Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

AWARYJNA SYTUACJA
Notatkę dodano:2013-06-20 17:41:04

 

Codziennie rano nastawiam się na normalność, na zwykłość i z góry zakładam: to ma być dobry dzień. Dobry tym, że nic nie wyskoczy, nie dopiecze i nie spowoduje złego mojego nastroju. Nie pragnę szału, wariactwa, chcę spokoju bez odczuwania tych wszystkich życiowych skoków na bungie, które oprócz stresu, niewiele pożytku przynoszą. Sobą też nie staram się stwarzać tych skrajnych amplitud. Nie wyróżniam się z tłumu pozostałych otaczających mnie Polek. Taka sobie zwyczajna kobieta, lubiąca pewne ludzkie zachowania, niektóre ganiąca, a jeszcze inne potępiająca. Moje wysiłki prowadzące do normalności różne tory prowadzą, z różnymi skutkami. Ludzkie zachowania choć, niektóre nieobliczalne, zaskakujące, przeważnie są do przewidzenia. Możemy się czegoś po konkretnym osobniku spodziewać, jakieś reakcje dają się zrozumieć, wytłumaczyć.

Tyle ludzie, jednak są sprawy, których zaistnienia nie przewidujemy, nie spodziewamy się lub zaskakują nas one w najmniej odpowiednim momencie.

Przedmioty, dobytek materialny, urządzenia nas otaczające. Tych to rzeczy wyskoki są nieprzewidywalne. Choć powinniśmy się spodziewać zawsze, każda awaria nas zaskakuje powodując stres i nerwy.

Środek dnia, po dobrym jego początku tak mnie właśnie przywrócił do niejakiego pionu, czujności, wywołując alarmową sytuację. Na nic zdało się moje wcześniejsze odstresowanie, miłe chwile, radość z wolnego od pracy dnia. Popadło w ruinę całe samozadowolenie i radość.

Ciemność panująca w lodówce, absolutna jej cisza, brak reakcji na moje działania pozbawione zupełnie sensu i jakichkolwiek podstaw dających szansę na zmianę zastanej sytuacji. Mąż za chwilę wybiera się do pracy na drugą zmianę, szansa, że zostanę z tym problemem sama powoduje moje wewnętrzne pomstowanie na czym świat stoi. Zamrażarka pełna, lodówka podobnie, w mieszkaniu dwadzieścia siedem stopni, samochód w stanie takim, że nie odważę się do niego wsiąść, temperatura na zewnątrz trzydzieści pięć stopni. Odroczenie wyjścia do pracy, jakoś przez męża osiągnięte, myszkujemy po necie w poszukiwaniu fachowca od naprawy z dojazdem. Dziesiątki telefonów, kombinacje odpowiedzi z jednym, negatywnym skutkiem. Był kiedyś na naszym terenie człowiek uczciwy, fachowiec godzien każdego polecenia, któremu powierzyłabym każdy sprzęt do naprawy z pełnym zaufaniem, nie zdzierał skóry, zawsze profesjonalnie od początku do końca wykonał. Cóż, kiedy wycofał się na zasłużoną emeryturę, nie pozostawiając spadkobiercy swej uczciwości i zawodowstwa. Pozostali do których kierujemy swoje usilne prośby o pomoc stosują taktykę chciałbym ale.... tych ale usłyszeliśmy wiele.

Coraz goręcej robi się od iskrzącej nierozwiązanym problemem atmosfery. Mijają dwie godziny, ile uda się z lodówki uratować, do obiecanego na jutrzejszy dzień fachowca, bo jest szansa, że ktoś jednak się pojawi, jednak nie dziś, a może i nie jutro. Straty zapasów wydają się nieuniknione.

Pralka jeśli się zbuntuje można prać ręcznie, choć to sztuka w wielu domach zapomniana.

Kuchenka wysiądzie, znajdziemy zamiennik w postaci mikrofali, jakiejś płyty indukcyjnej pomieszkującej jedną z szuflad, a w ostateczności przytargam turystyczną butlę i jakoś sobie poradzę.

Bez telewizora, kompa, radia, odkurzacza i wszelkiego innego elektrycznego drobiazgu dam radę żyć.

Lodówka jednak okazuje się monarchinią, której zastąpić nie dam rady. Nie jestem aż tak oziębła aby uratować potrzebujące odpowiednio niskiej temperatury zapasy żywności.

Patowa sytuacja, doprowadziła nas na jakieś urwisko nad przepaścią nierozwiązywalnego lodówkowego problemu. Zaprzestaliśmy działań, w ciszy, każde w innym pomieszczeniu rozgryzamy problem. Tę ciszę przerywa mój mąż.

-Chodź, posłuchaj. Ona chodzi.

Ożyła, choć ciemność dalej panuje, jednak cichutkie pomrukiwanie wyraźnie słychać.

Coś się rozłączyło w lodówkowej jasności, agregat czy też sprężarka obwieściła sjestę, nas o tym fakcie nie informując. Przerwa w lodówkowym życiorysie, brak porozumienia a może brak umiejętności odbierania sygnałów buntu.

Nie potrafię dogadać się z urządzeniami, które mnie otaczają. Z niektórymi ludźmi też nie posiadłam tej umiejętności, jednak człowieka zawsze staram się po swojemu wytłumaczyć, przyjąć do wiadomości to tłumaczenie a później zrozumieć.

Mechaniczne sprzęty mówią bardzo obcym dla mnie językiem, nie rozumiem , nie pojmuję i czasami bardzo źle mi z tym brakiem wiedzy.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZMIANA AURY
Notatkę dodano:2013-06-19 20:10:03

Środowe rozpoczęcie dnia pracy mgliste, wilgoć jest prawie namacalna. Moje włosy wyłapują tę wilgotność bezbłędnie. Na nic jakiekolwiek usztywniacze, pianki, brylantyny i inne cuda. W taką pogodę nic nie zda egzaminu na moich włosach. Nauczona doświadczeniem nic z nimi w takie dni nie robię. Podstawa czyli mycie, suszenie, bez użycia czegokolwiek utrwalającego te moje niesforne, jakby żyjące swoim życiem włosy. Otaczająca mgła daje odczuć ich higroskopijność. Robią się ciężkie, jakby każdy z osobna otulony mokrą powłoczką.

Mgła kładzie się,pozostawiając wrażenie wszędobylskiej wilgoci. Jasno, ciepło(przed piątą rano jest dwadzieścia stopni), choć słońca jeszcze nie widać, to wiadomo, że to będzie upalny dzień. Jeszcze parę dni temu borykaliśmy się z chłodem w różnym natężeniu i mocy a teraz, jakby dla samego faktu pokazania maluczkim, pogoda demonstruje na co ją stać w całej rozpiętości temperaturowej.

Pogodowi prorocy określali ten dzień jako upalny i taki on z każdą upływającą godziną się staje. Wskazania termometrów szybują w górę, z porannej wilgoci przepoczwarza się ukrop odczuwalny przy wyjściu z pomieszczeń. Stare mury mojego miejsca pracy stanowią izolację, która choć nie odczuwalna w trakcie przebywania w nich, okazuje się jednak sporą barierą przed upałem. Konfrontacja z tym co na zewnątrz daje wrażenie uderzenia gorącem z każdej z otaczających stron. Krótka chwila i całe ciało znowu pokrywa wilgoć. Kleistość spoconej skóry, oblepia. Ubrania już nie chcą być osobno, poczuły komitywę z ciałem, które niczym rzepem przykleja całą odzież do siebie. Rotacja wilgoci, rano przyjęta z mgłą , w południe oddana z potem. Nic w przyrodzie nie ginie. Zawsze, wszystko, gdzieś jest. Niedokończone sprawy, zadawnione urazy, niedopowiedzenia lub potoki słownych nawałnic. Wszystko to gdzieś jest. Nie do końca przemija. Czasami wydaje się nie istnieją dawne sprawy, a jednak one są, w kimś tkwią jak drzazga, obierają, paprają się. Umiejętność wyciągnięcia drzazgi aby zapomnieć o bólu nie każdemu dana. Są ludzie, którzy nie potrafią, może nie chcą, wolą chodzić z drzazgą niż ją usunąć. Przywykli, że ona gdzieś sobie tkwi, może jej obecność choć bolesna daje jakąś namiastkę minionych spraw. Przypomina. Nie chcemy pomóc przyrodzie aby to coś jednak zginęło. A przecież można pamiętać o drzazdze, usuwając ją. Niech nie sprawia bólu, niech przestanie ropieć i obierać, choć będziemy mieć świadomość jej niegdysiejszej obecności. Czas goi rany, jeśli umiemy oczyścić je z niepotrzebnych zanieczyszczeń, jeśli tego nie zrobimy rana ciągle będzie otwarta i bolesna. Można żyć z taką udręczoną raną, tylko komu i co udowodnimy? Życie pędzi, czas mija, umartwianie się nic nie pomoże, niczego nie odwróci. A może lepiej byłoby drzazgę usunąć, dać odpocząć sobie od bólu, zapomnieć o nim. Tylko każdy sam musi zdobyć się na wysiłek usunięcia drzazgi, może przez chwilę jeszcze zaboli, przez chwilę skomplikuje proces ozdrawiania, później jej brak przyniesie ukojenie. Nic w przyrodzie nie ginie, miejsce drzazgi jest gdzieś indziej, ona dalej będzie, tylko poza nami. Brak pozwoli ozdrowieć, naprawić dawne sprawy, które choć gdzieś w zakamarkach będą, staną się łatwiejsze do przyjęcia a ich zadawnione znaczenie zyska inną wartość. Zmieni się nasze podejście, zmienią relacje z uczestnikami dawnych wydarzeń, może świat nabierze barw, może będzie normalniej a może niewiele się zmieni, ale warto spróbować, bo jak mówią nic w przyrodzie nie ginie.. czasem tylko zmienia właściciela.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


EKONOMIKA ZWIĄZKU
Notatkę dodano:2013-06-18 20:49:03

Cichutko wychodzę z domu, chłopcy jeszcze śpią, choć niewiele im już tego snu zostało. Ładny dzień się zapowiada. Dodatkowo oprócz tej swojej urody, na którą mój wpływ niewielki, wolne od pracy. Wczorajszy dzień, choć o tym nie pisałam dał mi namiastkę stresu, kiedy żadną miarą nie udawało mi się wrzucić jedynki w naszym rzęchu. Wymijający mnie kierowcy pewnie nie znając kulisów moich manewrów określali mnie wymownym:” baba za kierownicą”. Sprzęgło do wymiany, kupione choć połowicznie. Czekamy na dostawę od tygodnia choć miała być w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Moje wczorajsze wysiłki zaprocentowały bolącą łydką nadwyrężonego mięśnia. Nic nie przynoszące wdeptywania pedału sprzęgła dziś dają o sobie znać. Stres, który przeszłam nie do pozazdroszczenia. Kołaczące się przez osiemnaście kilometrów, dojadę, czy nie. Moje prośby do wszystkich mocy abym nie musiała nigdzie się zatrzymywać, bo może być sytuacja, że nie ruszę. Jedynka zbuntowana, ja niczym ciele stojące na krzyżówce. Nie panikuj, spokojnie......Moce pomogły udało się dojechać. Dziś ponaglamy sprzedawcę aby wywiązał się z dopełnienia transakcji. Luzaczek stwierdził, że nie mają tego towaru....Pieniądze skasowane, towaru nie ma i pewnie jeszcze mamy mu wystawić pozytywny komentarz. Zawrę ja w tych przydziałowych dwustu pięćdziesięciu znakach cały pozytyw, możesz być pewny nędzny sprzedawczyku.

Dobra , wczoraj minęło, dziś trwa. Kurtynka za wczorajszym dniem zapadła. A dziś jest nowy, i ma być pięknie. Basen zaliczony,choć nadwyrężenie daje znaki. Nie poddawałam się, wywiązałam z narzuconego samej sobie dystansu do przepłynięcia. Ratownik omiatał moje wysiłki zobojętniałym wzrokiem. A ja spokojnie odliczałam kolejne długości.

Chlor, który choć mniej odczuwalny niż kiedyś, daje znać mojej skórze, że czasami trzeba jej jakiejś pomocy.

    Wysmaruj mnie - niewinne do męża.

                I każdy załomek mojej skóry jest pokryty pachnącym balsamem.

                        Nie zdążył wchłonąć....

                                Widocznie mąż też potrzebuje balsamu ....

                                           Kosmetyka pielęgnacyjna związku....

Chwilki dla siebie, dbające o to co w nas.

Wyrwany kolor z szarości codzienności. Kiedyś te kolorowe wspomnienia o zapachu balsamu będą z czułością przypominane. Tak jak wspominamy naszą podróż poślubną, perypetie z dojazdem do losowo, z zamkniętymi oczyma wybranej mikroskopijnej miejscowości. Deszcze, które nam nie przeszkadzały mimo że przeciekający namiot sprawiał dyskomfort. Dziś jednak nie czas na te miłe, choć bardzo odległe wspominki. Dziś jest dziś i jeszcze trwa, z gdzieś po kątach pochowanymi sprawami do załatwienia. Nie wszystkie zostaną załatwione, ale tak to już jest, kiedy jest ich wiele, a trzeba pokleić i obowiązki, i przyjemności, i to co dla siebie, i to co dla innych. Nikogo nie skrzywdzić mankiem w tym co dla tego konkretnego jego, z jego deputatu czasowego ma być darowane. Był więc plac zabaw dla młodego, choć gorączka panująca na zewnątrz nie zachęca do wyjścia, było dla mojej połówki i było dla mnie. Każdy dostał swoją chwilkę z mojego czasu. Jutro też będzie dzień, i znowu sprawiedliwie podzielę, każdemu nie według zasług, każdemu ile się uda dać. Dawanie i branie, bez rejestrów, bez przymusu, bez wyliczania, co, od kogo, i ile, przyszło i wyszło. Na tym ma polegać to co razem tworzymy od lat i jakoś tak się dzieje, że udaje się pogodzić stan naszego konta po stronie winien i ma. Bez rzeczoznawców i lustracji udaje się płynnie wiązać wszystkie nasze wspólne sprawy, nikt nie jest poszkodowany, nikomu krzywda się nie dzieje a ja mogę powiedzieć, że właśnie na tym powinien opierać się dobry, bezkonfliktowy związek.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CZEKANIE NA...
Notatkę dodano:2013-06-17 21:43:28

 

Tylko głupcy się nudzą

 

     Siódmy dzień pracy pokonany, jutro wolne. Skubnę parę chwil dla siebie, wreszcie odwiedzę ulubione miejsce. Zatopię myśli, zapomnę o cackaniu się nad swoją katarowo - kaszlową przypadłością, która nie chce mnie opuścić od dłuższego czasu. Zobojętniałam na jej obecność. Albo ja ciebie, albo ty mnie, tylko pamiętaj ciało, które nie zawsze zdyscyplinowane, jak i jego właścicielka, że ze mną nie tak łatwo. Aby mnie ruszyć, skierować w stronę przychodni, trzeba większego kalibru dział a nie jakieś sporadyczne, choć uciążliwe katarki. Terapia wodą, dziesięć metrów pod wodą, dwa kilometry na przemian, i zobaczymy czyje będzie na powierzchni. Czuję lekkie zmęczenie, a może bardziej znużenie, codziennością niewiele się różniącą w swoim przepływie. Może aby tę codzienność urozmaicić, a może aby mieć powód do narzekania z całą premedytacją kupiłam dziś dziesięć kilo truskawek. Leżą one niczym wyrzut sumienia czekając na swoją kolejkę. Nie zajmę się nimi wcześniej niż dopiero po wizycie na placu zabaw. Są priorytety. Nawet w tak błahych kwestiach jak dżem z truskawek. Oczekiwanie. Na wszystko w życiu trzeba czekać. Od najmniejszych, nic nie znaczących sprawek do tych najważniejszych od których zależy nasze życie. Czekam, czekam, czekam. Umiejętność czekania ze świadomością, że nie przyspieszę, że trzeba coś czego oczekuję, na czas oczekiwania wymazać niczym gumką błędny ślad po ołówku. W wymazane miejsce wprowadzić inne sprawy, które zasłonią sobą tą najważniejszą. Łatwiej się czeka, choć nie skraca się tego czasu. On musi minąć swoim tempem. Jestem istotą niecierpliwą, jednak z dużymi pokładami samozaparcia, które pomaga przetrwać niewygodne czekanie. Nie lubię oczekiwania. Chciałabym już, teraz, nie za chwilę ani za tydzień tylko już.

Uporałam się z zimowymi zapasami, oprawiłam jakiś kawał chabaniny, też na przyszłe obiady. Tak to już jest, że trzeba myśleć z wyprzedzeniem. Choć często zdarza się, że coś miesza w moich planach to mimo wszystko staram się choć w niewielkim zarysie jakiś harmonogram działania mieć w głowie. Na teraz małe plany, choć wieczór już szarzejący, dziś wystarczy działania. Pewnie znalazłoby się jeszcze parę spraw, mało istotnych, kobiecych tak z próżności. Jutro się z nimi oprawię, wyczaruję parę chwil dla swojego widzimisię. Teraz zabiję czas snem, przed jutrzejszym wolnym dniem muszę być wypoczęta. Kto wie co mi ten nadchodzący dzień przyniesie. Znowu trzeba czekać ….

 

ale też robota głupich lubi ...

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MÓJ DOBRY CZAS
Notatkę dodano:2013-06-16 20:40:04

Zrób coś dla siebie, nie dla innych, dla znajomych, dla rodziny, dla potomnych, których poznasz i tych, o których wiedzy żadnej mieć za swojego życia nie będziesz. Dla siebie. Egoistycznie, bez udziału tych wszystkich trzecich osób. Takie przesłanie, choć bez tak rozszerzonej wymowy, co jakiś czas otrzymuję na FB od jednej z polubionych przeze mnie stron. Odwieczna wymówka braku czasu, chęci bycia nie tylko dla siebie, ale też dla ludzi w szerszym tego słowa znaczeniu, nie daje nam szans na wyrwanie tych paru chwil tylko na swój użytek. I tak gnuśniejemy będąc dla innych. Stajemy na wysokości obowiązku bycia dla innych, zapominając, że nasze życie ma być dla nas. To nasz czas tutaj i wysupłanie paru minut każdego dnia tylko dla siebie przyniesie więcej niż się spodziewamy. Nie trzeba wchodzić na Mount Everest, to „dla siebie” może być drobiazgiem, którego nawet nikt nie zauważy. Ma nam poprawić nastrój. Mój dzisiejszy poprawiacz nastroju to gorąca, pachnąca kąpiel. Lubię wodę w postaci basenowej, a także lubię kąpiel, która powoduje czerwoność i gorąco mojej skóry. Coś, czego nie jest w stanie zrozumieć mój mąż. Jak ty możesz siedzieć w takiej wodzie. Zawsze mogłam i z wiekiem zupełnie tej mocy nie straciłam. Może właśnie ten ukropek jest specjalnie dla mnie wymyślony, abym miała swoje chwile egoizmu. Poprawiacz nastroju. Dziś nie musiałam sobie nic poprawiać. Jest doskonale, nie dzięki tym paru chwilom, ale dzięki ludziom. Ktoś powiedział mi parę miłych słów, inna osoba, napisała „...dziękuję Ci za to że jesteś i ,że ja miałam szczęście Cie poznać...” . Było to w kontekście pewnej sprawy, ale zaniemówiłam. Przez dłuższą chwilę nie mogłam przetrawić. Moja natura dopatruje się kurtuazji, nie wierzy. Jakkolwiek takie słowa są miłe, dodają pewnego zastrzyku pozytywnego myślenia o sobie. Z jednej strony dopatruję się niezwykłej uprzejmości z drugiej buntuję się przeciwko takiemu staniu na jakimś piedestale człowieczeństwa. Za komplement podziękuję, choć zawsze w duszy znak zapytania istnieje, prawda czy fałsz? Jedynie z ust Kleszczyka przyjmuję bez mrugnięcia okiem. Jeszcze teraz wiem, że mówi to co widzi, jak mnie postrzega, nieograniczony konwenansami komplementów. Nienauczony że trzeba czasami czegoś nie dopowiedzieć, delikatnie wyminąć się z niezbyt przychylną prawdą, aby nie urazić, aby nie zabolało. Jeśli powie „ Mama wyglądasz jak Mikołaj”, odkładam czerwone ubranie, które akurat w sklepie mierzyłam. Jeśli mówi, fajną masz bluzkę, to tak ją postrzega, podoba się. Szczerość pewnego wieku, wypaczana później przez życie, przez okoliczności. Półprawdy, półszczerości, kłamstewka, woal niedopowiedzeń. To wszystko stworzone dla lepszego samopoczucia czy to swojego, czy to obcych, których z ludzkiej przyzwoitości nie chcemy zranić. Zdarzają się sytuacje, kiedy coś jest nie w porządku z naszym odzieniem, makijażem, jakiś drobiazg wyglądający nie tak jak powinien. Omija nas wiele osób, każdy widzi ten mankament, i każdy milczy. A przecież nie trzeba odwagi aby powiedzieć drugiej osobie, szeptem, bez rozgłosu, że niech sobie poprawi to czy tamto. Każdy choć raz w życiu czegoś nie dopatrzył, coś przeoczył i jeśli miał szczęście spotkał na swojej drodze obcego kogoś, który uświadomił po ludzku, nie chcąc abyśmy byli narażeni na śmieszność czy wytykanie palcami. Może zachowała się w tej osobie szczerość i odwaga dziecka.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


UŚMIECH NA DZIEN DOBRY, UŚMIECH NA CAŁY DZIEŃ
Notatkę dodano:2013-06-15 22:01:13

 

Dzisiejsza sobota przywitała mnie wspaniałym humorem. I reasumując ten dzień mogę powiedzieć, że jej pożegnanie oraz wszystko co pomiędzy tymi dwom krańcami, było pozytywne, spokojne, bez burz i zawirowań. Lubię takie dni. Nic zdaje się ich nie zakłócać, przechodzą łagodnie i choć wydaje się niewiele wnoszą nic też nie zabierają. Wczesna pora, kiedy przeskakując i omijając „bezdomne” brązowe ślimaki, których całe orszaki wyruszają w różnych kierunkach akurat po chodniku, stanowiącym moją codzienną trasę do pracy nie powoduje mojego złego humoru. Dziś jakoś szczególnie radośnie idzie mi się a to bokiem od świecącego intensywnie słoneczka a to przy ostatnim odcinku w jego stronę. Może świeci tak abym zapamiętała, że akurat w tym kierunku jest wschód, i podobnie jak to świecące prosto w oczy słońce mam jaśnieć radością. I jaśnieję. Parę żywotów ślimaczych uchroniło się przed moim butem, a to dzięki osobistym moim staraniom a to w efekcie szczęśliwej gwiazdy, którą pewnie niektóre z tych mało sympatycznych stworzeń też pewnie posiadają. Mój slalom ratujący życie, nie zostawiający obrzydliwych zwłok, doprowadził mnie do pracy. W uszach utworek, który nie może odczepić się ode mnie od minionej tydzień temu imprezy. „Conga” G. Estefan dodaje mi takiego szwungu, że gdyby nie mijani ludzie, których dziś wybitnie sporo o tej rannej godzinie, to pewnie krokiem samby przeleciałabym całą trasę. Ale jakoś nie przystoi idąc w kierunku mojego miejsca pracy, akurat czynić to w tak wymowny sposób. Nie chcę być opacznie zrozumiana, instytucja w której pracuję zajmuje się lecznictwem psychiatrycznym więc proszę nie dziwić się akurat tak dużym moim oporom.

Na zewnątrz zachowana powaga ani krztynę nie ukazuje jak bardzo skacze mój środek. I niech tak zostanie. Niech w oczach postronnych będę spokojnie idącą do pracy panią w pewnym wieku.

Pani w pewnym wieku odrobiła swoją dawkę pańszczyzny, a że dzień w dalszym ciągu piękny, słoneczny, energetycznie nastawiający całe ciało najwyższa pora była wybrać się na naszą działkę. Ze swojego miejsca pracy mam niewielki kawałek lasu do przejścia i już jestem tam, gdzie moi dwaj panowie już się uwijają. Nie traktuję swojej działki z jakimś wybitnym pietyzmem, nie zabijam się dla plonów, nie szaleję, bo trzeba, bo muszę, na czas posiać. Ja nawet nie staję na wysokości musu posiania w ogóle. Nie zdążę, nie dam rady, jakieś przeszkody nie dadzą mi dotrzeć w odpowiednim czasie, lub tak jak w tym roku pogoda płatająca figle akurat w moje dni wolne, nie pozwoli zrobić czegoś na czas, nie płaczę. Będzie sama trawa, też nie będzie płaczu. Poleżę na niej w taki jak dziś piękny dzień, poobserwuję w szczelinach między liśćmi wielkiej czereśni niebo, a dzięki tym liściom tylko niektóre promienie słońca musną moje ciało, oślepią moje oczy. Jaki jest mój stosunek do tej działki niech unaoczni dzisiejsza sytuacja, która miała miejsce na tym naszym maleńkim skrawku natury.

Nie mamy na tej naszej działce wiele, parę truskawek, jakieś ziemniaki w ilościach bardzo detalicznych, krzaki i drzewa owocowe, wymagające moich „zabiegów fryzjerskich” bukszpany oraz kwitnące byliny. Te ostatnie to niejako moja domena, choć niejednokrotnie zaniedbana, cierpliwie znosi moje nieobowiązkowe i lekceważące zachowanie. Kwiaty zawsze są na końcu w czynnościach pielęgnacyjnych. I podkreślam : robię to ja. Od maleńkiej dwulistnej roślinki wiem, czy potrzebne czy zielsko, zostawić czy stratować. Obciąć, czy zachować. Dziś zajęta czymś innym, nie zwracając zbytniej uwagi co też robią moi chłopcy i nie zauważając nadchodzącej katastrofy. Mężczyzna życia chcąc przychylić nieba, sam zajął się pielęgnacją mojego bylinowego kąta. Kiedy zorientowałam się że coś, ba wszystko w tych działaniach było nie tak, stało się już za późno na naprawę. Siedziała ta moja bida nad krzaczkami lawendy ścinając wystające łodyżki z mikroskopijnymi pączkami kwiatowymi...Na moje pytanie co robi, stwierdził ,że brzydko wyglądały odstające gałązki. Cóż powinnam powiedzieć czy zrobić, czasu się nie cofnie, stwierdziłam tylko, że przeważnie lawendę obcina się po kwitnieniu....nie przed.

Kiepski ze mnie ogrodnik, ale dziś przynajmniej z dobrym humorem . I choć dzień nie kończył się pobytem na działce, jednak to co było później mogłoby skwasić piękno tego dnia. Może kiedyś przy okazji do tego nawiążę, a na dziś czas kończyć w jakiś piękny sposób ten dzień....

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZAWARTOŚĆ KOBIETY W KOBIECIE
Notatkę dodano:2013-06-14 08:04:34

Energia dzisiejszego dnia zaczyna rozpierać moje ciało. Zaczynam rozbieg, rozpędzam się aby po dniu biegu zatrzymać się na wieczornej mecie. Nie zawsze jest to sprint, czasami truchtam z uwagą rozglądając się na boki. Niesportowe zachowanie, rozprzężenie skupienia. Nigdy nie byłam entuzjastką biegania. Już w czasach kiedy niejako przymuszana do wykonywania tej niezbyt lubianej przez siebie czynności starałam się po cwaniacku obejść konieczność biegu. Oni zmuszali, ja udawałam, że robię, symulowałam bieg. Preferuję szybki chód, bez namaszczenia aby był on w doskonałych wyznaczonych standardami proporcjach oddechowo- ruchowych. Idę tak jak mi wygodnie, po swojemu, bez udawania. Jeśli cel konkretny, określony czasowo i miejscowo przyspieszę lub zwolnię mając rezerwę terminu na dojście. Bywa, zagapiona gdzieś na boki potykam się o nieistniejące przeszkody, a tu muszę uważać. Ze swoimi tendencjami do skręcania nóg rezygnuję niejednokrotnie z wysokich obcasów, choć i bez buta, zupełnie gołą stopą stojąc na ziemi, ze swoimi zdolnościami potrafię tak wywichnąć nogę, że odczuwam jej bolesność przez długi czas. Zwiększam uwagę w trakcie stawiania stóp kiedy założę buty na wysokim obcasie. Ograniczona kobiecość, która nie do końca może się objawić. Jednak przy okazji tej szczególnej uwagi stawiania kroków odmiennie wyglądają też inne części ciała, które wraz z wysokim obcasem jakby umówiły się aby dostawać specyficznych podrygów, jakieś zarzucenie tyłkiem zupełnie nieopatrznie występujące i choć niechciane, jednak jest. Otaczający mnie męscy wzrokowcy zauważają ten niechciany ruchowy niuans. Generalnie faceci to jednak specyficzny gatunek. Siedzi taki w samochodzie, żonka lub inna dama obok niego, powinien mieć zwiększoną uwagę na drogę. Wiadomo, niewiasta może coś trajkotać, milion spraw akurat w tym momencie ma do przekazania, a ruch na drodze nie bajka, trzeba uważać. No i taki uważa do pewnego momentu. Pojawia się na sąsiadującym z jego trasą chodniku osoba radośnie promieniująca pozytywnym odbiorem życia, uśmiecha się do otoczenia, słońce błyszczy w jej włosach, no i niech ma te swoje buty powodujące podrygi...Czort zabrał uwagę z drogi a przemieścił na chodnik. Spowszedniała sąsiadka z auta przez okamgnienie przestaje się liczyć. Włącza się porównywanie, czasami podziw, czasami inne stany męskiego odbioru samicy paradującej po chodniku. Facet zlustrował, auto jedzie dalej, rzut okiem, stan zagapienia trwał sekundy, niewidoczne???? Tak się tylko wydaje kierowcy. Jeśli sąsiadka z auta nie patrzyła w tą samą stronę jego szczęście, jeśli patrzyła, może się zdarzyć, że trzeba będzie znaleźć wymówkę, z tego momentu innej uwagi. Może nawet zauważyła, a w mądrości swej osiągniętej bądź w genach bądź z naborem doświadczenia i przyjmie spokojnie w milczeniu to co widziała. Szczęśliwy samczyk w zawiłościach główki uważa, że nikt nic nie dostrzegł... Błądzenie rzeczą ludzką...Tu jechał z towarzyszącą mu białogłową, jednak niech będzie sam kapitanem i załogą swojego pojazdu. Można mniej się krygować, zagapienie przeciągnąć wymownie dłużej, lustrację przeprowadzić dokładniej, z dali zdjąć wymiary, parametry i proporcje niweczącej uwagę obcej spacerowiczki. Niech ma te swoje mniemanie, że nikt tego nie dostrzegł. Lśniącowłosa, radosna obca kobietka widziała, w duchu jeszcze szerzej się uśmiechnęła. On lustrował a ona wie, że przeszła pozytywnie test swojej kobiecości. Bez słów uznania, obce spojrzenie, nanosekundy nieistotne w wieczności a miłe bo dające jej pewność, że nie jest źle, że choć czasami gorzej, słabiej to ciągle jeszcze jest odbierana jako pełnowartościowy choć bardzo długoterminowy towarek. Jednak czy powinna przejmować się unijnymi wytycznymi terminów przydatności, skoro jej życie zaczęło się zanim unia wkroczyła na jej teren?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


METAFORY I ANALOGIE
Notatkę dodano:2013-06-13 05:48:49

Ktoś kiedyś ważny dla mnie napisał, parę słów. Wieloznaczność tych słów dała mi do myślenia.

Ten krótki tekst spodobał mi się może tym, że coś sugeruje, może tym, że stara się dać powód do rozważań a może jeszcze czyś innym czego jednym słowem nie potrafię określić, przeczytać i zapomnieć.

 

Jest w B...... park, kiedyś „W.....”, może nazwa mu została? W tym parku staw. Teraz powiększony. Na tym stawie jest wysepka. Staw powiększyli, wysepka jakby zmalała. Drzewa na niej wyrosły, co zmniejszyło ją jeszcze bardziej. Na tą wysepkę prowadził drewniany mostek. Nie ma mostka – znikł.

 

Znikają nam w życiu takie mostki co prowadzą na znane nam wysepki. Jeszcze okiem pamięci widzimy taką wysepkę, jeszcze ją rozpoznajemy, ale wejść na nią już nie sposób.”

 

Odwieczne, nielubiane, szkolne : co autor chciał nam powiedzieć? Dawało zawsze wiele możliwości i dróg rozwiązania nauczycielskiego dylematu. Choć bardziej wtedy stawało się to dylematem ucznia, który musiał utrafić w nauczycielski gust swoją odpowiedzią. Jedyne słuszne podejście do rozważanej frazy dawało szansę na pozytywną ocenę i spokój do następnego dylematu stawianego przez namolnego belfra.

Tu mogę sobie pozwolić na nadinterpretację, na szaleństwo myśli, na rozwiązanie dylematu tak jak sama chcę i pójście w dowolnym kierunku rozważań. Jeśli autor się obruszy na moje stwierdzenia może wnieść reklamację w komentarzu, może wyjaśnić po swojemu, jednak nie sądzę aby naprostowywał, dając wytyczne i określając jedyny słuszny kierunek. Nasze postrzeganie świata wraz z przemijaniem, dorastaniem zmienia się,zmniejszając to co wielkie kiedyś, do rozmiarów zupełnie odmiennych od zapamiętanych. Górka która w dzieciństwie była ogromną budzącą strach przeszkodą, saneczkowe zjazdy i podejścia sprawiały trudność, mijana w wieku dojrzałym śmieszy małością. Wspomnienia dają zupełnie inny jej obraz niż rzeczywistość. Nasza wysepka też zapamiętana inaczej niż obecnie widziana. Miniony czas pomniejszył i ją, i jej znaczenie w parkowym akwenie. Jest akcentem, punktem. Zmalała, zmieniła wizerunek, z czasem obrosła inną roślinnością niczym innymi sprawami. Bo i czym lub kim może być ta wysepka w naszym życiu? Człowiekiem, ważną sprawą? Kiedyś mogliśmy dostać się do niej, była na wyciągnięcie ręki, wystarczył niewielki wysiłek, parę dudniących drewnianym pomostem kroków i nie stawiając oporów była tuż. Zapraszający mostek dawał poczucie otwartości, jej wyczekiwania na przyjście, gościnności akurat dla tego konkretnego przechodnia, który mógł wejść i korzystać z dobrodziejstwa przebywania w skromnym krajobrazie. Niewiele wysepka mogła ofiarować- tylko siebie,swoje wyczekiwanie na przechodnia, skromną ławeczkę na zielonej trawie. Jednak bywają małe wysepki, które w swojej skromności krajobrazu, cichością parkowego otoczenia dają o sobie zapomnieć. Z czasem stają się nudne, nie czujemy obowiązku aby do nich iść, bywa, że sami burzymy mostek, bywa, że nie używany i remontowany sam popada w ruinę, niszczeje i w efekcie znika. Wysepka przestaje czekać na swojego przechodnia. Obrasta w swoje sprawy, może wpław ktoś do niej się dostał, i tak brodząc pokonuje wodną przeszkodę, dostaje się pieczętując przywiązanie do tej konkretnej wysepki. Udowadnia, że nie musi łatwo, suchą nogą przyjść aby być na skromnym placku ziemi pośród płytkiej, brudnej wody. Mostek stał się niepotrzebny.

Z perspektywy czasu wysepka niczym pamiętana z dzieciństwa górka skarlała, jej znaczenie zanikło, jest, choć niepotrzebna, budzi wspomnienia przekłamane przez miniony czas. Pamiętamy o niej kiedy przypadkiem, zbiegiem okoliczności znajdziemy się w bliskim otoczeniu. Uderza zmiana krajobrazu, bujność roślinności. Pamiętana inaczej inna obecnie, stworzyła swój mikroklimat, w którym żyje i funkcjonuje, nie chce pamiętać o niegdysiejszym mostku, choć pamięta, lecz i mostek z odległej pamięci maleńki, tylko w tej pamięci istnieje. Nikomu niepotrzebne dojście do żyjącej swoim życiem wysepki.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ŁATWIEJ SŁOWEM NIŻ MILCZENIEM
Notatkę dodano:2013-06-12 08:17:38

 

 Mój wyjazd oddala się z każdą chwilą, jeszcze świeże wspomnienia, a już czas miniony. Przeszło jak wszystko, jak każda sprawa która nam się wydarza. Kołowrotek codzienności nabiera tempa, a naszym zadaniem nadążenie za jego prędkością. Nie można zostać w tyle. Narzucam sobie jakieś obowiązki, jakieś rzeczy, które muszę wykonać, teraz, za chwilę, już powinny być zrobione. Moje dni w tym tygodniu króciutkie, z przodu mało, z tyłu też niewiele. Wczoraj był pierwszy z siedmiu kolejnych dni pracy, z czego część zabiera mi czas od dziewiątej do dziewiętnastej. Aby wydrzeć więcej czasu dla siebie budzę się o nieprzyzwoicie przedświtowej porze. Cisza, spokój, moje minuty. Nie zawsze mogę przeznaczyć je tylko dla siebie, bywają takie dni jak wczoraj, kiedy cenne chwile zabrały mi łazanki ze świeżą po raz pierwszy goszczącą na stole, młodą kapustą. Chce się tego, co po raz pierwszy po dłuższej przerwie pojawia się na stole. Chce się więcej. Doszły mnie słuchy o pojawiających się w tutejszych lasach grzybach i już zaczynam wewnętrzną kombinację, co by tu zrobić, jak ułożyć wolne chwile aby starczyło ich na wszystko. Aby i wilk syty i owca w całości zachowana. Ciągną mnie moje dziwne zamiłowania w różnych kierunkach. A ja niczym Fredrowski osiołek, niezdecydowana, wodzona na pokuszenie, chcąca jednego i pragnąca drugiego. Nie da się pogodzić dwóch spraw a tak przykro rezygnować z którejś, dając palmę pierwszeństwa drugiej. Oczywiście przy wspomnianym systemie pracy w tym tygodniu, żadne nęcenia nie przeciągną w swoją stronę, z czysto fizycznej niemożliwości. Zbyt krótkie dni. Ale niech tylko przyjdą pierwsze zmiany, zacznę piłować młodego i miast na plac zabaw moje naciski skieruję w stronę pobliskich lasów. Mało istotne są grzybowe plony, bo i z Kleszczem, nie bardzo jest na co liczyć, ale rekonesans zrobię, przetrę szlaki. A skoro tylko staną się przetarte, sama w nie wyruszę.

I znowu jak co roku będę budzić zaskoczenie u mijanych ludzi. - A pani tak sama, nie boi się pani....?

             A co by było jakbym ….?

                                                  Co by było?

                                                                        Co by było?

Nie wiem co by było, bo nikt tego nie wie dopóki coś się nie wydarzy, i nie zareagujemy, i nie zrobimy czegoś co da odpowiedź. Podobnie jest z rozmową, dopóki nie powiemy jasno, czasami powtarzając po wielokroć, myśli krążą, muskają tematu. Dotykają zagadnienia, coś chcemy usłyszeć, coś chcemy powiedzieć, ale dopóki słowo się nie uwolni osaczają nas tylko domysły, przypuszczenia. Dlatego rozmawiam, dlatego pytam, czekam na odpowiedź, czekam na potwierdzenie. Niech to będzie lawina słów, niech to będzie powolnie cedzone słowo ale niech opuści usta, niech uwolni się od tego od którego czekam na informację. Jestem gadeuszem, gadam, mówię, wyciągam informacje, niech wszystko będzie jasne. Nie lubię niedopowiedzeń, zawoalowanych dwuznaczności, które samoistnie tworzą wybór, stawiają przede mną babkę na dwoje wróżącą. Ja lubię stanowcze tak lub inaczej. Ostatnio zamieniłam parę słów z pewnym Ktosiem, nasza rozmowa zeszła na relacje małżeńskie. Czy jesteś w porządku wobec swojej żony?Woal. Nie pytałam wprost, zaczęło się kręcenie. Piskorz zaczął uniki, obudził we mnie śledczego, dochodzeniowca i stanowczą babę, która chce usłyszeć prawdę i stanie na głowie aby tak się stało. Zadałam pytanie wprost, nie delikatnie, stonowanie, szarpnęłam woal ze słów i dowiedziałam się czego chciałam. Tu nie jest istotne ani kto to był, ani jaki był rezultat naszej rozmowy. Najistotniejsza jest jasność, którą możemy osiągnąć, bez dwuznaczności. Łatwiej mi się żyje kiedy wiem, że białe pozostaje białym, czarne niezmiennie tkwi w czerni, bo już szarość zbyt wiele daje dowolnego interpretowania. Lepiej od razu określić stopień szarości, rozmówić się, zająć stanowisko, i poznać stanowisko drugiej osoby. Tak wolę, rozpracować temat, zamknąć rozdział i nie wracać do niego. Może dlatego nie kłócę się ze swoim mężem, nie stosuję wypominania, przypominania tego co było dawno temu, co minęło. Rozdrapywanie zaszłości nie istnieje w naszym małżeństwie. Rozpracowane zostało na czas, czas minął, pogrzebaliśmy problem i nie pojawi się on ponownie za jakiś czas. Słowa potrafią zaboleć ale mogą pomóc, mogą przynieść ulgę, stać się opatrunkiem, tylko aby nim zostały muszą opuścić nasze usta, nie trwać w zakamarkach głowy.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PEWNA IDEA
Notatkę dodano:2013-06-11 19:08:43

Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało Ci się to osiągnąć.” Paulo Coelho

 

Czy każde nasze pragnienie ma szansę spełnienia w myśl powyższej maksymy? Nie wiem. Jak wielka musi być tego pragnienia temperatura aby się ono spełniło? Także nie posiadam tej wiedzy. Wiem jednak, że jest w tych paru powyższych słowach doza prawdy, której należy się trzymać w chwilach zwątpienia. Możliwe, że jeśli nasze pragnienie jest wielkie, jeśli zaprząta jego spełnienie nasze myśli, przekazujemy jego treść gdzieś dalej, metafizycznie samoistnie emanujemy nim nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Coś, gdzieś odbiera jego treść i nagina przeszkody na jego drodze w celu możliwości spełnienia. Mnie frapowały dwie myśli, niematerialne, nie zależne ode mnie, a zarazem zaprzątające mi spokój oraz dające wiele możliwości swego zaistnienia. Czegoś bardzo pragnęłam, a niewiele mogłam zrobić aby się spełniły moje pragnienia. A jednak udało się, te nie wzbogacające mnie życzenia, głupiutkie dla postronnych, więc nawet ich tu przytaczać nie będę, dały radę pójść po mojej myśli. Gładko wszystko ułożyło się tak jak pragnęłam. Tych dwu rzeczy tak strasznie chciałam, i stały się. Uszczęśliwiło mnie to na momencik, w którym miało się spełnić. Dodało pozytywnego myślenia. Może trzeba ćwiczyć moc swojego pragnienia, może istnieje sposób aby chcenie było naprawdę gorące. Gorące tak bardzo, że aż odbierane przez organy Wszechświata. Przeważnie chcemy dla samego chcenia. Tak po prostu. Rzucamy krótkie : „chciałabym wygrać w totka”, i zapominamy o tym pragnieniu. To tylko drobiazgowe chcenie, nie wielkie naginające wszystko pragnienie. A może umiejętność osiągnięcia życzeń jest dana wybranym. Dostają to czego bardzo chcą, nie dzięki niesprawiedliwości lub sprawiedliwości od losu tylko dlatego, że potrafią naprawdę być gorący w tym chceniu. Może podobnie jest z wiarą, której odpowiednio wysoka temperatura daje moc do przejścia najgorszych plag i klęsk życiowych. Nie chcę powielać swoich rozmyślań, a kiedyś już o tym pisałam. Mi widocznie nie dany ten dar gorąca w wierze, a sporadycznie udaje się osiągnąć odpowiednią temperaturę chcenia. Moja wiara gór nie przenosi, intuicja nie podpowiada przejrzyście i jednoznacznie, chcenie nie zawsze do końca chcące, ale czy mam powody do narzekań. Na pewno nie dziś, mam nadzieję także nie jutro i nie za parę dni. Jednak nie wyrzekam się prawa do narzekania. Przyjdzie czas ogarnie mnie niemoc, bezsilność, usiądę, załamię ręce, pojęczę po swojemu, cały świat obwinię, rozdzielając po równo każdemu razem oraz wszystkim z osobna. Rozdam na boki swoje frustracje, wstanę, strzepnę niczym niewidoczny pyłek pozostały żal i znowu pełna sił pójdę dalej w życiowe doświadczenia, które choćbym starała się ominąć i tak mnie dorwą. Moja w tym głowa aby niczym piskorz umieć wyśliznąć się z najmniejszymi stratami własnymi. Wiem, że to jaka jestem, jakie jest moje podejście do życia nie w całości jest moją zasługą. Gdzieś dokonano przetasowania cech, które dostanę, zmiksowano geny, przydzielono talenty, przekazano pewną dawkę sprawiedliwości i dano odrobinę wolnej woli. A teraz moja kolej aby te wszystkie dary odpowiednio wykorzystywać nikogo nie krzywdząc, aby krzywda w dwójnasób nie wracała do mnie, aby jak najrzadziej trzeba było siadać i załamywać ręce w niemocy i żalu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163234
Osób: 145689