Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Moje postanowienia noworoczne.
Notatkę dodano:2011-01-06 12:40:36

W Nowy Rok wielu z nas robi, ma, składa, zapisuje, lub mówi o swoich  postanowieniach na nowy rok. Zaczęłam usilnie myśleć, czy i ja nie powinnam czegoś postanowić. Nic mi do głowy nie przychodziło, więc spisałam te podsłuchane, podpatrzone i zapamiętane, żeby wybrać coś dla siebie. 

- Już więcej nie zapalę

          A ja nie wiem, co to znaczy, bo lubię jednoznaczność (ha, ha, wtedy, gdy mi jest wygodnie). Na wszelki wypadek postanowiłam pójść na kopmromis. Obiecałam, już nigdy (to znaczy w nowym roku) nie zapalać światła tam, gdzie mnie akurat nie ma.

- Wezmę się w garść

         Nie, to odpada nawet gdybym bardzo chciała. Wygimnastykowana jestem, ale mam za małą rękę i się po prostu nie zmieszczę.

- Będę się zdrowo odżywiać

         To też nie dla mnie, bo zdrowo odżywiam się już od lat. To znaczy, od czasu, gdy dotarło do mnie, że zdrowia nie muszę karmić schabowym, ani golonką, nawet frytkami. Dla zdrowia muszę wrzucić na ruszt kalorie i: białko, węglowodany, tłuszcze, witaminy, minerały i sporą ilość popitki. Kiedyś patrząc na talerz z jajecznicą z w dwóch jajek, widziałam samo złoooo. Cholesterol i marną swoją przyszłość. Gdy doczytałam: „Kiedy jemy jajka, wątroba dostaje sygnał, że dostarczany jest cholesterol z zewnątrz i ogranicza produkcję tak, by utrzymać jego właściwy poziom w organizmie” od razu zjadłam dwa jajeczka na miękko. Gdy ze szperania w necie wyciągnęłam: „W jajach jest lecytyna, niezbędna do właściwego funkcjonowania mózgu i serca” nie gardzę już żadnym jajem. Jednocześnie z oczytania zalała mnie żółć. Na krótko. Wywnioskowałam logicznie: „Nie może być tak, że tylko wątroba jest taka mądra. Inne organy też wiedzą, co robią”. Przypomniałam sobie (mimo jedzenia dużej ilości jajek), że kiedyś było hasło: „Cukier krzepi”. Albo „Margaryna zdrowsza od masła” i tym podobne. Potem: „Cukier, zabójcą”,”Margaryna szkodliwa”. Wcale nie tak dawno reklamowano: „Pij mleko, będziesz duży”, teraz: „Jedz margarynę, będziesz rósł”. Postanowiłam: „Jesz samo zdrowie, czyli to, co masz na talerzu”. I tego się trzymam.

- Schudnę. – Odpada, chcę przytyć.

- Zapuszczę włosy. – Odpada, lubię mieć czyste i będę o nie dbać.

- Nie zajdę w ciążę. – To biorę, jako swoje. Na pewno dotrzymam i to bez żadnego wysiłku z mojej strony.   

- Będę bardziej doceniała życie, bo koniec świata za pasem. – Odpada. Nie noszę pasków, właśnie dlatego, żeby końca nie widzieć. 

- nie będę się wszystkim przejmować

         To też odpada. Od bardzo dawna nie przejmuję się plamami na słońcu i globalnym ociepleniem. Czyli już nie wszystkim.

- przestanę spotykać się z frajerami

         Odpada. Nigdy nie spotykałam się z żadnymi, dużymi czy małymi frajerami. Czasami to oni ze mną się spotykali.

- odkryję siebie. – Odpada. Jestem ciepłolubna.

         Inne postanowienia typu: spróbuję ( nie, na pewno) więcej czasu poświęcić rodzinie i bliskim, spróbuję (nie, nie będę) nie być takim cholerykiem (czytaj nie bić żony i dzieci), spróbuję (patrz wyżej) nie zdradzać żony (partnerki) – uznałam za zbyt banalne. Już miałam nad sobą zapłakać, bo zostało mi jedno postanowienie, czyli stanowczo za mało. Od dawna wiemy, że nawet do tanga trzeba dwojga, gdy znalazłam jeszcze jedno.

- Będę się codziennie uśmiechać

         Moja radość trwała krótko. To też odpada. Nie będę, bo nie dam rady dotrzymać tego postanowienia. Ja, codziennie się śmieję.

Co mam zrobić? I po chwili odpowiedź sama przyszła. Poszłam w tango.

 

 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Notatkę dodano:2010-12-31 19:27:58

Ostatnie chwile, żeby nie zapomnieć.

 

1. Koniecznie dzisiejszej nocy trzeba mieć przy sobie trochę żywej gotówki.

    Najlepiej monety – to (ponoć) jedyny, pewny sposób na pełne kieszenie i portfele. Nikt nie zaznacza, czy muszą być aktualne, więc na wszelki wypadek można zabrać te, co to od jutra już nie są.

2. Oddajcie pożyczone pożyczającemu. Nawet przysłowiową sól sąsiadce.Tylko w ten sposób zapewnicie sobie zwrot długu, gdyby nie daj Boże, wpadł Wam głupi pomysł do głowy, być pożyczającym. Z tego by jednak można wysnuć logiczny wniosek: „Gdy ktoś nie zamiera nic nikomu pożyczyć, to nie musi oddawać”.

 

Uwaga: Ważne dla tych, co bawią się w domach. Gdy po 00.00 zadzwoni ktoś do Waszych drzwi, przed otworzeniem, upewnijcie się przez wizjer, kto stoi na wycieraczce. Jeżeli jasnowłosy cherubinek szybko otwierajcie i wciągnijcie go do środka. Nawet, gdyby się opierał. On, to posłaniec dużego szczęścia nie tylko w Nowy Rok, ale przez cały nowy rok.

Gdy stoi facet, ale ciemnowłosy i jeszcze z tych na pewno młodych – w ostateczności też go wpuście. No może bez wciągania na siłę. I według: „Gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma” cieszcie się z nadziei na małe szczęście. Patrzycie i widzicie super laskę. Wtedy uciekajcie od drzwi i udawajcie, że was w domu nie ma. Znający się, mówią, że to puszka Pandory. Ja radzę, wyjątkowo w tą jedyną noc w roku, nie wysyłać faceta do otworzenia, tylko samej biec pędem do drzwi.

 

         A teraz podpowiedź tylko dla kobiet. Gdy zegar wybije północ, zajęte życzeniowym całowaniem, nie zapomnijcie nadsłuchiwać rozmów. Pierwsze imię męskie, które wam wpadnie w ucho to prawdopodobnie imię przyszłego kochanka.

Aha. Zapomniałabym o najważniejszym. Całując swoich facetów, niby pieszcząc, zasłońcie im uszy, pamiętając, że przezorności nigdy za wiele.

 

Dobrej zabawy i nie zabawy. Ja.

 

 

więcej ...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Życzeniowe myślenie w trzech odcinkach.
Notatkę dodano:2010-12-19 18:35:44

Odcinek III

 

Dużo zdrowia?

         Pokazałam się ludziom czekającym pod gabinetem lekarskim (i tak dobrze, że nie ostatniego kontaktu) i poszłam do rejestracji odebrać wyniki morfologii. Zdążyłam wrócić na czas, ale nie miałam go na wczytanie się w trzymaną w ręku kartkę. Zerknęłam i ucieszyłam się. Dużo czerwonych ciałek i hemoglobiny. Super. Wampirowa choroba, ani krwiożercze antybiotyki nie wyssały ze mnie żelazowej krwi.

         - Ooo! Za dużo… – jęknęła pani doktor.

         - Myślałam, że to dobrze mieć dużo zdrowej krwi? – zażartowałam.   Kręciła głową z niedowierzaniem.

         – To dziwne. Po chorobie powinno…

         – Pani doktor, to może powtórzyć badanie? – Przerwałam.

         – Noo….ale….

         Domyśliłam się i szybko zastrzegłam.

         – Zrobię prywatnie

         Kontakt wyraźnie się ożywił.

         – Tak. Najlepiej w tym szpitalu obok nas. Tam można i prywatnie. Wynik jest bardzo szybko. Proszę przyjść z wynikiem, to dam pani kartkę do rejestracji, że przyjmę panią ponad planowo.

         Następnego dnia zrobiłam badanie. Niestety, na wynik musiałam poczekać trzy godziny. Denerwowałam się, bo lekarka przyjmowała tylko do 12-stej. Odebrałam o 11.30. Biegiem do przychodni, do gabinetu, z kartką do rejestracji, pod gabinet i oddychając ciężko, usiadłam i wyjęłam wynik.

Z zadowoleniem zobaczyłam, że ponad dwa miliony czerwonych ciałek ulotniło się przez dobę. Kilka procent hemoglobiny, też.

         – Ooo! Niedobrze. Ma pani silną anemię – zdiagnozowała doktor już bez fartucha i z naszykowaną torebką do wyjścia. – Przepiszę leki. – Po chwili wręczyła mi receptę. – Przepraszam. Śpieszę się. Gdy się będą kończyć, proszę przyjść po receptę.

         Wracając, weszłam do apteki zlokalizowanej w przychodni. Widok olbrzymiej kolejki do jednego czynnego okienka bardzo mnie ucieszył. Miałam czas odsapnąć, ochłonąć i pomyśleć. Po czterdziestu minutach zadowolona z siebie, zrezygnowałam i wyszłam. No, cóż myślenia nie można ponaglać. To bardziej szkodliwe, niż spóźnienie się na pociąg. Z peronu można zawrócić. Szybkościowa myślówkowa odpowiedź np. na pytanie: „Dać, czy nie dać?” może się skończyć totalnym zawrotem, potem powrotem, ale już w towarzystwie. Na pewno, nie tym chcianym.

         Wywnioskowałam, jak na mnie, nader logicznie: „Za dużo plus za mało, to statystycznie w normie”. Fakt, że myślę tylko czasami, nie umniejsza faktu, że niekiedy i rozsądnie. Postanowiłam zamiast na leki, wydać na jeszcze jedno badanie.

         Wynik przeczytałam dokładnie. Sprawdziłam normy. Potwierdziłam u doktora Google…

         Dodatkowo doczytałam na przypadkowej stronie (fajne są te nowoczesne wynalazki. Do tej pory można było tylko wyjść na stronę, a teraz i wejść), że myśleniem, iż jego zadowoli tylko „dużo” można mu zrobić dużą, ale przykrość. Pomyśli, że uważamy go za materialistę. W dobrej wierze pożyczymy mu „wszystkiego” – on pomyśli, że mamy go za zachłannego.

         Już byłam prawie pewna, że wyciągnęłam właściwy wniosek. Poczułam się bardzo dobrze. Tylko dlaczego „Tak dobrze, że aż źle”? Męczyło mnie, to „prawie”. To, czego mam życzyć? Ile! – od pytajników i wykrzykników rozbolała mnie głowa. Targały mną sprzeczne uczucia. Wzrok padł na „Kod emocji”. Postawiłam kropkę pewności. Z powyższego wyciągnęłam to, co wyciągnęłam i tego się będę trzymać.

                                      *    *    *    *

        

         Teraz, trzymając w ręku kieliszek „Jesiennego koktajlu” wszystkim, bliskim i dalszym, znajomym i nieznajomym, wirtualnym i w realu – przy

okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia i zbliżającego się Nowego Roku (2 w 1 dziś na czasie) we wszystkie dni życzę:

- zdrowia tyle, żeby mieściło się granicach normy wiekowej i płciowej.

- szczęścia tyle, żeby móc cieszyć się każdym nowym dniem i przynajmniej paroma nocami  …(wedle indywidualnych upodobań i możliwości)

- i żeby do opisu swojej sytuacji, od materialnej do duchowej, mogli używać samych pozytywnych przymiotników i to w stopniu najwyższym, czyli „podiumowym”.

 

         O tym, że są to życzenia najszersze, niech świadczy fakt, że sobie życzę tego samego.  

 

 

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Zyczeniowe myślenie w trzech odcinkach
Notatkę dodano:2010-12-16 12:44:29

Odcinek II.

 

Dużo szczęścia? Co to znaczy?

        

 Gdy zadzwoniłam do pracy, powiadomić, że się pochorowałam, usłyszałam: „Masz dużo szczęścia. Nawaliło ogrzewanie. Siedzimy w lodówce i szczękamy zębami”…

         Kiedyś biegłam do tramwaju, przewróciłam się i podarłam rajstopy. To nic. Zdarłam skórę na kolanie i nabiłam sobie siniaka. To pikuś. Ale złamał mi się obcas!!! To znaczy nie mnie, tylko szpilce. O, jejku. Dzień wcześniej  kupionemu pantofelkowi. Nieludzkie nieszczęście, co w lot zrozumie każda kobieta. Pojechałam taksówką. Wyżaliłam się koleżance. Nawet ciut mi współczuła, oglądając z satysfakcją mój nowy, a już bezużyteczny, nabytek. Wieczorem zadzwoniła: „Ty, to masz dużo szczęścia. Podali w wiadomościach. Ten tramwaj się wykoleił”…

         Innym razem, w nowiutkiej, drogiej, ale prześlicznej bluzce wybiegłam na skrzydłach z domu, śpiesząc się na super ważne spotkanie z prawie nieznajomym. Nie chciałam nazwać tego randką, bo musiałabym uczciwie dodać, że to randka w ciemno. Nie lubię być sama w stosunku do siebie za uczciwa. Przynajmniej od czasu, gdy o jednej dacie w kalendarzu wolę nie pamiętać (tylko jak, gdy ma się serdeczne koleżanki). Przechodząc pod drzewem, spojrzałam w górę i…zdążyłam odchylić głowę. Ramię zostało. Trafione, prawie zatopione. To było ogromne, w dodatku przeżarte ptaszysko.  Obsypałam słownymi pieszczotami wstrętnego, fruwającego padalca i kipiałam  złością: „Droga bluzka!, Czeka nowy kandydat na faceta! Spóźnię się! Nie będzie czekał!”. Wróciłam się przebrać, tylko nie bardzo miałam, w co.    

 Wychodząc z klatki zobaczyłam taksówkę. Machnęłam ręką, wsiadłam i w duchu rozgrzeszałam się: „Nie jestem „wygłodniała”. Gdy chciał pokochać, to poczeka. To nie strata forsy. To dowód twojego dobrego wychowania. Nieładnie się spóźniać”. Nie czekał, a tylko godzinę byłam spóźniona. Wieczorem króciutko, bo tylko przez czterdzieści minut, opowiedziałam koleżance jakiego mam pecha. Uśmiała się po same pachy: „To na szczęście. A co z bluzką?”. Wcale mnie nie zaskoczyło, że to było dla niej najważniejsze: „A co ma być? Zeszło”. Tym razem po przyjacielsku, czyli szczerze się ucieszyła: „No, widzisz. Miałaś dużo szczęścia. Przeważnie nie schodzi. Pożyczysz?”.

         Dużo szczęścia!? Dużo to ja miałam przytomności umysłu w tym nieszczęściu. Wiedziałam, co może poczekać, a co nie. Sprałam od razu. Całą bluzkę uprałam i jeszcze powiesiłam na dmuchanym wieszaku, wygładzając dokładnie, żeby nie miała załamków.  

c.d.n. 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Życzeniowe myślenie w trzech odcinkach.
Notatkę dodano:2010-12-11 12:10:19

 

Odcinek I

 

Nie życzę dużo szczęścia ani dużo zdrowia, a już na pewnie nie mogę szczerze życzyć nikomu wszystkiego najlepszego z okazji….

I to wcale nie dlatego, że nie bo nie!

         Na początku grudnia wpadła mi do głowy myśl. I to nie jak zwykle, psim fartem – tylko po rozmowie telefonicznej. Gdy coś wpada to koniecznie powinno się to coś wyciągnąć. Chociażby po to, żeby nie uwierało lub nie było nadmiernego przepełnienia. Ciągnęłam, ciągnęłam i wyciągnęłam, chyba powyższy wniosek: „Nie życzę dużo…”. Piszę, chyba, bo pewności mieć nie mogę. Nie wiem jak wygląda wniosek. Zawsze tylko widziałam lub słyszałam, słowa. Mądrzy ludzie przed słowami pisali lub mówili: „wyciągnięty wniosek, to…”. Ale ad rem.

         Zadzwonił telefon. Pomyślałam: „Kto zgłupiał? Wiedzą, że choruję? Dzwonić ciut świt?” i warknęłam w słuchawkę.

         - Halo!

         - To tyyy?????

         - A kto, jak do mnie dzwonisz!?

         - Musiałam się pomylić.

         - To nara! (darmowy sposób odmładzający).

         - Poczekaj. To już przy okazji, z okazji urodzin – tu ta wredna zołza dokłanie wymieniła, które – życzę ci dużo szczęścia.

         - Dzięki – wywarczałam grzecznie. – To wszystko?

         - Nie. To jak już dzwonię to złożę ci też z okazji zbliżających się świąt. Dużo zdrowia.

         - Ja tobie też, nie utucz się jak w zeszłym roku. – Odcięłam się za tę dokładną liczbę lat, słodziutkim tonem wypowiedziane, a jest ode mnie niecały rok młodsza. Małpa nigdy nie zapomniała o moich urodzinach. – Może skorzystasz z okazji i jeszcze pożyczysz mi coś fajnego z okazji przyszłych imienin? – Wetknęłam koleżeńską szpilę.

         - O kurczę. Przecież ty miałaś imieniny. O twoich, jakoś zawsze zapominam – zarechotała przyjaźnie. – Oczywiście, że życzę ci wszystkiego najlepszego. – I dodała, żebym nie miała najmniejszych wątpliwości: – Szczerze. Pa. – Rozłączyła się.

         Wszystkiego najlepszego! W taką szczerość, to ja na pewno nie uwierzę.

Nie tylko jej. Nikomu. Kto chciałby dobrowolnie pozbawić się wszelakiego dobra? Jakim trzeba byłoby być durnym samarytaninem, żeby szczerze życzyć drugiemu wszystkiego najlepszego? Przecież jak życzeniobiorca zabierze wszystko to, co najlepsze, to zostanie tylko wszystko najgorsze! I za co robić, te dobre uczynki?

Z okazji!!! Urodziny i imieniny mam raz w roku. Święta są dwa razy w roku. A co z pozostałymi dniami bez okazyjnymi? Nikt mi wtedy nic dobrego, tym bardziej dużego nie życzy?

 

c.d.n.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Każdy ma taką orgietkę na jaką go stać.
Notatkę dodano:2010-12-02 14:16:09

O, ku..rcze blade! (Za to chyba nie grozi mi upomnienie komisji etyki internautowej?).

Co prawda, chcę się pożalić nie na kurczaka, tylko na to coś, co uważało się za ogromniastego koguta. Super męski okaz. A i tak na łopatki rozłożył go rodzaj żeński. Sprawdziło się sparafrazowane przysłowie, gdzie dwóch się bije - tam trzeci najbardziej traci. Tylko, że tym trzecim, byłam ja, co wkurzyło mnie bardzo. Rozładować złość można podobno, dzieląc się nią z innymi. No to się rozładowywuję, chociaż i tak akumulator mi siadł i od kilkunastu dni nie chce zapalić.  

A było tak. W domu nawaliło ogrzewanie. (raz) Zaspałam. (dwa). Samochód nie zapalił. (trzy). Taksówka mogła być najwcześniej za godzinę. (cztery). Na autobus czekałam czterdzieści minut. (pięć). Zadzwoniłam, chcąc bardzo przeprosić, że się spóźnię. Usłyszałam, nie to niecenzuralne, istotne, że już nie było tych do przepraszania. (sześć). Zmarznięta na sopelek, ale zadowolona, że na sześciu się skończyło (kto by wierzył w przesądy?) dojechałam, pozałatwiałam co mogłam i autobusem, bez czekania, wracałam do zimnej chałupy. A jednak było siedem. Półtora przystanka przed moim, autobus stanął bez szans na szybkie ruszenie. Szłam w miarę szybkim krokiem (na tyle, na ile wysoki obcas pozwala). Szal wyciągnęłam spod kurtki. Omotałam sobie głowę i przewiązałam pod kołnierzem, bo wiało jak diabli. Potrójne zabezpieczenie, czyli baza, fluid i puder (nie tapeta, tylko przezorność "mrozowa") nie chroniło przed: "Hu, hu, ha, nasza zima zła, szczypie w nosy, szczypie w uszy, mroźnym śniegiem w oczy prószy". Zamarzły mi rzęsy. Nie slyszałam, nie widziałam a jednak czułam, że on jest blisko mnie. Ja na klatkę, on za mną. Ja do mieszkania, on wślizgnął się za moimi plecami. Odwróciłam się, żeby zamknąć drzwi, on wpił się w moje usta. Zrobiło mi się słabo, zaczęłam dygotać. On pieścił mnie tak, że w lodowatym mieszkaniu poczułam tropikalny żar. Sama chętnie rozebrałam się, złapałam butelkę i wskoczyłam do łóżka pod wyziębioną kołdrę. Położył się razem ze mną. Znał się na rzeczy. Ja już szczytowałam,a on dalej był na etapie gry wstępnej. Z roskoszy majaczyłam. Rozgorączkowana byłam tak, że wydawało mi się, że on, to ich tuzin. Co za oryginał? pomyślałam. Nie sapie, nie wzdycha, nic mu nie trzeba mówić. Sam wie, co i jak robić. Całą noc trwał ten stosunek, bez stosunku. Cholera! Mógłby wreszcie skończyć. Mam dość. Nie pomagało owijanie się kołdrą, wślizgiwał się pod nią i działał skutecznie. Sama zrzucałam kołdrę, by miał lepszy dostęp. Uwierzycie, że miał nadprzyrodzoną potencję. Całe trzy dni. Musiał być kosmitą. Przemaglowana, spocona i sapiąca postanowiłam szukać pomocy. Gdzie? Proste! Telefon do przyjaciela, czyli w tym przypadku, przyjaciółki. Doświadczonej, niejednego potrafiła rozłożyć na łopatki, a nawet zapieszczcochać na smierć. "Ratuj! Nie mogę się go pozbyć. Sponiewierał mnie", błagałam i usłyszałam w słuchawce obcy głos. "Okej. Będę" i już było głucho. Chciałam wstać, otworzyć drzwi. Nie dał mi. Objął i poszlismy razem. Wracając wziełam butelkę i cytrynę jako przekąskę. Przysnęłam. Poczułam coś dziwnego. Jakby on usiadł mi na piersiach i zatykał mi czymś usta. Uchyliłam powiekę. To była ona. Całym ciężarem swojego ciała przygniatała mnie, a rękami walczyła z nim. W pewnym momencie, kopnęła go, nie widziałam gdzie, bo właśnie złapał mnie atak kaszlu. Po chwili uszłyszałam jej zadowolony chichot i: "Yes, yes, yes". Jako rodzaj żeński powinnam być po jej stronie. Odniosła zwycięstwo nad tym szowinistycznym gatunkiem męskim. Nie mogłam się z nią solidaryzować, bo ta małpa była homo i wzięła mnie w swoje ramiona. Nie zapytałą, czy lubię? Czy chcę? Czy akceptuję? Nie! Zwyciężyła i uznała, że ma prawo do nagrody.

I tak pojedynek wirusa z bakterią skończył się dla mnie trzytygodniową izolatką, w chłodzie, głodzie i bezsilności.  

 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Ewidentny dowód, że myślę tylko czasami
Notatkę dodano:2010-11-20 13:07:23

Kiedyś na www.kobieta50plus.pl ogłoszono konkurs Polka, pięćdziesiątka. Reportaż -autoportret. Dziś, tu i teraz. Wysłałam "Portret czarownicy". Dziś go zamieszczono. Aha. Na tym zdjęciu to nie ja. Ani kiedyś,ani dziś.


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Notatkę dodano:2010-11-08 17:38:00

Myślę - nie, nie myślę - jestem pewna. Bardzo dziękuję wszystkim internautom, dzięki głosom których w konkursie "Na najlepszą książkę na jesień 2010 (obyczajowe)  "Kod emocji" uplasował się na pierwszym miejscu. Z wirtualnego barku stawiam 1/ lub (%), a jeżeli ktoś woli to \%/. Przyznaję, że ja nie wirtualnie, tylko jak najbardziej realnie - bardzo się ucieszyłam :-x

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Banalna myśl.
Notatkę dodano:2010-10-18 17:31:12

Myśl pozbawiona głębszej treści, albo wyrażająca treść dobrze wszystkim znaną - to denfinicja banału. I tak sobie myślałam, jak tu nie być banalną. Mów dzień dobry - ten płaski banał, wystarczy zamienić na "Siemka" i już poczuć się niebanalną, tylko młodzieżową. Do widzenia -analogicznie, wystarczy "Narka" i jest się w grupie małolat (szczególnie w necie, przy intymnym spotkaniu wirtualnym). Mnie dręczył bardzo głęboki banał, bo jego dobrze znaną treść, wpaja się wszystkim od dziecka: "Najpierw pomyśl, potem mów?". Jak? Gdy na pomyślenie potrzeba czasu, a ja go nie miałam, za to sekunda wystarczyła, żeby palnąć: "Wyglądasz koszmarnie!". Strzeliłam sobie w stopę, bo poczułam się jak jeden wielki najkoszmarniejszy koszmar.

Przemyślałam i najbanalniej w świecie, przeprosiłam. Banalnie, przyjął moje przeprosiny. I chyba (bo przyrzec byłoby banalnie) postanowiłam z większą atencją traktować wszystkie banały. I przypominając sobie myśl Emila Ciorana: "Nie ma prawdziwej sztuki bez minimum – co mówię! – bez sporej dozy banału" zaczęłam pisać nową książkę. O pragnieniu banalnej miłości, strachu przed banalną zdradą, przebaczeniu i poświęceniu się (no, może nie tak bardzo banalnych), przyjaźni, narodzinach i śmierci i tym podobnych banałach, które są sensem naszego niebagatelnego życia.     


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Moje dzisiejsze emocje
Notatkę dodano:2010-10-06 14:12:03

Emocje pozytywne wzbudzają chęć do podtrzymania określonego kontaktu. Jestem posłuszna, oczywiście wtedy, gdy mam taki mus. U mnie odczuwane dziś emocje wzbudziły chęć kontaktu z Wami, moimi wirtualnymi gośćmi. Zmusił mnie do tego bardzo silny mus emocjonalny. Trzymam w ręku moje pisklę "Kod emocji", które wyfrunęło z szuflady i od dziś przysiadło na półkach w księgarniach. Nie popsują sobie tej radości, pytaniem: "Zakurzy się, czy pofrunie dalej?". I grzecznie proszę tych z negatywnymi emocjami: "Nie odpowiadajcie, że to pytanie retoryczne".   

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1959297
Osób: 1777453

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl