blog Mrówki
... żeby wszystkim nam było weselej...

logo

591. komentator...
Notatkę dodano:2008-07-13 22:58:00

Od kiedy Zdzisław Ambroziak odszedł do Krainy Wiecznych Komentatorów (rok 2004), Mrówka przestała na transmisje meczy siatkarskich przynosić ze sobą grube zeszyty i długopisy do notowania zabawnych powiedzonek i skupiła się na samej grze, a nie na słownych popisach głosu z offu.

Tak przynajmniej było do wczoraj.
Wczoraj Wojciech Drzyzga, jeden z trenerów, zaproszony do komentowania w roli eksperta, błysnął informacją, która sprawiła, że nieprzygotowana na jej przyswojenie Mrówka w ciemnościach rzuciła się przed siebie, o mało co nie wybiła sobie zębów o kant ławy, wymacała długopis i na kawałku gazety nabazgroliła złotą myśl trenera.

Z całą odpowiedzialnością, eksperckim spokojem i pobrzmiewającą w głosie chęcią okazania widzom swojej wyższości siatkarskiej, WD poinformował:

- Różnica między wystawiaczami a rozgrywaczami polega na tym, że są ludzie, którzy wystawiają piłkę i tacy, którzy ją rozgrywają.

Nie mogłam tego nie zapisać. Teraz uczę się kolejnej mądrości siatkarskiej na pamięć.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


590. krakowskie spotkania
Notatkę dodano:2008-07-12 13:29:10

Kiedy wypełzłam z prastarych murów prosto na nasłoneczniony Kraków, poczułam, że długo tego nie wytrzymam i czas się ewakuować. Najpierw w stronę antykwariatu, a potem w stronę parkingu busów. Słońce celowało we mnie wszystkimi swoimi promieniami i czułam się jak mrówka, którą mały chłopiec chce przysmażyć przez lupę.
Myśląc o Grenlandii, zadzwoniłam do brata.
- Cześć bracie, niedługo będę wracać do domu, bo mnie upał wykończy - zakomunikowałam. Brat Mrówki nie przejął się zbytnio.
- A w tej chwili przeszedł koło mnie wielki kufel piwa - dodałam.
- Kto przeszedł?
- Wielki Kufel Piwa - odparłam trwożnie, oglądając się za siebie ze zdumieniem. Kufel jak to kufel, miał piankę i wielkie ucho. Tylko nóżki się nie zgadzały, myślałam, że kufle standardowo nóżek na wyposażeniu nie mają. Ten miał.
- To ja już wiem, gdzie ty możesz być - zaśmiał się brat.
- No na Grodzkiej jestem, centrum Krakowa. Idzie zwyczajny kufel, tylko gigantyczny. Z uchem.
Przy okazji, jak ten kufel usłyszał uchem, że o nim mówię, musiał mieć niezły ubaw. Pewnie wieczorem przekazał to kolegom-kuflom w barze. Czy tam gdzie kufle w wolnych chwilach przesiadują.
- A właściwie co ty mi w smsie napisałaś? - zainteresował się brat. Wytężyłam pamięć. - Że zrobiłaś pełno czego?
- Zdjęć... że zrobiłam pełno zdjęć.
- Aha, bo nie mogłem się doczytać.
Cholera, a wydawało mi się, że w smsach nie bazgrałam do tej pory...

 


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


589. z Krakowa. Chwalę się.
Notatkę dodano:2008-07-11 15:10:50

Zapomniałam wczoraj napisać, że dzisiaj jadę na konferencję do Krakowa.
Już jestem z powrotem.
Jako że konferencja była językoznawcza, a ja się na literaturoznawcę kształcę ku utrapieniu Bossa (chociaż jako humorolog muszę być otwarta na jedno i drugie), konferencyjny plan minimum, opierający się na głębi mądrości ludowej (że "jeśli wejdziesz między wrony..."), zakładał w uproszczeniu: nie pokazać po sobie, że nie jestem językoznawcą (a w razie demaskacji nie iść w zaparte, bo to by nic nie dało ;)).
Poszalałam sobie najpierw 1,5 godziny po Krakowie. Z aparatem. Potem poszłam do Collegium Maius, znalazłam "swoją" salę, poszalałam z aparatem w CM (jeśli nie wolno, to nic o tym nie wiem. Poza tym nikt mnie nie widział). Rozbroiły mnie schody do WC (to najbardziej satyryczny z elementów wystroju). Rozciągały się na przestrzeni, jaką zajmuje mała winda. Pierwsza moja myśl: utknę. Druga: dostanę choroby morskiej. Przez dwa piętra ciągnęły się bardzo kręcone schody. BARDZO. Nawet zrobiłam im zdjęcie, zanim zaczęłam się wspinać z powrotem. Prócz tego, że były kręcone, były jeszcze drewniane. Jakby mi było mało atrakcji. I skrzypiały. Przypuszczam, że podczas wspinaczki brzmiałam jak kulawy słoń z krokodylem na plecach.
Trwało to wychodzenie wieki, a w moich uszach rozlegało się torpedowe skrzypienie.
Błysnęła mi nawet myśl, że gdyby się wszystko zawaliło ze mną na przedostatnim stopniu, to miałabym takie wrażenia, jak strażacy zjeżdżający po rurze. Nie dane mi było na szczęście. Być może rury nie zamontowano tam ze względów estetycznych, nie dociekałam.

Przyszła pani profesor T. (kto ciekawy, może sobie wygooglać w internecie mój panel konferencyjny) i powiedziała do mnie:
- Dzień dobry, jestem pani prowadząca. To znaczy... jestem prowadząca pani, pani panel, nie że Pani Prowadząca.
Już było nieźle.

Dalszy ciąg też mnie usatysfakcjonował.
Założyłam sobie, że zaintryguję słuchaczy. Żeby mnie potem chłonęli, a nie słuchali z grzeczności.
Wyszłam (nie od razu, tylko kiedy nadeszła moja kolej) i zaczęłam:
- Ja się bardzo serdecznie państwu dziwię.
Po czym aktorsko zamilkłam i przyjrzałam się widowni. Reakcja wypaliła. Słuchacze patrzyli na mnie ze z lekka osłupiałymi minami. Zdziwili się. Nie ukrywam, że o to mi chodziło. Dałam im sekundę i podjęłam - że od tych słów rozpoczął swój kabaretowy występ w 1981 roku Krzysztof Jaroszyński bla bla bla.
Można kupić publiczność ;).

Przy okazji rozdawania kartek z hand-outem wystąpienia żony, prof. Bartmiński pogratulował mi referatu, mówiąc, że był świetny i bardzo mu się podobał.
Po czym to samo powtórzył jeszcze w dyskusji poreferatowej publicznie, dodając, że w publikacji tekst mój i pana Makselona z Częstochowy to będą dwa najczęściej czytane artykuły i każdy będzie od nich zaczynać lekturę tomu.
Zapewne powiedział to po to, żeby mi woda sodowa uderzyła do głowy. Wobec tego informuję, że uderzyła. W związku z tym jak tylko oddam Bossowi rozdział, ogłaszam wakacje. Przez kilka dni palcem nie kiwnę.
I już.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


588. owadzi świat
Notatkę dodano:2008-07-10 20:41:59

Jako że listonoszka Mrówki nie pała zbytnią ochotą do wdrapywania się na ostatnie piętro (czwarte, przypominam) w celu dostarczenia wysyłanych do Mrówki przesyłek, pozostawiła w skrzynce karteluszek informujący, że Mrówka mogłaby się udać na pocztę samodzielnie. Jeśli, oczywiście, na przesyłce jej zależy. Mrówce zależało i z myślą, że znajdzie w paczce coś apetycznego, oderwała się od klawiatury, przeciągnęła, po czym wybrała się w drogę.
Wybrała się z mocnym postanowieniem, że nie poprawi kondycji miejskiego przedsiębiorstwa komunikacji wszelakiej, ale poprawi przy okazji kondycję swoją, bo egoizm jest cechą Mrówki. Wrodzoną i nieusuwalną. Zasilana akumulatorkiem ruszyła Mrówka w stronę centrum Miasta. To znaczy... najpierw ruszyła SIĘ.
Jako że od rana wiał silny wiatr, a termometr nie wskazywał nawet 20 stopni (wskazywał 19), Mrówka postanowiła dobrać garderobę wyjściową pasującą do pogody i zrezygnowała ze skafanderka na ramiączkach na rzecz eskimosiego futra (eskimosie futro to nie futro Z Eskimosa, a futro, jakie nosi Eskimos, przy założeniu, że Eskimosi noszą futra). Kolejnym krokiem była rezygnacja z zimowej kurtki. Starannie wypracowany kompromis Mrówki Zmarzniętej z Mrówką Logiczną zaowocował spakowaniem parasolki (zatęskniła Mrówka do rozwiązań Kastnera, u którego parasolki rosły sobie na grządkach, a po użyciu usychały. Przy okazji: natankowała Mrówka mineralnej do pełna, żeby nie uschnąć w drodze. Natankowała do flaszki, czym zwiększyła wagę bagażu i nie zmniejszyła jego absurdalności.
- Wiesz, jaka najgłupsza rzecz może mi się przydarzyć w drodze? - zapytała w przelocie przestrzeń. Przestrzeń ugięła się pod presją i skierowała pytanie w stronę Mamy Mrówki, wywołując odpowiedź zwrotną: "jaka?".
- Mogłabym pójść na pocztę i w centrum Miasta zorientować się, że nie zabrałam ze sobą awiza ani dowodu... - błysnęła inwencją Mrówka, sprawdzając po raz setny swój bagaż i wszelkie wymagane świstki. Droga do centrum Miasta pieszo zajmuje Mrówce około pół godziny. Szybkiego marszu. Głupio by było u celu poznać nietrwałość własnej pamięci.
Do uszu, niczym do kontaktu, wetknęła Mrówka przedmiot pierwszego kontaktu, czyli słuchawki od mp3 i poszła.
Szła sobie dzielnie, nie sapiąc (świadków nie ma, musimy więc polegać na zdaniu Mrówki. Mrówka obstaje twardo przy tym, że nie sapała). W spacerku tak monotonnym, że aż nudnym, dotarła do centrum Miasta.
I zobaczyła.
Zobaczyła gigantycznego zielonego pluszowego owada. Owad miał zielone, włochate nogi, posturę niedźwiedzia polarnego, dwa obwisłe skrzydełka i jakieś czułki na czółku. Miał też kontrastującą z umaszczeniem kamizelkę. Szedł, a bezwładne skrzydełka rytmicznie obijały mu kręgosłup.
Mrówka usilnie próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz używała lekarstw i czy miały one jakieś skutki uboczne (przed użyciem nie przeczytała ulotki ani nie skonsultowała się z lekarzem lub farmaceutą). Pospieszny rachunek organizmu nie wykazał zawartości substancji halucynogennych (żadnych nie wykazał). Mrówka spróbowała zrzucić winę za zjawisko na słońce. Innymi słowy, postawiła na fatamorganę. Ale i to nie zadziałało, bo chociaż w rogu rynku panowie robotnicy stworzyli tymczasową pustynię... nawet zachowywali się jak na typowej pustyni, siedli na zwałach wydobytego ze środka jezdni piasku, w cieniu, i popijali z butelek coś, co nie musiało być tym, co Mrówka miała w swojej butelce... ich zjawisko nie dziwiło. Trudno się dziwić.
Owad zaczął się oddalać, wręczając przypadkowo napotkanym przechodniom sprasowane na płask wabiki. Do złudzenia przypominały ulotki, ale to na pewno była jakaś podstępna owadzia sztuczka. Popatrzy taki przechodzień na ulotkę, poliże, i siup - już leży w jaskini owada.
Mrówka potrząsnęła głową, żeby pozbyć się wizji, po czym pospieszyła (tak, pospieszyła to dobre słowo w tym wypadku) na pocztę, podejrzliwie rozglądając się na boki.
Po odebraniu przesyłki, gdy była już w połowie drogi do domu, zauważyła, że ciężko jej się idzie.
Przeanalizowała wszystkie możliwe wyjaśnienia sytuacji:
- paczka nie zaczęła jej ciążyć, bo gdyby zaczęła, zrobiłaby to od razu, a nie w środku wyprawy. Nie wyglądała na złośliwą,
- pochyłości terenu nie sprzymierzyły się przeciwko Mrówce, bo ostatnią górkę pokonała pięć minut temu,
- nie straciła Mrówka kondycji, bo dwa dni wcześniej odbyła podobną podróż w przeciwnym kierunku i nic jej nie było,
- nie utraciła zbyt wielu płynów, bo słońce czasowo schowało się za chmury, chcąc pokazać zasadność targania przez Mrówkę parasolki, płyn schowany w torbie pozostał w stanie nienaruszonym.
Szło się coraz ciężej i Mrówka stwierdziła, że jeśli chce dojść do domu, musi znaleźć przyczynę.
Kiedy już miała się poddać, zauważyła na swoim ramieniu małą biedronkę. Strzepnęła ją bezlitośnie.
To było to. Od razu zrobiło się lżej.

Nie pamiętam, jakie zakończenie miała mieć ta historia. Poza tym, że nie padało i parasolka miała darmową przejażdżkę w obie strony. Mogłam zapisać sobie przy początku notki...


Komentuj(6)

-------------------------------------------------------------------


587. próżnia
Notatkę dodano:2008-07-09 13:30:37
- Zauważyłem pewną dość niepokojącą prawidłowość, mającą zapewne w jakimś tam stopniu wpływ na poczytność twojego bloga - napisał mi Zadra.
Przestałam przepisywać własne wypociny twórcze (twórcze na różnych płaszczyznach) i zainteresowałam się jego spostrzeżeniem.
- Zazwyczaj pod notką, w której występuje Zadra - nie ma żadnych komentarzy, chyba że rzeczony sam go dopisze... - wyjaśnił Zadra. - Znaczy się, Zadra czytelników odstrasza.
Wierzę, że czytelników mojego bloga nie tak łatwo odstraszyć (najlepszy dowód, że od kilku lat tu zaglądacie...).
- Ale pod notką o Fimbulu jest zwykle tak samo - odparłam. - To znaczy, że mnie już po prostu NIKT nie czyta. Zaraz to napiszę na blogu - oznajmiłam z wyrachowaną desperacją.
- I znów nie będzie nic - zmartwił się Zadra. Na dodatek nic podwójnie, bo wspomni mnie i Fimbula.

To wtedy będę wiedzieć, że nikt mnie już nie chce czytać ;)

Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


586. rozmowy nasze powszednie
Notatkę dodano:2008-07-08 21:33:45

Wyszłam na chwilę. Kiedy wróciłam, na gg migała mi wiadomość od Fimbula.
- Czy chcesz, żebym napisał ci maila, czy wolisz, żebym przepisał recenzję? - pytał Fimbul.
- MAILA - zawołałam natychmiast. Wiele razy już na tym blogu pisałam o magii Fimbulowych maili, zresztą od nich zaczęła się w ogóle nasza znajomość. Od długich internetowych listów. Postanowiłam jednak usprawiedliwić swój entuzjazm i dodałam spokojniej: - Bo recenzji mam jeszcze na pięć dni, wczoraj dodawałam.
- A właśnie chciałem napisać, że skoro nie odpowiadasz, to pewnie nie ma to dla ciebie znaczenia, nie zależy ci, więc idę sobie poczytać Reicha - odrzekł Fimbul.
- TAK byś mógł napisać, jakbyś mnie znał od pół godziny - zirytowałam się lekko.
- Skąd, jakbym cię znał pół godziny to pewnie bym miał nadzieję na jakiś romans czy co i nie strzelał fochów na wejściu - odpisał Fimbul i padłam :).


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


585. Fimbulek
Notatkę dodano:2008-07-07 21:45:02

- Wejdź na swojego bloga - polecił mi Fimbulek. Zaintrygowana, wlazłam od razu, chociaż ostatnio trwa sezon ogórkowy i wiele się tu nie dzieje.
- Wciśnij ctrl+F - kontynuował Fimbul. - Pojawia ci się wyszukiwarka?
- Tak... - odpowiedziałam, zastanawiając się, do czego Fimbul zmierza.
- Wpisz do niej "Fimbul" i kliknij, żeby szukało. Czy nie uderza cię pewien fakt?
Wpisałam i uderzył. Fakt, znaczy.
- Że tylko raz się pojawia? - upewniłam się.
- Tylko w linkach! - napisał Fimbul. - A to oznacza, że nie wspominałaś o mnie już od daaaawna. Nie ma mnie w ogóle w twoim blogu!

No i pomyślałam, że trzeba koniecznie nadrobić to zaniedbanie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


584. samooceny
Notatkę dodano:2008-07-05 19:23:57

- Mam jeszcze jeden tekst, obiecuję, że ostatni - napisałam do Dawida, pokazując mu plon ostatnich dwóch twórczych wieczorów.
- Ale ja lubię czytać twoje teksty!!! - odparł Dawid.
- Ja też je lubię czytać - wyznałam megalomańsko. - Dopóki nie napiszę lepszych.

Przepraszam, że Was tak zamęczam tymi piosenkami. Sama siebie oceniać nie potrafię, więc założyłam z góry, że potrzebuję komentarzy z zewnątrz.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


583. rosyjski u Piotrka
Notatkę dodano:2008-07-04 19:42:59

Piotrek intensywnie uczy się rosyjskiego. Wczoraj odkrywał, że w tym języku wszystko kręci się wokół słowa "idiot".
- Idiot sneg: pada śnieg. Idiot dożd': pada deszcz - wkuwał. - Idiot paroxod... płynie statek. Golova idiot krygom: w głowie się kręci.
- Właściwie nie musisz umieć nic poza idiot - zauważyłam. - Wstawiaj "idiot" w każde zdanie, jakie zbudujesz.
- W teatre idjot p'esa... - odparł Piotrek.
- W teatrze idiota trzyma psa?
- W teatrze grana jest sztuka - uściślił. - Jeto tebe ne idiot: w tym ci nie do twarzy. Po naszemu: w tym wyglądasz jak idiota. Tusz mi się kończy - napisał po sekundzie.
- Nie idiot ci tusz? - spróbowałam.

A w ogóle mam parę tomików z balladami pokonkursowymi, więc jak ktoś chce zobaczyć, jak nieudolnie próbowałam Leśmiana naśladować na poważnie...


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


582. absurd w stanie czystym
Notatkę dodano:2008-07-03 22:20:51

Już myślałam, że przez niewytłumaczalnego bezalkoholowego kaca nie będę w stanie tu nic dzisiaj napisać. Trzeba było nie śpiewać przez pół dnia Tupotu białych mew, a przez drugie pół W Polskę idziemy. To się musiało człowiekowi odbić. Na zdrowiu. Psychicznym. Ale i tak przez pół dnia fruwałam ponad ziemią (liczyło się o tyle, że fruwałam pod górę, pokonując drogę z rektoratu na wydział z indeksem Megi). Czasami wystarczy pięć minut zwyczajnej pogawędki i człowiek się cieszy jak głupi.

Przyjechałam do domu.
- Jak duże rozmiary może osiągnąć sukcesywnie kumulowany niechcemiś? - zapytał znienacka Zadra. Znacka to już nie to samo, że sobie Przyborę zacytuję na marginesie.
- Coś jak pół słonia w abażurze, myślę - odpisałam natychmiast. - Chociaż jeśli jest sukcesywnie kumulowany od więcej niż miesiąca to jeszcze musisz dołożyć sporą donicę z rododendronem i firankę. I to będzie mniej więcej takie.
Zadra był dzielny i się nie dał.
- Hmmm... ale to musimy zdefiniować jeszcze, czy mówimy o słoniu mającym abażur jako nakrycie głowy, czy o słoniu mieszczącym się w owym przedmiocie... bo to jest inny rząd wielkości - wyjaśnił mi. W sumie racja.
- Przy założeniu, że to to pół słonia, w którym jest głowa, to jako nakrycie - uściśliłam. - Chyba że jest ci niewygodnie mierzyć na słonie.
Trafiłam na godnego przeciwnika.
- Ze względu na niechcemisia niewygodnie jest mi przy jakiejkolwiek mierze - wyznał Zadra.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 543158
Osób: 443737

Występują, występowali:

Agnieszka - wokalistka i autorka muzyki do R2, Skołowana

Ania (Szczepanik) - duch niespokojny i wędrowny, Szefowa Skołowanych, wystarczy jedno słowo, żeby wsiadła w cokolwiek i pojechała na drugi koniec świata

(w kolejności przeważnie alfabetycznej)

Ania B. - śliczna i przemiła doktorantka Bossa, żona Mariusza

Ania od Piotrka - tak naprawdę to Marcina Ania od Piotrka, ale wszyscy mówią na nią Ania od Piotrka, żeby było łatwiej skojarzyć; językoznawca utalentowany

Arturek - król POM-ów, przebywający w Krakowie, bloga nie prowadzi, a przynajmniej nic o tym nie wiem

Biały (Michał) - tekściarz - przyszłość polskiego hip-hopu

Boss (zwany też PrzenajBosskim) - cierpliwy Promotor Mrówki, charakteryzowany bez przerwy w notkach na blogu 

brat Mrówki - brat Mrówki

Dawid - dawniej redaktor publicystyki, nazywany Przytulanką

dr PM - chwilowo (od paru lat) bezpseudonimowy najbardziej wyrozumiały z wykładowców Mrówki, znany też jako PawMaj, Prawa Ręka (czasy komiksów), Urzędnik z Biura Rzeczy Zagubionych (Rewia)

dystych - satyryk specjalizujący się w małych formach

Egzekutor - dawny wykładowca Mrówki, satyryk, współautor Wielkiej Rewii

Fimbul - "łowca dakiń nowego eonu"

Juan Pablo - "domorosły pseudosatyryk (...). Słodzi dwie łyżeczki"

Kalina - Kalina Beluch, satyryk. Specjalność: zabawy słowne i żart absurdalny

Kama - współautorka R3, w tejże R3 występująca jako SKZBTZW

Lady Q - kobieca i przekorna, blogowa specjalność: szermierki słowne z ML

Maciek - doktorant z miasta R., kierowca dla Piotrka Rybnickiego i Mrówki

Megi - blondyna z Psem Asystentem, Igorem. Razem prowadzą bloga (blondyniblondyna), chcą się zająć dogoterapią

Michel - MWG-owiec

migotek - patrz: komentarze blogowe

ML - Marek Lenc, rysownik satyryczny, ilustrator Wielkiej Rewii

Olek - kolega z ławki ze studiów, kiedyś prowadził bloga, pracuje w telewizji (albo udaje, że pracuje, a na legitymację z tv podrywa dziewczyny)

Patiinka - utalentowana muzycznie pracoholiczka, siostra Arturka

Piaskovy - informatyk, który pracował też przy zdejmowaniu płyt z wydziału filologicznego

Piotrek - doktorant z szalonym poczuciem humoru i skojarzeniami

Piotrek Rybnicki - jeden z doktorantów, których poznałam w mieście R.

Profesor W - promotor Promotora Mrówki

Radek - jeden ze Skołowanych, muzyk, radiowiec

Robo - kabareciarz

Sabina - dziennikarka, jedna ze Skołowanych, seminarzystka Bossa, dziewczyna Radka

Sal (znany także jako Kamil M.) - typ charakterystyczny, bohater SalTo i licznych blogowych anegdotek, nie do scharakteryzowania

Skołowana Gosia - utalentowany fotograf, magistrantka Bossa

Slk - Tyran uwielbiający Osiecką i.k.

Zadra - dziennikarz, współautor Rewii, prowadzi fotobloga, swoje ojcowskie doznania opisuje na blogu Okiem taty

Złośnica - prowadzi bloga razem z Brzydalem

Inne linki

strona Władysława Sikory


bloog niecodzienny Artura Andrusa

chlip-hopowy blog Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego

kabaret Adin - jeden z najciekawszych kabaretów scen offu (skład: Sikora, Andy, Julia, Chomik, Smutny)

strona poświęcona Ryanowi Stilesowi

strona Colina Mochrie

Sungha Jung - urodzony w 1996 wirtuoz gitary

Marcin Pałasz - autor książek dla dzieci i młodzieży
Wawrzyniec Prusky - blog roku 2005
Daniel Koziarski - pisarz
Kasia Krzan - recenzentka Granic, doktor nauk humanistycznych

Calvin i Hobbes - komiksowe paski Billa Wattersona (ang.)
filolog.katowice.pl - nieoficjalne forum studentów filologii polskiej