Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

CAŁKIEM POWAŻNIE
Notatkę dodano:2013-08-24 18:48:23

Przeogromne mrowisko ludzkie w którym przyszło nam funkcjonować czasami poruszy się w posadach. Zdarza się, że tylko posady jednej lub paru mrówek zostaną potraktowane odgórnie jakąś katastrofą. Są zdarzenia, na które mamy wpływ, bywają te które zupełnie niespodziewanie nas dotkną, a są i takie, których możemy oczekiwać, bo są konsekwencją jakichś działań i zachowań. Nasz maleńki kawałek mrowiska w dniu dzisiejszym obiegła wiadomość, że zginął kolejny polski żołnierz w Afganistanie. Tragedia dla rodziny, smutek, żal młodego człowieka i pytanie czy ta śmierć była potrzebna i czy musiała się zdarzyć. W żaden sposób nie jestem związana ze służbami mundurowymi, nie pałam atencją do wojska. Wśród najbliższych także nie mam aktywnego żołnierza i być może dlatego budzi moje pytania i niezrozumienie sens pobytu naszych wojsk na odległych ziemiach. W swoim idealistycznym podejściu potrafię zrozumieć wojnę obronną, kiedy odpiera się atak wroga, ale nie mieści mi się w głowie to, w czym bierzemy udział, za sprawą naszych wojsk w Afganistanie. To nie my jesteśmy tam obrońcami a właśnie intruzami, nie pomagamy im, tylko wleźliśmy na teren oddalony od naszego kraju parę tysięcy kilometrów szukając tam, no właśnie czego? Sojusznik dla Amerykanów... Mydlenie oczu, a na cóż mi jako przeciętnej mieszkance kraju środkowoeuropejskiego ten sojusz? Co tacy jak ja zyskują na tej współpracy? Co zyskują rodziny poległych żołnierzy? I pytanie czy jest to nam jako Polakom potrzebne? Tu nie ma miejsca na patriotyzm, bo co zawinił obcy, daleki Afganistańczyk, nam jako narodowi i mi jako jednostce? Kimże stajemy się jako suwerenne państwo mieszając się w suwerenność innego dalekiego kraju. I nie będę wchodzić w początki konfliktów, w zamierzchłe dzieje, różnice kulturowe i religijne, które spowodowały, że gdzieś tam daleko, żyjący w trudnych warunkach naród zostaje najechany najpierw przez jednego naszego sojusznika, obecnie przez kolejnego. Chcą się w tym dalekim kraju wytłuc, niech to czynią, chcą mieć wojnę w której się nawzajem powyrzynają, dlaczego zabronić. Suwerenność ma swoje prawa, a że tamte prawa odmienne od naszych, wydawałoby się cywilizowanych, na tym polegają wybory i kontrasty między narodami. Zdaję sobie sprawę, że swoimi słowami wystawiam sobie jako człowiekowi niezbyt pochlebną wizytówkę, jednak wszystko co dzieje się pięć tysięcy kilometrów stąd i nasze wtrącanie się musiało przynieść ofiary. Tylko czy one są potrzebne, czy naprawdę niezbędne? Co będzie wytłumaczeniem dla dziecka kolejnego żołnierza, śmierci jego ojca? Że bronił ojczyzny, czy że nastąpił wypadek przy pracy? Ani jedno sformułowanie, ani drugie nie odpowiada prawdzie. Zginął człowiek, zginął niepotrzebnie, bo komuś zachciało bawić się w politykę okraszoną krwią naszych rodaków. Nie pochwalam tego, bo nie rozumiem. Nie sądzę aby komukolwiek udało się zmienić moją mentalność i pogląd w tej sprawie. Dzieją się tam daleko bardzo złe rzeczy, ale czy za ścianami naszych mieszkań nie ma złych spraw i wydarzeń. Nie widzimy ich, nie angażujemy się, choć są tuż obok, natomiast próbujemy przychylić nieba obcym z bardzo dalekich stron. Moja babska logika nie jest wynikiem braku wiedzy, czy też nie interesowania się polityką w szerokiej panoramie. Moja babska logika jest prosta w swoich założeniach i nie stwarzająca zagrożenia ani nie atakująca nikogo. Ja jako dojrzała kobieta chcę spokoju, niepotrzebne mi wojny, armie, bo wierzę, że nawet bez armii, uzbrojenia, sił zbrojnych nikt o zdrowych zmysłach nie będzie naszego kraju atakował. Bo takich jak ja pacyfistycznie nastawionych, ceniących sobie spokój i normalność jest więcej, tylko stoimy po tej drugiej stronie od tych co czyjąś śmiercią chcą pobawić się w wojenkę. Czy naprawdę ta zabawa jest warta poniesionych ofiar? I czy naprawdę musi ona ciągle w różnych formach trwać od wieków, z różnym natężeniem śmierci, ofiar i strat dla całej ludzkości? Zastanówmy się ile ta zabawa przyniosła nam radości, może czas pozbierać zabawki i zakończyć głupie gierki dużych chłopców.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE MA MARNOTRAWSTWA
Notatkę dodano:2013-08-23 21:26:19

Powróciliśmy. Parę dni nieobecności stworzyło odskocznię, inne rozplanowania minionego czasu, inaczej on spędzony spowodował jakieś dziwne manko w kalendarzu. Niby niedługa ta nasza nieobecność a zarazem czuję jakby nie było mnie w domu przez wydłużony do granic możliwości czas. Cieszę się z paru spraw, które się zadziały, nie przeleciał ten czas przez palce nic po sobie nie zostawiając. To był dobry czas. Mój urlop już finiszuje, pozostałe dni też jakoś się poukładają, powstanie mozaika która choć niczym szczególnym dla postronnych dla mnie będzie mam nadzieję czasem nie zmarnowanym.

W mieszkaniu unosi się specyficzny zapaszek z nutą octu, mąż walczy ze słoikami, ja swoją walkę przeprowadzę jutro. Na mnie czekają zasypane cukrem śliwki, które zamknięte słodyczą przejdą pauzę w swoim żywocie, aby zakończyć go w jakimś placku pachnącym cynamonem i wanilią w czasie, kiedy żadne inne pocieszenie nie daje radości. Zima będzie najlepszą areną dla tych zaczarowanych teraz przetworów. Specjalnością małżona są wielobarwne pikle, które wychodzą mu jak mało komu. One też dopiero za jakiś czas staną się upragnionym kolorowym akcentem na stole. Kiedy otoczenie będzie w tonacjach biało- szarych ten kolor na talerzach przypomni być może minione sierpniowe dni. Uśmiechnięty sierpniowo talerz w środku zimy. Moje plany przetworowe zakładają jeszcze „parę” akcji zamykania darów lata w dosyć ograniczony asortyment. Powstaną ułatwiające mi na przyszłość gotowce obiadowe, wypraktykowane i sprawdzone, które niezawodnie być na spiżarnianej półce muszą. Pewnie objawią się jakieś warzywa lub owoce, które aby nie zostały zmarnowane będę musiała jakoś przetworzyć. Czas pokaże co „pójdzie na tapetę”. Obsypany w wielkim mrowiu krzak aronii nie zachęca mnie do działania i pewnie jak co roku stanie się stołówką dla ptactwa. Jakoś nie polubiłam tej cierpkości choć w różnych wariantach już próbowałam. Aczkolwiek w dziwności swoich upodobań naprawdę odstaję od wielkiej rzeszy społeczeństwa lubiąc kandyzowaną jarzębinę, przepadając za żurawiną i tym niuansem przełamanego lekką cierpkością smaku, który dla mnie niczym magnes. Lubiąc wspomniane owoce jakoś miłością do aronii nie zapałałam. Niegdysiejsza moda spowodowała zasadzenie dwóch krzaków, które nieodmiennie rok w rok owocowały jak szalone i ja pośród nich nie wiedząca co też mogę z tym robić aby było to konsumowane z jakąś chęcią i ochotą. Nie udawały się ani eksperymenty ani sprawdzone przepisy, jeden krzak wykarczowaliśmy a drugi jakby nic sobie z tego nie robiąc ani nie usechł z tęsknoty ani nie zaprzestał owocowania tylko rozrósł się i obsypany rokrocznie wielką mnogością plonów daje mi dylemat co z tym robić. Wciskam komu się daje, z pełnymi szykanami, sama zrywając, dostarczając w umówione miejsce, i jeszcze nieomal dziękując za chęć przyjęcia. Żeby się tylko nie zmarnowało. Nauczyli kiedyś takiego podejścia, to teraz kluczę, kombinuję, wstępuję na wyżyny przerabiania aby tylko nie wyrzucić. Zamiast lekką rączką machnąć na kompostową pryzmę, cieszyć się czystymi dłońmi, porządkiem w kuchni, zadbanymi paznokciami po urlopowej labie, u mnie jakaś odwrotność następuje. Dłonie przesuszone, jakieś odciski nie wiadomo skąd się wzięły, paznokcie... – to muszę okiełznać zanim wrócę do pracy. Może to i dobrze, że już jestem w domu tu jakoś łatwiej o odnowę biologiczną we własnym zakresie, choć o czym ja mówię, skoro cała ogromna miska wydrylowanych śliwek czeka na jutrzejszy swój sądny dzień. Moje spa poczeka, śliwki ważniejsze, aby tylko nie wyrzucić....


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PLASTELINA WSPÓŁCZEŚNIE
Notatkę dodano:2013-08-22 22:16:10

Przeciągnęłam domową nieobecność, jednak w nieskończoność tego robić się nie da, stajemy się zważeni niczym kwaśne mleko. Mąż pragnie powrotu, dziecko w inną stronę gdyby mogło decydować, stawiało by swoje kroki, a ja.... Z jednej strony lubię swoje mieszkanko, choć niewiele się tam dzieje, czasami potrzebuję odskoczni, muszę poczuć jak bardzo mi go brakuje aby nie wyrywać się przez jakiś czas. Gdybym mogła pewnie jeszcze bym pobyła na tym „wygnaniu”, cóż nie zawsze nasze chcę równa się mam, lub robię to co chcę. Wiem, że w domu niewiele mnie czeka, a tu gdzie jestem istnieje odrobinę więcej możliwości. Wolałabym wybrać te możliwości ale... kwaśne mleko nie zawsze jest pożądane. Mąż najchętniej już by się spakował, pomachał rączką i tyle by go widzieli a ja na rozdrożu, znowu niczym osiołek, któremu nieopatrznie dano wybór.

Dzisiejszy dzień aktywny, na świeżym powietrzu. Powoli odczuwa się te chłodniejsze podmuchy i choć słońce jeszcze intensywnie świeci, już trzeba narzucić czasami coś na obnażone plecy, aby zniwelować dreszczyk i gęsią skórkę pojawiającą się wydawałoby się znikąd. Na mojej działce rozpoczęły się węgierkowe zbiory a to już dla mnie owoc naprawdę późnego lata a nawet skłaniałabym się do określenia wczesnej jesieni. Parę dni dzieli dzieciaki od szkolnych początków razem z ich całym korowodem spotkań, wywiadówek, opłat, dokupywania brakujących książek czy też czegoś co być koniecznie musi, a jeszcze jak się okazuje dziwnym trafem brak. U mnie do pełni ewolucji szkolnych jeszcze cały rok, obecnie czeka nas zerówka. Nie spieszyłam się aby „Kleszczyk” już teraz szedł do pierwszej klasy, jeśli będzie posiadał iskrę do nauki, to zdążą ją i w wieku siedmiu lat odkryć, jeśli jej nie ma, po cóż mam galopować w pędzie do mozolnego zdobywania jego wiedzy.

Szkolny bałagan, nie powoduje, że nasze dzieci są lepiej uczone niż kiedyś, a nawet odważyłabym się powiedzieć, że z poziomem nauczania jest gorzej. Cóż po kolorowych zeszytach, różnych zestawach książek w każdej szkole, pięknych wyprawkach skoro tego co w szkole być powinno po prostu brakuje. Jako matka zerówkowicza mogę się wypowiadać w odniesieniu do akurat tej grupy wiekowej, choć już jednego absolwenta przerobiłam, więc pojęcie niejakie posiadam także w innych przedziałach. Ale wróćmy do zerówki, pierwszy, lepszy przykład : zwykła plastelina. Rodzicu nie kupuje się dziecku plasteliny najtańszej, nietoksycznej, normalnie kolorowej i od lat niezmiennie specyficznie pachnącej. Dziecku kupuje się plastelinę miękką!!! Nie decyduje o tym rodzic, organem decydującym jest nauczyciel. Jaka ku temu jest motywacja? „Dzieci muszą mieć miękką (dla plastelinowych laików : czyli taką, której nie trzeba w rękach wyrabiać, tylko odrywamy kawałek a on już gotowy do użycia) żeby zajęcia odbywały się szybciej, bo dziecko może nie zdążyć wymiesić do miękkości kawałka plasteliny i zrobić szybko pracy”. Wszystko pięknie, z pozoru niewiele można zarzucić. Szkoła chce ułatwić życie. Ale jak dla mnie to tylko pozory. Dziecko dostaje plastelinowego gotowca, nic z nim robić nie trzeba, przykleić, obkleić, ulepić i szybko, po łebkach, bez wysiłku z dobrym czasem wykonania robi się po sprawie. A dla mnie to uczenie łatwizny, braku cierpliwości, braku dokładności, jakiś akord w sensie szybkości tworzenia w sztuce. Na tak prozaicznych czynnościach jak gniecenie plasteliny można jednak paru pożytecznych spraw o dalekosiężnym działaniu się nauczyć. Gniecie bo wie, że w konsekwencji będzie miał miękki materiał twórczy, im będzie miększy tym lepszy, musi się uzbroić w pewną cierpliwość, o której przydatności przekonywać chyba nie trzeba. Jeśli będzie dokładnie gnieść osiągnie swój maleńki życiowy sukces z dodatkowym wypracowaniem ruchowym rączek. Jest jeszcze jeden niuans tego gniecenia twardego plastelinowego wałeczka. Jakieś podstawy fizyki, ciało stałe które mięknie w cieplejszych warunkach. Pamiętam swoją plastelinową przygodę z początków szkoły podstawowej. Jakaś praca do wykonania metodą oklejania papieru cienką warstwą plasteliny. Środek zimy, chłodna aura powodująca, że nasz materiał twórczy niczym kamień ciężki do obróbki. Już te podstawy plastelinowej zmiany plastyczności pod wpływem ciepła miałam przyswojone więc najlepszym miejscem do wstępnej obróbki okazał się gorący kaloryfer, na którym wylądowała moja plastelina. Cóż skoro pamięć pacholęcia równie krótka jak przerwy między lekcjami. O rozgrzewanej plastelinie przypomniałam sobie następnego ranka wchodząc do śmierdzącego pomieszczenia w którym na całej wysokości grzejnika spływała maź raczej zbyt miękka do plastycznych prac. W obecnych czasach nawet takiego wspomnienia bym nie posiadała. Miękka plastelina nie daje wspomnień.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


GORDYJSKIE WĘZŁY
Notatkę dodano:2013-08-21 21:41:04

Układanka naszego życia przybiera niespodziewane obroty, kierunki zupełnie nieprzewidywalne, zmiany szokujące. A może ja tak zauważam, może mi się tak plącze. Nie zawsze mam ochotę mozolnie rozplątywać. Bywa, chęć stuknięcia ręką w stół i ze słowami „dajcie mi święty spokój” odwrócenie się na pięcie. Umycie rąk od głupot popełnianych przez bliskich. To ich życie, ich głupoty za które w konsekwencji oni będą płacić. Ale nie jest to takie proste. Mój charakterek powstrzymuje mnie przy tym stole, i zamiast walnięcia w blat, próbuję zbawiać świat durnych bliźnich. Nikomu to nie potrzebne, a i mi krew psujące. Cóż wadliwe egzemplarze tak czasami mają. Chcąc dogodzić wszystkim, sobie ważą dobry humor, sobie pozwalają na czarne chmury, które krążą i kołują denerwując i psując krew. Nie mam wpływu na niektóre decyzje, które ktoś podejmuje, nie mogę naprowadzić na dobry kierunek. Trzeba się pogodzić i powiedzieć, żyjcie sobie jak chcecie, nie będę z wami walczyć.

Jestem kolejny dzień poza domem, gdzieś daleko od sieci, choć nie na odludziu. Ostatnie dni urlopowej nudy zawirowały moim życiem odpowiednio mocno aby poczuć zawrót głowy. Nigdy nie lubiłam karuzeli, zbiera mi się na wymioty od niepotrzebnego kręcenia, nie pragnę też tej życiowej karuzeli. Czasami podobne mdłości dopadają. Może dlatego lubię stabilizację, coś bardziej statycznego ponieważ zbyt chaotyczne ruchy tak źle na mnie wpływają. Jednak jak posiada się dzieci trzeba się przygotować, na chaos, na przewartościowanie, na przewrócenie do góry nogami normalności. Moja normalność została właśnie dotkliwie potraktowana. Nie wiem jeszcze jak daleko posunie się ta degrengolada, ile mnie od niej ucierpi. Bo, że ucierpi to pewne. Trzeba czekać na rozwój wypadków. A może trzeba się nauczyć z pełną świadomością olewać, przyjąć postawę naznaczoną tumiwisizmem. Czas się przewartościować, nikt na tym nie ucierpi, a mi może będzie łatwiej. Przychodzą chwile, aby zająć się sobą nie innymi, bo przecież oni mnie już dawno temu olali to czemu mam nie odpłacić tym samym. Zazdroszczę naszym braciom mniejszym. Do pewnego momentu troszczą się o swoje potomstwo, później ich drogi się rozchodzą i każde żyje po swojemu, gdzieś daleko. Jedno drugiemu nie wadzi, nie próbuje przeinaczać na swoją modłę. Ale nasz gatunek ponoć ponad to ustanowiony, mądrzejszy, wyżej stojący w hierarchii i nie rozchodzą się drogi rodziców i dzieci, i tak się krzyżują, i plączą. Każde na swoją modłę próbuje żyć, przy czym młode przeważnie zupełnie inaczej starają się ułożyć swoje życie niż starsi. Starszym się to nie do końca mieści w głowach, i powstają scysje, małe potyczki, duże wojny. O ileż łatwiej byłoby stać się zwierzakiem, dzieci po odchowaniu na boczny tor i bez całego tego balastu żyć, zajmując się albo kolejnymi dziećmi albo wreszcie samym sobą. Poświęciłam ci tyle swojego życia ile trzeba, teraz czas na oddech. Ale nie, masz dzieci, twoje pęta nigdy się nie skończą. I tak w tych niewidocznych kajdanach rodzinnych powiązań będziesz niczym wieczny katorżnik, bo trzeba dziecku pomóc, bo niech ma łatwiej niż my, a potem przyjdą wnuki i znowu trzeba dziecku pomóc i to koło nigdy się nie zamknie. Albo zamknięte koło zapętli się i człowiek żyje problemami swoimi, problemami swoich dzieci, swoich wnuków.

Dajcie mi Aleksandra z jego mieczem, niech przetnie tę plątaninę, bo czasami przerasta mnie durnota moich dzieci a innego lekarstwa na rozplątanie nie widzę.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NASZE WSPÓLNE BYĆ
Notatkę dodano:2013-08-19 16:21:54

Dwadzieścia cztery lata temu, dziewiętnasty dzień sierpnia przypadał na sobotę. Była ona słoneczna, ciepła, momentami nawet upalna. Niebo radowało się całym sobą na uroczystość, która dla mnie miała być najważniejszym dniem życia. I był to taki właśnie dzień. Zapamiętany, szczególny, choć zanim do niego doszło wielokrotnie przemyślany, budzący wątpliwości i rozterki. Mnóstwa pytań i odpowiedzi na nie, wymagało podjęcie tej ważnej decyzji. Miała to być decyzja na całe życie i miała być taką której żałować nie będę. I myślałam, zastanawiałam się, i postawiłam wszystko na tę jedną kartę, podpisałam cyrograf, i nie żałuję. Znaliśmy się nie długo ze swoim przyszłym mężem, nie było wieloletniego spotykania, wspólnego zamieszkiwania, dzieci ani dobytku, którego dorobilibyśmy się zanim usankcjonowaliśmy swoje obopólne TAK. Każde z nas miało jakieś doświadczenia, związki mniej lub bardziej angażujące, mniej lub bardziej ubogacające, które okazały się pomyłkami, błędami lub zawiedzionymi mrzonkami. Z tym balastem doświadczeń powiedzenie „tak”, musiało być poprzedzone zastanowieniem. Nasze jak to się wtedy nazywało chodzenie, trwało pięć miesięcy, bez pośpiechu załatwiliśmy papiery w USC i czekając kolejne trzy doczekaliśmy się tego pamiętnego sierpniowego dnia. Nic nas nie pospieszało, cierpliwie odczekaliśmy swój czas, i tej pięknej soboty złożyliśmy sobie obietnicę miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej. I dotrzymujemy tej obietnicy i nie ciąży nam ona, nie jest jarzmem ani przykrym obowiązkiem. Przez minione lata dorobiliśmy się nie w sensie materialnym, bo akurat ten dobytek mizerny i nie istotny stanowiący jakąś poboczną część składową mało ważną dla nas. Nasz wspólny dorobek to dwóch synów, wiele spędzonych godzin, uśmiech codzienny na swój widok, rozumienie się w pół słowa, poznanie siebie tak dalece, że czasami słów nie potrzebujemy aby wiedzieć co drugie myśli i czego pragnie. Czy to wiele na tyle lat? Dla mnie wiele, i nie zamieniłabym tego na worek pieniędzy, bo na nim moje szczęście oprzeć by się nie mogło.

I czy po tylu latach ponownie podjęłabym taką samą decyzję? Nie zmieniłabym jej, bo każdy ma gdzieś w świecie swoją drugą połowę i bywa, że w wielkim szczęściu dane mu jest ją znaleźć, więc skoro ja znalazłam, już jej nie wypuszczę, i będę się jej trzymać. I jeśli trzeba ponownie wypowiem swoje TAK, do tego jedynego na świecie, który odnalazł w tym świecie mnie i którego odnalazłam ja. I dzięki temu wspólnemu się odnalezieniu, możemy każdy dzień rozpoczynać bez obaw, o to co nas czeka, bo co by to nie było, we dwoje damy radę każdą przeciwność pokonać, stawić czoła każdemu atakującemu nas złu, nic nam nie straszne, póki jesteśmy razem. I niech to razem trwa kolejne wielokrotności minionych dwudziestu czterech lat. Już nie musimy się poznawać, docierać, to za nami, teraz pozostało tylko wspólne, szczęśliwe razem być. To razem być jest najważniejsze. Ważniejsze od każdego mieć, od każdego ja, bo takie my daje nam szczęście, któremu naprawdę wiele nie trzeba, a ma się więcej niż niektórzy uważają. Oko ludzkie przeinacza widziany obraz, serce nie podpowiada właściwej drogi, wyznaczając sobie materialne szczyty do zdobycia. A może gdzieś tam czeka i szuka cię twoja połówka której potrzebna jesteś tylko ty bez otoczki tego co posiadasz. Tylko TY.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BĘDĘ PAMIĘTAĆ TEN DZIEŃ
Notatkę dodano:2013-08-18 21:45:15

 

 

        Przepełniony wydarzeniami dzień kończy swoje trwanie, plany wypaliły, choć i miejsce dla mieszających chochlików także się znalazło. Piękna pogoda, wymarzona wprost na podobną eskapadę, pokazała całą swoją mocą jak wiele od niej zależy. Z chwilą powrotu, moje trzaśnięcie drzwiami samochodu było sygnałem do pierwszych kropel deszczu. Zdążyliśmy ze wszystkim co było w pierwotnych planach, odrobinę dodaliśmy i skonani wróciliśmy w domowe pielesze. Nie jestem entuzjastką górskich wypraw. Może jest to konsekwencją mojego lęku wysokości, który odczuwam już parę metrów od normalnej, płaskiej powierzchni ziemi. Nie dla mnie włażenie na skały, nie moją pasją sunięcie pod górę, której kąt nachylenia stwarza możliwość wdepnięcia wyżej niż tego chcę, i niż toleruję. Oczywiście utarte szlaki, nie stwarzające żadnego niebezpieczeństwa nie budzą strachu i pokonam, sprawdzę, zobaczę i popodziwiam, jednak dzięki tej wyprawie wiem jak małą kondycją dysponuję i jak wiele we mnie niedyspozycji do pokonywania tras powyżej określonego poziomu w odniesieniu do tafli morskiej. Nie zdążyłam w sobie rozbudzić pasji, rozkochać się w tych pięknych przecież krajobrazach. Choć może nie zupełnie tak sformułowałam, kocham te widoki, panoramy, tą inność od tego, co na co dzień mnie otacza, jednak pasji brak. Może tak odgórnie mnie zaprogramowano, że wypełniam swój czas innymi sprawami, odkładając gdzieś w daleką przyszłość górskie wyprawy. Mam znajomego, który w miarę możliwości i choć bez gotówki potrafi swoją pasję przekuć na czyny i odwiedza ukochane miejsca tak często, jak się da, jeśli zgłoszę się do niego w celach informacyjnych zarzuci mnie wiadomościami, trasami do przejścia, ciekawostkami. Spełnia to co jemu w darze odgórnym dane. Ja tej pasji nie posiadam, jestem laikiem, bez zacięcia choć bywa, że z zapartym tchem, z szeroko otwartymi oczyma, chłonąca całą sobą otaczający ogrom tego co nie ludzką ręką stworzone a dla człowieka, który tego dobrodziejstwa nie dostrzega, nie szanuje.

Dzisiejszy dzień był takim dniem unaoczniającym naszemu synowi, że inne od przez niego zamieszkanych miejsca także istnieją, że są rzeczy które potrafią zaszokować swoją wielkością. I chyba nam się udało zaskoczyć i pokazać a kto wie, może dzięki tej jednodniowej wyprawie, odkryje w sobie kiedyś, w przyszłości że góry mogą być pasją do zrealizowania i do pokochania.

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


STRATEGIA NA JUTRO
Notatkę dodano:2013-08-17 17:21:48

Z wyprzedzeniem kolejna narada wojenna się odbyła i już dziś zaplanowane co powinno wydarzyć się jutro. Wbrew zasadom, z daniem wielkiej szansy na działalność chochlików od zamieszania, stworzenie możliwości tym od zmian i losowym wywrotowcom. A może skoro zobaczą, że nic sobie z ich jestestwa nie robimy zaprzestaną swojej wrogiej wobec nas działalności, i wszystkie zamiary wdepną w czasowe ramy naszego życia? Może każda sprawa będzie miała możliwość zadziania się i stania się cząstką sierpnia, taką do zapamiętania na kiedyś? Zakładam, że jest szansa na pamięć jutrzejszego dnia, bo odmienny będzie i otoczeniem, i krajobrazem, i tym co zobaczymy i tym co zrobimy. Może nie tyle nam potrzebna ta odmienność, co „Kleszczykowi”. Dzieci zapamiętują pewne chwile z dzieciństwa, beztroskę momentów. A jutro ma być taki właśnie, inny dzień. Założyliśmy sobie wyprawę do Szklarskiej Poręby, wjazd na Szrenicę i być może zahaczenie jeszcze o coś po drodze, jeśli czas i kondycja pozwolą. Jednodniowa wyprawa, która ma szansę zostać zapamiętana przez młodego, choć dla nas będzie tylko kolejnym razem. Będziemy deptać po swoich zostawionych kiedyś krokach, których zbyt słabe odciśnięcie nie zostawiło żadnego śladu po poprzednich wizytach. Jakieś zdjęcia, wspomnienia, niewiele szczegółów.

Dziś dopracujemy detale, poczynimy przygotowania aby jutro z rana wsiąść do samochodu i bez zbędnych perturbacji i zamieszania wyruszyć. Pewnie wielokrotnie sprawdzę czy wszystko wzięte, a i tak będę jechać z poczuciem, że czegoś brakuje, że o czymś zapomniałam. Zawsze, kiedy gdzieś jadę, nie ważne czy daleko czy blisko, mam nieodparte wrażenie jakiegoś braku, niedopatrzenia. Irracjonalne i choć po wielokroć sprawdzane, nie pomaga. Jakiś neuron w mojej głowie odpowiedzialny za przygotowania do drogi zawsze zadaje mi mnóstwo pytań o szczegóły spakowanej torby, zawartość pakunków z jedzeniem, ilość i jakość wziętej odzieży. Nie ważne by te ciuchy były, gdyby chodziło o mnie samą, pogodziłabym się nawet z jedną parą spodni i podkoszulkiem na sobie, najwyżej poszczękałabym zębami, zmokła lub spociła się, jednak inaczej sprawy się mają kiedy bierzemy dziecko. Ono musi mieć przebranie i na ciepło i na zimno, i na słońce, i na deszcz. Wszystkie alternatywy i kombinacje. Bywa,że używa się w końcu jednych gatek i podkoszulka, jednak gdzieś w przepastnych tobołach musi być coś na wszystkie ewentualne zmiany pogodowe i wypadkowe, które przy dzieciach bez żadnych symptomów lub oznak potrafią wystąpić. I nie istotne jest czy jedziemy na jeden dzień czy na cały turnus. Dziecko istota nieobliczalna i w zachowaniach, i odczuwaniach musi mieć wszystko. Nie może tu być zastosowane sformułowanie, nie wezmę, może się uda. Jeśli wyjdę z takiego założenia, mogę mieć pewność, że już pierwszego dnia okaże się, że akurat tego jednego nie wziętego drobiazgu będzie brakować bardziej niż deszczu na Saharze. Złośliwość lub przyciąganie nieszczęść, każdy może sobie to przypasować do swoich teorii. Ja wiem, że choć niczym wielbłąd w skwarze tejże wspomnianej Sahary będę wyglądać, objuczona niepotrzebnymi kaloszami i sztormiakiem, niech tylko ich nie zabiorę ze sobą, można spodziewać się największych opadów od czasu zaistnienia wzmiankowanej pustyni. Na jutrzejszy dzień też się przygotujemy, zabierzemy co potrzebne i co w ogóle się nie przyda, może pogoda będzie nam sprzyjać, i nie przełamie się z typowo letniej, która na jutrzejszy dzień zapowiadana. Już kiedyś wjeżdżając na Szrenicę następowało to w porze letniej natomiast zjazd typowo jesienną aurą miał miejsce. Liczę, że jutro nic podobnego nie nastąpi i nasza wyprawa i zacznie, i trwać będzie, i zakończy się pięknym, letnim, sierpniowym dniem. Takim do zapamiętania na kolejne lata i do wspominania na kiedyś.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NUDA BEZ NUDY
Notatkę dodano:2013-08-16 21:23:11

Przepełniony ten mój dzień dzisiejszy, teraz procentuje lekkim zmęczeniem, choć po pachnącej kąpieli mało istotne to się wydaje. Przytłumiły mnie te użyte zapachy. Włosy pachną inaczej, reszta ciała też zapachowo zmiksowana. Róża, orchidea, granat, wiśnia otulają, niczym leciutki woal, niewidoczne a postrzegalne, nie można dotykiem wyczuć a poprawiają samopoczucie. Lubię zatopić się w niektórych woniach, choć czasami wydaje się, że mój nos mało wrażliwy, na te bodźce. Był czas, że wyczuwałam wszelkie niuanse, każdy załomek zapachu tego miłego, który uprzyjemnia i tego wzbudzającego wstręt czy odrazę. Żal mi tego ówczesnego nosa, bo był niesamowity, wyczulony a czasami nawet przeczulony. Było to w czasie, kiedy moje ciało dzieliło się sobą z „Kleszczykiem”. Można rzec hormony, przemiany zachodzące w kobiecie w stanie błogosławionym, czy też tłumaczyć inną wrażliwością. Nie istotne to, czym wyjaśnimy i czy ma to naukowe podstawy czy też ich nie posiada, dla mnie to ponad miarę szczegółowe odczuwanie było czymś niesamowitym i aż w swojej dokładności nierealnym. Mój nos posiadł przez ten krótki czas moc odbioru czworonogów. Mamy czego zazdrościć wiernym psiakom, bo to co czuję obecnie to tylko niewielki procencik od ogromu który otaczał mnie parę lat temu. Przez krótki czas miałam możliwość więcej czuć, szkoda, że minęło bezpowrotnie i pewnie nie wróci. Niechybnie są ludzie, którym los w darze ofiarował to czym ja cieszyłam się przez tamten moment życia. Może więc pomimo, że sama mniej czuję jak pachnę, ktoś odbiera mnie niczym misę owoców w otoczeniu pięknych kwiatów. Niech tak trwa ten wieczór wonią otoczony.

Dziś jeszcze parę godzin wyrwę zanim data w kalendarzu zmieni swój numer na kolejny. Rozpoczęłam swoje dzisiaj, półtoragodzinnym pobytem tam, gdzie lubię, swoją wyznaczoną normę wyrobiłam, a później potoczyło się choć nie do końca zaplanowane, nie do końca przewidziane. Tak to bywa, że kiedy dokładnie zaplanuję co, gdzie i jak, przeważnie coś namiesza w tych moich planach a jeśli spontanicznie coś się wydarza ma szansę na realizację. Dalszy ciąg szaleństwa porządkowego na naszym skrawku ziemi, ja z młodym przez parę godzin sami, później z mężem. Znalazł się czas na pracę, rozsypującą okruchy ziemi, które lądowały tam, gdzie ich nikt nie prosił, kurzyły mnie, przeszkadzały, drapały i ocierały, był czas na leżenie pod czereśniowym drzewem, jakiś letnim posmakiem posiłek poszedł w niebyt. Normalny urlop, bez wyjazdu, choć i bez nudy. Może nigdy nie będzie mi dany leniwy czas spędzony w hamaku, pomiędzy palmami, kiedy odległość od tego co mam tu i teraz jest porównywalna z odległością do księżyca. I jedno i drugie na równi nieosiągalne i odległe. Czy mogę powiedzieć, że tęsknię za tym lenistwem w tropiku? Nie wiem jak to jest, więc nie tęsknię, jednak może spróbować bym się nie wzbraniała. Oczywiście pod pewnymi warunkami, żadnych skorpionów, wielkich pająków, wszędobylskich żmij i węży. Mają być za to moi chłopcy, choć jak i oni się pojawią zacznie się walka o hamak, i nudę szlak trafi. To już lepiej niech zostanie tak jak jest, choć bez palm i nudy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CHŁODNE SIERPNIE
Notatkę dodano:2013-08-15 20:19:48

Nie długo trwała moja nieobecność, jednak sądzę, że to nie jedyna, która mi się jeszcze w sierpniu przydarzy. Będą dni, które spędzimy gdzieś poza domem. Nie będzie czasu na zaglądanie tutaj, na zostawienie swojego śladu. Od dziś oboje z mężem, delektujemy się wolnymi od pracy dniami. Co one nam przyniosą, nie wiem. Może każdym początkiem dnia odbywać się będzie poranna wojenna narada, zapadną ważkie decyzje, rozplanujemy czas, gdzieś, w jakiś sposób go spędzimy. Zaczniemy od jutra, teraz jeszcze świąteczny wieczór, który kończy spokojny, łagodny dzień. Popołudniowa rowerowa wyprawa, w rejony oddalone od ludzkich siedzib, na uboczu, zapomniane, choć odwiedzane przez ciekawskich. Roślinność w całej swojej cichości a zarazem pełną wizualizacją uświadamia, że czas początku lata już dawno poza nami. Lato mija, kwitnące nawłocie i wrotycze, są tego najlepszym dowodem. Ich żółte kwiaty choć niepozorne urodą, a zarazem przerastające wszystko wokół, całą swoją roślinną postacią dosadnie przemawiają za bliskością jesieni. Osty przykuwające wzrok pierzastymi czuprynkami nasion, które roznoszone przez wiatr dają jeszcze nadzieję na kolejne ostowe pokolenie. Łopiany ze swoimi owocami, prekursorami krawieckich rzepów, stoją wyniośle czekając na chętnych do zabawy lub nieświadomych ich czepliwej obecności w których będą mogły zaczepić swoje bezbronne a zarazem pełne premedytacji haczyki. Zaorane ścierniska, których złoto przykryła ciemnobrązowa ziemia, ona także już zaczyna żyć nadzieją na następne zasiewy .Zresztą i aura już sierpniowa, z chłodnymi nocami, porankami oraz przeszywającym swoim zimnem wiatrem, który nic sobie nie robi ze świecącego słońca. Sierpień, pomimo przypisania do letnich miesięcy, dla mnie, już jakąś melancholię i smuteczek za uchodzącym latem posiada. Ten miesiąc niejako przełomem lata zmierzch tegoż całym sobą podaje jak na tacy. W moim życiu parę ważnych sierpniów było, zmieniały one moje życie, niczym zwrotnica zmieniały kierunek jazdy po życiowych torach. Taki najważniejszy, którego rocznica już za parę dni będzie przez nas obchodzona. A te inne, mniej ważne? Były, coś sobą zostawiając, odciskając jakiś późnoletni ślad, piętno i dając pamięć ich w moim życiu bytności. Nie przebiją tego jednego sierpnia w swojej wartości ale zapamiętam, kiedyś wspomnę w przypływie chwili. Czy zapamiętam ten trwający sierpień, nie wiem, pewnie jeśli przejdzie tak jak do tej pory, niewiele sobą dając, zapomnę. Nie zaznaczę w kalendarzu żadnej ważnej daty, i po latach zostanie wymazany z mijających kolejnych miesięcy. Jednak dopiero półmetek tego miesiąca, a nikomu nie dana wiedza, co jeszcze się wydarzy. Będę chłonąć tę nudną normalność i cieszyć się nią, tak po prostu, bez roszczeń o więcej, bez pretensji że za mało. Co mi ofiaruje to przyjmę, i postaram się nie kręcić zbytnio nosem z niezadowoleniem. Jakiś czas temu w moich planach było pewne spotkanie z dawno niewidzianą znajomą, ktoś miał się tym zająć, z wyprzedzeniem rozesłać wici, zwołać zainteresowanych. Póki co cisza w temacie, widocznie tu też potrzeba cierpliwości, może się uda, i będzie okazja do spotkania, a może potrzeba kolejnych wielu lat oczekiwania aby nigdy nie doczekać się na odkładane przez wieczne przeszkody spotkanie. Tak to bywa, że czasami czekamy na coś i to nigdy nie następuje, bo coś, bo ktoś nie dopisze, nie da rady, skomasują się przeszkody i plany pozostają w sferze niespełnienia. Tak to już w tych kończących lato sierpniach bywa, wprowadzają więcej chłodu w ludzkie relacje, nie tylko w letnią pogodę.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŻYCZENIE I UCIECZKA GDZIEŚ TAM
Notatkę dodano:2013-08-13 17:06:44

 

Kolejny, nieprzewidywalny impuls. Coś zaiskrzyło gdzieś na wysokości metra sześćdziesiąt z haczykiem. Rozważyłam za i przeciw, i znikam na dzień cały, a kto wie, może i dłużej mi zajmie ta nieobecność. Dam odpocząć, choć myślę że nie wielu tu u mnie gości bywa ostatnio. Kanikuła. Licznik wariuje, nikt się nie przyznaje do majstrowania, a szkoda, bo ja tak lubię wiedzieć co i dlaczego. Na nic się zdały moje prośby winnego nie ma. I to jest jedna z tych rzeczy, których nie lubię.

Tchórzostwo.

Coś zrobiłam, trudno, złajają, krzywo popatrzą, opinię wyrobią ale i tak mimo wszystko się przyznam.

Odpowiedzialność (ponoszę i lubię jak jest).

To posiadam choć wiem, że czasami nie popłaca branie na swoje barki czynów popełnionych, czasami jest szansa na anonimowe przejście, bez przyznawania a ja niczym odmieniec i tak się przyznam. Bo nawet jeśli uda się ominąć przed ludźmi przyznanie, przed sobą nie ucieknę, nie dam rady udawać że nie ja, skoro ja.

Strach

przed czyjąś reprymendą istnieje we mnie jak w każdym, i świadomość tego, że będzie ochrzan, krzywe spojrzenie, może jakieś zawiedzione zdanie o mnie, ale pokonuję ten strach i biorę na siebie swoje czyny, swoje słowa, swoją małość i omylność.

Szanuję

u innych podobne zachowania, to związane z jakąś

szczerością

i to cenię.

Czasami głośno nie potępiamy kogoś za to, że zrobił nieodpowiednio, ogół wie, że to ten czy ta, nie odzywamy się słowem, a w duchu ocena dokonana. Skoro nic się nie mówi, toleruje się te małe oszustwa, i przyzwala na nie. Bo nikomu nie szkodzą, świat się od nich nie wali. Ale nie szkodzą, bo są nieistotne, maleńkie, nie ważne i otoczone ciszą aprobaty.

A co jeśli ukryta prawda będzie większego kalibru, ważniejsza i istotniejsza. Czy dalej będziemy przyzwalać na milczenie zarazem nim akceptując kłamstwo?

Miałam już iść i rozpędziłam się w rozważaniach niewiele przynoszących, bo od nich gości nie przybędzie, ten co nabroił, w milczeniu zaciera rączki. Świat się nie zawali. Głowy nie urwą, a że jednej przecież nieznajomej osobie chce się dociec prawdy, cóż to może obchodzić, przecież nic się nie stało. Chciałabym aby ci realni, którzy tu u mnie goszczą choćby jedną literką w komentarzu zostawili swój ślad, ot, takie niepoprawne życzenie do gwiazdki, która wczoraj specjalnie dla moich życzeń spadała. Już znikam ….do kiedyś.

 


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163463
Osób: 145918