Bezsensownik

czyli nazywanie rzeczy po imieniu

Świąt ciąg dalszy...
Notatkę dodano:2006-12-25 22:13:54

Po obficie obszernym i obszernie obfitym obiedzie oraz kalorycznie tuczącym podwieczorku zjedzonym u babci, wróciliśmy całą rodziną do domu. Rozsiedliśmy się w salonie, jak nakazuje tradycja i włączyliśmy telewizor. Traf chciał, że leciał jeden z programów informacyjnych, całkowicie poświęcony skutkom świątecznej konsumpcji.
- Ja nie wiem, jak ludzie mogą się tak objadać - stwierdziła z pogardą moja mama.
Nie zwróciłam na to uwagi, gdyż rozdarta byłam pomiędzy kawałkiem ryby, a balansującym na moich kolanach talerzykiem pełnym ości. W pewnej chwili spikerka informowała telewidzów, aby wystrzegali się szczególnie tłustych i ciężkostrawnych potraw, wśród których prym wiedzie smażony karp.

 

Spojrzałam w ekran z politowaniem i poszłam do kuchni po drugi kawałek.


Komentuj(7)

-------------------------------------------------------------------


Wigilijnie
Notatkę dodano:2006-12-24 22:55:34

Pierwszy raz wyjeżdżałam na święta. Niedaleko i prawdę mówiąc do swojego - za jakieś pół roku - domu. Perspektywa spędzenia świąt w Gliwicach - a nie jak dotychczas w Bytomiu, nie napawała mnie zbytnim optymizmem. Jednak głos rozsądku podpowiadał, że przewożenie tam i z powrotem rodziny a wraz z nią prezentów i wigilijnych potraw jest zarówno niepraktyczne jak i nieekonomiczne.

 

Po wzajemnym obdarowaniu się prezentami przedpierwszogwiazdkowymi ze Sławkiem, przyszedł czas na przeistoczenie się w pomoc kuchenną - nie mylić z robotem kuchennym, a co za tym idzie, ze sztuczną inteligencją. Widocznie wyraz mojej twarzy musiał ujawniać wielką ochotę do pomocy, bo mama przydzieliła mi tzw. mokrą robotę. Było to nic innego jak panierowanie i smażenie dziesięciu karpi, które wcześniej pokroił mój tata. Pseudofiletów utworzył się niezły stosik, ale biorąc pod uwagę wyjątkowe okoliczności jakimi niewątpliwie są święta, znakomicie sobie z tym zadaniem poradziłam.

 

Kiedy wszyscy i wszystko było już gotowe, ruszyliśmy w kierunku Gliwic. I powiem to, choć za kilka dni z pewnością będę się tego wypierać: to była najcieplajsza (co z tego, że w pokoju panowało 16 stopni C), najbardziej rodzinna i przeprowadzona w najbardziej spartańskich warunkach Wigilia, jaką kiedykolwiek przeżyłam. I nie chodzi tu o tradycję czy obrzędy. Chodzi o zwykły fakt bycia razem. O to, że w ten jeden dzień, ma się odwagę powiedzieć najbliższym, że się ich kocha. O to, że świat zatrzymuje się na chwilę przy każdym wigilijnym stole, po to, byśmy mogli kolejny raz uwierzyć "w jeszcze jedno Boże Narodzenie".


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Spostrzeżenie
Notatkę dodano:2006-12-23 22:26:07

Gdyby czas płynął o połowę wolniej, bylibyśmy razem trzy miesiące, a nie pół roku.


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


Okno na świat
Notatkę dodano:2006-12-21 20:14:59

Jest godzina 14:00, ciężka i duszna. Lekcja ciągnie się w nieskończoność, minuty płyną nieznośnie wolno. Cztery razy patrzę na zegarek w komórce i łapię się na tym, że wciąż jest ta sama godzina. Obracam głowę w kierunku okna, za którym sączą się miarowo gęste krople deszczu. Widzę ponuro zarysowane kontury boiska i przystanek tramwajowy, na którym tłoczą się zakapturzeni bądź pod parasolami ludzie. Towarzystwo zmienia się z chwilą przyjazdu tramwaju. Nastepuje poruszenie, przepychanie się w celu zdobycia siedzącego lub - w ogóle - miejsca. Tramwaj odjeżdża. Na przystanku zostają niezdecydowani albo czekający na jedyny, który zawiezie ich do rodziny, życia, codzienności tramwaj. Dlaczego ja - siedząca tu i teraz, z bezmyślnie podpartą brodą na dłoni - nie wsiądę razem z następną porcją przemoczonych i zziębniętych ludzi do środka? Nie ruszę razem z tłumem szarych płaszczy i brudnych wilgotnym kurzem kolorowych kurtek do domu? Dziesięć minut mojego życiorysu nie przetnie się nigdy z biografią puszystej kobiety, rozpychającej się z dwiema reklamówkami na przód tramwaju, ani staruszkiem, który nie ma już odwagi prosić o miejsce siedzące. Nie potrąci mnie bezmyślna grupka rozchichotanych trzynastolatek, ani przyblokuje kobieta w ciąży z wózkiem i dwójką, rozbiegających się na wszystkie strony maluchów.

 

Sandra trąca mnie łokciem. - Ty masz jakąś nerwicę, cały czas bawiąc się swoimi włosami - docina mi. Nie zwracam na to uwagi. Denerwuję się tylko, że wyrwała mnie z mojej anabiozy. Zauważam tylko, że odjechał tramwaj. Na przystanku został zgarbiony staruszek, którego ktoś przewidujący prawdopodobnie wysadził, bo ten zakołysał się zabawnie, potem zatoczył i złapał w ostatniej chwili słupa.

 

Dzwoni wreszcie upragniony dzwonek, oznajmiający koniec lekcji. Zaskoczona swoim brakiem entuzjazmu, sięgam odruchowo do plecaka po kanapkę. Patrzę znów w kierunku przystanku. Śmieszny staruszek zniknął. Wsiadł pewnie w chwili mojej nieuwagi. Nie dziwi mnie tan fakt. Jest w końcu częścią tej rzeczywistości. Pędzi jak inni w poszukiwani zatraconego świata własnych wartości i szczęścia, które zostawił daleko, za sobą, na wietrznym, samotnym przystanku.


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


"Więc ci dziękuję losie, choćby tylko za to..."
Notatkę dodano:2006-12-19 18:15:01

"Zespół doktora Doscha odkrył, że cukrzycę wywołuje atak własnego układu odpornościowego na komórki nerwowe w trzustce. Wystarczy go zablokować, aby do pojawienia się choroby nie doszło. Jeżeli ten efekt uda się powtórzyć u ludzi, cukrzycę będzie można wyleczyć... jednym zastrzykiem. Niezwykła skuteczność tej terapii sprawiła, że początek badań z ludźmi zaplanowano już na styczeń." - pisze dzisiejsza Rzeczpospolita.

 

Ta informacja, to jakby świąteczny prezent od losu. Gwiazdka, która tego roku spadła dla mnie z nieba. Druga. Pierwsza spadła pół roku temu.


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Aktualnie wczoraj
Notatkę dodano:2006-12-16 13:02:21
- I kto by pomyślał, że przyjdę w grudniu w trampkach do szkoły - błyskotliwie podsumowała panującą na zewnątrz aurę Sandra, spoglądając na swoje buty. Idąc jej przykładem, choć nie wyrażając tego głośno stwierdziłam, że też jestem nieodpowiednio ubrana, jeśli biorąc pod uwagę środek grudnia. Zima, choć przyczajona, daje o sobie znać szczególnie wieczorami. Przekonałam się o tym dzisiaj, wracając z S. z kina. Kiedy wychodziliśmy, ząbki zaczęły mi szczękać jak młoteczki w fortepianie, z tą tylko różnicą, że to drugie wydaje zdecydowanie lepsze dźwięki. Ukoronowaniem wyprawy okazał się facet, który - chcąc nie chcąc - zaangażował się w zamykanie zepsutych, tramwajowych drzwi. Najpierw zdawał się robić to delikatnie, z czasem zaczął traktować nieszczęsne drzwi kopniakiem. Zgodnie z S. stwierdziliśmy, że w każdym tramwaju powinien być przydzielony taki człowiek od zamykania drzwi. Wtedy to by dopiero zmniejszyło się bezrobocie...

Komentuj(5)

-------------------------------------------------------------------


14 grudzień
Notatkę dodano:2006-12-14 17:06:22

Fakt, że rozpoczynałam dzisiaj lekcje o godzinie 10:35 nie przyczynił się znacznie do dłuższego snu. Musiałam wstać wcześniej, bo czekała mnie wizyta u lekarza i to w dodatku w Gliwicach.

 

Przed gabinetem zabiegowym jakaś staruszka próbowała wepchnąć się przede mnie do kolejki, co udaremniła jej moja mama. Nie powiem jak, ale zrobiła to skutecznie.

 

Po wejściu do gabinetu, pani doktor przywitała mnie szerokim uśmiechem i powiedziała, że wydaje się jej, jakby niedawo mnie widziała. Odpowiedziałam, że też mi się tak wydaje. Okazało się, że nie było to jednak aż tak nie dawno, bo ostatnim razem byłam tam 30 października. Ależ ten czas szybko leci...

 

Wiztya trochę się przeciągnęła, skutkiem czego nie zdążyłam na poloneza. Nie do poloneza, tylko na. Tego, którego ostatnio tańczymy na wuefie. Okazało się, że na moje szczęście nie uczyli się go dzisiaj, bo sala gimnastyczna była okupowana przez bardziej potrzebujących.

 

Lekcje przeleciały jak z płatka. Najbardziej rozbrajające były hasła typu "ustawa o złym traktowaniu dóbr dziedzictwa kulturowego" oraz "wpisanie Kalwarii Zebrzydowckiej do światowego rejestru UNESCO".

 


Komentuj(6)

-------------------------------------------------------------------


Wydarzyło się dzisiaj...
Notatkę dodano:2006-12-13 18:08:41

Świat schodzi na psy. Dosłownie!

 

W ramach przerwy w rozwiązywaniu matemetycznych problemów, zeszłam do kuchni z zamiarem zrobienia sobie herbaty. A że woda w czajniku potrzebowała krótkiej chwili żeby się zagotować, usiadłam przy stole i próbowałam dociec zawiłych koligacji rodzinnych w jednym z seriali, którego odcinki liczy się już w tysiącach. W pewnym momencie zwróciłam uwagę na psa, który kręcił się wokół nóg mojej mamy. Najpierw wdrapał się jej na kolana, a później próbował sięgnąć łapą do koszyka z owocami. Na próżno - próbował sięgnąć; na próżno moja mama próbowała psa z siebie zrzucić. Bokserzyca nie chciała ustąpić. Mama zaczęła jej tłumaczyć, że przecież psy nie lubią mandarynek, co jednak nie przyniosło zadowalających efektów. Idąc na ugodę, mama zaproponowała jej spółkę mandarynkową ze mną. Polegać to miało na tym, że pies dostanie połowę i ja również dostanę połowę owocu. Jak to mówią - "spółkę diabeł stworzył" - w wyniku czego, Nala zjadła zarówno swoją jak i moją część owocu.

 

I nie zdziwię się już nigdy więcej, kiedy jakiś właściciel czworonoga powie, że cierpi na awitaminozę...

f6519ee6647995b031e80776b8c0cf50.jpeg

Komentuj(9)

-------------------------------------------------------------------


Mikołajkowo
Notatkę dodano:2006-12-06 18:07:12

- Nie wierzę w świętego Mikołaja - powiedziałam z samego rana mamie, kiedy tylko odpakowałam prezent.
- Dlaczego, przecież coś ci przyniósł?
- A przyniósł, przyniósł. Tylko ja prosiłam go o kalendarz z czekoladkami na każdy dzień, a dostałam ptasie mleczko...


Komentuj(5)

-------------------------------------------------------------------


O wyższości...
Notatkę dodano:2006-12-05 17:37:35

Co różni kilkumiesięczną dziewczynkę od kilkumiesięcznego chłopczyka? A to, że mała dziewczynka uśmiecha się i wystawia rączki tylko do mamusi, podczas gdy chłopiec nie widzi różnicy między mamą a zawieszonym na poręczy łóżeczka balonikiem z wymalowaną buzią i oczkami. To tak a propos płci mózgu.

 

Jutro 'Mikołaj'. Z tej okazji zatrudniłam się jako skrzato-pomocnik i wyręczyłam go w przygotowaniu prezentów. Poza tym, biedaczek nie dojechałby do nas z tej swojej Laponii, bo jak narazie, mamy deficyt śniegu...


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 696751
Osób: 681417

Mój ślubny blog:

www.weddblog.pl
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017