. Zwyżka samopoczucia choć niby bez przyczyny, bez powodu. Może złe emocje utopiłam w wodzie, słabszy humor pozostał w basenowej szatni a chandry gdzieś po holu czy recepcji się bezpańsko szwendają. Nie ważne gdzie zostały, liczy się, że ze mną ich nie ma, opuściły mnie na chwilę a ja za nimi nie tęsknię. Jest powód do radosnego uśmiechu. Może dziwnie tak iść i samej do siebie się uśmiechać, budzić konsternację u mijanych w rynku żołnierzy, ćwiczących ustawienie czy musztrę przed zbliżającym się świętem. Niech się zastanawiają czy to z nich czy do nich. Jeszcze chwila i przystanek, parę minut i zarzucając plecak na ramiona zakończę bytność w ulubionym mieście. Kurs powrotny do domu choć przecież nie tak dawno jechałam w tę stronę. Kierowca odwzajemnia mój uśmiech, nie pyta skąd wracam, może czuje chlor do którego ja przez godzinę zdążyłam przywyknąć, i nie czuję na sobie choć mam świadomość, że jestem nim przesiąknięta. Przesiąkłam nie tylko chlorem ale też humorem, dobrym humorem i niech tak będzie jak najdłużej. Niech jutrzejszy pracowicie spędzony dzień nie zepsuje dobrego czucia, niech będzie tak dobrze jak najdłużej. Zabiorę ze sobą dobry czas na parę dni, ale mam nadzieję wrócić tutaj zanim ze mnie odparuje ta energia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162744
Osób: 145199